środa, 1 marca 2017

The end of Parapet Story

Parapet zrobił się za ciasny od tych przydługich opowieści, których przydługość wpędzała autorkę bloga w ciągłą frustrację, bo ubzdurała sobie z jakiegoś powodu, że musi pisać długie teksty, aby się rozwijać w tym swoim pisaniu. Jednak na pisanie długich tekstów nie miała czasu, bo na codzień musi odsiedzeć swoje w pewnym biurze, żeby móc potem mieć za co płacić rachunki i kupować książki. Na szczęście poszła po rozum do głowy i odkryła, że jeśli umówi się sama ze sobą i będzie pisać krótkie teksty, to przynajmniej nie popadnie we frustrację z powodu niepisania w ogóle. No i pisze te swoje krótkie teksty, ale już nie tutaj. Parapet Story jeszcze chwilę powisi, a potem zazna wiecznego spoczynku na dysku C. Dziękuję wszystkim, którzy tu zaglądali, czytali i komentowali. Nawet nie zdajecie sobie sprawy, jak bardzo Wasza obecność motywowała mnie do pisania, bo wiedzcie, że to cholernie niewdzięczne zajęcie jest. Człowiek się pastwi nad tą materią słowa, szyje z wykroju swojej głowy, a potem i tak się okazuje, że najchętniej to by wszystko spruł do ostatniej nitki. Jeśli jeszcze chcecie czytać to, co sączy się ciurkiem z mojego umysłu, to musi Wam wystarczyć 

TRZYSTA SŁÓW 


Wszystkiego dobrego!

sobota, 6 sierpnia 2016

Momenty

Moment, kiedy jest już ciemno, a ja wracam boso po rozgrzanym chodniku do domu i oglądam się przez ramię - nie ze strachu, ale dlatego, że czuję, jak za moimi plecami wieczór pęcznieje w zachwycie nad samym sobą i lada chwila wypchnie mnie poza nawias wszystkiego, czego się boję.

Moment, kiedy jest mi tak smutno, że własne dowcipy mnie nie śmieszą i płynę w tym smutku do ogrodu, targana zmyślonym wiatrem, a w nozdrza wdziera mi się dobrze znany zapach z pobliskiego browaru, dopływam do krzaków malin, znajduję taką wielkości śliwki i przez te 30 sekund czuję radość i zadziwienie, zupełnie tak, jak wtedy, gdy powiedzieli mi, że gumę Donald można kupić już w kiosku, a nie w pewexie.



Moment, kiedy trzyletnia Marysia opowiada mi o tym, jak „rzygała  po frytkach z macdonalda”, że ma „medyczne nogi”, kocha mnie „na całym ciociowym świecie” i pyta o to, „co to są borączki”, gdy mówię, żeby nie dotykała ściany, bo rączki są brudne, a sześcioletnia Marta, zasypiając, mówi mi: „ciociu jestem twoją fanką”.

Moment, kiedy widzę przejechanego przez samochód psa i dławiąc się łzami, jeszcze ciepłego ściągam z ulicy, aby nie umierał sto razy po własnej śmierci.

Moment, kiedy po ciężkim dniu w pracy, w trzydziestostopniowym upale wracam do domu, a potem opieram spocone czoło o zimne kafle w łazience.

Moment, kiedy w letnie, leniwe popołudnie huśtam się na huśtawce pod rozłożystym orzechem, odchylam głowę do tyłu, widzę nad sobą wyzierające spomiędzy liści ruchome plamy kobaltowego nieba i cieszę się, że umiem się jeszcze zachwycać.

Moment, kiedy jadąc rowerem bez trzymania kierownicy mam w uszach ukochaną muzykę, rozkładam szeroko ramiona, a świat dookoła to mój własny teledysk.

Moment, kiedy spotykam w lesie jelenia i przez całe 20 sekund cieszę się, że jestem człowiekiem, który celuje do niego wzrokiem, a nie bronią.

Moment, kiedy słyszę i widzę, że jacyś obcokrajowcy niechcący stłukli przy kasie kilka butelek piwa, a inni klienci patrzą na nich z drwiącymi uśmieszkami.

Moment, kiedy czytam, że ilunga, to „uznane w 2004 roku za najtrudniejsze do przetłumaczenia słowo na świecie, w dużym uproszczeniu oznacza: "Pierwszy raz przebaczasz, drugi raz tolerujesz, ale trzeciego razu już nie ma" - i myślę, że fajnie by było mieć takie imię.

Moment, kiedy patrząc na swoją akację, porośniętą bluszczem, wyobrażam sobie, jak wyglądałby świat bez drzew.

Moment, kiedy robię kolejne zdjęcie swoich stóp i uświadamiam sobie, że posiadam dziwactwo fotografowania ich w różnych miejscach, a potem biegnę oglądać swoją kolekcję: stopy na ścieżce w Bartnem, stopy na schodach kościoła, stopy na leśnej ściółce, stopy na chodniku - i tylko ja jedna wiem, gdzie te stopy były.

Moment, kiedy uświadamiam sobie, że do szczęścia brakuje mi starej przyczepy kempingowej, po odremontowaniu, której pojadę z bliską osobą na wszystkie kempingi świata, a budzić nas będzie i tak polskie disco polo.

Moment, kiedy gasną światła, a we mnie się wszystko rozjaśnia.

A Ty? Czy też masz swoje momenty?

grafika: pullingmetowardsmyself.tumblr.com

sobota, 9 lipca 2016

Uniesienia

Nie wiem, do czego mogę porównać ostatnie dwa miesiące. Może do zaciśniętej pięści, którą zaciska się już tak długo, że w końcu człowiek zapomina, czy zaciska ją ze złości, czy dlatego, że chce w niej coś ukryć przed światem. Jeśli ze złości, to co mnie zezłościło? Czyżby problemy ze zdrowiem i niemożność nadążania za nimi? 40 godzin tygodniowo wydzieranych z mordy czasu i wymienionych na złotówki w lichwiarskim kantorze o nazwie „Praca”? Przypływy dojmującego uczucia, że tak bardzo by się chciało, a tak bardzo się nie chce, ale nie wiadomo, co by się chciało, a czego nie chce? A może jednak bardziej to, że za często słyszałam: „Koniecznie powinnaś…”, „Musisz…”, „O! Cześć, dawno cię nie widziałam/łem! Masz męża, dziecko, dom, samochód?”, „Gdzie pracujesz?”, „Ile zarabiasz?”


A jeśli ta pięść, to nie ze złości zaciśnięta, ale jednak z chęci ukrycia czegoś przed światem? Tylko czego? Resztek godności, kiedy w sennych majakach nawiedza mnie wizja ponownego zaprzyjaźnienia się z cewnikiem i grania w scrabble z anestezjologiem? Może wywrotowego światopoglądu, bo w małym mieście manifestowanie mentalnej inności to jawna pornografia? Choć w sumie może się co odmieni, bo Doda dziś do Leżajska przybywa na Dni Miasta (świętowane u nas przez jeden dzień - to taka nasza tutejsza logika). A może swojego nowego „ja”, które spodobało mi się tak bardzo, że na myśl o jego utracie rozdwajają mi się włosy i prędzej zostanę twarzą kampanii społecznej pod hasłem „Rozmnażaj się licznie, siedź w domu i nie narzekaj” niż pozwolę to „ja” sobie odebrać?

Tak oto rozmyślając, siedziałam sobie na ławce w małym miejskim parku (wielkości warszawskiego klombu na jakimś równie warszawskim rondzie) i patrzyłam na te swoje pięści, ale po chwili rozprostowałam palce. Nie, jednak nie złoszczę się, bo co to da? Nie, niczego nie muszę ukrywać, bo umiem już obronić to, co dla mnie najcenniejsze.

Nieopodal ławki, dzieci eksploatowały plac zabaw. A raczej próbowały, bo utrudniali im to roztrzęsieni rodzice, roztaczając nad nimi parasole z ubezwłasnowolniających ramion i takichże samych okrzyków: „Nie wchodź tam, bo spadniesz!”, „Nie ściągaj butów!”, „Nie dotykaj tego, bo się wybrudzisz!” To takie zabawne, kiedy się na to patrzy, bo założę się, że ci sami rodzice będąc w wieku swoich pociech, jedli piasek z piaskownicy, tarzali się w obsikanej przez wszelaką zwierzynę trawie, łazili na bosaka, zrywali truskawki z krzaka i wsadzali sobie prosto do buzi oraz lecieli z trzepaków na spotkanie z ziemią, czasem łamiąc to i owo. Że nie wspomnę o konstelacjach niespieralnych plam na każdym ubraniu - nawet tym „kościołowym”.

K***a - myślę sobie po polsku - jakie to wszystko sterylne. Świat wygotowany we wrzątku piętnaście razy i na wszelki wypadek spryskany strachem. Obmacuję go wzrokiem podniesionym z ziemi i brudzę zdecydowanie niesterylnym potem z czoła, które pracowicie tyrało przez ostatnią godzinę w kamieniołomach myślenia o tym, że chyba czas się nie zgadzać. No więc na początek nie zgadzam się na sterylność i zjadam m&m’sa, którego przed chwilą niechcący panierowałam w piasku.

A gdzie byłam, gdy mnie tu nie było?

- Szukałam uniesień - komunikuję Panu B.
- I co?
- Myślę, że najlepiej będzie, jeśli sama siebie poniosę.

niedziela, 8 maja 2016

Wszystko w normie

Wszystko u mnie w normie. Plany na majówkę ambitne miałam. Chciałam się zaczytać na śmierć, ale rzeczywistość mnie reanimowała. Nic nie szkodzi. Zabiję się czytaniem kiedy indziej. Dużo ostatnio siedzę w Sobie. To taka knajpa, której nie ma, ale sporo się w niej dzieje, więc dobrze się tam siedzi i gdy urwie mi się film, to przynajmniej nikt mnie z niej nie wyrzuci. Z kalendarza robię użytek: na każdej stronie chcę równoważnikami zdań streszczać zwykłe życie i nie wiem, dlaczego tak się dzieje, że zdania wychodzą niezrównoważone, ale życie, choć niestreszczone, to jednak zwykłe.

Potem czytam ten mój kalendarz, a tam czarno na białym napisane, że to był całkiem żyzno-nieurodzajny dzień, że umiem ugotować trzy zupy, więc moje akcje na giełdzie matrymonialnych papierów wartościowych podskoczyły o jedną zupę, że lubię tę dziwną ciszę w biurze, gdy jestestwo siedzącej przy biurkach czwórki ludzi sprowadza się do ich oczu wpatrzonych w ekrany komputerów, że ekspres do kawy brzmi zupełnie jak kombajn z tłumikiem, koszący zboże, z którego potem wypieką chleb, a ja go zjem lub nie, że kot po mnie łazi w nocy i przez to śni mi się czarna Chinka robiąca mi masaż grzebieniem zrobionym z klocków Lego, że w przewodnikach o moim mieście nie ma nigdzie wzmianki o tej budzie z najlepszymi zapiekankami stojącej na Rynku, że chmury wyglądały jak wyspy, że lubię wąchać drewno ołówka, że jedząc seler naciowy, hałasuję codziennie na całe biuro, że biernie się wkurzam a chciałabym aktywnie i że mogłabym czasem tylko siedzieć i łuskać fasolę z Myśliwskim, ale jak na złość fasola już wyłuskana, w markecie w polimerowych workach leży, a Myśliwski na Ursynowie w Warszawie - w sumie też polimerowej - przy biurku siedzi i co najwyżej wyłuskuje litery z alfabetu na zupę ze słów.

Chodzę spać wcześniej. Ponoć to dla zdrowia i urody dobre, ale kolano mi trzeszczy i nie wypiękniałam - chyba bardziej już się nie da. Nie mam kur i nie wiem, czy chodzimy spać o jednej porze, ale o 22.00 wywracają mi się oczy do góry białkami i nogami, i te nogi mi się wywracają do góry palcami. Sny mam jak każdy - w normie. Na przykład dziś śniło mi się, że wracam do domu nocą i widzę psy tańczące w białym świetle latarni, a na płocie wisi transparent z napisem „Święto Psów”. Niosę dwa lewe sandały i patrzę zdziwiona na swoje nogi, a tam też dwie lewe stopy, na jednej napis offline, na drugiej online i jest mi wstyd, bo co sobie o mnie sprzedawczyni pomyślała w sklepie obuwniczym, gdy to zobaczyła.

No więc łażę w tym śnie i skręcam w zamyśleniu stopą online oczywiście w lewo i widzę mur wysoki, ale z tektury, a na nim cegły namalowane, wyciągam zapalniczkę i podpalam go. Za murem chór dzieci z dziurami w głowach z tutejszego gimnazjum śpiewa We don’t need no education…, a mnie paraliżuje strach, bo nie mogę sobie przypomnieć, czy zdałam maturę. Budzę się o czwartej nad ranem zlana potem i lecę szukać w papierach starych świadectw. Uff, zdałam. Gaszę lampkę, ale zasnąć nie mogę, bo podskórny niepokój mnie swędzi, że może jednak maturę mam niezdaną, a świadectwo podrobiłam. Postanawiam smsa napisać do kogoś i się upewnić, ale myślę sobie, że pewnie zajęty o czwartej nad ranem będzie i nie odpisze, a ja dalej z tym niepokojem leżeć będę w jednym łóżku, więc rezygnuję. Wychodzę do toalety, a gdy wracam na górę, widzę, że kot żuje to moje świadectwo maturalne i autografy na nim pazurami składa. Prawdziwe musi być, podróby by nie jadł - konkluduję zadowolona i idę spać.

Kolejny sen też w normie. Śni mi się, że kot podpowiada mi na maturze. Wszystko idzie dobrze, ale ostatecznie nas wyrzucają, bo ktoś zadzwonił z jakiegoś urzędu z informacją, że mój sąsiad ma dach z azbestu, przez co ja mogłam zostać napromieniowana wiedzą o treści zadań maturalnych. Nie pomagają moje tłumaczenia, że gdybym znała pytania wcześniej, to nie brałabym kota jako ściągi. Wracam do domu, ale po drodze spotykam listonosza, który wręcza mi list. Mówi, że otworzył go i przeczytał, bo w jego życiu nic się nie dzieje. Chcę go opierdolić, ale jednocześnie rzucam okiem na treść listu, a tam jest napisane, że adoptowano mnie z Brazylii, więc odpuszczam listonoszowi. Czuję nieznaczną ulgę, bo przynajmniej wyjaśnia się, dlaczego tak nienawidzę zimy.

Okna w domu zasłonięte biało-czerwonymi roletami. Słyszę „Jeszcze Polska nie zginęła…”, ale sama chcę zginąć, bo to wykonanie Edyty Górniak. Co robi Górniaczka w moim śnie? - dziwię się i nadal pozostając w ogólnym zadziwieniu brnę przez korytarze domu i podświadomości. Następnie wchodzę do pokoju. Przy półkach z książkami stoi Pan. B. i pakuje niektóre z nich do torby. - Co pan robi do licha i kurwy nędzy?! - drę się jak stare prześcieradło. - Konfiskuję niehigieniczne dla pani umysłu książki - z jakąś taką demoniczną dezynwolturą oznajmia Pan B., a ja patrzę jak w jego torbie znikają Dzieci z Bullerbyn i Idiomy hiszpańskie. To się nie dzieje naprawdę - myślę sobie szeptem, bo boję się, że Pan B. decybele myśli wychwytuje nawet, uszczypnie mnie i wszystko okaże się prawdą. Już chcę go zatłuc Słownikiem symboli Kopalińskiego, ale moją uwagę odwraca znajomy dźwięk, który wwierca mi się w mózg, jak południowokoreańskie techno. Skąd ja znam ten dźwięk? Już czuję, że mam odpowiedź na końcu języka, ale otwieram oczy i słyszę budzika pikpikanie.

Radość niewysłowiona ogarnia mnie, że to tylko sny nie bardzo strawne, bo może za dużo tego selera jem jednak. Do łazienki lecę, chlustam w twarz wodą lodowatą. Trzeźwieję z resztek snu, kac jawy nie boli, ale czuję jakiś ferment. Mimo wszystko cieszę się, że jednak czuję. 



poniedziałek, 18 kwietnia 2016

Balans

Jednostajny warkot kosiarek wycina brzydkie dziury w idealnej materii ciszy sobotniego przedpołudnia. Kwietniowe słońce, z gatunku tych zdecydowanie nieimpresjonistycznych, grzeje czoła eksploatujących kosiarki i odkłada się na ich twarzach w postaci trudnych do identyfikacji grymasów - coś jakby obecna nieobecność albo inny tandetny oksymoron.

Być może te kilka godzin, to jedyny czas, w którym mogą sobie pozwolić na swobodny przepływ myśli, bezeceństwo nieposiadania problemów i urlop od rzeczywistości, którą w tej oto właśnie chwili koszą do pięciu centymetrów ponad ziemię. Dookoła pęcznieje wiosna - lada chwila wybuchnie nieproszona, niczym życiowa gorycz w zbyt długich kolejkach do kasy, bo węgiel do grilla już w promocji.

Ziemia po wczorajszym deszczu oddycha pełną piersią - spróbuj lekko zmrużyć oczy, a zobaczysz to delikatne, leniwe falowanie. Wciągnij jej zapach odgrzybionymi z zimy płucami. Czujesz tę śmieszną euforię, prawda? Skądś przyplątał się wiatr, białe płatki kwiatów wirują pod drzewami i kończą swoje nieme występy w trawie. Owacji na stojąco nie będzie. Wszyscyśmy widzieli ten spektakl wiele lat z rzędu, zawsze o tej samej porze. Klaskaniem nam obrzękły prawice.

O 13.00 ruch w mieście płynnie przechodzi z pośpiesznego na nieśpieszny. Wypakowane po brzegi wózki w marketach, pchane przez cierpiących na bezsenność pacjentów tutejszych psychiatrów, przetaczają się sennie między regałami po raz setny. „Kupić tę lampkę ogrodową, czy nie kupić? Oto jest pytanie." - Szekspir w przekładzie dla konsumpcyjnego człowieka.

Parkingi pustoszeją. Dywany się trzepią. Domestosy się leją. Ciasta się pieką. Domy i mieszkania się wietrzą, a w każdym tym domu i mieszkaniu mniejsza lub większa kolekcja pozorów honorowe miejsce na meblościance zajmuje. Płynący czas zakłada na miasto coraz to ciemniejsze filtry. Za chwilę zapadnie zmrok.

Jest już całkiem cicho i ciemno, kiedy zamykają się za mną drzwi pływalni miejskiej. Drepcząco przemieszczam się w stronę swojego nieposprzątanego domu. Buty nowe nienawidzą moich pięt. Wstydu nie mam, więc klapki basenowe z odsieczą przychodzą. Klapię zatem przez ten ciepły, kwietniowy wieczór, czując się trochę niczym derywat samej siebie z wczoraj, myśli kłębią się w głowie jak bezdomni pod jadłodajnią, ale jakoś tak dobrze mi jest w tym klapaniu.

-  To balans jest, proszę pana, złoty środek pomiędzy „j” i „a” - oznajmiam zadowolona Panu B. 
Pan B. wygląda jakby znał definicję słowa 'balans'.

Grafika: pinterest

środa, 6 kwietnia 2016

Ad libitum*

We wtorkowy wieczór o 20.24 Natalia bierze głowę w swoje ręce i zadziwia się (nieustannie się zresztą zadziwia) skąd się tyle w niej mieści. I dlaczego głowa Natalii taka odporna się robi, gdy czołem ma bić w jedno wielkie NIE dane jej od świata i ludzi. Ale to tylko trzy litery, z paździerza zrobione w dodatku, więc boli mniej. Natalia pisze w trzeciej osobie liczby pojedynczej, idzie na łatwiznę, bo póki co, nie ma się czym od świata odgrodzić, jak tylko zaimkiem. Poza tym pójście na łatwiznę jest modne, zwłaszcza w pewnych kręgach, bo niby dokąd miałoby się pójść? Czasem do toalety i Żabki. W głowie Natalii, oprócz zadziwienia, mieści się zastanawianie, więc się zastanawia czasem na głos, czy spadanie też liczy się jako latanie?

- Tak, proszę pani - podpowiada Pan B. - jak najbardziej. - Ale gdy na pysk spadnę, a może już spadłam tylko nie czuję, bo umarłam, to też się liczy jako latanie? - docieka ona. - Kiedy na pysk pani spadnie to też się liczy - wtedy dopiero jest prawdziwy odlot - ekscytuje się Pan B.  - Dokąd? - nie odpuszcza Natalia. - A dokąd pani chce? - Do Chile. - Dlaczego akurat tam? - Pan B. zaciekawiony podnosi brew. - Bo tam mnie nie ma.

Natalia również zgadza się z Panem B., że ma nieustanną skłonność do dygresji, ponieważ już wtedy, kiedy była dzieckiem, często rysowała żyłę główną dolną i jej dopływy wraz z deltą, a potem zapominała po co. Ale, że wynikają z tego dobre rzeczy - nie wiedziała.  Sosny za oknem, proste jak życie, kołyszą się w takt wietrznej muzyki. - Świat jest szary. - wyznaje tajemniczo Pan B. - Jak to szary? - pyta Natalia i patrzy na zielone sosny, proste jak życie. - A widzi pani, żeby był czarno-biały? - No w sumie nie.

 - Niech się pani nie dziwi, że ludzie nie lubią, gdy się dzieli po równo i chce się mieć głos w swojej własnej sprawie. To pozostałości po ustroju monarchicznym - niektórym się przyśniło, że nadal mogą czymś lub kimś rozporządzać. - Jakże to?! Królową swojego życia nie mogę być? - Natalia nieco przygasa. - Ależ pani jest! I to nawet carycą Katarzyną. - ekscytuje się Pan. B. - Ale ona rozebrała Polskę, nawet trzy razy i była zepsutą nimfomanką! - oburza się Natalia.  - A to pardon, aż tak dobry z historii nie jestem.

- Wie pan czego chciałabym dla siebie? - dygresyjnie zmienia temat Natalia - Najpierw pokoju na świecie, bo wiem, że to nierealne, ale dzięki temu nie przestanę chcieć czegoś dla siebie i sumienie będę miała spokojne, że dla innych przy okazji też. - A w dalszej kolejności, czego by pani chciała? - Pan B. wytęża uszy. - Na przykład owczarka niemieckiego, bo do lasu z kotem nie pójdę. A tak z innej beczki: śniły mi się liczby importowane. - Co to takiego? - No właśnie nie wiem, dlatego cierpię. W ogóle cierpienie to takie ciekawe słowo, nie uważa pan? Człowiek już w momencie, kiedy je wypowiada cierpi z powodu tego „r”. - Tak, lepiej bym tego nie ujął, czuję się wręcz dźgnięty tym „r”, od razu mnie wszystko boli, nawet to, czego nie mam. 

- Niech pan sobie wyobrazi, że cierpienie to miejsce i pomyśli ile razy częściej niż do toalety, ludzie tam chadzają? - Faktycznie! Ale nie wiem dlaczego, gdy powiedziała pani, abym sobie wyobraził je jako miejsce, to stanęła mi przed oczami dziadkowa wiata na tytoń, w której musiałem co sezon siedzieć. - Hmm… jestem w stanie zrozumieć ten mechanizm, bo kiedy słyszę słowo cierpienie, pierwsze, co staje mi przed oczami, to niezbyt dojrzały ananas, po zjedzeniu którego miałam bąble na języku, a przecież w moim życiu zaistniały dużo bardziej spektakularne obrazy mnie cierpiącej. - Godna uwagi ta pani obserwacja. - Pan B. zamyśla się i nawiązuje kontakt wzrokowy z czubkami własnych butów. 

- Czy coś się da odprzeżyć? - udaje, że nie zna odpowiedzi Natalia. 
- Nie. - udaje, że ją zna Pan B.

O godzinie 20.56, to, co nie mieści się w głowie, Natalia umieszcza gdzie indziej. 


*Ad libitum (łac. według upodobania) – termin podawany w partyturze utworu muzycznego. Dopuszcza całkowitą swobodę w wykonaniu rytmu (rzadziej melodii) danego fragmentu.

grafika: pinterest

niedziela, 3 kwietnia 2016

Przeprowadzka

Witam Was pod nowym adresem, który postanowiłam uspójnić z nazwą bloga, bo stary znienawidziłam, a poza tym gdzieś wyczytałam, że spece od SEO radzą upraszczać to i owo, więc można rzec, że polazłam za postępem. Layout zmajstrowałam przy pomocy świetnego programu do podstawowej (czyt. na poziomie przedszkolnym) obróbki zdjęć i tworzenia różnego rodzaju projektów PicMonkey, który jest dostępny za darmo online. Autorką grafiki (tej w kółku), jest Yelena Bryksenkova, rosyjska ilustratorka, mieszkająca i tworząca w Anglii, zaś autorką zdjęcia w zakładce O mnie - moja utalentowana kuzynka, Magda Nowicka, grająca na keybordzie, gitarze, ukulele, pisząca teksty do własnej muzyki, szydełkująca, jeżdżąca skuterem, mieszkająca w bloku i tworząca w pidżamie.

Pod nowy adres przywędrowały ze mną wcześniejsze posty tak, aby Ci z Was, którzy trafią do mnie po raz pierwszy, mieli szansę je przeczytać, ponieważ za jakiś czas planuję usunąć stary adres. Niestety, nie zaimportowały się niektóre Wasze komentarze oraz moje odpowiedzi na nie, za co przepraszam tych, którzy nie doszukają się swoich opinii we wcześniejszych postach. Jeszcze nie wpadłam na to, co może być tego przyczyną, ale mam nadzieję, że ta wiedza objawi mi się w całej swej istocie, gdy się w końcu wyśpię, niestety póki co musi tak zostać (plus parę innych niedociągnięć, ale powoli będę wszystko dopracowywać). Zmieni się nieco koncepcja bloga, co mam nadzieję będzie sprzyjać większej częstotliwości publikowania postów, choć to d
opiero wyjdzie w praniu. Mam nadzieję, że starzy znajomi będą mi towarzyszyć nadal w moich zmaganiach z klawiaturą, a nowi - gdy zajrzą, to zostaną. Po trzech latach pisania gorszych lub lepszych tekstów, stwierdzam, że jeszcze mi się nie znudziło - wręcz odwrotnie. Pisanie stało się moją tratwą - zobaczymy, dokąd mnie prądy poniosą. W stronę tych, którzy czytają moje posty, generuję wielgachne DZIĘKI za motywację i werbalny doping, który pojawia się akurat wtedy, kiedy mam ochotę rzucić to pisanie w diabły. Czas ruszyć z produkcją kolejnych parapetowych opowieści. Peace and love
.




zdjęcie: Alfred Eisenstaedt