piątek, 27 grudnia 2013

Last christmas i inne przykrości

Nie umiem pisać o świętach. Od tygodnia próbuję sklecić jakieś blogowe Jingle bells i pozachwycać się piernikami w kształcie reniferków albo gwiazdek, ale nic z tego. Święta średnio mnie uszczęśliwiają, ale też na pewno nie czynią mnie nieszczęśliwą. Po prostu straciły w pewnym momencie ważność, przychodzą i mijają, jak pora roku albo promocja w markecie. Kiedy nadchodzą, czuję się dziwnie przytłoczona przede wszystkim świątecznymi „powinnościami”, bo przecież powinnam być: dobra dla innych, dwa razy bardziej empatyczna, podatna na ocieranie ukradkiem łez przy zetknięciu z jakimkolwiek przejawem świątecznej symboliki, snująca niekończącą się opowieść o tym, jak cudowny i fantastyczny to czas oraz podrygująca w takt "Last Christmas". Nie wiem, czy odzywa się wówczas jedna z tych moich cech, do których lepiej się nie przyznawać, ale załóżmy, że targa mną świąteczny ekshibicjonizm i oto teraz wyznaję: podczas Świąt odczuwam niewyobrażalny wręcz pociąg do robienia na przekór wszelkim tradycjom. Nie znoszę rodzinnych spotkań spod znaku polskiej biesiady, kiedy stół ledwo dźwigał tony jedzenia, wóda lała się często gęsto (przecie Boże Narodzenie trza oblać rzęsiście, w końcu to też jakieś pępkowe no nie?) i rokrocznie słyszałam wciąż to samo pytanie: „Jak można nie jeść mięsa?!” W takiej chwili mam ochotę strzelić świątecznego samobója i powiesić się na choince między tłustym aniołkiem a „wawelowym” Michałkiem (a jak! cukierki na drzewku mają być i koniec, w końcu komplement „na bogato” musi dotyczyć też choinki), kurczę się w sobie, zazdroszczę Kevinowi, że siedział sam w domu, krzyczę do wewnątrz albo koniuszkiem języka dotykam podniebienia, bo wyczytałam gdzieś, że jeśli ktoś próbuje wyssać z ciebie energię, to trzeba się na niego symbolicznie zamknąć w taki właśnie sposób. Nie wiem, czy jest w tym dziwactwie choć ziarno prawdy, ale mam to gdzieś, bo „jedyny ratunek jest w obłędzie” - jak pisał Rybowicz.


Nie mam dzieci, kredytu, samochodu, własnego mieszkania, ba! w tym roku nie mam nawet pracy, więc średnio jest się czym chwalić w mniemaniu tutejszej mentalności. Życzenia świąteczne to już w ogóle pełne wrażeń szaleństwo, bo często słyszę taką oto wiązankę: „Żeby ci się wreeeeeszcie życie ułożyło”. Zaczynam się wtedy zastanawiać, o co chodzi z tym układaniem, bo postrzegam swoje życie, jako względnie poukładane, ale według niektórych jestem w wielkim błędzie. Wracając jeszcze do najczęściej zadawanych pytań przy biesiadniczym stole, to mam swoją listę przebojów, a na niej królują takie oto hiciory:
- ile ty masz właściwie lat?
- masz anemię, odchudzasz się?
- kiedy wyjdziesz za mąż?
- czym ty się właściwie zajmujesz?
- ty chyba nie wierzysz w Boga, co?

Na szczęście najbliższa rodzina, czyli ta z którą mieszkam pod jednym dachem, oszczędza mi tego typu „przyjemności”. Przestaliśmy jeździć „w gości”, a kolacja wigilijna przebiega w luźnej atmosferze, więc mogę sobie siedzieć w bezpiecznej skórze czarnej owcy i spokojnie dźgać widelcem pierogi z kapustą. Od kilku lat praktykujemy robienie po kolacji dwóch zdjęć: jedno poważne, a drugie z tzw. „jajem”. Oczywiście większą radochę sprawia nam ustawianie się do tej drugiej fotografii, bo wprowadziliśmy element przebierania się i każdy występuje w dowolnej stylizacji, w której najczęściej dominującym elementem są nakrycia głowy. Do tego należy dodać kretyńskie miny i gotowe. Babcia również bierze czynny udział w całym przedsięwzięciu, a w tym roku zaskoczyła wszystkich, bo wystąpiła jako angielska królowa, wyposażając się w gustowny kapelusz i pogardliwy wzrok skierowany na nas – „bandę idiotów” w cekinowych kapeluszach plus jeden kowbojski oraz jeden harcerski beret. To chyba jedyna tradycja, która mnie nie uwiera, bo została stworzona przez moją rodzinę, zupełnie spontanicznie, niewymuszona i nieskażona jakimikolwiek powinnościami.

Na koniec, aby zadość uczynić mojemu dzisiejszemu narzekaniu, zostawiłam sobie historyjkę, którą mogłabym w pewnym sensie nazwać minitragikomedią. Rok temu, tuż przed Świętami, moja najmłodsza siostra pożyczyła aparat fotograficzny swojej koleżance i po jakimś czasie, mając na uwadze nasz rodzinny zwyczaj robienia wspomnianych wyżej fotografii, nękała koleżankę o to, by ów aparat oddała. „Oddawanie” przeciągnęło się do 24 grudnia i żeby odzyskać aparat postanowiłyśmy po niego pojechać. Po drodze, w czasie rozmowy telefonicznej, okazało się, że absolutnie nie możemy pojawić się pod bramą posesji, gdzie mieszkała koleżanka, bo jej mama Wyrokiem Zabobonu Najwyższego orzekła, że baby w Wigilię nieszczęście przynoszą i nie życzy sobie byśmy koczowały w pobliżu domu. Skończyło się na tym, że siedziałyśmy w samochodzie, jakieś dwa kilometry od ich nieskalanej demonami ziemi, a aparat przyniósł nam ojciec koleżanki, drepcząc w naszą stronę z dziwnie spuszczoną głową i nie grzesząc jakimkolwiek słowem.



Christmasowy survival wymaga sprytu, determinacji, ale przede wszystkim asertywności, bo trzeba umieć powiedzieć „NIE”, Świętom spod znaku: radia, telewizji, Internetu, patologicznych kolejek w sklepach, beznadziejnych zabobonów, silenia się na bycie arcydobrym, bezsennym nocom (trawionym na rozmyślania o tym, co i komu kupić pod choinkę), lukrowanej sztuczności, biesiadom zakrapianym wódą oraz morderczemu cyklinowaniu parkietów tydzień przed Świętami. Gdy się już tą asertywność zastosuje, zostaje przeżywanie tego, co wydarzyło się w pewnej małej stajence. A jakie to przeżywanie będzie - to już zależy od Was. Zresztą zawsze można wybudować na przyszłe święta schron atomowy i przeczekać tam to, co dla nas najgorsze.


grafika - źródło:raczkowski.soup.io/post/365683007/Tato-dlaczego-wracamy-do-domu-okr-n

niedziela, 15 grudnia 2013

Słońca, słońca dajcie!


Jedyne okno mojego pokoju wychodzi na wschód, dzięki czemu mogę oglądać tyle wschodów słońca ile mi się zamarzy, pod warunkiem, że niebo nie jest zaśmiecone chmurami. Niestety, jak wszyscy wiemy, wschody słońca zazwyczaj zdarzają się o tak barbarzyńskiej porze, że istnieje spora różnica między: „oglądać ich tyle, ile się zamarzy” a „faktycznie zobaczyć”. Powiedzmy, że z potrzeby ducha, od czasu do czasu (zwłaszcza w lecie) nastawiałam sobie budzik, żeby ów wschód słońca zobaczyć. W praktyce wyglądało to tak, że zbudzona gwałtem przez kretyńską melodyjkę, wisiałam na parapecie i na wpół przytomna patrzyłam, jak horyzont oblewa się rumieńcem, a potem wydaje na pastwę nieba ognistą pomarańczę. Następnie doczołgiwałam się do łóżka i zasypiałam nim zdążyłam się czymkolwiek zachwycić. Za to sny po czymś takim są zachwycające. Budziłam się kilka godzin później nieco otępiała, ale zadowolona, że wtedy, kiedy jeszcze większość ludzi spała, ja ładowałam sobie prosto w żyły tyle dawek pierwszych promieni słonecznych, ile tylko zdołałam. Tak, jestem patologicznie uzależniona od słońca.


Urodziłam się w lipcu - ten fakt powinien wspomniane uzależnienie najlepiej tłumaczyć, ale znam ludzi, którzy, mimo że urodzeni, w którymś z letnich miesięcy, od słońca stronią. Nie to, co ja. Celsjuszowi odbija i termometr pokazuje 38 stopni w cieniu? Wyśmienicie! Patyczak oblewa się kubłem wody i wsiada na rower. Letni wieczór i nie ma czym oddychać? Wspaniale! Patyczak zlany potem, niesiony patyczkowymi nogami, wychodzi w teren na siedmiomilowe spacery. Ledwo ujdziesz parę metrów, a ubranie lepi ci się do ciała? Rewelacyjnie! Patyczakowi myśli się wtedy najlepiej. Najchętniej jadłabym na śniadanie słońce i popijała słońcem. Ubierałabym się w słońce i myła zęby słońcem. Nie ma słońca? Melodramat, darcie szat, kurtyn, klękajcie narody, mentalny cmentarz, siekiera, motyka, „ciemność, widzę ciemność”, Patyczana apokalipsa, ręka, noga, mózg na ścianie, powrót do Hadesu, „gdzie są żyletki?”, tanie smuty i rzucanie się z wiaduktu, czyli Patyczak na słonecznym głodzie. Jesień jeszcze jakoś znoszę, bo słońce wyziera jako tako, ale zima = umieram. Upośledzają mi się receptory, głowa nagle za ciężka na szyję, a uśmiech jakiś taki w kształcie nie uśmiechu, a Zeusowego pioruna. Owszem najczęściej ratuję się tym, co opisałam w Stanach Zjednoczonych Listopadowości, wciskam guzik z napisem „Ninja Patyk” i działam. Piszę, czytam, oglądam filmy, jem, kłócę się z wszystkimi, drę koty z kotem, grzebię w starych zdjęciach, czyli wszystko w normie. Ale niech no tylko nie zobaczę słońca przez dwa tygodnie, a staję się sama dla siebie wrzodem na dupie. Nietrudno mi się do tego przyznać, bo z tego, co mi wiadomo, to połowa populacji tak ma, a reszta mieszka w Hiszpanii, Ameryce Południowej albo we Włoszech i się cieszy. Sytuacja idealna dla mnie: hiszpańska pogoda i niemiecka sytuacja gospodarcza w Polsce. O nieee, ta radość chyba by mnie powoli zabiła. Dodać do tego jeszcze holenderski system opieki zdrowotnej, to ginę na miejscu.

Ci z Was, którzy od początku czytają mojego bloga , wiedzą, że pobyłam sobie trochę w Hiszpanii. Abstrahując od moich kosmicznych przygód, których kumulacji nie ogarnie żaden totolotek, oświadczam, że przebywając tam, kradłam zupełnie legalnie (mam papiery na to w razie czego) takie ilości słońca, że normalny człowiek, spokojnie mógłby słońcem pawie puszczać. Hiszpańskie słońce - pożywka dla Patykowych mas. To nie jakaś tam podróbka "made in Taiwan", ale słońce najwyższej jakości, palące w pięty i wypalające wszelkie powody do smucenia się. Słońce turbonapieprzające - jak to mój znajomy kiedyś powiedział. Nie mam tu na myśli leżenia plackiem i opalania się, choć to też lubię, ale w ilościach umiarkowanych. Mówię o tych chwilach, kiedy budzisz się rano i otwierasz wszystkie okna na oścież, a słońce wpada wodospadem i zalewa wszystko, co spotka na swej drodze. W Hiszpanii termometr o wiele częściej pokazuje piekielne temperatury, ale powietrze ma tam zupełnie inną wilgotność i często wieje północny cierzo, czyli chłodny wiatr typu bora, co znacznie ułatwia funkcjonowanie podczas upałów, czyt. raj dla mnie. Nie wiem, czy to zasługa częstszego niż u nas dostępu do słońca, czy mentalność (a może istnieje coś takiego jak mentalność słoneczna?), ale Hiszpanie są o wiele bardziej pozytywnie nastawieni do życia. Kłócą się zaciekle, bawią na całego, kochają celebrować jedzenie, są bardziej spontaniczni i nawet elementarne braki w wiedzy ogólnej nijak im radości życia nie psują. No i jeszcze to flamenco! Pomijając beznadziejną sytuację na rynku pracy, cieszyłam się tam dosłownie byle czym, ale w końcu ekonomia i tęsknota wygrywają, pakujesz walizy i jedziesz do domu. Pobyt w Hiszpanii podkręcił maksymalnie moje słoneczne uzależnienie, stąd te moje dzisiejsze lamenty, zwłaszcza że patrzę za okno, a tam szara, niejadalna mielonka i zmrok o godz.16.00. To dziwne, bo jako dziecko zupełnie normalnie znosiłam dni bez słońca. Jesienią paliliśmy ogniska. W zimie siedzieliśmy przy babcinym piecu, gdzie na blasze piekły się podpłomyki. To proste: ogień zastępował słońce. I do dzisiaj tak mam, że jak siedzę przy ognisku, to odlatuję. Lubię rozwieszać hamak między różnymi ideami, pomysłami, wartościami, ale najbardziej kocham bujać się na hamaku rozwieszonym między słońcem a ogniem. Substytucja doskonała: słońce zachodzi, więc rozpalam ogień i siedzę do wschodu. Pewnie po pięciu godzinach przysnęłabym przy ognisku, paląc sobie przy okazji brwi i połowę włosów, ale robię reżyserskie cięcie i już tego w moich myślach nie ma. No, ale weź tu rozpal ognisko w zimie na środku pokoju, to rodzina cię wydziedziczy. Zazdroszczę okrutnie tym, którzy posiadają kominki i powiadam: róbcie z nich użytek!






poniedziałek, 9 grudnia 2013

Księżniczka Burundi, Kiel Eriksson

W zamierzchłej przeszłości zdarzało mi się czytać kryminały, ale raczej z przypadku, niż z potrzeby. A potem wpadła mi w ręce trylogia Millenium Stiega Larssona i kryminały stały się częstym gościem w moim czytelniczym grajdole. Do dziś pamiętam, jak symulowałam w pracy chorobę, żeby potem wziąć kilka dni urlopu, by skończyć Millenium w tydzień, co zresztą mi się udało. Przypominam, że całość to 2128 stron, więc uważam to za swój czytelniczy sukces, pomijając fakt, że po wspomnianym tygodniu wyglądałam jak Nosferatu, schudłam 2 kg i stojąc na drugi dzień na przystanku tramwajowym, zapytana przez niedowidzącą starszą kobietę, jaki jest docelowy przystanek nadjeżdżającego tramwaju, odpowiedziałam: "Gałka Muszkatołowa" zamiast: Górka Narodowa. 

Niestety, ze świetnymi książkami jest tak, że potem ciężko znaleźć lepsze. Tak było i w tym przypadku. Po Larssonie przeczytałam wiele kryminałów, ale żaden mnie nie zadowolił. Problemem większości z nich jest to, że skoro jest trup/morderstwo i jakiś samotny bohater, który dąży do rozwiązania zagadki, to warstwa językowa, a często nawet fabularna, obrażają inteligencję czytelnika. Wiem, że kryminały to nie Tołstoj, czy Joyce, ale przecież obecnie gatunek ten awansował na „wyższe półki” i ma się prawo od niego wymagać, żeby był dobrze napisany. Kiedy więc wpadła mi w ręce „Księżniczka Burundi” Kjella Erikssona, zapłonęłam „kryminalną nadzieją”, że może tym razem się nie zawiodę. Jak szybko zapłonęłam, tak szybko zgasłam, bo czytałam „Księżniczkę” jakbym ją kartkowała. Nie znalazłam tam niczego, co zatrzymałoby mnie na dłużej. Płycizny i mielizny - rzeczowniki, aż nadto eufemistycznie określające wartość książki. Nie jest jednak kryminałem najgorszym - w końcu za coś dostała Nagrodę dla Najlepszej Powieści Kryminalnej 2013 wg Szwedzkiej Akademii Literatury Kryminalnej. „Księżniczka Burundi” jest trzecią z kolei pozycją dziesięciotomowej serii przygód dzielnej pani komisarz, Ann Lindell. Nie czytałam dwóch poprzednich, ale wydaje mi się, że niewiele straciłam, choć kto wie, może w jakimś irracjonalnym odruchu skuszę się na przeczytanie wszystkich tomów. Póki co, nie zanosi się na to.


W „Księżniczce” Ann przebywa na urlopie macierzyńskim, bo została samotną matką (co za pretensjonalny pomysł, by uczynić z pani komisarz puszczalską, a potem silić się na idylliczne opisy karmienia piersią przy jednoczesnym wskazywaniu na niemożliwość stuprocentowego odnalezienia się w macierzyństwie plus kretyński widmo-romans z kolegą z pracy, wyskakujący, z któregoś z rozdziałów, nie wiadomo zresztą po co - coś takiego mógł wyprodukować tylko męski umysł - sorry drodzy panowie). Mniej więcej do połowy książki, jej postać majaczy gdzieś w oddali, by potem włączyć się intensywnie w śledztwo. A jego przedmiotem jest morderstwo Johna Jonssona, niegdyś drobnego złodziejaszka, a potem przykładnego męża i ojca. Całość rozgrywa się w zaśnieżonej Uppsali i tu muszę przyznać, że autor świetnie oddał ten klimat, taką charakterystyczną skandynawską surowość, która sprawia, że lecimy parzyć herbatę, bo nagle powiało chłodem. Uwielbiam coś takiego. Pozostali bohaterowie wydają się jakby otumanieni zimnem, zawieszeni między chęcią powrotu do ciepłych domów, a chęcią rozwiązania zagadki morderstwa.

Z kryminałami mam tak, że obojętnie, czy jakiś jest festynem banałów, czy wykwintnym koncertem ekwilibrystyki językowej i genialnej wielopoziomowej fabuły - zawsze targa mną ta sama emocja. Wtedy, kiedy jak każdy normalny człowiek powinnam regenerować się we śnie, ja rzucam się po całym łóżku, dręczona pytaniem: „kto zabił?!”. Mniej więcej w okolicach czwartej-piątej nad ranem dostaję odpowiedź i zasypiam z głową przylepioną do ostatniej strony, a budzę się jak z kacem-mordercą (nomen-omen). 

Sama nie wiem, czy polecać „Księżniczkę”, czy nie? Chyba jednak to pierwsze, choćby po to, byście mogli poczuć ten charakterystyczny klimat i poszli zaparzyć herbatę. Dobrej herbaty nigdy za wiele.



piątek, 6 grudnia 2013

Czerwony rower, czarne sukienki i nutrie

Z wszystkich twarzy, które powinnam pamiętać  - nie pamiętam żadnej. Czasami, podczas jednego z tych listopadowych albo grudniowych wieczorów, pastwię się nad swoimi wspomnieniami i próbuję myślą jak dłutem, wyrzeźbić w tej bezlitosnej materii minionego czasu znajomy profil, kontur ust lub podbródek. Nic z tego. Tępi się dłuto, a materia kruszy w palcach. Na szczęście, zdarzają się jeszcze momenty, kiedy dźgnięta znienacka przypadkowym bodźcem, potrafię przypomnieć sobie przeróżne sytuacje, których byłam świadkiem bądź uczestnikiem. Rozmyte w pamięci twarze nie uwierają już tak bardzo, bo oto pojawia się festiwal szczegółów w takiej ostrości, jakiej nie uchwyci żaden aparat fotograficzny. Oto, więc widzę wyraźnie swój czerwony rower oparty o ścianę budynku biblioteki miejskiej. Wplecione w szprychy barwne koraliki nabierają jaskrawości w lipcowym słońcu, choć o tej porze już nieco zmęczonym, to jeszcze próbującym zawstydzić upałem popołudniowe godziny. Swędzi mnie nos, bo schodzi z niego skóra - efekt zbyt długiego przesiadywania nad jeziorem nieopodal domu mojej babci, gdzie chodziły się kąpać i plażować wszystkie dzieciaki z okolicy. Opieram się o ścianę i ja, żeby złapać oddech. Mam dwanaście lat i przeświadczenie, że świat kończy się na moim mieście, dalej jest już nicość, a Warszawa to inna planeta. Znajomość geografii to jedno, bycie „tu i teraz” (obojętnie, czy „tu i teraz” zdarzyło się wczoraj, czy zdarzy się jutro) to drugie. Zwłaszcza wtedy, kiedy ma się dwanaście lat. Jest połowa lat dziewięćdziesiątych i zupełnie legalnie, przez dziurę w europejskiej ścianie przecieka do nas zachód. Nie wiem, co to znaczy, (przypominam, że mam dwanaście lat) ale strasznie się cieszę, bo mogę czytać amerykańskie kryminały dla młodzieży, przygody Bastable’ów i komiksy o Batmanie (którego do dziś jestem psychofanką). Zmierzam właśnie do bibliotecznych drzwi, w jednej ręce trzymam żółtą reklamówkę Baltony, a w niej książki do oddania, drugą ręką łapię za klamkę.
Drzwi z impetem otwierają się, ale nie za moją sprawą, lecz tego, kto z drugiej strony chwycił klamkę w tym samym momencie, w którym zrobiłam to ja. Poszybowała reklamówka, a za nią moje nogi. Słyszę tylko dźwięczne: „Ojej! Przepraaaaaaszam!” i szybuję dalej, zamykając uprzednio oczy, że niby będzie mniej bolało, kiedy nie będę niczego widzieć. Pierwsze, co dostrzegam po tym, gdy znikają mi sprzed oczu wszelkie gwiezdne konstelacje, generowane przez ból w kolanie, to śliczne czarne sandały, a w nich ładne stopy. Właścicielką sandałów jest drobna dziewczyna, a może kobieta. Może mieć 25 lat - nie umiem tego dokładnie stwierdzić, bo zgodnie z tym, co napisałam odnośnie pamiętania twarzy, jej własna również rozpływa się w mojej mgle. Ma na sobie krótką, czarną sukienkę, z jakiegoś zwiewnego materiału, bo jest niebywale czuły na przeciąg, w którym stoimy. Podaję książkę, którą wytrąciłam jej z ręki, lecąc na spotkanie z płytkami w kolorze nieremontowanej historii. „Hodowla nutrii” - tyle zdążyłam przeczytać. Nutria? Co to u licha jest? Niby wychowywałam się na wsi, ale jeszcze nie wiem, co to jest ta nutria. Pewnie twarz wykrzywiła mi się w znak zapytania, bo dziewczyna wyjaśnia: „ Nutria wygląda trochę jak bóbr, ale ma pomarańczowe zęby i inny ogon. Hoduje się ją na futra.” Wzdrygam się na wieść o tym, po co się nutrię hoduje. Dziewczyna od razu się usprawiedliwia: „Dziadek, mojego narzeczonego hoduje nutrie, ale jest już stary i trzeba mu pomagać, więc muszę to robić, bo póki co, nie ma tu nikogo, kto mógłby mu pomóc”. Onieśmielona wydobywam z siebie: „Mhmm”, robię krok w tył, co dziewczyna mylnie odczytuje, jako moje zniecierpliwienie i machając ręką na pożegnanie rzuca ciche: „Do zobaczenia”, a potem zamyka drzwi. Po chwili wyglądam z ciekawości na ulicę i widzę dziewczynę, jak znika gdzieś u zbiegu ulic Jarosławskiej i Burmistrzów Zawilskich. 

W moim dwunastoletnim umyśle rodzi się już odpowiednia historia, którą szyję na miarę dla każdej nowo napotkanej osoby. Rysuję całe jej drzewo genealogiczne i wróżę z fusów własnej wyobraźni. Nie znam jej imienia, więc zawsze będzie już dla mnie Nutrią z wynaturzeniem, bo nie ma pomarańczowych zębów tylko śnieżnobiałe (cóż to za pamięć, która nie daje mi twarzy, ale kolor zębów - tak). Od tego czasu widuję ją prawie za każdym razem, kiedy zaglądam do biblioteki. Stoi nieruchomo przy którymś z regałów i wpatruje się w rzędy książek albo wodzi chudą dłonią po ich grzbietach. Poznaje mnie i macha z daleka. Jestem dla niej tylko dziewczynką na czerwonym rowerze, lubiącą czytać książki, a ona jest dla mnie zjawą nie z tego świata, bo przecież z innego, na pewno dużego miasta. Nie wiedziałam, że można mieć tyle czarnych sukienek, z których każda była inna i taka piękna. To samo dotyczy butów. Ilekroć ją widzę, chcę zapytać o tyle rzeczy, że ledwo mogę udźwignąć je w pamięci, ale nieśmiałość sznuruje mi usta na tyle skutecznie, że odpowiadam na jej powitania skinięciem głowy, które równie dobrze może być nerwowym tikiem. Pedałując do domu, wyrzucam sobie swój brak odwagi. Powtarzalność tej sytuacji zaczyna być męcząca i w końcu każdą wizytę w bibliotece okraszam teraz mocnym postanowieniem sprowokowania rozmowy, w której będę mogła zapytać jak to jest przybyć „stamtąd - tu”. Dziewczyna się jednak nie pojawia. Sierpień próbuje jeszcze odgrażać się upałami, ale na nic jego wysiłki, bo o ósmej wieczorem i tak już wszystkim marzną stopy. Ale teraz jest popołudnie, a ja jak zwykle wracam z biblioteki. 

Nie wiedzieć czemu, zamiast w ulicę Sikorskiego, skręcam w Burmistrzów Zawilskich, a potem w Królowej Jadwigi. Może wiodło mnie przeczucie, że gdzieś tam spotkam Nutrię, a ona znów pomacha do mnie tak, jakby machała z innego świata. Dojeżdżam zrezygnowana do końca ulicy i widzę, że ktoś siedzi skulony na krawężniku. Siedziała tam z nogami pod brodą i przygryzała nerwowo dolną wargę, obok niej plątał się jakiś kudłaty pies. Chyba płakała albo ma taki zamiar. Kiedy mnie widzi, uśmiecha się smutno i wita jak zwykle. Cała moja odwaga znów się gdzieś ulatnia i mruczę coś pod nosem, zatrzymując rower po przeciwnej stronie ulicy. Dziewczyna szuka czegoś w kieszeni i po chwili wyciąga w moim kierunku dłoń, na której leżą jakieś zagraniczne cukierki, z pewnością nie amerykańskie (przecież bym wiedziała, skoro miałam ciotkę w Ameryce). Nie zastanawiając się długo, rzucam rower, podchodzę i zgarniam je szybko, lokuję bezpiecznie w reklamówce, raz po raz zerkając, czy aby na pewno tam są. Nutria śmieje się i odwraca na pięcie. Znika w zarośniętym ogrodzie, znajdującym się tuż za jej plecami, kiedy siedziała na krawężniku. Za nią człapie smętnie pies. Nigdy więcej już jej nie spotkałam. Nie wiem, jak miała na imię, ani skąd przyjechała. Nie pamiętam jej twarzy, ale wszystkie czarne sukienki i smak tych cukierków - tak.


grafika: archiwum.allegro.pl/fototapety

sobota, 23 listopada 2013

Ości, Ignacy Karpowicz


To, że Karpowicz pisarzem dobrym jest, wiadomo nie od dziś, ale moim zdaniem w "Ościach" najmocniejszą stroną jest tylko warstwa językowa, która zdecydowanie góruje nad fabularną. Karpowicz osiąga mistrzostwo biorąc język na ruszt i wyciągając te wszystkie smaczki literackie, te fikuśne metafory, zmuszając mózg do takiej pracy, jakiej ja sama nie zaznałam od czasu ślęczenia nad gramatyką opisową na studiach i podczas rozpaczliwych prób obsługi pistoletu do spinaczy pod pewną tablicą ogłoszeniową. Przyznam szczerze, że musiałam sprawdzać znaczenie niektórych słów w słowniku wyrazów obcych, bo ignorancja w tej kwestii zaburzała mi właściwy odbiór, ale uwielbiam czytać coś, co zmusza mnie do jeszcze większego wysiłku. 

Dla wrażliwych na kuchenną łacinę: sporo tam wulgaryzmów. Modlitwa Krzysia przejdzie pod tym względem do historii. Swoją drogą przypomina mi trochę Modlitwę Polaka z „Dnia świra” Koterskiego. Zdecydowanym atutem tej książki, poza językiem, jest dowcip, ale w tak zaskakującej formie, że człowiek się najpierw zadziwia, a potem wybucha śmiechem. W relacjach między bohaterami jest tyle niedorzeczności, hipokryzji i niedopowiedzeń, że aż trudno sobie wyobrazić taką rodzinę w rzeczywistości - przymiotnik ‘dysfunkcyjna’ pada pod ciężarem niemożności oddania jej statusu - jednym słowem: groza! 

W powieści jest też bardzo dużo odniesień do współczesnych wydarzeń i zjawisk popkulturowych, a także do facebooka, który jest osią wszechświata (czyt. nie masz facebooka = jesteś martwy). Zresztą cała książka wydaje się być zlepkiem facebookowych profili. Bohaterowie żyją swoimi niekompletnymi i udawanymi życiorysami, bez szans na głębsze i trwalsze więzi. Polecam zdecydowanie. A poniżej notka od wydawcy:

„Najnowsza powieść Ignacego Karpowicza - laureata Paszportu Polityki - o zagmatwanej naturze relacji międzyludzkich, pełnych gier i sądów. Czasem pół-, a czasem serio. I bardzo dobrze. Bardzo.
Kot Bury zdechł. A to dopiero początek zamieszania… Maja oskarża Szymona o romans. Ninel, która dla swojej matki wciąż jest Kubą, wiąże się z Norbertem, poznanym po konkursie drag queens. Ten jednak od lat kocha się w Krzysiu, którego związek z Andrzejem stanął właśnie pod znakiem zapytania.


Jak zrozumieć człowieka, który wykasował profil na facebooku? Czy warto słuchać rad zachłannej tchórzofretki? Czy żona może polubić kochankę męża? W końcu - co może łączyć małżeństwo, gejowską parę, mężczyznę zupełnie pozbawionego owłosienia oraz kobietę o niejednoznacznej tożsamości? Wbrew pozorom - bardzo wiele…”














środa, 6 listopada 2013

Szkoło, ty jesteś jak zdrowie...hipochondryka

"Nigdy nie pozwoliłem mojej szkole stanąć na drodze mojej edukacji."
Mark Twain

W przerwach od czytania „Ości” Karpowicza postanowiłam spłodzić nowego posta i mimowolnie myśli uciekają mi w kierunku zwanym „dzieciństwo”, co pewnie jest konsekwencją poprzedniego wpisu. Jednak tym razem nie zatrzymują się na sielskim aspekcie tegoż dzieciństwa, lecz na takim, z którym różnie bywało. Szkoła, bo ją mam na myśli, od szóstego roku życia doprowadzała mnie do szału. Była nieznośnym przymusem, przykrą koniecznością, szafotem, na który codziennie się właziło, pozwalało uciąć sobie głowę, a potem brało się ją pod pachę i szło do domu. Następnego dnia sytuacja się powtarzała. I tak od poniedziałku do piątku, od września do czerwca. Pewnie teraz zaskoczę niektórych wyznaniem, że byłam wzorową uczennicą, sypałam z rękawa piątkami i szóstkami, na lekcjach siedziałam cicho, nie dźgałam nikogo cyrklem, nie pyskowałam do nauczycieli, a po lekcjach grzecznie wracałam do domu. Nie oszukujmy się - każdy nauczyciel marzy o klasie złożonej z takich uczennic i uczniów jak ja. Wtedy to dopiero można nauczać, indoktrynować, wpajać, pedagogizować, osiągać wyniki, och, ach. Ale myli się ten, kto sądzi, że uczyłam się pilnie i świeciłam przykładem, bo urodziłam się z patologiczną potrzebą uczenia się. 


Tischner doszedł do wniosku, że istnieją trzy rodzaje prawdy. „Świento prawda” i „tyz prawda” trącą ignorancją, niezdecydowaniem, asekuranctwem i brakiem stanowczości, natomiast „gówno prawda” jest dokładnie tą prawdą, która bardzo mi w tym momencie do moich rozważań pasuje. A więc (nie zaczynaj zdania od „a więc” - powiedziałaby pani polonistka) gówno prawda, że to szkolne uczenie się było sensem mojego życia, a także objawem jakże pięknych ambicji, by dojść w życiu do „czegoś” (do dziś nie wiadomo czymże jest to „coś”, czym tak lubi się nęcić dzieci, rozmawiając z nimi o ich przyszłości). Uczyłam się dobrze i nie generowałam adhdpochodnych wyczynów, żeby mieć… święty spokój. Oto MOJA PRAWDA. Wszyscy myśleli, że jestem taka inteligentna, bo mam pasek na świadectwie, a nie na tyłku. Ja wiedziałam, że moja inteligencja tkwi w przebiegłości, nie w ocenach. Jeśli dobrze się uczysz, nie zadzierasz z nauczycielami, nie masz potrzeby zwracania na siebie uwagi - zyskujesz całe mnóstwo spokoju i… czasu, który możesz spożytkować tak, jak ci się tylko żywnie podoba. Trwoniłam go na czytanie książek, komiksów, malowanie, zdzieranie kolan na drzewach, bujanie w obłokach i na całe mnóstwo innych rzeczy - wg mnie to była prawdziwa nauka. Nikt się mnie nie czepiał o to, że muszę odrabić lekcje albo czytać lekturę (nienawidziłam tych lektur, oprócz „Szatana z siódmej klasy” oczywiście). Mama na wywiadówki zazwyczaj nie chodziła, bo nie miała po co. Mimo braku problemów z nauką, szkoła była wtedy dla mnie jakąś dziwną przeszkodą. Niby miała swoje zalety, bo zawierało się tam pierwsze przyjaźnie, nabierało umiejętności interpersonalnych i uczyło samodzielności, ale jakoś żadna z tych przyjaźni nie przetrwała, umiejętności interpersonalne ograniczały się do schematu: „ty robisz - reszta się pod tym podpisuje, a definicję samodzielności doskonale obrazował dialog:
- Szkieletor masz zadanie z matmy?
- Mam.
- To dawaj.
- Masz.

Oczywiście, że wzięłam pod uwagę swoje odizolowanie w tej niechęci do szkoły, ale na litość boską - nie byłam emo dzieckiem i nie zamykałam się w toalecie na pięć godzin. Komunikowałam się z rówieśnikami i też żyłam życiem szkoły (halo, jakie życie? Ach, no tak, Szkolny Klub Sportowy w postaci dwóch stołów do ping ponga i Katolickie Stowarzyszenie Młodzieży z nieumiejącym się wysłowić katechetą - oto najżywsze tkanki mojej ówczesnej szkoły). Pełne wrażeń szaleństwo. Nie to było jednak najgorsze, ale lekcje. Większość z nich była tak nudna, że szczypałam się cichaczem po nogach, żeby nie uciąć komara (broń Boże na chemii, bo pani chemiczka dysponowała odpowiednim sprzętem w postaci laski ebonitowej, która gwarantowała pobudkę w ciągu nanosekundy). Były wyjątki, choćby język polski, na którym, pomijając „przerabianie” lektur, dowiadywałam się całkiem fajnych rzeczy i historia, której uczył charyzmatyczny pan historyk z jagiellońskim wąsem. Jak się domyślacie po moich sympatiach przedmiotowych jestem humanistką, co uznaję za błogosławieństwo lub przekleństwo (według potrzeb), więc to, że nie puściłam swojej budy z dymem jest zasługą powyższych zajęć.

W liceum nie było lepiej. W wyniku jakiejś totalnie głupiej koincydencji wylądowałam w szkole o profilu ekonomiczno-handlowym. I jeśli podstawówka była męką, to moje liceum śmiało mogło pełnić rolę dziewiątego kręgu piekła u Dantego. Z nauką nie miałam większego problemu, mimo tego, że część przedmiotów to pochodne rachunkowości i ekonomii. Niestety, z zajęć znów wiało nudą, a nawet nódą, bo niektórzy nauczyciele nie bardzo wiedzieli, czy danego przedmiotu mają uczyć, czy też óczyć. Oczywiście i tu zaistniały odstępstwa od nudnej normy, za sprawą kolejnego ekscentrycznego historyka. Ciężko zapomnieć „genialne” powiedzonka i bezceremonialny, szowinistyczny pogląd na klasę „dziewic orleańskich” (jako, że mężczyźni byli w tej klasie w druzgocącej mniejszości, również nosili to zaszczytne miano).  Lubiłam również informatykę (a były to czasy kiedy wchodziły czaty tematyczne, więc wiadomo dlaczego ją lubiłam), język francuski (pani od francuskiego była w tym gronie nauczycieli, którym jeszcze zależało) i psychologię (grzebanie Patykiem w głowie, czyli to, co Patyki lubią najbardziej).

Te dzisiejsze rozważania nie są przypadkowe. Uświadomiłam sobie bowiem jakiś czas temu, dlaczego tak mnie te wspomnienia szkolne irytują. Reminiscencje związane ze studiowaniem są zupełnie wolne od skoków ciśnienia, więc dlaczego denerwuję się, kiedy widzę siebie siedzącą w szkolnych ławkach podstawówki i liceum? Kurtyna na scenie świadomości podniosła się i zobaczyłam zaskakujący wniosek, który prześladował mnie na tyle, że aż postanowiłam się do niego przyznać, a trzeba wiedzieć, że przyznanie się do czegokolwiek wychodzi mi tak łatwo, jak wsadzenie trzech stów do koperty, kiedy idę na wesele. Brak odwagi - oto ów wniosek. Nie starczyło mi odwagi, by powiedzieć głośno, że się nudzę na lekcjach, że wolałabym przyswajać wiedzę w innej formie niż podawcza. Zabrakło odwagi na zamanifestowanie swoich szkolnych potrzeb. A najbardziej żałuję, że nie byłam na tyle odważna, by na jakiejkolwiek nudnej lekcji wyciągnąć z plecaka ulubioną książkę i zacząć ją bezczelnie czytać na oczach nauczyciela. Pewnie, że szlag trafiłby moje wzorowe zachowanie i świętą procesję piątek oraz równie święty spokoj, ale nie czułabym się wtedy taka stłamszona i nie miałabym sobie teraz nic do zarzucenia. Być może jakiś nauczyciel też obudziłby się ze sztampowego letargu i spróbował czegoś mniej konwencjonalnego niż: "zapiszcie temat lekcji". 

Na szczęście opamiętałam się na studiach i jeśli coś mnie nudziło, brzydko mówiąc, lałam na to sikiem prostym jednostajnie ciągłym. Na nudnych wykładach czytałam sobie ukochane książki i tworzyłam na marginesach notatek arcydzieła sztuki zdobniczej, tudzież wymyślałam parszywe wierszyki oraz oddawałam się uciesze szeptanych dyskusji na tematy rozkosznie niskolotne, jak choćby dwie różne skarpety na nogach wykładowcy. Na wykładach z Systemów Oświatowych Unii Europejskiej bezwstydnie drzemałam, na Historii języka polskiego czytałam „Przekrój”, (bo wychodził wówczas w czwartki, a wykłady z Historii też były w czwartki), na ćwiczeniach z Literatury powszechnej rysowałam komiksy i zastanawiałam się, czy moja grupa znów doprowadzi do płaczu panią wykładającą ów przedmiot. Na podstawie powyższych wyznań łatwo mi zarzucić niekompetencję w kwestii znajomości zagadnień, które były przedmiotem moich studiów. Nic bardzie mylnego albo jak kto woli: gówno prawda. To, że zajmowałam się na wykładach pierdołami, nie przeszkodziło mi dokształcać się samodzielnie po zajęciach, więc pomieszkiwałam trochę w domu, a trochę w bibliotece. Tym sposobem wiem, co to są jery, jak wygląda nauczanie w Norwegii albo kim byli Akmeiści. Zresztą studiowanie polega tak naprawdę na samokształceniu się ergo po co były mi studia? Ano po to, żebym mogła nauczyć się odwagi. Ba! Żebym miała szansę ową odwagę pokazać.

Po latach przekonałam się co to znaczy stawać na rzęsach, żeby urozmaicić lekcje. Pracowałam jako nauczyciel, wiem ile trzeba włożyć w to pracy i energii, a efekty nie zawsze spełniały moje oczekiwania. Mimo to, zdecydowana większość uczniów ożywiała się, kiedy lekcja odbywała się zupełnie inaczej, niż zakładali. Prócz trzymania się ram tematycznych przedmiotu, serwowałam na tych lekcjach filozofię oraz psychomanipulację, ale dzięki temu wiem, że dzieciaki wyniosły z nich o wiele więcej, niż myślałam, nie mówiąc już o tym, że i ja się świetnie bawiłam. Wiem też, jak potrafią podciąć skrzydła inni nauczyciele, zwłaszcza Ci którzy trafili do zawodu „za karę”. Snują się z lekcji na lekcję, ględzą, narzekają, obsmarowują za plecami twoje starania i po cichu śmieją się, że na pewno za rok się wypalisz. Rozumiem, że nie każdy dzieciak chce się uczyć i średnio co piąty jest zainteresowany nawet najciekawszą lekcją. Jednak właśnie dla tego „copiątego” warto się starać, aby w przyszłości nie musiał wyrzucać sobie braku odwagi, że nie powiedział nauczycielowi, jak nudne są jego zajęcia. 
I niekoniecznie na ciekawe zajęcia czeka tylko znudzony piątkowy uczeń (ja), ale też taki, który na sprawdzianie pisze, że: „Oszczał Westerplatte trwał cztery dni” (Andrzejek P.).


poniedziałek, 28 października 2013

Obłąkany ogród

I znów przepadłam na trochę. Tym razem to zdecydowanie wina ogrodu, bo doszłam do wniosku, że ogród jest stanem ducha i korzystając z pięknej pogody siedziałam tam ile się dało. Tak, mam to szczęście, że mieszkam w domu z ogrodem, co powoduje, że wpadam czasem w stany dziwacznej euforii. Podstawą mojego porannego przywracania się do użyteczności jest spędzanie przynajmniej piętnastu minut w kuchennym oknie i gapienie się na ów ogród. Najpierw rejestruję każdą, choćby najmniejszą zmianę, a potem pogrążam się w błogim nie-myśleniu (swoją drogą, ciekawa jestem, jaki wyraz twarzy mam podczas tej „bezmyślności”?). Ten mój codzienny rytuał jest czymś w rodzaju smarowania aloesem słonecznego oparzenia - koi i sprawia, że poranna konfrontacja z rzeczywistością jest prawie bezbolesna (prawie, bo np. za chwilę w lustrze zobaczę, że na środku czoła mam wybitnie trwałe odbicie guzika od poduszki, a akurat ktoś dzwoni do drzwi). Kiedy jest bardzo ciepło, chodzę sobie po tym swoim ogrodzie z kubkiem kawy w ręku - zaraz, zaraz, przecież ja po tym ogrodzie to właściwie łażę, a nie chodzę - i niebywałą radość sprawia mi to moje łażenie. 


Zastanawiałam się kiedyś, dlaczego tak mnie to cieszy i doszłam do wniosku, że chodzi tu o doświadczanie, na mój pokręcony sposób, wolności. Ale ogród jest przecież otoczony przez płot, za płotem asfaltowe wstęgi ulic i betonowy las w postaci browarnianych hal i beczek (zgadza się, za domem mam browar), więc gdzie tu poczucie wolności? Sęk w tym, że ja w ogóle tego nie dostrzegam (i to jest właśnie pokręcone), łażąc po ogrodzie. To, co każdy może dostrzec jest zasługą rąk głównie mojej Mamy, która cierpi na nieuleczalną chorobę ogrodową potocznie zwaną: „zdechnę, jeśli czegoś dziś nie posadzę”. Nie można rozpatrywać tego inaczej, niż w kategorii choroby, zwłaszcza, że potrafiła kiedyś, przy okazji załatwiania jakiejś sprawy w Urzędzie Miasta, zajumać szczepki ze stojących na korytarzu kwiatów. Nie znam nazw większości roślin, które Ona w tych naszych zaroślach sadzi i moja wiedza ogrodnicza kończy się na odróżnieniu drzewa od krzaka, ale mam nadzieję, że też kiedyś złapię ogrodowego bakcyla. Póki co, pomagam przy porządkowaniu ogrodu, a w lecie odpalam kosiarę i razem z połową miasta, posiadającą ogrody, z otępieniem koszę trawę zazwyczaj w sobotę. Właściwie, wjeżdżając do Leżajska można bez kalendarza stwierdzić, jaki mamy dzień tygodnia, bo jednostajny szum kosiarek i hipnotyzujący zapach kiełbasy z grilla, nie pozostawiają wątpliwości - jest sobota!

 Moje prawdziwe doświadczanie ogrodu odbywa się na trochę innej płaszczyźnie. Dobrym przykładem na to jest przede wszystkim czekanie przez całą jesień, zimę i pół wiosny na to, by móc ściągnąć buty i stanąć boso na trawie. Zrzucanie butów jest dla mnie symbolem, bo tak naprawdę zrzucam niepotrzebny balast psychiczny, który zdążył się w mojej głowie nagromadzić, jako efekt przeróżnych życiowych sytuacji.  Spróbujcie tego kiedyś, a jeśli nic nie poczujecie, to znaczy, że albo ja jestem stuknięta, albo szwankują wam synapsy. Doznawanie ogrodu ma jeszcze swoje inne zalety. Ot choćby taką, że stoicie w krzakach malin, przez nikogo niezauważeni i słyszycie jak żywo interesują się waszym życiem sąsiedzi, komentujący jakikolwiek przejaw ruchu na nie swoim podwórku. Doprawdy, usłyszeć można niejedno.
Obserwując poczynania Mamy, doszłam do wniosku, że realizuje po cichu misję, której celem jest okopanie się przed światem zielenią. Jestem na tak i kibicuję tym poczynaniom nawet, jeśli tego po mnie nie widać. A nie widać wtedy, gdy z zaciętym wyrazem twarzy walczę jesienią na wietrze ze stertami liści. Niestety zdarza mi się przy tym „rzucić mięsem” i razu pewnego, kiedy wiosłowałam grabiami, klnąc pod nosem, dosłownie w ostatniej chwili zauważyłam przejeżdżającą obok rowerem moją ulubioną nauczycielkę z podstawówki. Niestety, na sto procent usłyszała moje: „ja pier…ę!” - jej mina mi to powiedziała. No cóż, kompromitacja to moje drugie imię.

Wracając do tematu ogrodu, to nabożne uwielbienie, którym go darzę, musi mieć na pewno swoje korzenie w dzieciństwie, kiedy mieszkaliśmy u babci, a babcine ranczo wyposażone było i jest nadal w duży ogród. Wystarczyło wyjść za stodołę, a tam rozpościerało się bezbrzeżne morze zieleni, nieskażone żadnym płotem i kosiarką. W ogrodzie rosły jabłonie, śliwy i wielka czereśnia, na której ja i moje rodzeństwo zbudowaliśmy domek (co prawda tylko podłogę z desek, ale kto by się tam szczegółami przejmował). W trawie sięgającej nam po samiuśkie pachy, bawiliśmy się w chowanego, a w małej niecce, w której zawsze gromadziła się woda, mieliśmy prawdziwą łódkę. Nie pamiętam, jak się ta łódka tam znalazła, ale „zdobyliśmy” na niej niejedną wyspę i „przeżyliśmy” niejeden sztorm, za żagiel mając babciną halkę. Za ogrodem zaczynała się łąka, za nią i obok niej kolejne, po drodze jakiś lasek, a gdzieś w oddali majaczył już wielki las. Piszę o tym i sama się do siebie uśmiecham na wspomnienie tych wspaniałych dziecięcych doświadczeń. Kiedy wróciłam do Polski po hiszpańsko-angielskich wojażach, pierwszym miejscem, jakie odwiedziłam był oczywiście ten babciny ogród, nasza mityczna kraina wiecznego dzieciństwa. Nieważne ile lat będę miała naprawdę - wchodząc do tamtego ogrodu zawsze będę dziesięciolatką z podrapanymi kolanami.

Podobnie jest z kolejnym ogrodem, w którym bywałam jako dziecko. Należał on do znajomych mojej Mamy i nieco mnie przerażał, bo zawsze wydawało mi się, że żyje i oddycha naprawdę. Na wpół dziki, na wpół oswajany przez człowieka, był wciąż zagadką dla mojego dziecięcego umysłu. Drewniany Dom, stojący pośrodku owego ogrodu wydawał mi się równie tajemniczy, co sam ogród. Być może ze względu na ludzi tam mieszkających i ich barwne życie, które śmiało można nazwać życiem cyganerii. Kiedy czasami rozpalano w ogrodzie ognisko i wszyscy gromadzili się dookoła niego, bałam się wyjść poza krąg światła, bo byłam przekonana, że ogród mnie wchłonie i stanę się jedną z tych eg(z)otycznych roślin, które posadziła pośrodku tego gąszczu jego piękna właścicielka. Do Domu można było dostać się dwiema drogami. Pierwsza wiodła od głównej ulicy przez ogród, drugą była wąska ścieżka-skrót, którą można było szybko dojść do centrum miasta, bez konieczności przedzierania się przez ogród i dreptania naokoło, toteż jej używano najczęściej. Najdziwniejsze w tym wszystkim było to, że ogród znajdował się jakieś pięć minut od Rynku, ale przebywając w nim miało się wrażenie, że jest się na końcu świata lub na innej planecie. Wszechobecna cisza, ledwo zauważalne drganie liści, obezwładniający zapach przedziwnych kwiatów, cichy szum nigdy niekoszonej trawy - wszystko to składało się na krwiobieg ogrodu, w którym pewnego dnia przebito najważniejszą tętnicę. Kiedy dziś wspominam to z perspektywy dorosłego człowieka, wydaje mi się, że moje dziecięce przekonanie o tym, jakoby ogród żył tak, jak żyją ludzie, nie było bezpodstawne. W życie mieszkańców Drewnianego Domu, wkradł się smutek, a potem tragedia, która zmieniła wszystko. Wierzę, że ten ogród był w jakiś dziwny sposób związany pępowiną z jego właścicielami i kiedy wydarzyło się to, co wydarzyć się musiało, ogród taki, jakim ja go pamiętam, przestał istnieć. Kilka dni temu wybrałam się w tamto miejsce rowerem. Zatrzymałam się przy bramie, która dziś nie jest już tą samą bramą. Posesja dawno zmieniła właścicieli. Po ogrodzie z moich wspomnień nie ma prawie ani śladu. Prawie, bo obecni właściciele nie zdecydowali się ściąć drzew rosnących na małym wzniesieniu obok nowo wybudowanego domu i tych, które okalały niegdyś Drewniany Dom. Jakież było moje zdziwienie, kiedy zorientowałam się, że ów Drewniany Dom nie został zburzony. Co prawda nie był już drewniany, ale liczyło się dla mnie to, że w ogóle stoi, bo ten fakt sprawia, że oto widzę już w tym Domu siebie oraz moją siostrę, jak siedzimy pod stołem i bawimy się z synkiem właścicieli domu. Przez uchylone drzwi widzę drugi pokój, w którym na ścianach wiszą obrazy - jeden obok drugiego. W powietrzu unosi się zapach dymu z papierosów i głos Franka Zappy. Słychać jakieś burzliwe dyskusje, zdaje się, że rozmowy o sztuce, muzyce i literaturze. Jest lato, pootwierane wszędzie okna zmuszają firanki do tańca na wietrze, a na półkach książki, których tytułów w większości nie rozumiem. Za kilka lat wydarzy się tu coś, co zakończy życie ogrodu i zgasi barwny ogień, który tam zawsze widziałam, ale szybko wymazuję tę myśl, bo teraz jestem znów dziewczynką z podrapanymi kolanami, tyle, że bawiącą się pod stołem w Drewnianym Domu.



Mój obecny ogród nie jest ósmym cudem świata, nie ma w nim fantazyjnych roślin ani nieprzebytych gąszczy, nie wystartuje zapewne nigdy w konkursach z gatunku „cieszący oko”, ale w posiadaniu ogrodu chodzi o coś więcej, niż tylko sadzenie krzewów, koszenie trawy i dbanie o niego tylko po to, żeby inni go podziwiali. Te dwa ogrody z przeszłości, które tyle dla mnie znaczyły, mam w sobie i kiedy wychodzę do teraźniejszego, tak naprawdę jestem we wszystkich naraz. Z każdym postawionym krokiem zmienia się to, na co patrzę. Pod powieką wybuchają obrazy przemycane z tamtych ogrodów, w uszach słyszę śmiech: swój, innych dzieci, tych kolorowych ludzi odwiedzających Drewniany Dom. Miesza mi się to wszystko, bo po głowie hula wiatr, rozrzucający strzępy historii, które próbuję schwytać i poskładać w całość. Na przemian smutek i radość, bo jednocześnie zapominam i pamiętam. To dlatego nie widzę początku ogrodu ani jego końca. Wiem tylko, że idę boso.

Lecz wiem, że ogród ten istnieje,
Że tai własne moje dzieje,
Ach! dzieje straszne, niezbadane
Zaczarowane, obłąkane,
Bo mi mówili aniołowie,
Co znają prawdę, skrytą w słowie,
Że tam, gdzie wisząc nad przestrzenią,
Brzegi wieczności się zielenią,
Przedarłszy czasu mdłe osłony,
Wzgórzami tęsknot otoczony,
Zakwita ogród niezbadany,
Zaczarowany, obłąkany,
Zaczarowany skonem zorzy,
I obłąkany mgłą bezdroży.
(B.Leśmian "Ogród zaklęty")




czwartek, 17 października 2013

Księgarnia pod zdechłą książką - cz.III

Po odejściu z galeryjnej księgarni obiecałam sobie, że już w żadnej nie wyląduję. Nie mogąc znaleźć innej pracy, trafiłam jednak do kolejnej, również korporacyjnej, ale na szczęście będącej niewielką księgarnią, znajdującą się na malowniczej ulicy jednego ze śląskich miast. Choć nie mieszkałam na Śląsku zbyt długo, to mam do niego ogromny sentyment. Pewnie spory w tym udział mają ludzie, których tam spotkałam, specyficzny klimat oraz Kopalnioki - anyżowe cukierki, które dostałam na drogę powrotną do domu od pewnej dobrej duszy. Od zawsze Śląsk kojarzył mi się z dymiącymi kominami i lasem kopalń, a tu proszę - takie zaskoczenie, bo dzieje się tam tyle fajnych rzeczy i jest tyle ciekawych miejsc, że nie sposób to tutaj opisać. No, ale zostawmy krajoznawcze zachwyty i wracamy do nowej księgarni.
Oprócz mnie pracowały w niej trzy osoby. Początkowo byliśmy w piątkę, ale poprzedniego kierownika przeniesiono do księgarni w galerii, jeden z pracowników awansował na nowego kierownika, a ja siłą rzeczy wskoczyłam w puste miejsce. Zapewne już niewiele jest takich księgarni w dużych miastach, które mieszczą się przy ulicy, dlatego po cichu cieszyłam się z faktu, że przynajmniej przez szybę będę mogła sobie popatrzeć na słońce, a nawet zobaczyć kawałek nieba. Powierzchnia księgarnianego lokalu nie była zbyt duża, co powodowało wrażenie przytulności i wierzcie mi - ma to duże znaczenie, kiedy spędza się w jednym i tym samym miejscu czterdzieści godzin w tygodniu. Co dziwne, było tu więcej tlenu niż na tysiącu metrów kwadratowych, jakie zajmowała księgarnia w galerii. Z racji doświadczenia szybko wślizgnęłam się w tryby księgarnianej machiny i jak dawniej, nabijałam komuś u góry kabzę, wciskaniem książek. Tyle, że od czasu ostatniej pracy w księgarni coś się chyba we mnie zmieniło. Potrafiłam przez piętnaście minut perorować o dobrej książce, ale kiedy dany klient ewidentnie zapałał czytelniczą miłością do jakiegoś gniota, zaczynała mi nerwowo drgać powieka, ciśnienie gwałtownie zwyżkowało, a lewa noga sama rwała się, by strzelić mu z kopyta. Nie potrafiłam już wcisnąć komukolwiek książki, której treść nie mieściła się nawet w definicji grafomanii. Duży udział w tym miał też mój kierownik, a raczej kierowniczka, której mózg był (mam nadzieję, że jest do dzisiaj) wszechkopalnią księgarnianej wiedzy, przebijając w tym moją poprzednią szefową. Na dodatek posługiwała się taką polszczyzną, że w szachy może grać z nią tylko Miodek. Gdyby urządzono zawody w tym, która księgarnia szybciej wyprzeda swój asortyment, dzięki zdolnościom krasomówczym i psychomanipulacyjnym mojej kierowniczki skasowalibyśmy konkurencję na starcie. Serio, moja kierowniczka sprzedałaby nawet Pięćdziesiąt twarzy Greyaprzełożonej zakonu Karmelitanek. Na szczęście tego nie robiła, bo miała identyczną jak ja zasadę, a mianowicie: nigdy nie wciskała nikomu miernej literatury. Po prostu, kiedy ktoś poszukiwał książek z gatunku: „nie trzeba dużo mrugać oczami, by zrozumieć treść”, ona po prostu takie wyciągała i wysilała się jedynie na wyartykułowanie beznamiętnych komunikatów. Niestety, naszą księgarnią rządziły też korporacyjne prawa i musieliśmy pewne tytuły polecać niemalże natrętnie, co dość źle znosiłam na początku, a potem było mi właściwie wszystko jedno. Od czasu, kiedy pracowałam w pierwszej księgarni do momentu zasilenia szeregów personalnych tej ostatniej, minęło siedem lat. Pamiętam, że wówczas mierną literaturą było to, co dziś mieści się w granicach przyzwoitości, bo pojawiły się na rynku księgarskim takie książki, o jakich mi się w najgorszych koszmarach nie śniło. Doprawdy nigdy nie zrozumiem fenomenu wspomnianych Pięćdziesięciu twarzy Greya. Jeśli planujecie w najbliższej przyszłości poznęcać się nad kimś psychicznie, otwórzcie Greya na pierwszej lepszej stronie i czytajcie na głos. Gwarantuję, że molestowany tym światłym dziełem delikwent, po pół godzinie dokona aktu samozagłady, by już więcej nie musieć tego słuchać. Żeby było jasne - nie mam nic przeciw literaturze typu chic lit (w wolnym tłumaczeniu: literatura dla laseczek) za której prekursorkę uważa się Helen Fielding, twórczynię słynnej Bridget Jones. Sama przecież zaczytywałam się w przygodach tej stukniętej trzydziestolatki, zaśmiewając się do łez. Traktuję tego typu książki, jako tzw. „odmóżdżacze”, ale Grey to nie Bridget Jones, a tandetne soft-porno. Po przebrnięciu przez super inteligentne i miażdżące mózg księgi potrzebuję czasem czegoś łatwego i przyjemnego, żeby wystygła mi głowa, więc mój wybór pada na kryminał albo właśnie chic lit. Zabieram też takie książki ze sobą do pociągu, bo z racji towarzystwa współpasażerów moja percepcja jest zazwyczaj nieco ogłuszona. Popularność książek Fileding spowodowała wysyp takowej literatury u nas, więc swoje pięć minut dobrze wykorzystały co niektóre panie, piszące o perypetiach trzydziestoparoletnich singielek, które zazwyczaj porzucane przez facetów, wynajdują jakieś zaskórniaki i budują domy na łąkach obsypanych kwieciem, spotykają przystojnego bruneta w spożywczaku zderzając się z nim przy sięganiu po tego samego buraka albo otwierają swoje biznesy. Nie ma się co oszukiwać, przyjemnie się to czyta, bo happy end dobrze wpływa na poziom endorfin, ale z chic lit jest tak, jak z alkoholem: w nadmiarze powoduje ubytki na umyśle i zakrzywia rzeczywistość. Ostatnio częściej w roli odmóżdżaczy występują u mnie kryminały, a właściwie chyba tylko one. Jest jakaś perwersyjna przyjemność w tym, że zagrzebujesz się w kołdrach z kryminałem, byle przeczytać choć parę stron, a potem przytomniejesz o piątej nad ranem, bo koniecznie musiałaś wiedzieć „kto zabił”. Potem idziesz do pracy po dwóch godzinach snu i śpisz na stojąco pod regałem z fantastyką. Do dziś dnia pamiętam jak próbowałam wziąć urlop na żądanie w poprzedniej księgarni, tylko po to, by móc skończyć czytać wszystkie trzy tomy Larssona na spokojnie, bo z czytania po nocach i niewyspania miałam już halucynacje, że śledzą mnie krasnale ogrodowe. Na szczęście pracowałam z ludźmi podobnymi sobie i w sytuacjach, kiedy ktoś powodowany adrenaliną skręcał do rana kołdrę nad książką, zawsze miał wsparcie pozostałych pracowników. Nie inaczej było w tej księgarni.
Jako, że jestem psychofanką literatury iberoamerykańskiej, do mnie kierowano klientów chcących poczytać coś właśnie z tej kategorii. Przemówienia noblowskie to nic w porównaniu z kwiecistymi i natchnionymi arcydzielnym wodolejstwem monologami, które głosiłam nad książkami Marqueza, Mariasa, Bolaño, Cortazara, Somozy, Llamaresa i innych. Chyba z lekka graniczyło to z jakąś chorobą psychiczną, ale skutkowało, bo klienci owe książki kupowali i przychodzili po następne.
                                                                                                                                    
Nie sposób opisać wszystkich „uroków” pracy w księgarni, dlatego pewne rzeczy potraktuję skrótowo.
Są w pracy księgarza takie sytuacje, w których musi być on Einsteinem improwizacji. A jakie to sytuacje? O właśnie takie:
- klient przychodzi i pyta o daną pozycję; sprawdzasz w systemie, czy fizycznie jest w księgarni, następnie udajesz się na jej poszukiwanie, by po piętnastu minutach, ze spoconymi pachami, przypomnieć sobie, że przecież masz ją w domu, bo pożyczyłeś dwa miesiące temu do poczytania na tydzień, wracasz do klienta i improwizujesz;
- sytuacja jak wyżej, z tym, że książka nie opuściła księgarni z żadnym pracownikiem; wyruszasz na poszukiwania do działu, w którym książka być powinna - bezskutecznie; po piętnastu minutach przychodzi ci z odsieczą koleżanka, po kolejnych dwudziestu - kolega, który po odejściu klienta przypomina sobie, że wsadził ów tytuł do innego działu;
- klient przychodzi i pyta o podręcznik do matematyki; zapytujesz: „który podręcznik?”, na co klient odpowiada: „a to nie ma jednego?”; improwizujesz wówczas w duchu, przypominając sobie oczy wszystkich napotkanych bezdomnych psów, by nie roześmiać się na głos;
- przychodzi klient/ka i prosi byś poleciła jej dobrą literaturę z wyższej półki; zapytujesz co czyta (aby mieć porównanie), pada odpowiedź: „chciałabym coś tak dobrego jak Pięćdziesiąt twarzy Greya, przełykasz ślinę i rozpaczliwie szukasz wzrokiem innego pracownika – niestety, wszyscy słyszeli o co zapytał klient, a teraz robią za „cichociemnych”, więc podchodzisz do półki wyciągasz Płomień Crossa i odwracając wzrok wręczasz klientowi, po jego wyjściu lecisz dezynfekować ręce oraz przepraszasz papier, za to, że musi nosić na sobie tak gównianą treść;
- przychodzi klient, uprzejmie informuje, że chce się rozejrzeć, a ty po półgodzinie zmóżdżania się skąd znasz jego twarz, uświadamiasz sobie, że masz przed sobą Wojciecha Kuczoka - jednego ze swych mistrzów pióra; kombinujesz jak nawiązać rozpustnie inteligentny dialog, ale improwizacja i próba bycia „na luzie” w tym przypadku pogrążają cię doszczętnie, bo po zdaniu: „pisze Pan fajne (Matko Boska!)  książki”, możesz już tylko spieprzać na zaplecze i trzasnąć się w pysk.

A teraz coś, co celowo zostawiłam na sam koniec: moja własna typologia księgarnianych klientów:
- „kawiarniany inteligent”: nie szuka niczego konkretnego, sypie przeczytanymi tytułami z rękawa, ale bliżej wypytany o upodobania czytelnicze, szura nogami, bo wie, że dzwonili, tylko nie wie, w którym kościele i w pośpiechu opuszcza księgarnię;
- „oczy tęskniące za rozumiem”: posiadacz/ka takiegoż narządu wzroku zazwyczaj pyta o Greya - dalszy komentarz zbędny;
- „jestę hrabię”: wymienia tytuł, którego poszukuje i kiedy mu go dostarczasz cmoka znacząco na ciebie, abyś w tym momencie zaczął się wić jak piskorz i użył całej swej mocy, by go przekonać, że to jest właśnie ta książka, której potrzebuje;
- „dziękuję, tylko oglądam”: klienci, których najbardziej lubię, bo choć ich możliwości finansowe wykluczają częste zakupy w księgarni, to jednak przychodzą tu „poprzytulać” się do nowości; zazwyczaj mają dużą wiedzę i odznaczają się wysoką kulturą osobistą;
- „szkiełko i oko”: typ naukowy; klientów tego typu również lubię najbardziej, bo nigdy nie żałują pieniędzy na książki i wychodzą z księgarni tak jakby właśnie przed momentem dostąpili epifanii;
- „familijny”: przychodzi do księgarni z całą rodziną, wychodzi z jedną książką, zmęczony, sfrustrowany, przeliczając skrupulatnie potomstwo;
- „stały klient”: również mój ulubiony typ; wpada z wizytą jak do znajomych, bierze, co mu polecają, a że polecają dobre, to przychodzi po jeszcze;
- „księgarniany ekshibicjonista”: przy okazji wyboru książki opowiada ci o problemach z pęcherzem, dziewczyną, chłopakiem, mężem, żoną, hemoroidami, sąsiadami i Bóg jeden wie, z czym jeszcze;
- „I’m a terrorist”: klient, po wizycie którego zrzucamy się z resztą pracowników na nervosol i losujemy zapałki o urlop nazajutrz; przychodzi do księgarni tylko i wyłącznie wyładować się na personelu za swój nieudany dzień i malutkie ego; kto trafi na takiego delikwenta dostaje później w nagrodę godzinny pobyt w dziale literatury dziecięcej i możliwość przejrzenia książeczek z kołysankami;

Praca w ostatniej księgarni była chyba najlepszym doświadczeniem w tej branży. Dlaczego, więc odeszłam? Owszem, mogę pracować charytatywnie, bo tak można nazwać pracę za 800 zł/m-c, ale nie w tym życiu i nie w tym kraju. Na pracę w księgarni może sobie pozwolić ktoś, kto owszem kocha książki, zna się na literaturze, ale też ma w pobliżu mieszkanie po babci bez opłat, mieszka u rodziców albo ma ojca „po uszy w biznesie” i przychodzi do pracy, bo się nudzi w domu.
A ty drogi kliencie, idąc do księgarni, staraj się być po prostu człowiekiem, bo po drugiej stronie też masz człowieka.

(Przypomniały mi się teraz słowa mojej kierowniczki, która powiedziała, że niech sobie ludzie czytają te gnioty Greyowskie i inne, byleby tylko czytali, bo grozi nam wtórny analfabetyzm, ale ja się nie mogę z tym zgodzić, bo taka „majtkowa” literatura naprawdę źle wpływa na umysły. Nie twierdzę, że każdy ma czytać od razu Ulissesa, czy Nędzników w oryginale, ale dla kogoś, kto lubi lekką literaturę albo stricte kobiecą jest tysiąc innych propozycji niż Grey smagający biczem po gołym tyłku wniebowziętą i popiskującą lafiryndę. No!).

niedziela, 6 października 2013

Księgarnia pod zdechłą książką - cz.II

Po odejściu z ze znanej już z poprzedniego posta księgarni, eksplorowałam namiętnie Hiszpanię, a następnie Anglię. Niestety, wiedziona własną głupotą wróciłam do kraju i zamieszkałam w kolejnym dużym mieście. Szybko okazało się, że praca, jakiej tam poszukiwałam, nie poszukiwała mnie i koniec końców wylądowałam gdzie? Oczywiście, że w księgarni, ponieważ posiadałam już doświadczenie. Jednak ta różniła się diametralnie od tej poprzedniej, gdyż była czymś w rodzaju korporacyjnego kaprysu właścicieli pewnej spółki, których zresztą nigdy na oczy nie widziałam. Już dokładnie nie pamiętam ile było filii tych księgarń, ale zdaje się, że niewiele, bo tylko w trzech miastach. Zresztą kogo to dziś obchodzi. Filia, w której pracowałam znajdowała się na parterze jednej z większych galerii handlowych i na moje szczęście nie posiadała w swoim asortymencie podręczników. Miała za to trzy działy: książki, muzyczny i prasowy oraz kawiarnię. Podczas rozmowy kwalifikacyjnej dowiedziałam się, że moja przyszła szefowa lubi koty, gra w "Quake'a" (!) i jest dość ekscentryczną osobą, by nie powiedzieć nieobliczalną, o czym zresztą miałam się przekonać w niedalekiej przyszłości. Po dwóch tygodniach programowego wdrażania, dostałam pracownicze wdzianko w postaci firmowego t-shirtu i motywacyjnym zawołaniem: „Szoruj na salon!” posłano mnie na pastwę regałów. 

Powierzchnia salonu w porównaniu do pierwszej księgarni była ogromna. Na kilkuset metrach kwadratowych rozparcelowano regały i stoły ekspozycyjne. W dziale książki, podobnie jak w pozostałych, pracowało po kilka osób, na dwie zmiany, gdyż galeria była otwarta do 21.00. Byłam jedną z wielu mrówek ciągnących za sobą wózek z nową dostawą książek/pustaków, układających je na regałach, wycierających kurze, robiących zwroty magazynowe, wciskających ludziom dzieła i gnioty. Tak mniej więcej wyglądał każdy dzień. Smutne nieprawdaż? Ano nie do końca, bo w tymże księgarskim salonie poznałam wspaniałych ludzi i życzę każdemu, by trafił na takich współpracowników. Każdy był osobowościowym fenomenem i dlatego nigdy nie było nudno. To właśnie tu narodził się „Patyczak” – moja pierwsza w życiu z prawdziwego zdarzenia ksywa (nie licząc kretyńskiego ‘Szkieletora’ w podstawówce), którą od razu przygarnęłam do swego nikczemnego serca i adoptowałam na wieki wieków. Niestety ksywą z podobnej okolicy, ale mniej humanitarną, ochrzciła mnie również szefowa, więc byłam ‘Bones’ (czyli Kości) dla niej, a ‘Patyczakiem’ tudzież ‘Patyczkiem’ dla reszty. Moja drobna postura i gówniarski wygląd zawsze przysparzały mi mnóstwa stresu. Najdotkliwiej odczułam to, kiedy pracowałam jako nauczyciel w szkole. Pewnego dnia zostałam po godzinach, by ślęczeć nad jakimś idiotycznym projektem ku chwale szkoły. W budynku było kilka osób, w większości panie sprzątające. Po wielu godzinach spędzonych przy komputerze postanowiłam złapać oddech i wyjść na szkolny korytarz. Ledwo zrobiłam parę kroków, aż tu nagle, nie wiadomo skąd, pojawiła się jedna ze wspomnianych pań i machnęła mi przed nosem mokrą ścierą, wspomagając się dodatkowo bojowym okrzykiem: „Gdzie mieeee tu lezieeesz gówniarzu!!!” Chcąc ratować swoje życie, uciekłam w te pędy tam, skąd przybyłam i gorączkowo rozglądałam się za jakąś białą szmatą, żeby wystawić ją za drzwi na kiju od szczotki w celu zawarcia pokoju z zabójczą sprzątaczką. Oczywiście potem sprawa się wyjaśniła i dostałam swoje przeprosiny, ale wykonane w taki sposób, że poczułam się winna, iż wyglądam jak mały gimbus. Ale, ale wróćmy do księgarni.

Klienci księgarni ulokowanej w galerii handlowej to w większości ludzie z przypadku – jedna wielka konsumpcyjna masa. Zero szans na nawiązanie jakichkolwiek więzi. Owszem mieliśmy jakichś stałych klientów, ale byli oni zazwyczaj „zosiosamosiowaci” i często nie wysilali się nawet, by powiedzieć choćby głupie: „Dzień dobry”. Jednak bezduszność i anonimowość klienteli rekompensowało mi - i chyba wszystkim tam pracującym - wzajemne towarzystwo. Jeśli zdarzało się, że ktoś coś przeskrobał, a najczęstszym przeskrobaniem było np. zapominanie o czymś, bądź jakieś niedopatrzenie, to wtedy wiadomo, że czekała go księgarniana lobotomia w wykonaniu szefowej. Kiedy człowiek wychodził po takim zabiegu, nie był już tym, kim był zanim tam wszedł. Ciągłość własnego „ja” była tylko nieśmiałym swędzeniem w okolicy godności pisanej już przez małe ‘g’. Sponiewierane ego brało się na plecy i wychodziło z zaplecza na salon, gdzie czekała reszta ekipy z odpowiedniej wielkości pompką, a następnie pompowała to ego do stanu użyteczności i pomstowaliśmy razem, że puścimy nie tylko salon z dymem, ale i całą galerię. Oczyma wyobraźni widziałam już ten księgarniany dzień wyzwolenia: jedno z nas włazi na stół ekspozycyjny i zaczyna czytać „Wyzwolenie zwierząt” Singera, a reszta wyciąga ukryte w regałach koktajle Mołotowa, granaty zaczepne, maczety, scyzoryki, pęsety, śmierdzące jaja – cokolwiek byle miało niszczycielską siłę i ruszamy do boju, a potem, zanim nas zamykają w kryminale, udzielamy wywiadów i zachęcamy innych do wyzwalania się spod szefowego pręgierza oraz okazyjnego palenia galerii. Ech, te marzenia… Z czasem każdy przywykł już do takiego stanu rzeczy i bliskie spotkania trzeciego stopnia z szefową były jak nagłe zwroty akcji w nudnej brazylijskiej telenoweli. Ba! Jeśli zbyt długo panował spokój, bo nikt nie poleciał na dywanik, to czuliśmy się nieswojo i w końcu trzeba było znów coś spieprzyć w tych regałach, poprzestawiać alfabet albo zanieść Grocholę na „Informatykę” lub „Wędkarstwo”, żeby był w końcu jakiś dym i żebyśmy mieli przynajmniej dwa razy w tygodniu „Gorączkę sobotniej nocy”, czyli jakąś rozrywkę od życia. I tu niespodzianka: moja szefowa nie była rodzonym dzieckiem szatana. O nie! Po prostu podczas rozmów w cztery oczy potrafiła skutecznie egzekwować przyznanie się do win nie tylko popełnionych przed chwilą. Czułeś się winny do tego stopnia, że wracając z pracy do domu przypominało ci się, iż w czwartej klasie podstawówki zajumałeś matce równowartość dzisiejszej złotówki i piętnaście lat później dzwonisz do niej (do matki, nie do złotówki oczywiście) z przeprosinami. Moja szefowa była niepowtarzalna. Być może tresowała nas jak francuskie buldożki, ale była pierwszą osobą, od której nauczyłam się niesamowicie dużo o książkach, rynku wydawniczym, o ludziach i… o sobie. Potrafiła też czasem zostawić szefowanie i poza pracą, przy piwie być normalnym, dowcipnym człowiekiem. Być może przez to, że była aż nadto kontrowersyjna, tak dobrze ją pamiętam. 

Jednak odeszłam stamtąd nie z powodu tego codziennego musztrowania. Po prostu pewnego dnia poczułam się zmęczona tym, jacy ludzie odwiedzają galerię i naszą księgarnię. Przychodzili ci zepsuci przez swoje karty kredytowe, usprawiedliwiający zakup butów za 1200 zł wysłaniem smsa za 3.49 zł do pierwszej lepszej organizacji charytatywnej, jałowi, obnoszący się ze swoją głupotą, roszczeniowi, kupujący książki na metry pod kolor sofy i traktujący cię jak czyściciela butów, choć masz w kieszeni przecież magistra, cztery podyplomówki i tak jak każdy człowiek na tej ziemi zasługujesz na szacunek. Przychodzili ci biedni, z pragnieniem bycia niewidzialnymi wymalowanym na twarzy, brudni, śmierdzący, chcący się zagrzać i odpocząć od ulicy. To najczęściej wśród nich byli tacy, co wiedzieli kto napisał „Konopielkę” albo ile miał lat Miller, kiedy debiutował „Zwrotnikiem Raka”. Przychodzili też ci, którzy nie byli ani biedni ani bogaci. Przez sam fakt niemożności zakwalifikowania ich do tych grup czuli się fajni i zwolnieni z obowiązku życia „po coś”. Kupowali książki nagradzane Nike, Noblem, Nagrodą Kościelskich czy inną i wydawało im się, że są tacy zaangażowani, w rzeczywistości będąc bardziej biernymi niż stołowe nogi. Między tymi trzema społecznymi wariantami skradali się też ci, o których można powiedzieć, że byli sympatyczni i ciekawi, ale było ich tak niewielu, że umieszczam ich w szufladzie z napisem „Wyjątki”. Przyszedł ten moment, w którym czułam, że jeśli zostanę tam choćby jeden dzień dłużej, to pożegnam się z jakąkolwiek tolerancją dla ludzi i ich ułomności, a przecież sama jestem człowiekiem i to pod wieloma względami ułomnym. Być może groziła mi skrajna hipokryzja i mój instynkt samozachowawczy nakazał mi spakowanie maneli oraz opuszczenie księgarni bez wcześniejszego uzgadniania tego z kimkolwiek? Nie jestem pewna, ale jedno wiem: odeszłam, żeby mnie przypadkiem nie kanonizowano za to moje „męczeństwo księgarniane”, że ja niby taka uświadomiona, bo widzę jacy są ci ludzie i cierpię z tego powodu, a oni - jacy są - nie widzą. Poza tym nieopodal znajdował się sklep zoologiczny, a tam za szybą siedziały, jeszcze bardziej zmęczone niż ja, zwierzęta - na to patrzeć już się po  prostu nie dało. CDN.

piątek, 4 października 2013

Księgarnia pod zdechłą książką - cz.I

Jeszcze kilka lat temu z powodu braku stałej pracy pewnie spałabym jak niemowlę, czyli budziła się co trzy godziny z krzykiem. Niektórzy twierdzą, że z wiekiem się mądrzeje i choć nie jestem pewna, czy to dotyczy także mnie, to znalazłam w sobie na tyle cierpliwości, żeby się w nią uzbroić i nie terroryzuję siebie oraz innych z powodu tego, że moja wymarzona praca chwilowo się gdzieś zapodziała i nie mogę jej znaleźć. Póki co zajmuję się zleceniami, ale nietrudno się domyślić, że kokosów z tego nie ma żadnych. Plusem tej sytuacji jest to, że mam czas na robienie rzeczy, które zawsze odkładałam na później. Większość z nich związana jest pośrednio lub bezpośrednio z pisaniem, więc przynajmniej mogę sobie teraz powiedzieć, że robię to, co lubię, bo przecież piszę. Co prawda tylko bloga i do tego rzadko, jednak obiecałam sobie, że zwiększę częstotliwość wpisów, choćby po to by udowodnić sobie, że jestem tak zdyscyplinowana i konsekwentna jak Małgorzata Rozenek sprzątająca łazienkę do drugiej w nocy. Skoro nie mogę narzekać na obecną pracę, to przyszedł wreszcie czas na to, żeby ponarzekać na byłą. Prócz bycia nauczycielem zdarzało mi się podejmować pracę zupełnie niezwiązaną z moimi kompetencjami i zazwyczaj były to jednorazowe występy, z wyjątkiem pracy w księgarni. W trakcie mojej bujnej jak chryzantemy, kariery zawodowej pracowałam w trzech księgarniach, z których jedna to spółka prywatna, a pozostałe dwie to korporacyjne klocki. Trzy to już całkiem sporo, więc tak się składa, że mam na ten temat trochę do powiedzenia. Ostrzegam - może nie być miło.


Inną rzeczą jest wyobrażać sobie pracę w księgarni, a inną tam pracować. Tak w skrócie mogłabym podsumować rok pracy w pierwszej księgarni. Trafiłam tam niesiona dziwnym zbiegiem okoliczności i sądziłam, że oto dostąpiłam zaszczytu wstąpienia w szeregi jakiegoś księgarnianego Navy SEALs. Już widziałam siebie siedzącą i bez przerwy czytającą lub prowadzącą „rozmowy na szczycie” z klientami księgarni, którymi będą naturalnie sami erudyci. Oczywiście dość szybko okazało się, że owo wyobrażenie to efekt mojej ułańskiej fantazji, bo o siedzeniu nie było mowy, czytaniu książek tym bardziej, a błyskotliwe dialogi okazały się być najczęściej bezpłciową wymianą zdań, której zapis mógłby być taki:
- Jest książka?
- Jaka?
- Niebieska.
- Nie ma.
- Aha, to dziękuję.



Te rozczarowania wzięły się stąd, że zapomniałam o jednym drobnym fakcie, a mianowicie o tym, że księgarnia to sklep z książkami i jak w każdym sklepie, tutaj też liczy się zysk. Po pewnym czasie moje światłe idee pogasły niczym świeczki na torcie i poddałam się. Nowe dostawy książek przyjmowałam jak nowe dostawy pustaków. Początkowo miałam to gdzieś, że książka, którą polecam danemu klientowi nie nadaje się nawet na rozpałkę (bo istniało ryzyko, że od tego grafomaństwa ogień się za cholerę nie zapali), ale później nauczyłam się czerpać przyjemność tylko i wyłącznie z tych chwil, kiedy mogłam komuś polecić coś dobrego. Księgarnianą apokalipsą był okres podręcznikowy, bo w tejże księgarni sprzedawano również podręczniki (podręczniki są głównym źródłem dochodów w większości księgarń – to oczywiste). Do dziś dnia na dźwięk słowa ‘podręcznik’ odzywa się we mnie syndrom ucieczki, bo mam przed oczami te, sfrustrowane tłumy wykłócające się dosłownie o wszystko. ‘Dzicz’ – tak, to odpowiedni rzeczownik na określenie tej rozwrzeszczanej tłuszczy. Względny spokój nastawał dopiero w listopadzie i aż miło się robiło, kiedy człowiek nie zastawał pod drzwiami zorganizowanej wycieczki po jakieś ćwiczenia do matematyki. Klientów, z którymi można było sobie pokonwersować o kulturze, sztuce, życiu, czy nawet o „dupie Maryni” w wyszukany sposób, było tyle, co kot napłakał. Na szczęście jacyś się znaleźli. Najmilej wspominam pewnego malarza, który sprzedał we Wrocławiu mieszkanie, swoją małą galerię sztuki oraz co tylko miał, kupił ziemię pod Bieszczadami, wybudował na niej dom i przeniósł się tam z całą rodziną, nie zważając na jej protesty. Pojawił się w księgarni pewnego deszczowego popołudnia, kiedy listopadowy odór zgniłych liści dawał się ludzkim umysłom we znaki bardziej niż zwykle (wnioskuję to po tym, że kiedy „spsikana” nowymi perfumami wparowałam rano do pracy, to usłyszałam od koleżanki, że „wali trumną” ode mnie). Pan W. wyglądał do tego stopnia niedorzecznie, że wzięłam go za okolicznego menela, ale po chwili odezwał się tak piękną polszczyzną, że w duchu przeprosiłam za wszystko wszystkich meneli. Prosił bym poleciła mu jakąś dobrą książkę. No! – pomyślałam – takie rzeczy to ja lubię najbardziej. Skoro drugi człowiek pyta o dobrą książkę, to zdaje się na mój gust ergo obdarza zaufaniem, a ja nie mogę go w takim razie zawieść. Pięć minut później Pan. W opuścił księgarnię z „Widnokręgiem” Myśliwskiego pod pachą, a ja zadowolona wróciłam do układania pustaków, ekhm… znaczy się książek. Po trzech dniach Pan W. znów zawitał do księgarni, tym razem z tekturowym pudełkiem. Podszedł do mnie i powiedział: „Ja tu wrócę za godzinę i byłbym niezwykle wdzięczny, gdyby wypełniła pani to pudełko takimi książkami jak ten „Widnokrąg”. To chyba jakiś rodzaj patologii, że poczułam wtedy niewysłowioną radość, no bo z czego się tu cieszyć – z wypełniania pudła książkami? Ale ja to widziałam (i widzę do dziś) inaczej. Móc podzielić się z kimś przeczytanymi książkami to w pewnym sensie wtajemniczać w coś albo z podekscytowaniem oddawać komuś innemu bilet na podróż, którą samemu już się odbyło. To także tworzenie portretu psychologicznego, a właściwie czytelniczego danej osoby i raczej ku tej teorii, jako źródle mojej radości się skłaniam. „Powiedz jakie książki czytasz, a powiem Ci kim jesteś” – mniej więcej tak to u mnie działa. Napełniałam Panu W. pudełka raz w miesiącu i nie ukrywam, że czekałam na te spotkania z niecierpliwością. Nie tylko dlatego, że ten sympatyczny starszy pan cichaczem dokarmiał mnie żoninymi plackami i owocami ze swojego ogrodu. Motywowały mnie owe wizyty do czytania coraz większej ilości książek, przez co chodziłam wiecznie niewyspana i niezorientowana na aktualną rzeczywistość, ale za to z poczuciem misji. Trwało to jakiś czas i zostało przerwane moim odejściem z pracy. 

Złożyło się na to kilka przyczyn: brak zgody na ponoszenie odpowiedzialności finansowej za zaginione książki, poczucie niedocenienia, gburowatość szefa i przede wszystkim zarobki nieadekwatne do tego, czego wymaga się od pracy księgarza-sprzedawcy (mimo iż księgarnia to sklep, oczywiste jest, że od jej pracownika oczekuje się względnego obycia, nie byle jakiej wiedzy o książkach, rynku księgarskim i najchętniej przyjmuje się na takie stanowisko osobę, która ma dużą wiedzę, ale mały żołądek, żeby mogła się zadowolić głodowymi racjami żywnościowymi, bo tylko na takie stać pracujących w księgarni i nikt mi nie wmówi, że jest inaczej). Wiedziałam, że będzie mi brakować spotkań z Panem W., ale odeszłam bez większego żalu. Incydenty z kiblem i psami dodatkowo utwierdziły mnie w słuszności co do podjętej decyzji. Właściciele księgarni, prócz tej w której pracowałam mieli jeszcze w posiadaniu dwie mniejsze, więc czasem zdarzało się, że byłam na zastępstwie tam, gdzie kogoś potrzebowali. Tego dnia odbywałam akurat „służbę” w księgarni, która pełniła też funkcję "szefowego" centrum dowodzenia. Za głównym pomieszczeniem przeznaczonym dla klientów było biuro, a obok niego wc, w którym znajdowała się również umywalka. Kończyłam właśnie przerwę obiadową i myłam w umywalce naczynia. Do dziś nie mam pojęcia, jak to się stało, że mały, niepozorny kubek wyślizgnął mi się z rąk, poszybował w górę, spadł, zatoczył koło po „obręczy” kibla i wpadł do środka, powodując ogólny rozpad rzeczonego kibla. Nie muszę chyba pisać, jakie miny mieli moi szefowie, kiedy tłumaczyłam im, że załatwiłam kubkiem klozet. Nie to było jednak najgorsze. Dnia następnego również zostałam wysłana na zastępstwo do „centrum dowodzenia”, a że były już godziny popołudniowe, to w księgarni było sporo klientów. Pochłonięta dyskusją z klientem nad jakąś książką, nie zauważyłam, że do sklepu wmaszerował, trzymając nowy kibel na ramieniu, mój dowcipny szef, który obwieścił światu takie oto zdanie: „Ja nie wiem, co pani je, że pani tak te kible rozwala”. O nieeeee… (i to jest właśnie ten moment, w którym budzi się mój wewnętrzny Hannibal Lecter). Intelektualny oraz poważny wizerunek, jaki sobie tu wypracowałam, został właśnie zamordowany z premedytacją, rozdarty na strzępy i spłukany w tym dziadowskim kiblu, co pod byle kubkiem z luminarcu się rozpieprza. Posłałam komu trzeba mordercze spojrzenie i obiecałam vendettę, jakiej świat nie widział. Na szczęście po tygodniu mi przeszło, bo nie wiem jakby się to skończyło. Ład i spokój powróciły w mój umysł. Pewnie wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że niedługo po tym zdarzeniu, gdy akurat mogłam sobie pozwolić w księgarni na pokątne czytanie esejów Umberto Eco i byłam w samym środku intelektualnej rozpusty, coś podkusiło mnie, żeby spojrzeć na to, co się dzieje za szybą wystawową. A tam, na samym środku pięknego, opustoszałego, tak przeze mnie ukochanego i uduchowionego rynku, w najlepsze spółkowały dwa zadowolone psy. I to z jakim zacięciem! Nie, no tego już za wiele. Odchodzę! CDN.