środa, 26 czerwca 2013

Suicydia niedzielne - cz.II

Na czym to skończyłam? Ach, tak… matura, potem egzaminy wstępne na wspomniany już w poprzednim poście żałosny kierunek. Dobra uczelnia – wiadomo. Pisemne - super, ustne – kurtyna opada, oklaski: "Pani już dziękujemy". Jakoś nie przyszło mi do głowy, żeby sobie załatwić zwolnienie lekarskie, uznałam, że zdawanie egzaminu ustnego z zapaleniem okostnej (kiedy ma się pół twarzy znieczulonej lidokainą) to normalka i nie ma zmiłuj. Szanowna komisja, po wysłuchaniu mojego bełkotu, kolektywnie puknęła się w czoło i odesłała mnie won. Wylądowałam na mniej prestiżowej uczelni, ba! ale za to z jakim potencjałem. Już na samym początku oznajmiłam profesorom, że skoro „świat stoi przede mną potworem” to ja, (tu wpisać dowolne imię nazwisko), rzucam mu się na pożarcie. Nadszedł czas niedziel studenckich, zdychających z nadmiaru oparów absurdu i ukraińskiego spirytusu. W niedzielę akademik stawał się oazą spokoju i harmonii. Na moim piętrze politolodzy trzeźwiejąc, zarzucali opozycji „słabe głowy”, historycy próbowali odtworzyć fakty z wczorajszego dnia, filozofowie fermentowali osiągając ontologiczną głębię kibla, a poloniści tłumaczyli niedzielną niemoc sobotnią próbą adaptacji na deski pobliskiego klubu pijackiej powieści Pilcha. To był niezwykle płodny ideologicznie okres w moim życiu, płodny do tego stopnia, że na drugim roku studiów zamieniłam pokój w akademiku na pokój w prywatnym mieszkaniu zajmowanym przez rozwiązłą choć sympatyczną kryptoalkoholiczkę. Pomijając element patologiczny jaki wnosiła w życie mieszkańców wspomniana pani, mieszkało mi się tam całkiem ciekawie, więc siłą rzeczy ówczesne niedziele zyskały miano ciekawych.
Ani się obejrzałam, a już pisałam pracę licencjacką, którą obroniłam, nie wyciągnąwszy nawet swej ciężkiej artylerii w postaci ciętych ripost i błyskotliwych fraz, czym miałam planowo olśnić komisję i zapisać się w annałach uczelni jako ta „inteligiętka” – giętka w mowie i piśmie. Ech! Ja wam jeszcze pokażę dziady! – odgrażałam się w duchu. Kontynuowałam studia magisterskie na Bardzo Prestiżowej Uczelni Jadącej na Renomie z Czasów Królowej Jadwigi. A że były to studia niestacjonarne, tylko co drugi weekend poświęcałam celom wyższym. Podczas „zaocznych” niedziel od rana do południa przysypiałam na wykładach u doktora X, po to, by móc błyszczeć intelektem na ćwiczeniach u doktora Y. Niezwykle „fascynujące i zajmujące” seminarium magisterskie z teatrologii przyczyniło się do gwałtownej zmiany kierunku moich naukowych dążeń, która polegała na usunięciu przymiotnika „naukowy” z wszelkich planów, skutkiem czego magistra zawiesiłam, spakowałam walizkę i skorzystałam z propozycji pracy w Hiszpanii, w... polskiej szkole. Zatem przyszedł czas na niedziele hiszpańskie. 
Hiszpania przywitała mnie kolorami, ogólnym rozpasaniem społecznym i przeświadczeniem, że cokolwiek mnie dręczy, przejdzie jak ręką odjął, kiedy wleję w siebie wino z La Rioja. Tym bardziej, że na miejscu okazało się, że szkoła, w której miałam uczyć jest szkołą weekendową i od poniedziałku do czwartku muszę szorować kibel dwóch niezrównoważonych psychicznie Hiszpanek, a także sztucznie zaśmiecać (by mieć potem co sprzątać) czyste do granic możliwości mieszkanie pewnej dziennikarki poczytnego magazynu dla pań. Po jakimś czasie namówiłam Luisę (bo tak miała na imię owa dziennikarka), żeby bałaganiła ile się tylko da, bo jak tak dalej pójdzie, to od codziennego pucowania wściekle czystego parkietu przebiję się do sąsiadów z dołu. Szybko pożałowałam tej spontanicznej prośby, bo Luisa tak się rozochociła, że szlag trafił moją codzienną „godzinę z poezją”, na którą mogłam liczyć podczas pozorowanego sprzątania. Antologia poezji amerykańskiej, którą notorycznie wlokłam ze sobą wszędzie, miała mi służyć od tej pory jako ewentualne narzędzie samoobrony przed podejrzanym elementem społecznym, czającym się w okolicach metra.
Z nieukrywanym zdziwieniem zauważyłam, że Hiszpanie bez względu na to ile wleją w siebie wina nigdy nie są tak naprawdę pijani. Szybko zorientowałam się, że choćbym nie wiem jak się starała, „przyszywaną” Hiszpanką nie zostanę, bo zaraz po powrocie ze szkoły, zasypiałam z butelką na kanapie w pozycji pół leżącej, dodatkowo jeszcze będąc w trakcie przeżuwania jakiegoś posiłku. Budziłam się nad ranem, gorąco wierząc w to, że mnie napadnięto i obito głowę łomem, bo przecież na własne życzenie nigdy nie sprawiałabym sobie kaca-mordercy i to w dodatku permanentnie niedziela po niedzieli. Całe szczęście, zaniechałam podtrzymywania hiszpańskiej tradycji, bo mogłam skończyć, jako brakujące ogniwo w Smutnym Kółeczku AA, obradującym w każdy piątek w przyszpitalnej kanciapie na ulicy Leśnej w mym rodzinnym mieście.
Niedziele „w poczuciu wina” zamieniłam na niedziele krajoznawcze i kiedy tylko mogłam robiłam użytek z przewodnika po Madrycie, zwiedzając jak Pan Bóg przykazał to, co zwiedzić należy. Po pół roku odważnie przeczesywałam także madryckie slumsy, bo gdzieś obiło mi się o uszy, że można znaleźć wśród koczujących tam Romów esencję flamenco, ale szybko zaniechałam tych poszukiwań po tym, jak osiągając prędkość światła wiałam przed bandą romskich gówniarzy, którym spodobał się mój aparat. Niczego nieświadoma zapuściłam się w plątaninę uliczek, idealizując popadające w ruinę kamienice i popadających w ruinę mieszkańców. Tym bardziej nie wzbudziła we mnie podejrzeń grupka stojących nieopodal, teatralnie umorusanych dzieciaków, dopóki, któryś z nich nie dostrzegł aparatu zawieszonego na mojej szyi. Nigdy nie zapomnę tego wiatru we włosach i wrażenia, że palą mi się buty, kiedy z bojowym okrzykiem na ustach mknęłam ku najbliższej stacji metra i nawet dziś, kiedy czasem w TV widzę biegnącego Usaina Bolta, ocieram ukradkiem łzę wzruszenia, bo co on tam może wiedzieć o prędkościach. Cdn.


wtorek, 25 czerwca 2013

Suicydia niedzielne - cz.I

Musiał minąć poniedziałek, żebym mogła dać upust temu, co zostało nam, Polakom, jako „narodowi wybranemu” w bonusiku dane. Mam na myśli oczywiście niemożebne narzekanie, bez którego podusilibyśmy się tu niechybnie, bo jak głosi stare (pewnie jeszcze prasłowiańskie) przysłowie: „Gdyby Polacy nie wzdychali - świat by się udusił” (czy jakoś tak to szło). Jak na prawdziwą Polkę przystało używam sobie w tym narzekaniu bez opamiętania, z tą tylko różnicą, że u mnie obiektem narzekania jest głównie… niedziela. Nie potrafię do dziś dnia zrozumieć dlaczego akurat ten dzień wyzwala we mnie moce niemalże autodestrukcyjne. Czuję się wtedy jak rozgotowana klucha i plątam się z kąta w kąt, denerwuję wszystkich i wszyscy denerwują mnie (czyżby również tak „kochali” niedzielę jak ja?). Mam wówczas ochotę zakupić czołg, jeździć tam i z powrotem w d…. mając to, że nie umiem tym czołgiem jeździć. Skąd we mnie tyle nienawiści niedzielnej?! Żeby spróbować odpowiedzieć na to pytanie wypada wrzucić wsteczny i cofnąć się do lat, kiedy byłam jeszcze radosnym dzieckiem komuny w czeskich trampkach z uśmiechem prezentującym okazale mleczaki tudzież ich brak. I mogę założyć się o stuletni egzemplarz poezji Norwida, który moja Matka ukradła z licealnej biblioteki, gdzieś w połowie lat siedemdziesiątych, że nie jestem osamotniona w obrzucaniu błotem niedzieli. Odkąd tylko pamiętam wszyscy w mojej rodzinie ów dzień święty święcili - owszem - ale kłótniami.


Dziadek wytykał Ojcu, że nie jest  godzien lizać stóp Adamowi Słodowemu, bo nie potrafi zbudować z płyt pilśniowych czterokondygnacyjnego budynku albo helikoptera z zapałek. Babcia straszyła Matkę ogniem piekielnym, bo: „dzieci do kościoła nie chodzą, wstyd przed sąsiadami!”. Matka dzielnie odpierała te ataki, bo rozumiała nasz kult telewizora marki Unitra, zwłaszcza w niedzielne poranki, kiedy punkt dziewiąta, kogut z Teleranka właził na płot i obwieszczał wszem i wobec, że oto zaczyna się godzina zapomnienia o komunie. Bezczelnie celebrowaliśmy te chwile pod babcinym nosem i udając, że zasilamy szeregi Tintilo, demolowaliśmy pokój, odzierając z resztek świętości babciną niedzielę. Kiedy do Ameryki wyemigrowała Ciotka i zaczęła słać paczki (a w nich głównie pomarańcze, cytryny i mordoklejki Tootsie roll), zaczęły się kłótnie, kto te paczki będzie otwierał pierwszy. Gdy w rodzinie pojawił się pierwszy „zagraniczny” samochód, Łada 2107, wszyscy kłócili się o to, kto będzie nim jeździł. Kiedy odkryliśmy patent na pyskowanie, lata szkolne upłynęły nam w oparach oczywiście kłótliwych i w konsekwencji cichych niedziel. A potem… dorośliśmy My i dorośli nasi Dorośli, więc każdy tą swoją niedzielą poniewierał wedle uznania.


Gdzieś w okolicach liceum moje kłótliwe niedziele zamieniły się w niedziele melancholijne. Snułam się po domu w poszukiwaniu nie wiadomo czego, nie wiadomo po co. Jako wegetarianka, czyli antyrosołowa i antyschabowa niedzielna mniejszość, znad brokułów i fasoli szparagowej produkowałam gęste fantazje o pięknym młodzieńcu najlepiej o wyglądzie Kurta Cobaina, inteligencji Dalajlamy i wrażliwości Jane Austin. W myślach ginęłam śmiercią samobójczą (według statystyk kobiety targają się na swoje życie najczęściej w niedzielę i poniedziałek, w niedzielę wiadomo dlaczego, w poniedziałek pewnie dlatego, że w niedzielę im nie wyszło), a to rzucając się z czwartego piętra, choć mieszkałam na parterze, a to po sokratejsku trułam się cykutą lub obwieszałam na okolicznych drzewach. Mniej więcej w tamtym okresie zaczęłam pisać wydumane wiersze, które śmiało mogłyby wygrać w konkursie na najlepszy scenariusz do kolejnych odcinków „Ptaków ciernistych krzewów”, a sam Richard Chamberlain wręczałby mi (koniecznie w niedzielę) statuetkę Złotego Ciernia, którym mogłabym szlachetnie dźgać się prosto w serce do końca mego (krótkiego, a jakże!) życia, z powodu utraconej (choć jeszcze nie pozyskanej) miłości. Moje siedemnastoletnie zadźgane serce spoczęłoby wówczas w Bazylice na Krakowskim Przedmieściu obok Serca Chopina, a uliczny grajek obowiązkowo wygrywałby na akordeonie „Tą ostatnią niedzielę”. Bujałam się na tym fantazyjnym hamaku jeszcze przez jakiś czas, aż nadszedł dzień, kiedy stawiłam się w Urzędzie Miasta, by odebrać dowód osobisty – upragniony artefakt dorosłości. Popatrzyłam na swoje zdjęcie (jeśli kogoś to interesuje, wyglądałam mniej więcej tak jak Winona Ryder przyłapana na kradzieży w sklepie) i zrozumiałam, że to nie przelewki. Koniec z dramatycznym męczeństwem niespełnionej miłości! Trza żyć! – jak mawiają co odważniejsi i dowcipni. Tak oto nadeszły niedziele eksploatacyjne. Eksploatowałam swój mózg do granic możliwości, czego efektem było uczenie się do matury w październiku, bo w maju uczyłam się już na sesję egzaminacyjną na studia, na które jeszcze się nie dostałam. A wybrałam sobie studia tak mało lukratywne i będące grzechem haniebnym przeciw użyteczności społecznej, że chyba nikt się nie pogniewa, jeśli nazwę ich pominę, by zachować resztki godności. Cdn.

poniedziałek, 24 czerwca 2013

Pisz babo!

Czy zastanawialiście się kiedyś, na jaką mękę twórczą skazuje się początkujący pisarz, który właśnie zasiada do swojego pogierkowskiego biurka, by napisać książkę? „Fikuśny” pomysł na fabułę jest, bohaterowie życiowi, z problemami, czyli z krwi i kości - są!, słownik synonimów na dni werbalnej posuchy - jest!  Nie może również zabraknąć zestawu antysuicydalnego, w którym obowiązkowo znaleźć się muszą: bilet w jedną stronę na zmywak do Anglii, sto złotych od ojca („tylkoniemówmatce!”), trzy opakowania żelków Haribo (na bogato!), będący w trakcie papierowej agonii, bo wyniszczony nadmiernym używaniem egzemplarz książki o bezpiecznie kojarzącym się tytule: "Depresja. To się leczy!" oraz rzecz najważniejsza: numer kierunkowy do szpitala w Tworkach. Jak to się dzieje, że mając takie zaplecze i wsparcie, kiedy przychodzi do napisania tego pierwszego zdania, w którym implicite bądź explicite zawarłby się gotowy do odkrycia geniusz autora, pisarz zostaje zazwyczaj zmasakrowany przez banał, gdyż każde zdanie, które w akcie euforii popełnia, za chwilę w jego mniemaniu okaże się grafomańskim pojękiwaniem w rytmie marsza żałobnego. Od tego dzieli już naszego literata krok do „czarnej rozpaczy”. I całe szczęście, bo jak się już tak porządnie sponiewiera i wytarza w padlinie własnej niemocy, to nagle pojawi się błysk, że oto przecież banał nie jest taki zły, a pierwszego zdania i tak czytelnik zazwyczaj nie pamięta. Takim oto odkryciem człowiek piszący, elegancko wytrzaska się po pysku i jest gotowy do pracy twórczej. Nie inaczej jest chyba z chętnymi do mentalnego wyrzygiwania się na blogu, bo oto stało się: „jestę blogerę”, więc wypada zrobić „wejście smoka” i błysnąć intelektem na miarę Leca, Bilicy, Wilde’a czy innego Witkacego, a tu niestety, w okolicach mózgu „cicho wszędzie, głucho wszędzie”. Nie ma rady trzeba przywitać się z banałem, oswoić go, ewentualnie ztuningować jakąś metaforą i Syndrom Pierwszego Zdania mamy za sobą.  Nie inaczej było ze mną, ale sprytnie i asekuracyjnie zasłoniłam się pierwszym zdaniem - pytaniem, a potem powiedziałam sobie: pisz babo! No to piszę.