środa, 31 lipca 2013

Lekarzu, ulecz się sam

Mógł to być piękny dzień, pełen słońca i pozytywnej energii prosto z haseł na kapslach Tymbarka… ale nie był, bo zamarzyło mi się pójść do lekarza rodzinnego w celu uzyskania skierowania do ortopedy, gdyż czasem tak jest, że paracetamolem wszystkiego wyleczyć się nie da, jak sądzą angielscy lekarze (kto doświadczył, ten wie, co mam na myśli). Po odstaniu swoich piętnastu minut przy okienku Rejestracji dopełniłam spraw administracyjnych i zasiadłam pod drzwiami nr 5, wtapiając się w spory tłumek. Wtopienie się było moim pobożnym życzeniem, bo gdy tylko wyciągnęłam książkę, by skrócić sobie czas oczekiwania na swoją kolej, zwróciłam tym gestem uwagę co najmniej kilku osób, które przez nikogo nieproszone poczęły z zawziętością debatować nad tym, czy czytać się powinno, czy też nie powinno. „Ksionżek niech nie czytajo, niech się za robote biero” – starszy pan z lewej, „Czytać można, ale z umiarem, bo potem książki z życiem się mylą” – pani z naprzeciwka, „Czytajo, czytajo, ale co z tego, piniendzy jak nie było tak nie ma” – pani w rogu, „Lepiej już niech książki czytają niż przed komputerem siedzą. Mój wnuk jak siadł dwa lata temu tak do tej pory siedzi” – pan po prawej. Reszty już nie słyszałam, bo udało mi się w końcu „odlecieć” w książkę. Po dwudziestu minutach powróciłam na ziemię, bo szczęśliwie wyczytano moje nazwisko i wparowałam podejrzanie szybko do gabinetu lekarskiego, gdzie po wymianie zwyczajowych uprzejmości odbyłam taką oto rozmowę:


- Co Pani dolega?
- Nic szczególnego. To znaczy kolano mnie trochę boli i potrzebuję skierowanie do ortopedy.
- A co to na ręce pani ma, tatuaż?
- Tak, od jedenastu lat ten sam, już pan pytał kiedyś o to.
- Bierze pani jakieś narkotyki?
- Nie.
- Pije?
- Raczej okazyjnie i tylko wino.
- Papierosy kopci na pewno! 
- Nie palę. Chciałam tylko skiero….
- O! A co to za siniak na ramieniu? Przewróciła się pani po winie? Haha!
- Nie, nie pamiętam skąd ten siniak.
- A widzi pani jak alkohol człowiekiem poniewiera, potem czarna dziura i czarna dupa!
- Ale ja nie piłam, chciałam skie…..
- Potem się dziwią, że rak, wątroba, trzustka, wrzody, a używać życia by się chciało!
- Proszę pana ja potrzebuję to skierowanie tylko…
- To po co tyle tu siedzi i mi czas zabiera, ludzie chorzy są ciężko, a pani z duperelami przychodzi, dupę zawraca i jeszcze pretensje ma!
- Nie mam żadnych pretensji, ale widzę, że masz pan gorszy dzień, więc pisz pan to skierowanie, a potem zamknij się w gabinecie, połóż na kozetce i ssij kciuka, żeby się uspokoić ty beznadziejny, uprzedzony i tępy konowale!
Oczywiście, że tak nie powiedziałam, ale niesamowitą przyjemność sprawiło mi wyobrażenie, że właśnie takimi słowami żegnam tego idiotę (który w końcu wypisał mi skierowanie).

Porwałam pożądany świstek papieru i uciekłam z przychodni obiecując sobie, że od jutra zmieniam lekarza, bo poziom jego zawziętości i nurzania się w stereotypach nie współgra z poziomem mojej tolerancji. Ze skierowaniem udałam się do szpitala, gdzie znajduje się przychodnia specjalistyczna, a tam… dantejskie sceny. Na drzwi gabinetu lekarskiego naciera stukilowa matrona ze śmiercionośnym cycem-dusicielem jako wizytówką, spod którego resztki tlenu próbuje łapać drobny pan z zagipsowaną ręką, z daleka zagrzewany do boju przez żonine okrzyki: „napieraj!, napieraj!”, w którym to „napieraniu” przeszkadzają mu jeszcze dwie nastolatki łokciami torujące sobie drogę. W myślach robię krótki przegląd zawartości torebki i okazuje się, że niestety, ale nie mam dziś przy sobie fińskiej siekierki, noża myśliwskiego, bazuki, nunczako ani nawet granatu, żeby odpowiednio rozładować atmosferę oraz zwiększyć swoje szanse na przetrwanie. Smętnie sadzam tyłek na podłodze pod ścianą, bo przecież wszystkie dziesięć krzeseł okupują „połamańcy”, a wiadomo, że z nimi się nie dyskutuje. Znów wyciągam książkę, ale tym razem nikt tego nie komentuje - widać moje pięć minut bycia kontrowersyjną już za mną. Po godzinie udaje mi się dostąpić zaszczytu audiencji u pana ortopedy, który zawisł na pięć minut nad kolanem, po czym odezwał się tymi słowy:
- A tatuaż to prawdziwy?
- (Nie, narysowałam go sobie z nudów na korytarzu) Tak, prawdziwy. I co z tym kolanem proszę pana?
- Jeszcze nie wiem, rentgena trzeba zrobić, ale ma pani dużo czasu, żeby w razie czego zbierać pieniądze na wózek inwalidzki w kwiatki, z napędem na cztery koła i katapultą, hahahaha!


Po tych słowach wyłączam się jak króliczek z reklamy Duracella i już nie mam pretensji do mieszkańców Ciemnogrodu (choć niektórzy z nich mają wyższe wykształcenie tak jak ja), że tatuaż generuje patologiczne skojarzenia, nie dziwię się, że czytanie książki w przychodni jest zarzewiem burzliwej dyskusji, w ogóle mało rzeczy mnie już oburza i dziwi. Chciałam tylko podreperować swoje kolano, by móc jeździć bezboleśnie na rowerze i po prostu wybrałam się do lekarza, ale tego było już za wiele. Epickość dnia dzisiejszego mnie przerasta. Wszystkie tymbarkowe kapsle razem wzięte tu nie pomogą. Odebrało mi mowę do tego stopnia, że jestem w stanie tylko wybełkotać lekarzowi „do widzenia!” i sunąć po ścianie do końca korytarza, gdzie jeśli jeszcze dobrze pamiętam jest na szczęście jakieś wyjście. A kolano? Niech boli, najwyżej odpadnie, kiedy będę pedałować do czyśćca, a potem w niebie dadzą mi nowe.

niedziela, 28 lipca 2013

Weselna apokalipsa

Dla odmiany po samobójczych niedzielach, dziś post weselny. Niestety myli się ten, kto sądzi, że powieje optymizmem, jeśli już czymś powieje to tylko grozą. I błagam: jeśli to możliwe nie zapraszajcie mnie na żadne wesela (w wydaniu baaardzo polskim oczywiście).
Odkąd tylko pamiętam nie cierpię wesel, ale bardzo często o tym zapominam i kiedy zostaje mi wciśnięte do ręki zaproszenie tłumaczę sobie, że to przecież bliscy znajomi albo rodzina, więc trzeba pójść bo się obrażą. No to idę.
Zazwyczaj przybywam do kościoła grubo spóźniona wystukując obcasami poczucie winy wspomagane dodatkowo nienawistnym wzrokiem weselników, bo przecież skandalicznie zakłócam ceremonię. Zajmuję miejsce w ławce i zaczynam odliczać minuty do końca mszy, podczas której ksiądz myli imiona pary młodej oraz pozwala sobie na tak żenujące dowcipy odnośnie pożycia małżeńskiego, że panna młoda nerwowo skubie ślubny bukiet, a pan młody cicho łka. W trakcie składania przysięgi panna młoda zaczyna histerycznie chichotać i trzeba poczekać piętnaście minut aż się uspokoi, w czym pomaga przyszła teściowa ciskając oczami pioruny w stronę swej przyszłej synowej. Niemożliwie fałszujące dziewczę odśpiewuje „Ave Maria”, a wtóruje jej organista pitoląc na organach melodię, która wykracza poza definicję muzyki. Jakimś cudem udaje mi się dotrwać do końca i oto już weselny orszak rozlewa się pod kościołem, by obsypać młodych ryżem, groszami, cukierkami, grochem, kukurydzą albo czymś równie fikuśnym. Formuje się kolejka i zaczyna kluczowa dyskusja, kto ile w kopertę wsadził. Na myśl o tym, że musiałam w ogóle jakichś pieniędzy się pozbyć ogarnia mnie smutek „przeliczeniowy”, gdyż zaraz przeliczam ile miałabym za to książek albo dokąd mogłabym pojechać po zatankowaniu auta za taką kasę (mam nadzieję, że nie wyjdę na „chytrą babę z Radomia” przez to wyznanie). Po wymamrotaniu życzeń i bolesnym rozstaniu z kopertą, ci niezmotoryzowani pakują się w autobus i jedziemy do domu weselnego.

Zazwyczaj jest to barak w stylu żółte pudło "in the middle of nowhere” z barokowym akcentem w postaci fontanny z grubawym aniołkiem na szczycie, ulokowanej przed głównym wejściem. Po tradycyjnym „Sto lat!” wreszcie można zasiąść za stołem i czekać aż zaczną karmić. W dziewięćdziesięciu procentach weselne menu otwiera nieśmiertelna para, czyli rosół i schabowczak, następnie jakiś deserek i… wreeeeeeszcie to na co wszyscy czekają najbardziej: wóda!  Już od chwili, kiedy zajmuję swoje miejsce, wyrabiam sobie wśród współbiesiadujących opinię dziwaka, bo: życzę sobie obiad bez mięsa, wódy nie piję i nie podryguję w takt „Ona tańczy dla mnie”, przeboju ostatnich miesięcy, który to hicior zespół weselny serwuje już po raz drugi w ciągu pół godziny. Po pięciu „kolejeczkach” panowie nabierają rumieńców, po ośmiu raczą wszystkich dookoła „kozacznymi” opowieściami, podszczypując tu i ówdzie swoje partnerki oraz z premedytacją myląc je z partnerkami sąsiadów, bo przecież zawsze to jakaś egzotyka podszczypać inny tyłek niż ten powszedni. Ale oto już pierwsze dźwięki, kolejnego przeboju pt. Polisz Usiasiusia wyciągają rozochocone towarzystwo na parkiet. Patrzę i oczom nie wierzę. Sto procent gości nie potrafi tańczyć. Zamiast tego jest: „wyginam śmiało ciało”, „epileptyczny transik-lansik” albo „radosny kroczek-wyskoczek”. Poprzysięgam sobie, że już nigdy nie zaśmieję się z dowcipu: „Co twoja stara robi na dachu? Tańczy z gwiazdami!”, bo jak tak patrzę na ten makaron wijący się w pseudotanecznych konwulsjach na parkiecie, jestem w stanie uwierzyć, że co drugi Polak siedział na dachu, miast pobrać jakieś lekcje tańca w pobliskim domu kultury. 


Taneczna rzeźnia jest dla mnie zjawiskiem do bólu niebezpiecznym, a to dlatego, że jestem drobnej postury i zawsze znajdzie się jakiś dżentelmen w typie: „Cześć, jestem jurny Andrzej” który widząc mnie przyglądającą się z boku hulającemu tłumowi uzna, że trzeba mnie „uszczęśliwić”, siłą wciągając na parkiet. Zanim zdążę zamrugać, już kręcę się dookoła własnej osi z prędkością światła rozpaczliwie poszukując lądu stałego. Nic z tego, bo już rzeczony dżentelmen przerzuca mnie przez ramię prezentując wszem i wobec moje podsukienkowe krajobrazy, ku uciesze reszty towarzystwa. Nieubłaganie nadciąga północ, czyli czas na oczepiny, po których następuje szereg uciesznych zabaw od tańca-przytulańca z balonikiem, pompowania prezerwatywy na czas, poprzez wsadzanie jajka w spodnie partnerowi oraz transportowania go (jajka oczywiście) w dół przez nogawkę tak aby jajko się nie stłukło, do układania jak najdłuższej linii z części garderoby członków drużyn pana młodego i panny młodej (tu to się dopiero dzieje, bo oto pełen poświęcenia podchmielony wujek Stefan wziął się i obnażył do majtek, które majtkami może i były, ale chyba w sześćdziesiątym ósmym, bo dziś są tylko transparentną szmatką z bukietem dziur bezwstydnie odsłaniających klejnoty wujka). A gdzie w tym wszystkim są państwo młodzi, zapytacie? Otóż siedzą jak dwie kukły za stołem rozdając plastikowe uśmiechy, całując się na zawołanie, a potem tańczą jak im zagrają i w rytmie „Białego Misia” modlą się po cichu, żeby tej ich miłości szlag nie trafił. A w wersji ludowej wymieniają spojrzenia pt. „Po jake cholere my to wesele robili?”


   A gdzie jestem ja? Po moim ekshibicjonistycznym debiucie resztę wieczoru spędzam w bezpiecznej odległości od domu weselnego, siedząc na jakiejś miedzy (jak ktoś nie wie, co to miedza znów odsyłam do Wiki) z butelką wina, którą podpierniczyłam ze szwedzkiego stołu, bo przecież na trzeźwo przejść przez to wszystko się nie da.

piątek, 26 lipca 2013

Suicydia niedzielne - cz.IV

Poprzysięgłam sobie, że to już ostatni post z cyklu „Suicydanych niedziel”, bo strzelę sobie w łeb od tych analiz dnia siódmego albo faktycznie wykręcę kierunkowy na Tworki.
Po dziesięciu „ekscytujących” miesiącach powróciłam na łono ojczyzny z jedną walizką wypełnioną ciuchami z Primarka, wstrętem do pączków i przeświadczeniem, że w jukeju zostawiam wszelkie powody do narzekania. A gdzie tam! W Polsce to dopiero sobie użyłam. Pracy niet, pieniędzy niet, dziury na drodze, czekolada „z okienkiem” podrożała, no i te niedziele - jeszcze gorsze niż w jukeju. Na szczęście większość problemów ma to do siebie, że są tymczasowe i udaje się w końcu znaleźć choć jeden powód do tego, by nie rzucać się pod pośpieszny relacji Przemyśl-Warszawa, a przez to oszczędzić innymi widoku swych rozczarowanych życiem flaków. Wrocław - Leżajsk - Kraków - Leżajsk - Katowice - Leżajsk – ostatnie pięć lat swojego życia roztrwoniłam głównie na przeprowadzki, które tak mnie rozstroiły, że gdy w końcu na dobre wróciłam do rodzinnego miasta, to przez tydzień trzymałam wszystko w walizkach, bo wydawało mi się, że zaraz muszę gdzieś jechać. Jeszcze długo po powrocie zrywałam się o szóstej rano, bo budziła mnie wyimaginowana presja, że nie zdążę na tramwaj albo autobus i będę znów musiała wciskać szefowi jedną z tych historyjek jak to udzielałam pierwszej pomocy omdlałej na przystanku staruszce albo goniłam złodzieja torebek lub z powodu intensywnych rozmyślań nad pracowniczym projektem pojechałam osiem przystanków dalej.
Niedziele z tych ostatnich pięciu lat zlały mi się w jeden, niemożliwie niemożliwy, smutny jak turecki sweter, pozbawiony rąk i nóg, niedzielny gniot. Cieszę się niezmiernie, że w końcu doszłam do wniosku, iż z suicydalnymi niedzielami wolę sobie radzić na tym leżajskim zadupiu jako psychozadupiofanka, niż powiewać w wielkomiejskiej kupie jak wetknięta tam chorągiewka wstydu, która nie wie w którą stronę „wiać”, bo jej własny wiatr, mogący jej to podpowiedzieć, zaginął gdzieś w tych betonach. I co z tego, że w pół godziny mogę przejść z jednego końca swojego miasta na drugi, co z tego, że nie mam tu Starbucksa, Alchemii, Mleczarni, Zary, Empiku, Spodka, Wawelu i Teatru Narodowego, co z tego, że w moim mieście mieszkają głównie emeryci, renciści i młodzież w wieku szkolnym, co z tego, że „zbrodnią niesłychaną” jest tutaj wracać do domu po sobotnich baunsach w niedzielę rano, kiedy 80% leżajskiej populacji zmierza do kościoła (żeby potem mieć kościół „z głowy” i spokojnie pierdzieć w kanapę z mielonym w ręce), co z tego, że większość sklepów zamyka się tu o 17.00 i co z tego, że pani w księgarni nie wie kto to jest Tranströmer. Ale za to mamy tu korki jak w Wawie, więc kiedy tak sobie każdy pół godziny w tym korku postoi to od razu ochota na wielkomiejskość przechodzi; mamy dwie Biedrony, Lidla, kilka sklepów Społem, dzięki czemu przed świętami nie trzeba zażywać relanium, by nie paść trupem w kolejce; mamy niewiele ograniczeń co do miejsc, gdzie mogą się załatwiać nasze psy, ergo srają szczęśliwe, gdzie popadnie (nawet pod Urzędem Skarbowym i ZUS-em); mamy basen, do którego wejściówki są tak drogie jak w Krakowie, mamy Klasztor i Bazylikę OO. Bernardynów, gdzie można pójść i wytrzaskać po pysku sumienie, żeby potem móc spokojnie pogrzeszyć; mamy dom kultury, który niedługo otworzy się na nowo w swej odremontowanej siedzibie z kinowym ekranem, jakiego będą mogli pozazdrościć nam nawet w Dubaju; mamy tu grób Elimelecha, cadyka (jak nie wiecie, kto to cadyk to wynocha do Wikipedii), który jest słynny prawie tak samo jak leżajskie piwo. Ach, no tak! Piwo Leżajsk - oto z czego możemy być naprawdę dumni! Mówię serio, bo kiedy pewnego wieczoru, wracając z pracy przez pół Madrytu, zaszłam do jakiegoś chińskiego sklepu i zobaczyłam tam na półce leżajskie Jasne Pełne, to wydawało mi się, że wstępuję do nieba, a aniołowie grają na trąbach Mazurka Dąbrowskiego. Mogę wymieniać w nieskończoność, co my tu jeszcze mamy, ale niech póki co spowije to nimb tajemnicy, żebym miała jeszcze o czym pisać, kiedy mi się mój ekshibicjonizm życiowo-piśmienny znudzi. Jak już wspomniałam kończę cykl Suicydalnych niedziel, co nie zmienia faktu, że te nieszczęsne niedziele nie znikną z mojej Palety Doznań Niekoniecznie Pożądanych, jednak odkąd sprawiłam sobie kota, zawsze mogę nim taką niedzielę poszczuć, a potem oddalić się na hamak z karczochem zamiast mielonego w ręce.

poniedziałek, 22 lipca 2013

Suicydia niedzielne - cz.III

Jak dowiedzieliście się z poprzedniego posta, spędziłam trochę czasu w Hiszpanii, próbując uczynić swe wszystkie niedziele znośnymi i udałoby mi się to, gdyby nie pewien dość istotny szczegół: tęsknota za domem. Jak przystało na antyniedzielną bojówkę wyleciałam w pewną smętną niedzielę samolotem z madryckiego Barajas i wylądowałam w Warszawie, skąd moja miłosierna rodzina dowiozła mnie szczęśliwie do domu, gdzie spędziłam trzy tygodnie. Na rodzinnych włościach doprowadziłam się do rozstroju nerwowego z powodu nieustannie krążącego po głowie pytania: „co dalej?”. Jak się domyślacie, tęsknota za rodzinnym gniazdem gdzieś się ulotniła, a jej miejsce zajął strach, jaki towarzyszy człowiekowi zawsze, kiedy okazuje się, że wino się skończyło, pieniędzy brak i rodzina po cichu w kącie naradza się czy wieźć mnie do psychiatry, tylko dlatego, że zbyt entuzjastycznie opowiadałam o widzianych w tv zawodach w rzucie chrupkiem kukurydzianym na odległość.
Z pomocą przyszła mi siostra, która od pewnego czasu mieszkała na Wyspach, tak więc spakowałam się ponownie i stawiłam na lokalnym lotnisku (tak, nawet tutaj Ryanair ląduje). Mimo, iż był piątek, a nie ta cholerna niedziela, dominował w okolicach mej osoby nastrój raczej „nieprzysiadalny”, a wszystko przez jakiegoś celnika-idiotę, który przy okienku paszportowym oznajmił mi, że jeśli mam w bagażu podręcznym staniki z fiszbinami, to muszę je teraz powyciągać, gdyż nie przejdę odprawy będąc w posiadaniu „ostrych narzędzi” (już sobie wyobrażałam jak wiercę się na fotelu w samolocie, by wyciągnąć ze stanika ten mały cienki drucik tylko po to, by zadźgać nim kapitana). Nie było rady, trzeba było te staniki na oczach kilkuset osób wyciągać. Kiedy wszyscy dookoła zaznajomili się już z moją bielizną, celnik-idota z beztroską miną oznajmił: „Żartowałem! Następny proszę!” To cud większy niż woda z Lichenia, że nie wymordowałam wszystkich celników w tym podłym kraju. Do dziś mam objawy stresu pourazowego na wspomnienie tego incydentu. A jak przywitała i ugościła mnie Anglia? Najlepiej obrazuje to list, który wyprodukowałam do przyjaciółki, trzy miesiące po tym jak wylądowałam na East Midlands w środkowej Anglii. Znalazłam go całkiem niedawno porządkując skrzynkę pocztową. List ów to epistoła wątpliwej wartości literackiej, ale jest kluczowy dla rozumienia zjawiska suicydalnej niedzieli w wersji inglisz.
Mielonko wrocławska!
Azaliż ucieszonam, żes do mnie napisała kilka tych słów, z czego jeszcze kilka w archaicznym jakimś narzeczu z eksploatacją igreka namiętną. Żyję (jeszcze), ale jakie to życie. Jest niedziela, a ja snuję się po tej angielskiej chałupie tudzież rowerem szpieguję okolicę i wyglądam poniedziałku, żeby z ukochanymi bluzgami na ustach wstać rano i pocisnąć z zaklejonymi snem oczami do roboty (bo tu się chodzi do roboty, a nie do pracy). Mam wrażenie, że podpięłam się na dziko do krwiobiegu angielskiego i jestem najsłabszą jego żyłeczką. Dni płyną mi niesamowicie szybko, ale kiedy przychodzi niedziela, trafia mnie szlag, bo zaczynam przypominać sobie wszystkie razy, kiedy podczas minionego tygodnia skompromitowałam się w pracy przekręceniem jakiegoś nieznanego mi słowa po angielsku. Znasz to uczucie, kiedy stoisz przy tablicy ogłoszeń przed jakimś debilnym plakatem i w momencie kiedy wypowiadasz słowa: „co za idiota to gówno popełnił?!”, ów idiota wyskakuje niewiadomo skąd (okazuje się nim syn Twojego szefa), a ty zaczynasz szurać nogami, maskujesz się uśmiechem pt. „aleosochozi” i czym prędzej spierniczasz rzucić się z wiaduktu? No to właśnie tak zazwyczaj czuję się podczas tych angielskich niedziel. Nawet ta ostatnia, Wielkanocna Niedziela była właśnie „taka”. Po śniadaniu wielkanocnym przebrałam się w pidżamę i przesiedziałam cały dzień przed komputerem oglądając wszystkie nakręcone dotychczas Batmany (nawet tego, którego grał Clooney w kostiumie z sutkami yeah!!). Na dodatek nasza sąsiadka, Rachel w każdą niedzielę przynosi nam pączki (chyba myśli, że w Polsce jest jak w Etiopii), którymi już rzygamy. A tak z innej beczki: miałaś rację, można wieszać na ciuchach z Primarka psy, ale majtki stamtąd wymiatają i nieważne, że po dziesięciu praniach można nimi myć podłogę, grunt, że Bob Sponge na nich jest. Czy Ty wiesz, że w tutejszej bibliotece mają dział z polskimi książkami?! Musiałam się w myślach trzaskać po pysku, kiedy brałam z półki trylogię husycką Sapkowskiego! Sama widzisz, nie byłoby tutaj tak źle, gdyby nie te gówniane niedziele. Pamiętasz jak siedzieliśmy wszyscy w „Literatce” i oblewaliśmy Wojtkowego magistra? Jeśli dobrze pamiętasz, to była właśnie niedziela i mam swoją teorię, co do przyczyn tego, że Dorota, choć nie wypiła ani kropli alkoholu narzygała z antresoli na stolik tych Japończyków z Samsunga, którzy siedzieli pod nami. Niedziela to czyste zło!!! Żaden dzień święty, już ja to udowodnię! Ściskam Cię jak diabli i czekam na wieści. P.S. Mam nadzieję, że Cię taliby nie porwały w tym Afganistanie. Patyczak.