wtorek, 27 sierpnia 2013

"Klaskaniem mając obrzękłe prawice"

Dziś będzie o muzyce i klaskaniu. Tyle tytułem wstępu, bo ostatnio ktoś zarzucił mi, że zazwyczaj wlokę za sobą wstęp jak „Aśka swojego grubego brata na sankach”. Muzyka towarzyszy mi od zawsze, to znaczy odkąd pamiętam, czyli mniej więcej od wtedy, kiedy odziana w mamine sylwestrowe cekiny i szpilki z Pewexu, dzierżąc tłuczek do mięsa śpiewałam (jakimś dziwnym angielskim narzeczem, rozumianym tylko przez siebie) „You simply the best” Tiny Turner albo schowana w szafie tapirowałam gumą arabską włosy na Kim Wilde nucąc przy tym „You keep me hangin’ on”. Tam gdzie moja pamięć nie sięga, tam sięga pamięć mamy, która twierdzi, że siedząc na golasa w jakiejś żelaznej balijce (średniowieczna wersja basenu dla dzieci) podrygiwałam do „Glory” The Doorsów, których mama wówczas słuchała. Jako, że nieobce są mi wszelkiego rodzaju kompromitacje, ochoczo przyznaję się do posiadania w wieku adolescentnym trzech kaset magnetofonowych The Kelly Family. Fascynacja owa była nie byle jaka, bo razem z moją podstawówkową koleżanką z ławki, wracając razu pewnego ze szkoły, oplułyśmy się wzajemnie, bo wzdychałyśmy do tego samego wokalisty. Parę lat później przyszedł czas na ślepy zachwyt Cobainowym darciem i Slashową gitarą. Przygoda z muzyką rockową trwała najdłużej i chyba trwa nadal, ale dziś wisi nad nią element krytycznego spojrzenia, a raczej element krytycznego ucha, bo rzadko zdarza mi się słyszeć coś naprawdę dobrego. Moje obecne upodobania muzyczne zaskakują nawet mnie samą, bo jak tu się nie dziwić, kiedy po odsłuchaniu „Stripped” Depeche Mode odpalam Dr. Albana a potem „Para que tu no llores” Antonio Carmony i Alejandro Sanza (dla niezorientowanych: hiszpańskie zawodzenie w stylu „Przeżyj to sam” Strużniaka), by wreszcie skończyć na bałkańskiej muzyce ludowej i trip hopie. Od pewnego czasu szeregi powyższej egzotyki zasila muzyka klasyczna, co już zupełnie mnie zaskoczyło, bo nigdy nie byłam jej wielkim fanem. Na swoje usprawiedliwienie zasłaniam się twierdzeniem, że do takiej muzyki trzeba dojrzeć, więc dojrzałam i słucham.
Umówmy się: czym innym jest słuchanie "Duetu Kwiatów" z opery Leo Delibesa pt. „Lakme” w reklamie margaryny i ściąganie go na komórę jako dzwonek, a czym innym słuchanie tegoż samego utworu w odpowiedniej i należnej mu oprawie. Nie wyobrażam sobie Mozartowskiego "Requiem" jako tła w reklamie polisy na życie, albo Beethovenowej 5 Symfonii w reklamie środka na przeczyszczenie, po spożyciu którego, jak nam się poszczęści, to zdążymy zasiąść na klozecie, oczywiście przejęci dodatkowo grozą 5 Symfonii. Toż to istny gwałt na muzyce klasycznej, bo sprowadza się ją do pozycji marketingowego wypełniacza. No cóż, walka z takimi wiatrakami, nie na moje możliwości, ale mam nadzieję, że wielu się ze mną zgodzi i kiedyś w tej kwestii coś się zmieni. Na szczęście takie muzyczne zgrzyty zdarzają się rzadko. 
Najogólniej rzecz biorąc muzyka mnie prostuje - jakkolwiek to rozumieć, tak właśnie jest. 

Jak zwykle zbaczam z tematu i daję się ponieść swej sarmackiej naturze, ale już wracam do sedna sprawy. Zazwyczaj, kiedy zdarzało mi się pomieszkiwać w innych miastach i na pytanie o to skąd jestem odpowiadałam: „z Leżajska”, reakcja była ta sama: „piwoooo!” A szkoda, bo Leżajsk słynie przecież z genialnych i pięknych organów, rozsławionych przez Międzynarodowy Festiwal Muzyki Organowej i Kameralnej, odbywający się co roku w Bazylice OO Bernardynów. Jeśli jeszcze dekadę temu moja obecność na Festiwalu to nic innego jak gościnne występy (bo akurat przechodziłam obok i zaczął padać deszcz, a trzeba było gdzieś schować swoje nowe, szmaciane mokasyny), tak teraz na koncerty wybieram się z pełną premedytacją. Zdarza mi się też być proszoną o napisanie relacji z Festiwalu do lokalnego Biuletynu, więc tym bardziej staram się świadomie uczestniczyć w tym wydarzeniu. Mój blog to moja przestrzeń, więc mogę sobie tu wypisywać, co mi się żywnie podoba i skoro gdzie indziej obowiązują zasady pisania o „tym”, a niepisania o „tamtym”, tak u mnie obowiązuje jedna zasada: jeśli swędzi cię pióro (tudzież klawiatura) - pisz. 
Wspominam o tej samowolce, bo chcę rozwinąć pewną myśl, która być może kogoś urazi, ale tak mnie męczy od czasu zakończenia tegorocznego Festiwalu, że muszę ją upublicznić. Myśl ta to nic innego jak chęć dźgania paluchem w oko ludzkiej ignorancji i bezmyślnego uczestnictwa w wydarzeniu, które jednak zasługuje na coś więcej niż tępe klaskanie podczas każdej chwili ciszy, jaka następuje. Tak naprawdę rozchodzi się o to cholerne klaskanie, ale żeby lepiej oddać głębię mych frustracji muszę dokonać małej retrospekcji. Jako dyżurny Festiwalowy reporter (moje ego właśnie zaklaskało), zostałam wysłana na front uprzywilejowanych ławek, gdzie zadowolona rozsiadłam się niczym Zygmunt III Waza na tronie polskim. Program każdego koncertu zakłada część organową i kameralną, więc jeśli nawet ktoś nie pada trupem na dźwięk leżajskich organów to zazwyczaj zachwyca go druga część koncertu, podczas której występują soliści, chóry, orkiestry lub inne zespoły instrumentalne. Aż dziw bierze, że różnorodność muzyczna w obrębie jednego gatunku jest tak wielka. A może to tylko moje neofickie zdziwienie? W każdym razie frekwencja zawsze dopisuje. Tylko co z tego, skoro większość z tych ludzi, którzy rzekomo przyszli, jak to gdzieś tam kiedyś napisałam: "na ucztę muzyczną", nie wysili się, żeby uważnie posłuchać słów konferansjera, który WYRAŹNIE mówił, iż dany utwór składa się z trzech części. Cisza, jaka na chwilę zapada pomiędzy poszczególnymi częściami jest świętym elementem składowym utworu, bo ta cisza też gra, więc po co do licha profanować ją bezmózgim klaskaniem. Siedzi sobie taki tłum, od czasu do czasu ziewnie, porozgląda się dookoła, porozmyśla o pierdołach, ale żeby świadomie przeżywać koncert, na który się przecież dobrowolnie przyszło to już wyczyn, który widać przerasta co poniektórych, bo za każdym razem, kiedy choć na chwilę cichła muzyka, klaskali mając przy tym wyraz twarzy jak niepełnosprytny umysłowo i do tego zrobiony z ciasta, Mongo ze „Shreka”. Rozumiem, że można się zamyślić, zasłuchać do tego stopnia, że wyłącza się mózg i klaskanie odbywa się mechanicznie, bo zapadła cisza, ale nie kilka razy pod rząd. Wolałabym już przeżywać sobie te swoje muzyczne uniesienia w jakimś małym gronie, ale przynajmniej „ogarniętym” jak to zwykło się kolokwialnie określać. No więc siedzę sobie tak w tej vipowskiej ławie, zewsząd słyszę chrząkania, westchnienia i trafia mnie szlag, wzmocniony dodatkowo pstrykaniem lustrzanek, które panowie fotografowie postanowili odpalać w tym samym momencie. Już… już odpływam sobie gdzieś tam w obłoki, zamykam oczy, skaczę myślami po dźwiękach i nagle, tuż nad uchem słyszę: pstryk… pstryk… pstryk… pstryyyyyyyyyyyyyk!!!!! Jest ponoć taka chińska tortura, która polega na tym, że na czoło torturowanego delikwenta skapują powoli, jedna za drugą krople wody. Jeśli po dziesięciu godzinach takiej tortury nadal będziecie przy zdrowych zmysłach to albo jesteście nienormalni albo waszym ojcem był Bruce Lee. Te „pstryki” śmiało mogę porównać do wspomnianej tortury, bo niewiele brakowało, a zamieniłabym się w pandę z reklamy sera, która sieje zniszczenie dookoła każdego, kto sera nie zakupił. W tle rozbrzmiewałby oczywiście uroczo „Just you know why” Buddy Holly'ego. Ja miałam jeszcze to szczęście, że obok mnie siedziała osoba, dzięki której zdołałam z tego ostatniego koncertu wynieść coś więcej niż frustracje, osoba, która jest moim nieocenionym przewodnikiem po muzyce klasycznej, więc z tego miejsca tej osobie DZIĘKUJĘ:).

Niewiele rzeczy mnie irytuje do tego stopnia, że zaczynam mieć ociekające krwią wizje własnych rękoczynów, ale tych Festiwalowch profanacji przełknąć nie mogę. I wolę już wcisnąć się w najciemniejszy i jak najdalszy od vipowskich ławek, kąt Bazyliki, bylebym tylko nie doświadczyła ataku „pstrykaczy”, odgłosów zniecierpliwienia i stękania. Gorzej z bezmyślnym klaskaniem, bo temu zapobiec się nie da, ale z tym wiatrakiem jeszcze mogę powalczyć pisząc, bo może wśród czytających tego posta znajdzie się ktoś, kto następnym razem zamiast idiotycznie zaklaskiwać każdą „minutę ciszy”, trzaśnie się mentalnie w pysk i pozwoli czasem tej ciszy zagrać. Od ciszy się nie umiera.



czwartek, 15 sierpnia 2013

Dramat o poranku

Nim przejdę do głównego tematu dzisiejszego posta, wtrącę pewną dygresję. Otóż stwierdzam z pełną świadomością, że na tym moim blogu wieje nudą. Zdjęć stopy na kanaryjskim piasku tu nie znajdziecie, ani ociekających kulinarnym szałem fotek lekkostrawnych sałat, sushi albo croissantów, które spożywam akurat „przypadkiem” u Gesslerowej. Fotosów z ekscesami z eventów (zawsze chciałam użyć tego słowa) też próżno szukać, jak również takich, na których paradowałabym odziana w haemowe ciuchy i prezentowała, jak to się teraz ładnie, kosmopolitycznie nazywa: outfity. Ale gdybym się tak uparła to mogę wsadzić zdjęcia stopy, tyle że na nadsańskim piasku lub pstryknąć słit focię, kiedy siorbię maminą pomidorówkę albo napełniam się egzystencjalnie o poranku przy kromach z serem żółtym i ogórem, tudzież siedzę w krzakach malin i pakuję je sobie garściami do buzi. A jeśli w definicję eventu wpisuje się rodzinnego grilla, podczas którego razem z kuzynami pogrążyliśmy się w ciemnej otchłani wujkowej nalewki, (ale jakoś tylko mnie sfotografowano, kiedy biegam po podwórzu z dmuchanym dinozaurem przyklejonym do pleców, odziana w różowe dresy kuzynki i jednego buta) to jak najbardziej, śmiało mogę takimi fotosami zabłysnąć. Mogę także popełnić szafiarskie foty, czemu nie? Wystarczy, że pogrzebię w szafie, zawsze się tam jakieś „kościołowe” ciuchy znajdą. Problem w tym (ale raczej nie mój), że mi się ta nuda podoba. Lubię gapić się w wyhodowane przeze mnie rzędy liter, bo więcej tu mojego jestestwa niż na jakimkolwiek zdjęciu. Zamierzam więc znów posadzić parę liter i obsiać dzisiejszy post jak zwykle jakimś małym zamętem.


A teraz ad rem. Zdecydowanej większości naszej populacji słowo ‘poranek’ nasuwa bolesne konotacje. Niektórzy nawet twierdzą, że poranki są dziełem szatana (to by nawet miało sens, bo jak doniósł mi ostatnio pewien „entuzjasta” poranków, Lucyfer to z łacińskiego ‘niosący światło’), a jeszcze inni postrzegają je jako globalny spisek mający na celu unicestwić całą miłość do życia, którą tak mozolnie próbowali wykrzesać z siebie poprzedniego dnia. Generalnie większość z nas po przebudzeniu może śmiało pisać nienawistne hymny „na cześć” poranków. Powodów do porannych skoków ciśnienia może być wiele: przymus udania się do nikczemnego miejsca zwanego pracą, brak przymusu udania się do miejsca zwanego pracą (bezrobotni nie używają przymiotnika ‘nikczemny’, bo jeszcze nie wiedzą, że ich przyszła praca taka będzie), opady deszczu, brak opadów deszczu, upał, mróz, telefon od matki, która dzwoni z pretensjami, że nie dzwonisz od wczoraj, brak mleka w lodówce, odbicie guzika od poduszki na czole, brak skarpet do pary, złe nadzienie w pączku (miała być marmolada, a nie czekolada), odbicie w lustrze nie jest odbiciem Brada Pitta, ale Gerarda Depradieu, pobudka pół godziny przed budzikiem lub w ogóle sam fakt przebudzenia się jest wystarczającym powodem do tego, aby dostać białej gorączki, bez względu na to, czy wasz poranek zaczyna się o 7.00 rano czy o 12.00 w południe. Jasne, że można inaczej. Wystarczy po otwarciu oczu ucieszyć się, żeśmy je w ogóle otworzyli. Wystarczy dać sobie minutę na afirmację zaistniałego stanu rzeczy(wistości), a potem po prostu postawić obok łóżka kroplówkę z kawą i powierzgać nogami, bo czemu nie? Ale po co zawracać sobie głowę takim zdrowym i całkiem sensownym rozwiązaniem, kiedy można zupełnie za darmo poszarpać struny własnej psychiki i obudzić się – nie bójmy się tego brzydkiego, ale jakże ukochanego przez Polaków słowa – wkurwionym. Skoro Profesor Miodek twierdzi, że kiedy się ‘wkurwia’ jest mu lepiej, bo gdy się ‘wkurza’, czuje pewien emocjonalny niedosyt, to dlaczego my mamy być inni i połykać inwektywy, które same cisną się na usta, kiedy patrzymy w lustro? Jasne. Oczywiście, że tak można, ale zdaje się, iż Miodek nie miał na myśli „porannego wkurwienia”, które może zatruć nam połowę dnia, obniżyć poziom cukru we krwi, zwiększyć wypadanie włosów o 50 % i dodatkowo wejść w korelację z trajektorią lotu ptasiej kupy, którą przynosisz niepostrzeżenie na ramieniu do pracy, po to, by przechodzący akurat obok szef rzucił niechcący: „Ptak na ciebie narobił”. Zastanówmy się, czy warto tak zaczynać dzień? A co jeśli nie budzimy się sami, lecz obok kogoś kto jest dla nas ważny? Przynajmniej tak twierdzimy po południu, ale czy „ważność” tej drugiej osoby nie powinna rozpoczynać się rano, kiedy otwieramy oczy? I zamiast się programowo wkurwiać: „bo tak!”, może lepiej z pierwszym promieniem światła wdzierającym się pod powieki, dopuścić do głosu rozum, który pozwoli oszczędzić nam i naszym bliskim mimowolnego odgrywania scen z „Trudnych spraw”. A gdy ten rozum bardziej wysilicie, to się okaże, że ta sama osoba, którą przed chwilą (wspomagani dodatkowo „porannym wkurwieniem”) oskarżaliście o próbę zabójstwa antyperspirantem (bo na pewno rozpyla go z premedytacją, by was zabić) jest tą samą osobą, która wstaje wcześniej, aby zrobić wam śniadanie. Czy to nie jest również ta sama osoba, której zarzucaliście, że nie umie unosić się nad podłogą i szura kapciami (podczas gdy wy - przebudzający się właśnie, jesteście delikatni jak Bogusław Linda śpiewający piosenkę Świetlików), jest tą samą osobą, która stara się, by wasz poranek był jak najmniej bolesny w zderzeniu z rzeczywistością? Zgadnijcie.


Choć mam świadomość, iż poranne dramaty wpisały się już na stałe w naszą egzystencję, to jednak nie znaczy, że nie da się z tym nic zrobić, bo nawet, jeśli wciąż po przebudzeniu widzicie w lustrze napuchniętą twarz Gerarda Depardieu (albo Barbary Streisand), to wystarczy tylko wyszczerzyć zęby i od razu poczujecie się prawie tak szczęśliwi jak Gerard po spotkaniu z Putinem, w trakcie którego został obdarowany rosyjskim obywatelstwem. Co tu dużo mówić: kochajcie swoje poranki!

wtorek, 6 sierpnia 2013

Nie chcem, ale muszem

Ciężko u mnie z samodyscypliną i ostatnio cierpię na deficyt czasowy, gdyż zajmowałam się Bardzo Ważnymi Rzeczami (uhm… jasne, krążyłam nagminnie po okolicy rowerem, wzbudzając podejrzenia matek z dziećmi i odkrywałam co to Spotify – tak, zgadza się, niepoprawne politycznie powiedzenie: „być sto lat za Murzynami” jest zapewne o mnie, bo jak zwykle światłość wiekuista wiedzy cywilizacyjnej spływa na mnie zdecydowanie za późno) stąd ta cisza postowa, ale już jestem i produkuję się jak zwykle. Miało być o czym innym, będzie o czym innym, a tak naprawdę o niczym, bo inspiracji tyle, że nie wiadomo, której się chwytać, więc mogę zmienić sobie zdanie osiem razy, by w końcu napisać coś, co średnio pachnie literackim L’eau d'issey, ale za to - przepraszam za kolokwializm - wali po nosie jak bazarowy Brutal, od powąchania którego w oczach ma się już nie świeczki, a znicze.

Jeśli macie facebookowe profile, na pewno wśród waszych znajomych są „mniejznajomi” i „bardziejznajomi”. Ci „mniej” to grupa niezwykle interesująca z punktu widzenia socjologicznego. Otóż, kiedy dostajesz facebookowe zaproszenie od „mniejznajomego” zadajesz sobie zazwyczaj takie oto pytanie: „Co?! Po jaką cholerę mnie zaprosił/a skoro ostatni raz rozmawialiśmy w ósmej klasie podstawówki i to tylko dlatego, że na lekcjach techniki, w parach lutowaliśmy jakieś idiotyczne diody, a na ulicy udaje, że mnie nie zna?!”. A potem zdjęty litością i tak przyjmujesz zaproszenie, bo: „weź tu nie zaproś, to się obrazi na śmierć”. W ten oto sposób zezwalasz na inwigilowanie twojego życia mało ciekawym ludziom, którzy wiodą mało ciekawe życie i z tego tytułu zapraszają do swojego grona znajomych nawet kobietę z papierniczego na rogu („ciekawe z kim się teraz spotyka?”), listonosza („może przyniesie pocztę wcześniej”) albo znienawidzoną matematyczkę („ciekawe czy dalej nosi łososiowe garsony i jeździ zdezelowaną skodą?”). Nie muszę chyba pisać kim są „bardziejznajomi”, bo to chyba oczywiste, a więc idźmy dalej. Po tym jak obwieściłam wszem i wobec, że „jestę blogerę” dostałam kilka niepokojących zapytań, a właściwie roszczeń generowanych przez „mniejznajomych”, że na wszelki wypadek oni sobie nie życzą, abym o nich pisała. „Hę?” - zapytałam, nie bardzo wiedząc, o czym tu do mnie rozmawiają, ale po chwili doznałam iluminacji: przecie owe osobniki, mówiąc w ten sposób zakładają, że ich wybitne sylwetki jarzą się niczym gwiazdy na leżajskim niebie personalnych osobliwości. Oszsz… wy pępki świata samozwańcze! – zaklęłam w duchu i… przybierając najbardziej nikczemny wyraz twarzy, na jaki mnie stać, uruchomiłam swoją ciemną stronę mocy aka Patyk Vader i zasiadłam do Facebooka. Poczęłam z premedytacją szpiegować „mniejznajomych”.


Otóż moi drodzy „mniejznajomi”, wcale nie miałam zamiaru pisać, że G. jadł w środę około 12.00 fryty z rybą i właśnie rozstał się z P., nie miałam zamiaru pisać, że M. bardziej niż kogokolwiek kocha swojego psa, bo kochać ludzi nie potrafi (tak, Facebook mi to powiedział), nie miałam zamiaru pisać o tym, że R. świętuje z chłopakami „pępkowe” już od grudnia, nie chciałam  również pisać o tym, że T. siedzi w Juesej, martwi się, że kobiety w Czikago chodzą dziwnie zapięte pod samą szyję i widoków żałują, a już w ogóle najbardziej, to nie chciałam pisać, o tym, iż życie B. zmienił Paulo Coelho, bo uwierzyła, że „kiedy czegoś pragnie, to cały wszechświat będzie potajemnie działał, by udało się jej to osiągnąć”, bo z tego wszystkiego pozazdrościłam, a potem postanowiłam, że jeśli mocno zapragnę mieć filcaki wysadzane kryształami Svarovskiego i jak się dobrze skupię, to może rano okaże się, że dodają je do „Claudii” albo „Wędkarza”. Sami widzicie - nie chciałam pisać, ale mnie zmusiliście.