poniedziałek, 23 września 2013

"Biorę moje dobro tam, gdzie je znajduję"

Cisza idealna. Doświadczam jej właśnie teraz. Dom zamknął okna i cegła po cegle zapadł w jakiś taki przedwczesny sen. Cisza tak idealna, że aż przerażająca, cisza tak głośna, że aż ogłuszająca. Nie mogę przez ten niemy hałas słyszeć swoich myśli, a przecież bez tego nic nie napiszę. Nawet muzyką nie dałam rady jej stłumić. No ale skoro piszę, to przecież coś się musiało zdarzyć? Nic się nie zdarzyło – po prostu cisza do mnie przemówiła. Kazała stanąć przy oknie i patrzeć, no więc stałam i patrzyłam. Okazało się, że nie spoglądam na to, co jest za oknem, ale w sam środek własnej głowy, a tam już ciszy nie było, więc wróciłam truchcikiem do klawiatury i oto jestem.

Przychodzi taki moment, kiedy z autentycznym zdziwieniem stwierdzasz, że wcale nic nie musisz. Mija nerwowy tik w lewej powiece, pieczenie w żołądku ustaje, zaczynasz wreszcie słyszeć siebie, widzieć siebie i o dziwo wcale cię to nie przerasta.
Zaczynasz się czuć ze sobą dobrze nawet wtedy, kiedy nie masz stałej pracy i paradujesz po domu w pelerynie, arabskich spodniach i różowych wełnianych skarpetach, a swoim mottem życiowym czynisz takie oto zdanie: „Życie jest zbyt krótkie, żeby pić z brzydkiego kubka”. Pewnie, że lepiej by było wstrzelić się tu z jakąś mądrością prosto z ogródka greckiej myśli filozoficznej, ale za przeproszeniem Sokrates gówno wiedział o takim życiu, jakie ja chcę wieść, a kubkowe motto dokładnie wyraża to, o co mi chodzi, bo przecież nie tylko o kubek. Po tym, kiedy mój ukochany motywacyjny kubas zginął śmiercią tragiczną (za przyczyną mojej ręki, jak zwykle biorącej udział w jakimś intensywnym akcie gestykulacji) rozpoczęłam poszukiwania kubka idealnego. Ale jak już wspomniałam, nie o kubku chcę pisać, lecz o niezadowalaniu się byle czym. I nie mam tu na myśli wymiaru materialnego, nie o rzeczy tu chodzi, ale o jakość życia.

Od dziecka powtarzano mi jak mantrę, że trzeba być dobrym dla innych, zarażać dobrem jak rotawirusami, nie bacząc na to, że samemu się tym ogólnopojętym dobrem już rzyga. Zapomniano mi tylko powiedzieć, że w innych domkach mieszkają dzieci, którym nikt nie mówi, że mają być dobre i czynić dobro, toteż na długie lata utknęłam w byciu frajerką. Nie podpalałam psów, ratowałam topione koty, nie rzucałam kamieniami w okna, nie obcinałam kaczkom nóg łopatą, nigdy nikogo wulgarnie nie obrażałam, w szkole miałam wzorowe zachowanie, pomagałam każdemu, kto tej pomocy potrzebował, ustępowałam miejsca starszym, nie siedziałam schowana w krzakach i nie oblewałam przechodniów sikami z butelki po Ludwiku, a kiedy ktoś sprawiał mi przykrość, wierzyłam, że to ja wygrywam, spuszczając głowę, odchodząc, nic nie mówiąc i nie odpłacając pięknym za nadobne. Nic bardziej mylnego. Nie wygrywałam, ale też nie przegrywałam. Nie żałuję absolutnie, że nie dokonywałam spektakularnych aktów zemsty za wszystkie moje krzywdy, żałuję natomiast, że kiedy byłam dzieciakiem nie było jeszcze bajeczek, w których nie zawsze dobro zwycięża (zwyciężała komuna – to zrozumiałe), bo wtedy może byłabym ostrożniejsza i dodatkowo wyposażyłabym się w zasadę ograniczonego zaufania. Niestety, musiałam jeszcze trochę poobrywać, nim doszłam do wniosku, że dość, że już koniec frajerstwa. Redefiniowałam słowo ‘dobro’ wedle własnego uznania, bo to dobro, jakim posługiwałam się wcześniej służyło wszystkim (głównie tym, którzy na to nie zasługiwali) tylko nie mi. Nie będę stała jak kołek, kiedy ktoś będzie mnie jakkolwiek obrażał. Nie będę kurczyła się jak rodzynka, kiedy ktoś będzie próbował zdeprecjonować moją wartość. Nie podam papieru do podtarcia się, kiedy ktoś będzie załatwiał się w moim ogródku. Nie odetnę sobie rąk i nóg, żeby nakarmić głodnych. 

Jednak piekło niech się nie cieszy, diabłem wcielonym się nie stałam. Żeby wszystko było jasne: nadal zamierzam ratować koty, wieloryby itd., dzielić się z innymi tym, co mam, szanować, kochać i lubić całym sercem, bezinteresownie pomagać i nie będę rzucać w nikogo mięsem, ale nie mogę już sobie pozwolić na bycie wiecznie dojną krową dobroci wszelakiej oraz godzenie się w milczeniu na wszystko, co mnie spotyka złego. Co prawda, nie mam wpływu i już raczej tego nie zmienię, że kiedy dzieje się w moim życiu coś niedobrego albo słyszę jakieś bardzo niemiłe słowa, to łzy leją się strumieniami (chyba mam oczy w mokrym miejscu albo za dużo wody w organizmie), ale zazwyczaj szybko stosuję OWD - Opamiętuję się, Wkurwiam i Działam (czasem w różnej kolejności, co ma takież same konsekwencje, ale pracuję nad tym). Nie krzywdzę nikogo (przynajmniej nikt się jeszcze nie zgłaszał), poprawiając jakość swojego życia takim podejściem i przestawiając priorytety, przez co stało się ono bardziej autentyczne, czyli moje. I skoro wiem, że nie jest byle jakie, to ta osoba obok mnie też nigdy nie będzie czuła się byle jak. To wszystko mieści się w Patykowej definicji dobra, a jeśli w czyjejś nie, to już jego problem. Wolę takie stanowisko i zasadę ograniczonego zaufania do ludzi, niż postawę „bierzcie i jedzcie z tego wszyscy”.  Nie, nie obawiam się, że grozi mi cynizm i nie czuję się egoistką. Mam jeszcze wiarę w ludzi i potrafię o nich walczyć, ale umiem się też przed nimi bronić i wiem, kiedy to robić. Zachwycają mnie własne możliwości, zachwyca mnie to, że odkąd mam świadomość, iż niczego nie muszę - mogę i chcę więcej. A jaka jestem? Tego nie powiem, bo tak naprawdę nie wiem. Zawsze wydawało mi się, że jak ludzie piszą o sobie jacy są, to są najmniej tacy, jak o sobie piszą.  Podobnie jak z twierdzeniem, że to, co widzimy jest przeważnie tym, co nam się wydaje, że widzimy. Wszystko zaczyna i kończy się w głowie, zazwyczaj naszej.

Staram się przeżyć swoje życie jednocześnie je lubiąc, a nie każdy to potrafi. Grunt, że fajnie mi ze sobą i mam nadzieję, że innym (zwłaszcza tym, którzy są dla mnie ważni) ze mną też.  Jeśli to nie jest dobro, nic nie szkodzi, nie zamierzam się tym przejmować. Na koniec tradycyjnie chciałabym wam czegoś życzyć, a mianowicie umiejętności tworzenia własnych definicji dobra i niezadawania cierpienia przede wszystkim sobie samemu. Kupcie sobie fajne kubki i nie bójcie się tego, co inni pomyślą lub powiedzą o tym, jacy jesteście, bowiem najgłośniej szczekają najmniejsze psy  i te które się najbardziej boją.

środa, 11 września 2013

Stany Zjednoczone Listopadowości

Jestem, jestem. Nie przygniotła mnie rzeczywistość ani nie przerosło mnie blogowanie. Zwyczajnie zbiegło się w czasie parę spraw, powiedzmy priorytetowych, które odsunęły na bok moje zapędy pisarskie. Poza tym od dwóch tygodni kursuję na trasie Leżajsk-Rzeszów-Leżajsk, ponieważ Urząd Pracy zasponsorował mi 100-godzinny kurs grafiki komputerowej. Nietrudno sobie, więc wyobrazić, że kształtowanie w Corelu i filtry w Photoshopie śnią mi się teraz częściej niż plażowanie na Copacabanie. Dla kogoś, kto za umiejętność posługiwania się programem graficznym uważał narysowanie wiadra w Paincie, Corel i Photoshop równie dobrze mogły być fizyką kwantową. Na szczęście mam świetną nauczycielkę, którą Bozia wyposażyła w anielską cierpliwość i dzięki temu jakoś brnę do przodu i najważniejsze: bardzo mi się to, co robię podoba. A teraz wróćmy do zagadnień nieco bardziej egzystencjalnych.
Idzie jesień - tyle razy słyszę ostatnio to odkrywcze stwierdzenie, że mam wrażenie, iż statystuję właśnie w „Grze o tron”, tyle, że tam mowa o zimie i kiedy non stop słyszy się „Winter is coming”, to zaraz ktoś umiera. Ludzie „wieszcząc” jesień wypowiadają to z takim lękiem, jakby od października nasz kraj miała najechać Korea Północna. A przecież to tylko kolejna pora roku, może nie tak dopingująca jak wiosna czy lato, ale równie inspirująca. Robi się zimno i rozumiem, że zdecydowaną część naszej populacji trafia szlag, jednak nie sposób mi pojąć po co się wkurzać na coś, na co nie ma się wpływu. Wystarczy zaopatrzyć się w osiem swetrów, kozaki po same pachy, majtki z golfem, zakupić trany, witaminy i nie melinować się całkowicie w domu, bo z tego nic dobrego nie wychodzi. Wiem, bo przerabiałam.
Zasiadło się tak w połowie października w chałupie, zaczęło grzebać mentalnym patykiem w głowie, oglądało się rzewne dramaty typu: matka ginie potrącona przez koparkę, dzieci toną w oczku wodnym, a ojciec z rozpaczy podpala się na grillu. Lektury wybierało się też smętne, bo z serii suicide tendencies, ot choćby „Szklany klosz” Sylwii Plath, „Senność” Kuczoka albo „Samobójczynie” Eugenidesa. Oczywiście niedziele konsekwentnie spędzało się w pidżamach, od czasu do czasu przerywając ból istnienia siorbaniem Sagi z przeceny. Wstrzykiwał sobie człowiek dożylnie listopad i potem się budził z ręką w nocniku i nogami w kozakach, zdziwiony że: „Oooo, to już lipiec?!”. W życiu nie dam się już tak „zalistopadować”. Zresztą uważam, że te jesienne męki zbudowane są z naszych toksycznych autosugestii i zwyczajnego lenistwa, bo jeśli we właściwym momencie (najlepiej rano, kiedy wyglądamy jak skrzyżowanie ścierki i jamochłona) użyjecie w odpowiedniej kombinacji, słów: „depresja”, „jesień”, „znicz”, „łopata do odśnieżania”, „Kevin sam w domu” i założycie, że nic z tym robić nie będziecie, gwarantuję, że w ten oto sposób fundujecie sobie naznaczone egzystencjalnym smarkiem łkanie, a wytrzecie się tym, co jest pod ręką: kotem, obrusem, matką, klawiaturą, Kadarką lub innym sikaczem, w międzyczasie obdzwaniając o dziwnych porach każdego, kto figuruje w waszych kontaktach, łącznie z bankową kartolinią (bo tam tacy mili ludzie pracują i na pewno was pocieszą w tych trudnych chwilach). Do tego w pracy będziecie mało efektywni, a jedyne, co będzie was cieszyć to promocje w Biedronie. Co zatem radzę? Po pierwsze: podnieście prawą lub lewą rękę (najlepiej obie) do góry, na wysokość głowy i trzaśnijcie się w pysk; po drugie: słowa „idzie jesień” wypowiedzcie tak jakbyście oznajmiali właśnie szefowi, że znacie jego mroczny sekrecik w postaci Bolsa ukrytego na półce, w segregatorze z napisem „Rozliczenia 2013”; po trzecie: jeśli jesteście czytający, wyposażcie się w książki, które spowodują, że o drugiej w nocy matka będzie walić z dołu w rury od kaloryfera, bo za głośno się śmiejecie („Kroniki socjopaty” Koziarskiego, „Spiski tatrzańskie” Kuczoka, cokolwiek Hrabala, „Cafe Szafe” Dębskiego - to tylko niektóre z książek, które generują niekontrolowane ataki śmiechu, gdyby ktoś chciał więcej - piszcie); po czwarte pochowajcie w różnych miejscach waszego domu ulubione węglowodany (tylko dokładnie pamiętajcie, gdzie je schowaliście, bo kiedy schowałam w październiku rok temu czekoladę, to odnalazła się dopiero w maju tego roku, w apteczce samochodowej); po piąte: unikajcie wampirów energetycznych, czyli każdego kto niekończącym się pitoleniem o niczym oraz jęczeniem i narzekaniem (świetnie oddaje to cytat z książki Joanny Bator „Ciemno prawie noc”: „mękamaomękamojamękama”) doprowadzają was do stanu, w którym wasz iloraz inteligencji emocjonalnej odpowiada temu, jaki ma plankton, dopiero co skonsumowany przez wieloryba; po szóste: zaopatrzcie się w różne wariacje herbaciane (ci którzy są z Leżajska, wiedzą, że świetne herbaty dostaną w kawiarnio-sklepie „Eliza” na Rynku, cynamonowo-goździkowa to mój hicior) lub od czasu do czasu wlejcie sobie wino albo inny prąd do herbaty (zaprawdę powiadam: nie żałujcie sobie), bo nawet poduszka elektryczna nie rozgrzewa tak jak odpowiednio przyprawiona herbata; po siódme: skończcie z ubieraniem się w szarości, brązy i tak zgniłą, że aż śmierdząca nijakością zieleń, bo taki „wykopki stajl” wpływa na wasze mózgownice czy tego chcecie czy nie (naukowo udowodnione!) i jak sobie sprawicie czapkę w kolorze majtkowego różu albo rękawiczki w kolorze dyskusyjnej żółci, to nie zemrzecie, jeno weselej będzie wam w oczy; po ósme: dobre kino, najlepiej jakieś wysokociśnieniowe adrenaliny (mam na myśli „dobre, dobre”, a nie Stevena Seagala), takie podczas których nieświadomie zwijacie rąbek kołderki w rulonik i przebieracie nogami jak w styczniu na przystanku; po dziewiąte: zróbcie coś głupiego (może to być czyn spowodowany nieodpartą chęcią waszego współlokatora do znalezienia grobu jego prababki na Cmentarzu Rakowickim w Krakowie, która to chęć przedzierżgnęła się we wspomniany czyn przystawienia o godz. 23.00 drabiny do muru Cmentarza i odbycia wycieczki groboznawczej); i wreszcie po dziesiąte: jeśli będziecie mieć wyrzuty sumienia po zrobieniu czegoś głupiego, zróbcie coś głupszego - na pewno wam przejdzie.


W mojej kolekcji jest jeszcze wiele sposobów na oswajanie jesieni i zimy. Mam np. termofor, dla którego pokrowcem jest pluszowy prosiak w marynarskim ubraniu – jak się tak pogapię na tego prosiaka to od razu mi lepiej. Oglądam po sto razy skecze Monty Pythona (polecam skecz pt. „Zabójczy dowcip” – klasyka!) albo genialny serial „Black Books” z Dylanem Moranem jako antykwariuszem-pijakiem w roli głównej. Słucham dobrej muzyki, wpraszam się na kawę do znajomych, notorycznie nękam matkę, by snuła mi opowieści ze swej młodości (szał!), spędzam czas w towarzystwie osób, od których się czegoś mogę nauczyć i ukraść trochę pozytywnych fluidów, czasem coś tam upichcę, no i teraz mam jeszcze bloga, który też wymaga nakładu czasu i pracy, co bardzo mnie cieszy. Jednak najważniejsze jest dla mnie to, by stosować profilaktykę jesienną, czyli płodzę w głowie jakiś pomysł-projekt i bez reszty staram się mu oddać, a nim przejdzie on ze stanu lotnego w stan działania, to ptaki już ćwierkają i turlają się Wielkanocne jaja, czyli sprytnie omijam Stany Zjednoczone Listopadowości. Czego wam również życzę, no i oczywiście tego abyście, gdy ktoś niespodziewanie  zada wam pytanie: „Czy tańczyłeś kiedyś z diabłem w bladym świetle księżyca?” mogli odpowiedzieć: „Tak, to było jesienią. Szalałem jak diabli”.