sobota, 23 listopada 2013

Ości, Ignacy Karpowicz


To, że Karpowicz pisarzem dobrym jest, wiadomo nie od dziś, ale moim zdaniem w "Ościach" najmocniejszą stroną jest tylko warstwa językowa, która zdecydowanie góruje nad fabularną. Karpowicz osiąga mistrzostwo biorąc język na ruszt i wyciągając te wszystkie smaczki literackie, te fikuśne metafory, zmuszając mózg do takiej pracy, jakiej ja sama nie zaznałam od czasu ślęczenia nad gramatyką opisową na studiach i podczas rozpaczliwych prób obsługi pistoletu do spinaczy pod pewną tablicą ogłoszeniową. Przyznam szczerze, że musiałam sprawdzać znaczenie niektórych słów w słowniku wyrazów obcych, bo ignorancja w tej kwestii zaburzała mi właściwy odbiór, ale uwielbiam czytać coś, co zmusza mnie do jeszcze większego wysiłku. 

Dla wrażliwych na kuchenną łacinę: sporo tam wulgaryzmów. Modlitwa Krzysia przejdzie pod tym względem do historii. Swoją drogą przypomina mi trochę Modlitwę Polaka z „Dnia świra” Koterskiego. Zdecydowanym atutem tej książki, poza językiem, jest dowcip, ale w tak zaskakującej formie, że człowiek się najpierw zadziwia, a potem wybucha śmiechem. W relacjach między bohaterami jest tyle niedorzeczności, hipokryzji i niedopowiedzeń, że aż trudno sobie wyobrazić taką rodzinę w rzeczywistości - przymiotnik ‘dysfunkcyjna’ pada pod ciężarem niemożności oddania jej statusu - jednym słowem: groza! 

W powieści jest też bardzo dużo odniesień do współczesnych wydarzeń i zjawisk popkulturowych, a także do facebooka, który jest osią wszechświata (czyt. nie masz facebooka = jesteś martwy). Zresztą cała książka wydaje się być zlepkiem facebookowych profili. Bohaterowie żyją swoimi niekompletnymi i udawanymi życiorysami, bez szans na głębsze i trwalsze więzi. Polecam zdecydowanie. A poniżej notka od wydawcy:

„Najnowsza powieść Ignacego Karpowicza - laureata Paszportu Polityki - o zagmatwanej naturze relacji międzyludzkich, pełnych gier i sądów. Czasem pół-, a czasem serio. I bardzo dobrze. Bardzo.
Kot Bury zdechł. A to dopiero początek zamieszania… Maja oskarża Szymona o romans. Ninel, która dla swojej matki wciąż jest Kubą, wiąże się z Norbertem, poznanym po konkursie drag queens. Ten jednak od lat kocha się w Krzysiu, którego związek z Andrzejem stanął właśnie pod znakiem zapytania.


Jak zrozumieć człowieka, który wykasował profil na facebooku? Czy warto słuchać rad zachłannej tchórzofretki? Czy żona może polubić kochankę męża? W końcu - co może łączyć małżeństwo, gejowską parę, mężczyznę zupełnie pozbawionego owłosienia oraz kobietę o niejednoznacznej tożsamości? Wbrew pozorom - bardzo wiele…”














środa, 6 listopada 2013

Szkoło, ty jesteś jak zdrowie...hipochondryka

"Nigdy nie pozwoliłem mojej szkole stanąć na drodze mojej edukacji."
Mark Twain

W przerwach od czytania „Ości” Karpowicza postanowiłam spłodzić nowego posta i mimowolnie myśli uciekają mi w kierunku zwanym „dzieciństwo”, co pewnie jest konsekwencją poprzedniego wpisu. Jednak tym razem nie zatrzymują się na sielskim aspekcie tegoż dzieciństwa, lecz na takim, z którym różnie bywało. Szkoła, bo ją mam na myśli, od szóstego roku życia doprowadzała mnie do szału. Była nieznośnym przymusem, przykrą koniecznością, szafotem, na który codziennie się właziło, pozwalało uciąć sobie głowę, a potem brało się ją pod pachę i szło do domu. Następnego dnia sytuacja się powtarzała. I tak od poniedziałku do piątku, od września do czerwca. Pewnie teraz zaskoczę niektórych wyznaniem, że byłam wzorową uczennicą, sypałam z rękawa piątkami i szóstkami, na lekcjach siedziałam cicho, nie dźgałam nikogo cyrklem, nie pyskowałam do nauczycieli, a po lekcjach grzecznie wracałam do domu. Nie oszukujmy się - każdy nauczyciel marzy o klasie złożonej z takich uczennic i uczniów jak ja. Wtedy to dopiero można nauczać, indoktrynować, wpajać, pedagogizować, osiągać wyniki, och, ach. Ale myli się ten, kto sądzi, że uczyłam się pilnie i świeciłam przykładem, bo urodziłam się z patologiczną potrzebą uczenia się. 


Tischner doszedł do wniosku, że istnieją trzy rodzaje prawdy. „Świento prawda” i „tyz prawda” trącą ignorancją, niezdecydowaniem, asekuranctwem i brakiem stanowczości, natomiast „gówno prawda” jest dokładnie tą prawdą, która bardzo mi w tym momencie do moich rozważań pasuje. A więc (nie zaczynaj zdania od „a więc” - powiedziałaby pani polonistka) gówno prawda, że to szkolne uczenie się było sensem mojego życia, a także objawem jakże pięknych ambicji, by dojść w życiu do „czegoś” (do dziś nie wiadomo czymże jest to „coś”, czym tak lubi się nęcić dzieci, rozmawiając z nimi o ich przyszłości). Uczyłam się dobrze i nie generowałam adhdpochodnych wyczynów, żeby mieć… święty spokój. Oto MOJA PRAWDA. Wszyscy myśleli, że jestem taka inteligentna, bo mam pasek na świadectwie, a nie na tyłku. Ja wiedziałam, że moja inteligencja tkwi w przebiegłości, nie w ocenach. Jeśli dobrze się uczysz, nie zadzierasz z nauczycielami, nie masz potrzeby zwracania na siebie uwagi - zyskujesz całe mnóstwo spokoju i… czasu, który możesz spożytkować tak, jak ci się tylko żywnie podoba. Trwoniłam go na czytanie książek, komiksów, malowanie, zdzieranie kolan na drzewach, bujanie w obłokach i na całe mnóstwo innych rzeczy - wg mnie to była prawdziwa nauka. Nikt się mnie nie czepiał o to, że muszę odrabić lekcje albo czytać lekturę (nienawidziłam tych lektur, oprócz „Szatana z siódmej klasy” oczywiście). Mama na wywiadówki zazwyczaj nie chodziła, bo nie miała po co. Mimo braku problemów z nauką, szkoła była wtedy dla mnie jakąś dziwną przeszkodą. Niby miała swoje zalety, bo zawierało się tam pierwsze przyjaźnie, nabierało umiejętności interpersonalnych i uczyło samodzielności, ale jakoś żadna z tych przyjaźni nie przetrwała, umiejętności interpersonalne ograniczały się do schematu: „ty robisz - reszta się pod tym podpisuje, a definicję samodzielności doskonale obrazował dialog:
- Szkieletor masz zadanie z matmy?
- Mam.
- To dawaj.
- Masz.

Oczywiście, że wzięłam pod uwagę swoje odizolowanie w tej niechęci do szkoły, ale na litość boską - nie byłam emo dzieckiem i nie zamykałam się w toalecie na pięć godzin. Komunikowałam się z rówieśnikami i też żyłam życiem szkoły (halo, jakie życie? Ach, no tak, Szkolny Klub Sportowy w postaci dwóch stołów do ping ponga i Katolickie Stowarzyszenie Młodzieży z nieumiejącym się wysłowić katechetą - oto najżywsze tkanki mojej ówczesnej szkoły). Pełne wrażeń szaleństwo. Nie to było jednak najgorsze, ale lekcje. Większość z nich była tak nudna, że szczypałam się cichaczem po nogach, żeby nie uciąć komara (broń Boże na chemii, bo pani chemiczka dysponowała odpowiednim sprzętem w postaci laski ebonitowej, która gwarantowała pobudkę w ciągu nanosekundy). Były wyjątki, choćby język polski, na którym, pomijając „przerabianie” lektur, dowiadywałam się całkiem fajnych rzeczy i historia, której uczył charyzmatyczny pan historyk z jagiellońskim wąsem. Jak się domyślacie po moich sympatiach przedmiotowych jestem humanistką, co uznaję za błogosławieństwo lub przekleństwo (według potrzeb), więc to, że nie puściłam swojej budy z dymem jest zasługą powyższych zajęć.

W liceum nie było lepiej. W wyniku jakiejś totalnie głupiej koincydencji wylądowałam w szkole o profilu ekonomiczno-handlowym. I jeśli podstawówka była męką, to moje liceum śmiało mogło pełnić rolę dziewiątego kręgu piekła u Dantego. Z nauką nie miałam większego problemu, mimo tego, że część przedmiotów to pochodne rachunkowości i ekonomii. Niestety, z zajęć znów wiało nudą, a nawet nódą, bo niektórzy nauczyciele nie bardzo wiedzieli, czy danego przedmiotu mają uczyć, czy też óczyć. Oczywiście i tu zaistniały odstępstwa od nudnej normy, za sprawą kolejnego ekscentrycznego historyka. Ciężko zapomnieć „genialne” powiedzonka i bezceremonialny, szowinistyczny pogląd na klasę „dziewic orleańskich” (jako, że mężczyźni byli w tej klasie w druzgocącej mniejszości, również nosili to zaszczytne miano).  Lubiłam również informatykę (a były to czasy kiedy wchodziły czaty tematyczne, więc wiadomo dlaczego ją lubiłam), język francuski (pani od francuskiego była w tym gronie nauczycieli, którym jeszcze zależało) i psychologię (grzebanie Patykiem w głowie, czyli to, co Patyki lubią najbardziej).

Te dzisiejsze rozważania nie są przypadkowe. Uświadomiłam sobie bowiem jakiś czas temu, dlaczego tak mnie te wspomnienia szkolne irytują. Reminiscencje związane ze studiowaniem są zupełnie wolne od skoków ciśnienia, więc dlaczego denerwuję się, kiedy widzę siebie siedzącą w szkolnych ławkach podstawówki i liceum? Kurtyna na scenie świadomości podniosła się i zobaczyłam zaskakujący wniosek, który prześladował mnie na tyle, że aż postanowiłam się do niego przyznać, a trzeba wiedzieć, że przyznanie się do czegokolwiek wychodzi mi tak łatwo, jak wsadzenie trzech stów do koperty, kiedy idę na wesele. Brak odwagi - oto ów wniosek. Nie starczyło mi odwagi, by powiedzieć głośno, że się nudzę na lekcjach, że wolałabym przyswajać wiedzę w innej formie niż podawcza. Zabrakło odwagi na zamanifestowanie swoich szkolnych potrzeb. A najbardziej żałuję, że nie byłam na tyle odważna, by na jakiejkolwiek nudnej lekcji wyciągnąć z plecaka ulubioną książkę i zacząć ją bezczelnie czytać na oczach nauczyciela. Pewnie, że szlag trafiłby moje wzorowe zachowanie i świętą procesję piątek oraz równie święty spokoj, ale nie czułabym się wtedy taka stłamszona i nie miałabym sobie teraz nic do zarzucenia. Być może jakiś nauczyciel też obudziłby się ze sztampowego letargu i spróbował czegoś mniej konwencjonalnego niż: "zapiszcie temat lekcji". 

Na szczęście opamiętałam się na studiach i jeśli coś mnie nudziło, brzydko mówiąc, lałam na to sikiem prostym jednostajnie ciągłym. Na nudnych wykładach czytałam sobie ukochane książki i tworzyłam na marginesach notatek arcydzieła sztuki zdobniczej, tudzież wymyślałam parszywe wierszyki oraz oddawałam się uciesze szeptanych dyskusji na tematy rozkosznie niskolotne, jak choćby dwie różne skarpety na nogach wykładowcy. Na wykładach z Systemów Oświatowych Unii Europejskiej bezwstydnie drzemałam, na Historii języka polskiego czytałam „Przekrój”, (bo wychodził wówczas w czwartki, a wykłady z Historii też były w czwartki), na ćwiczeniach z Literatury powszechnej rysowałam komiksy i zastanawiałam się, czy moja grupa znów doprowadzi do płaczu panią wykładającą ów przedmiot. Na podstawie powyższych wyznań łatwo mi zarzucić niekompetencję w kwestii znajomości zagadnień, które były przedmiotem moich studiów. Nic bardzie mylnego albo jak kto woli: gówno prawda. To, że zajmowałam się na wykładach pierdołami, nie przeszkodziło mi dokształcać się samodzielnie po zajęciach, więc pomieszkiwałam trochę w domu, a trochę w bibliotece. Tym sposobem wiem, co to są jery, jak wygląda nauczanie w Norwegii albo kim byli Akmeiści. Zresztą studiowanie polega tak naprawdę na samokształceniu się ergo po co były mi studia? Ano po to, żebym mogła nauczyć się odwagi. Ba! Żebym miała szansę ową odwagę pokazać.

Po latach przekonałam się co to znaczy stawać na rzęsach, żeby urozmaicić lekcje. Pracowałam jako nauczyciel, wiem ile trzeba włożyć w to pracy i energii, a efekty nie zawsze spełniały moje oczekiwania. Mimo to, zdecydowana większość uczniów ożywiała się, kiedy lekcja odbywała się zupełnie inaczej, niż zakładali. Prócz trzymania się ram tematycznych przedmiotu, serwowałam na tych lekcjach filozofię oraz psychomanipulację, ale dzięki temu wiem, że dzieciaki wyniosły z nich o wiele więcej, niż myślałam, nie mówiąc już o tym, że i ja się świetnie bawiłam. Wiem też, jak potrafią podciąć skrzydła inni nauczyciele, zwłaszcza Ci którzy trafili do zawodu „za karę”. Snują się z lekcji na lekcję, ględzą, narzekają, obsmarowują za plecami twoje starania i po cichu śmieją się, że na pewno za rok się wypalisz. Rozumiem, że nie każdy dzieciak chce się uczyć i średnio co piąty jest zainteresowany nawet najciekawszą lekcją. Jednak właśnie dla tego „copiątego” warto się starać, aby w przyszłości nie musiał wyrzucać sobie braku odwagi, że nie powiedział nauczycielowi, jak nudne są jego zajęcia. 
I niekoniecznie na ciekawe zajęcia czeka tylko znudzony piątkowy uczeń (ja), ale też taki, który na sprawdzianie pisze, że: „Oszczał Westerplatte trwał cztery dni” (Andrzejek P.).