piątek, 27 grudnia 2013

Last christmas i inne przykrości

Nie umiem pisać o świętach. Od tygodnia próbuję sklecić jakieś blogowe Jingle bells i pozachwycać się piernikami w kształcie reniferków albo gwiazdek, ale nic z tego. Święta średnio mnie uszczęśliwiają, ale też na pewno nie czynią mnie nieszczęśliwą. Po prostu straciły w pewnym momencie ważność, przychodzą i mijają, jak pora roku albo promocja w markecie. Kiedy nadchodzą, czuję się dziwnie przytłoczona przede wszystkim świątecznymi „powinnościami”, bo przecież powinnam być: dobra dla innych, dwa razy bardziej empatyczna, podatna na ocieranie ukradkiem łez przy zetknięciu z jakimkolwiek przejawem świątecznej symboliki, snująca niekończącą się opowieść o tym, jak cudowny i fantastyczny to czas oraz podrygująca w takt "Last Christmas". Nie wiem, czy odzywa się wówczas jedna z tych moich cech, do których lepiej się nie przyznawać, ale załóżmy, że targa mną świąteczny ekshibicjonizm i oto teraz wyznaję: podczas Świąt odczuwam niewyobrażalny wręcz pociąg do robienia na przekór wszelkim tradycjom. Nie znoszę rodzinnych spotkań spod znaku polskiej biesiady, kiedy stół ledwo dźwigał tony jedzenia, wóda lała się często gęsto (przecie Boże Narodzenie trza oblać rzęsiście, w końcu to też jakieś pępkowe no nie?) i rokrocznie słyszałam wciąż to samo pytanie: „Jak można nie jeść mięsa?!” W takiej chwili mam ochotę strzelić świątecznego samobója i powiesić się na choince między tłustym aniołkiem a „wawelowym” Michałkiem (a jak! cukierki na drzewku mają być i koniec, w końcu komplement „na bogato” musi dotyczyć też choinki), kurczę się w sobie, zazdroszczę Kevinowi, że siedział sam w domu, krzyczę do wewnątrz albo koniuszkiem języka dotykam podniebienia, bo wyczytałam gdzieś, że jeśli ktoś próbuje wyssać z ciebie energię, to trzeba się na niego symbolicznie zamknąć w taki właśnie sposób. Nie wiem, czy jest w tym dziwactwie choć ziarno prawdy, ale mam to gdzieś, bo „jedyny ratunek jest w obłędzie” - jak pisał Rybowicz.


Nie mam dzieci, kredytu, samochodu, własnego mieszkania, ba! w tym roku nie mam nawet pracy, więc średnio jest się czym chwalić w mniemaniu tutejszej mentalności. Życzenia świąteczne to już w ogóle pełne wrażeń szaleństwo, bo często słyszę taką oto wiązankę: „Żeby ci się wreeeeeszcie życie ułożyło”. Zaczynam się wtedy zastanawiać, o co chodzi z tym układaniem, bo postrzegam swoje życie, jako względnie poukładane, ale według niektórych jestem w wielkim błędzie. Wracając jeszcze do najczęściej zadawanych pytań przy biesiadniczym stole, to mam swoją listę przebojów, a na niej królują takie oto hiciory:
- ile ty masz właściwie lat?
- masz anemię, odchudzasz się?
- kiedy wyjdziesz za mąż?
- czym ty się właściwie zajmujesz?
- ty chyba nie wierzysz w Boga, co?

Na szczęście najbliższa rodzina, czyli ta z którą mieszkam pod jednym dachem, oszczędza mi tego typu „przyjemności”. Przestaliśmy jeździć „w gości”, a kolacja wigilijna przebiega w luźnej atmosferze, więc mogę sobie siedzieć w bezpiecznej skórze czarnej owcy i spokojnie dźgać widelcem pierogi z kapustą. Od kilku lat praktykujemy robienie po kolacji dwóch zdjęć: jedno poważne, a drugie z tzw. „jajem”. Oczywiście większą radochę sprawia nam ustawianie się do tej drugiej fotografii, bo wprowadziliśmy element przebierania się i każdy występuje w dowolnej stylizacji, w której najczęściej dominującym elementem są nakrycia głowy. Do tego należy dodać kretyńskie miny i gotowe. Babcia również bierze czynny udział w całym przedsięwzięciu, a w tym roku zaskoczyła wszystkich, bo wystąpiła jako angielska królowa, wyposażając się w gustowny kapelusz i pogardliwy wzrok skierowany na nas – „bandę idiotów” w cekinowych kapeluszach plus jeden kowbojski oraz jeden harcerski beret. To chyba jedyna tradycja, która mnie nie uwiera, bo została stworzona przez moją rodzinę, zupełnie spontanicznie, niewymuszona i nieskażona jakimikolwiek powinnościami.

Na koniec, aby zadość uczynić mojemu dzisiejszemu narzekaniu, zostawiłam sobie historyjkę, którą mogłabym w pewnym sensie nazwać minitragikomedią. Rok temu, tuż przed Świętami, moja najmłodsza siostra pożyczyła aparat fotograficzny swojej koleżance i po jakimś czasie, mając na uwadze nasz rodzinny zwyczaj robienia wspomnianych wyżej fotografii, nękała koleżankę o to, by ów aparat oddała. „Oddawanie” przeciągnęło się do 24 grudnia i żeby odzyskać aparat postanowiłyśmy po niego pojechać. Po drodze, w czasie rozmowy telefonicznej, okazało się, że absolutnie nie możemy pojawić się pod bramą posesji, gdzie mieszkała koleżanka, bo jej mama Wyrokiem Zabobonu Najwyższego orzekła, że baby w Wigilię nieszczęście przynoszą i nie życzy sobie byśmy koczowały w pobliżu domu. Skończyło się na tym, że siedziałyśmy w samochodzie, jakieś dwa kilometry od ich nieskalanej demonami ziemi, a aparat przyniósł nam ojciec koleżanki, drepcząc w naszą stronę z dziwnie spuszczoną głową i nie grzesząc jakimkolwiek słowem.



Christmasowy survival wymaga sprytu, determinacji, ale przede wszystkim asertywności, bo trzeba umieć powiedzieć „NIE”, Świętom spod znaku: radia, telewizji, Internetu, patologicznych kolejek w sklepach, beznadziejnych zabobonów, silenia się na bycie arcydobrym, bezsennym nocom (trawionym na rozmyślania o tym, co i komu kupić pod choinkę), lukrowanej sztuczności, biesiadom zakrapianym wódą oraz morderczemu cyklinowaniu parkietów tydzień przed Świętami. Gdy się już tą asertywność zastosuje, zostaje przeżywanie tego, co wydarzyło się w pewnej małej stajence. A jakie to przeżywanie będzie - to już zależy od Was. Zresztą zawsze można wybudować na przyszłe święta schron atomowy i przeczekać tam to, co dla nas najgorsze.


grafika - źródło:raczkowski.soup.io/post/365683007/Tato-dlaczego-wracamy-do-domu-okr-n

niedziela, 15 grudnia 2013

Słońca, słońca dajcie!


Jedyne okno mojego pokoju wychodzi na wschód, dzięki czemu mogę oglądać tyle wschodów słońca ile mi się zamarzy, pod warunkiem, że niebo nie jest zaśmiecone chmurami. Niestety, jak wszyscy wiemy, wschody słońca zazwyczaj zdarzają się o tak barbarzyńskiej porze, że istnieje spora różnica między: „oglądać ich tyle, ile się zamarzy” a „faktycznie zobaczyć”. Powiedzmy, że z potrzeby ducha, od czasu do czasu (zwłaszcza w lecie) nastawiałam sobie budzik, żeby ów wschód słońca zobaczyć. W praktyce wyglądało to tak, że zbudzona gwałtem przez kretyńską melodyjkę, wisiałam na parapecie i na wpół przytomna patrzyłam, jak horyzont oblewa się rumieńcem, a potem wydaje na pastwę nieba ognistą pomarańczę. Następnie doczołgiwałam się do łóżka i zasypiałam nim zdążyłam się czymkolwiek zachwycić. Za to sny po czymś takim są zachwycające. Budziłam się kilka godzin później nieco otępiała, ale zadowolona, że wtedy, kiedy jeszcze większość ludzi spała, ja ładowałam sobie prosto w żyły tyle dawek pierwszych promieni słonecznych, ile tylko zdołałam. Tak, jestem patologicznie uzależniona od słońca.


Urodziłam się w lipcu - ten fakt powinien wspomniane uzależnienie najlepiej tłumaczyć, ale znam ludzi, którzy, mimo że urodzeni, w którymś z letnich miesięcy, od słońca stronią. Nie to, co ja. Celsjuszowi odbija i termometr pokazuje 38 stopni w cieniu? Wyśmienicie! Patyczak oblewa się kubłem wody i wsiada na rower. Letni wieczór i nie ma czym oddychać? Wspaniale! Patyczak zlany potem, niesiony patyczkowymi nogami, wychodzi w teren na siedmiomilowe spacery. Ledwo ujdziesz parę metrów, a ubranie lepi ci się do ciała? Rewelacyjnie! Patyczakowi myśli się wtedy najlepiej. Najchętniej jadłabym na śniadanie słońce i popijała słońcem. Ubierałabym się w słońce i myła zęby słońcem. Nie ma słońca? Melodramat, darcie szat, kurtyn, klękajcie narody, mentalny cmentarz, siekiera, motyka, „ciemność, widzę ciemność”, Patyczana apokalipsa, ręka, noga, mózg na ścianie, powrót do Hadesu, „gdzie są żyletki?”, tanie smuty i rzucanie się z wiaduktu, czyli Patyczak na słonecznym głodzie. Jesień jeszcze jakoś znoszę, bo słońce wyziera jako tako, ale zima = umieram. Upośledzają mi się receptory, głowa nagle za ciężka na szyję, a uśmiech jakiś taki w kształcie nie uśmiechu, a Zeusowego pioruna. Owszem najczęściej ratuję się tym, co opisałam w Stanach Zjednoczonych Listopadowości, wciskam guzik z napisem „Ninja Patyk” i działam. Piszę, czytam, oglądam filmy, jem, kłócę się z wszystkimi, drę koty z kotem, grzebię w starych zdjęciach, czyli wszystko w normie. Ale niech no tylko nie zobaczę słońca przez dwa tygodnie, a staję się sama dla siebie wrzodem na dupie. Nietrudno mi się do tego przyznać, bo z tego, co mi wiadomo, to połowa populacji tak ma, a reszta mieszka w Hiszpanii, Ameryce Południowej albo we Włoszech i się cieszy. Sytuacja idealna dla mnie: hiszpańska pogoda i niemiecka sytuacja gospodarcza w Polsce. O nieee, ta radość chyba by mnie powoli zabiła. Dodać do tego jeszcze holenderski system opieki zdrowotnej, to ginę na miejscu.

Ci z Was, którzy od początku czytają mojego bloga , wiedzą, że pobyłam sobie trochę w Hiszpanii. Abstrahując od moich kosmicznych przygód, których kumulacji nie ogarnie żaden totolotek, oświadczam, że przebywając tam, kradłam zupełnie legalnie (mam papiery na to w razie czego) takie ilości słońca, że normalny człowiek, spokojnie mógłby słońcem pawie puszczać. Hiszpańskie słońce - pożywka dla Patykowych mas. To nie jakaś tam podróbka "made in Taiwan", ale słońce najwyższej jakości, palące w pięty i wypalające wszelkie powody do smucenia się. Słońce turbonapieprzające - jak to mój znajomy kiedyś powiedział. Nie mam tu na myśli leżenia plackiem i opalania się, choć to też lubię, ale w ilościach umiarkowanych. Mówię o tych chwilach, kiedy budzisz się rano i otwierasz wszystkie okna na oścież, a słońce wpada wodospadem i zalewa wszystko, co spotka na swej drodze. W Hiszpanii termometr o wiele częściej pokazuje piekielne temperatury, ale powietrze ma tam zupełnie inną wilgotność i często wieje północny cierzo, czyli chłodny wiatr typu bora, co znacznie ułatwia funkcjonowanie podczas upałów, czyt. raj dla mnie. Nie wiem, czy to zasługa częstszego niż u nas dostępu do słońca, czy mentalność (a może istnieje coś takiego jak mentalność słoneczna?), ale Hiszpanie są o wiele bardziej pozytywnie nastawieni do życia. Kłócą się zaciekle, bawią na całego, kochają celebrować jedzenie, są bardziej spontaniczni i nawet elementarne braki w wiedzy ogólnej nijak im radości życia nie psują. No i jeszcze to flamenco! Pomijając beznadziejną sytuację na rynku pracy, cieszyłam się tam dosłownie byle czym, ale w końcu ekonomia i tęsknota wygrywają, pakujesz walizy i jedziesz do domu. Pobyt w Hiszpanii podkręcił maksymalnie moje słoneczne uzależnienie, stąd te moje dzisiejsze lamenty, zwłaszcza że patrzę za okno, a tam szara, niejadalna mielonka i zmrok o godz.16.00. To dziwne, bo jako dziecko zupełnie normalnie znosiłam dni bez słońca. Jesienią paliliśmy ogniska. W zimie siedzieliśmy przy babcinym piecu, gdzie na blasze piekły się podpłomyki. To proste: ogień zastępował słońce. I do dzisiaj tak mam, że jak siedzę przy ognisku, to odlatuję. Lubię rozwieszać hamak między różnymi ideami, pomysłami, wartościami, ale najbardziej kocham bujać się na hamaku rozwieszonym między słońcem a ogniem. Substytucja doskonała: słońce zachodzi, więc rozpalam ogień i siedzę do wschodu. Pewnie po pięciu godzinach przysnęłabym przy ognisku, paląc sobie przy okazji brwi i połowę włosów, ale robię reżyserskie cięcie i już tego w moich myślach nie ma. No, ale weź tu rozpal ognisko w zimie na środku pokoju, to rodzina cię wydziedziczy. Zazdroszczę okrutnie tym, którzy posiadają kominki i powiadam: róbcie z nich użytek!






poniedziałek, 9 grudnia 2013

Księżniczka Burundi, Kiel Eriksson

W zamierzchłej przeszłości zdarzało mi się czytać kryminały, ale raczej z przypadku, niż z potrzeby. A potem wpadła mi w ręce trylogia Millenium Stiega Larssona i kryminały stały się częstym gościem w moim czytelniczym grajdole. Do dziś pamiętam, jak symulowałam w pracy chorobę, żeby potem wziąć kilka dni urlopu, by skończyć Millenium w tydzień, co zresztą mi się udało. Przypominam, że całość to 2128 stron, więc uważam to za swój czytelniczy sukces, pomijając fakt, że po wspomnianym tygodniu wyglądałam jak Nosferatu, schudłam 2 kg i stojąc na drugi dzień na przystanku tramwajowym, zapytana przez niedowidzącą starszą kobietę, jaki jest docelowy przystanek nadjeżdżającego tramwaju, odpowiedziałam: "Gałka Muszkatołowa" zamiast: Górka Narodowa. 

Niestety, ze świetnymi książkami jest tak, że potem ciężko znaleźć lepsze. Tak było i w tym przypadku. Po Larssonie przeczytałam wiele kryminałów, ale żaden mnie nie zadowolił. Problemem większości z nich jest to, że skoro jest trup/morderstwo i jakiś samotny bohater, który dąży do rozwiązania zagadki, to warstwa językowa, a często nawet fabularna, obrażają inteligencję czytelnika. Wiem, że kryminały to nie Tołstoj, czy Joyce, ale przecież obecnie gatunek ten awansował na „wyższe półki” i ma się prawo od niego wymagać, żeby był dobrze napisany. Kiedy więc wpadła mi w ręce „Księżniczka Burundi” Kjella Erikssona, zapłonęłam „kryminalną nadzieją”, że może tym razem się nie zawiodę. Jak szybko zapłonęłam, tak szybko zgasłam, bo czytałam „Księżniczkę” jakbym ją kartkowała. Nie znalazłam tam niczego, co zatrzymałoby mnie na dłużej. Płycizny i mielizny - rzeczowniki, aż nadto eufemistycznie określające wartość książki. Nie jest jednak kryminałem najgorszym - w końcu za coś dostała Nagrodę dla Najlepszej Powieści Kryminalnej 2013 wg Szwedzkiej Akademii Literatury Kryminalnej. „Księżniczka Burundi” jest trzecią z kolei pozycją dziesięciotomowej serii przygód dzielnej pani komisarz, Ann Lindell. Nie czytałam dwóch poprzednich, ale wydaje mi się, że niewiele straciłam, choć kto wie, może w jakimś irracjonalnym odruchu skuszę się na przeczytanie wszystkich tomów. Póki co, nie zanosi się na to.


W „Księżniczce” Ann przebywa na urlopie macierzyńskim, bo została samotną matką (co za pretensjonalny pomysł, by uczynić z pani komisarz puszczalską, a potem silić się na idylliczne opisy karmienia piersią przy jednoczesnym wskazywaniu na niemożliwość stuprocentowego odnalezienia się w macierzyństwie plus kretyński widmo-romans z kolegą z pracy, wyskakujący, z któregoś z rozdziałów, nie wiadomo zresztą po co - coś takiego mógł wyprodukować tylko męski umysł - sorry drodzy panowie). Mniej więcej do połowy książki, jej postać majaczy gdzieś w oddali, by potem włączyć się intensywnie w śledztwo. A jego przedmiotem jest morderstwo Johna Jonssona, niegdyś drobnego złodziejaszka, a potem przykładnego męża i ojca. Całość rozgrywa się w zaśnieżonej Uppsali i tu muszę przyznać, że autor świetnie oddał ten klimat, taką charakterystyczną skandynawską surowość, która sprawia, że lecimy parzyć herbatę, bo nagle powiało chłodem. Uwielbiam coś takiego. Pozostali bohaterowie wydają się jakby otumanieni zimnem, zawieszeni między chęcią powrotu do ciepłych domów, a chęcią rozwiązania zagadki morderstwa.

Z kryminałami mam tak, że obojętnie, czy jakiś jest festynem banałów, czy wykwintnym koncertem ekwilibrystyki językowej i genialnej wielopoziomowej fabuły - zawsze targa mną ta sama emocja. Wtedy, kiedy jak każdy normalny człowiek powinnam regenerować się we śnie, ja rzucam się po całym łóżku, dręczona pytaniem: „kto zabił?!”. Mniej więcej w okolicach czwartej-piątej nad ranem dostaję odpowiedź i zasypiam z głową przylepioną do ostatniej strony, a budzę się jak z kacem-mordercą (nomen-omen). 

Sama nie wiem, czy polecać „Księżniczkę”, czy nie? Chyba jednak to pierwsze, choćby po to, byście mogli poczuć ten charakterystyczny klimat i poszli zaparzyć herbatę. Dobrej herbaty nigdy za wiele.



piątek, 6 grudnia 2013

Czerwony rower, czarne sukienki i nutrie

Z wszystkich twarzy, które powinnam pamiętać  - nie pamiętam żadnej. Czasami, podczas jednego z tych listopadowych albo grudniowych wieczorów, pastwię się nad swoimi wspomnieniami i próbuję myślą jak dłutem, wyrzeźbić w tej bezlitosnej materii minionego czasu znajomy profil, kontur ust lub podbródek. Nic z tego. Tępi się dłuto, a materia kruszy w palcach. Na szczęście, zdarzają się jeszcze momenty, kiedy dźgnięta znienacka przypadkowym bodźcem, potrafię przypomnieć sobie przeróżne sytuacje, których byłam świadkiem bądź uczestnikiem. Rozmyte w pamięci twarze nie uwierają już tak bardzo, bo oto pojawia się festiwal szczegółów w takiej ostrości, jakiej nie uchwyci żaden aparat fotograficzny. Oto, więc widzę wyraźnie swój czerwony rower oparty o ścianę budynku biblioteki miejskiej. Wplecione w szprychy barwne koraliki nabierają jaskrawości w lipcowym słońcu, choć o tej porze już nieco zmęczonym, to jeszcze próbującym zawstydzić upałem popołudniowe godziny. Swędzi mnie nos, bo schodzi z niego skóra - efekt zbyt długiego przesiadywania nad jeziorem nieopodal domu mojej babci, gdzie chodziły się kąpać i plażować wszystkie dzieciaki z okolicy. Opieram się o ścianę i ja, żeby złapać oddech. Mam dwanaście lat i przeświadczenie, że świat kończy się na moim mieście, dalej jest już nicość, a Warszawa to inna planeta. Znajomość geografii to jedno, bycie „tu i teraz” (obojętnie, czy „tu i teraz” zdarzyło się wczoraj, czy zdarzy się jutro) to drugie. Zwłaszcza wtedy, kiedy ma się dwanaście lat. Jest połowa lat dziewięćdziesiątych i zupełnie legalnie, przez dziurę w europejskiej ścianie przecieka do nas zachód. Nie wiem, co to znaczy, (przypominam, że mam dwanaście lat) ale strasznie się cieszę, bo mogę czytać amerykańskie kryminały dla młodzieży, przygody Bastable’ów i komiksy o Batmanie (którego do dziś jestem psychofanką). Zmierzam właśnie do bibliotecznych drzwi, w jednej ręce trzymam żółtą reklamówkę Baltony, a w niej książki do oddania, drugą ręką łapię za klamkę.
Drzwi z impetem otwierają się, ale nie za moją sprawą, lecz tego, kto z drugiej strony chwycił klamkę w tym samym momencie, w którym zrobiłam to ja. Poszybowała reklamówka, a za nią moje nogi. Słyszę tylko dźwięczne: „Ojej! Przepraaaaaaszam!” i szybuję dalej, zamykając uprzednio oczy, że niby będzie mniej bolało, kiedy nie będę niczego widzieć. Pierwsze, co dostrzegam po tym, gdy znikają mi sprzed oczu wszelkie gwiezdne konstelacje, generowane przez ból w kolanie, to śliczne czarne sandały, a w nich ładne stopy. Właścicielką sandałów jest drobna dziewczyna, a może kobieta. Może mieć 25 lat - nie umiem tego dokładnie stwierdzić, bo zgodnie z tym, co napisałam odnośnie pamiętania twarzy, jej własna również rozpływa się w mojej mgle. Ma na sobie krótką, czarną sukienkę, z jakiegoś zwiewnego materiału, bo jest niebywale czuły na przeciąg, w którym stoimy. Podaję książkę, którą wytrąciłam jej z ręki, lecąc na spotkanie z płytkami w kolorze nieremontowanej historii. „Hodowla nutrii” - tyle zdążyłam przeczytać. Nutria? Co to u licha jest? Niby wychowywałam się na wsi, ale jeszcze nie wiem, co to jest ta nutria. Pewnie twarz wykrzywiła mi się w znak zapytania, bo dziewczyna wyjaśnia: „ Nutria wygląda trochę jak bóbr, ale ma pomarańczowe zęby i inny ogon. Hoduje się ją na futra.” Wzdrygam się na wieść o tym, po co się nutrię hoduje. Dziewczyna od razu się usprawiedliwia: „Dziadek, mojego narzeczonego hoduje nutrie, ale jest już stary i trzeba mu pomagać, więc muszę to robić, bo póki co, nie ma tu nikogo, kto mógłby mu pomóc”. Onieśmielona wydobywam z siebie: „Mhmm”, robię krok w tył, co dziewczyna mylnie odczytuje, jako moje zniecierpliwienie i machając ręką na pożegnanie rzuca ciche: „Do zobaczenia”, a potem zamyka drzwi. Po chwili wyglądam z ciekawości na ulicę i widzę dziewczynę, jak znika gdzieś u zbiegu ulic Jarosławskiej i Burmistrzów Zawilskich. 

W moim dwunastoletnim umyśle rodzi się już odpowiednia historia, którą szyję na miarę dla każdej nowo napotkanej osoby. Rysuję całe jej drzewo genealogiczne i wróżę z fusów własnej wyobraźni. Nie znam jej imienia, więc zawsze będzie już dla mnie Nutrią z wynaturzeniem, bo nie ma pomarańczowych zębów tylko śnieżnobiałe (cóż to za pamięć, która nie daje mi twarzy, ale kolor zębów - tak). Od tego czasu widuję ją prawie za każdym razem, kiedy zaglądam do biblioteki. Stoi nieruchomo przy którymś z regałów i wpatruje się w rzędy książek albo wodzi chudą dłonią po ich grzbietach. Poznaje mnie i macha z daleka. Jestem dla niej tylko dziewczynką na czerwonym rowerze, lubiącą czytać książki, a ona jest dla mnie zjawą nie z tego świata, bo przecież z innego, na pewno dużego miasta. Nie wiedziałam, że można mieć tyle czarnych sukienek, z których każda była inna i taka piękna. To samo dotyczy butów. Ilekroć ją widzę, chcę zapytać o tyle rzeczy, że ledwo mogę udźwignąć je w pamięci, ale nieśmiałość sznuruje mi usta na tyle skutecznie, że odpowiadam na jej powitania skinięciem głowy, które równie dobrze może być nerwowym tikiem. Pedałując do domu, wyrzucam sobie swój brak odwagi. Powtarzalność tej sytuacji zaczyna być męcząca i w końcu każdą wizytę w bibliotece okraszam teraz mocnym postanowieniem sprowokowania rozmowy, w której będę mogła zapytać jak to jest przybyć „stamtąd - tu”. Dziewczyna się jednak nie pojawia. Sierpień próbuje jeszcze odgrażać się upałami, ale na nic jego wysiłki, bo o ósmej wieczorem i tak już wszystkim marzną stopy. Ale teraz jest popołudnie, a ja jak zwykle wracam z biblioteki. 

Nie wiedzieć czemu, zamiast w ulicę Sikorskiego, skręcam w Burmistrzów Zawilskich, a potem w Królowej Jadwigi. Może wiodło mnie przeczucie, że gdzieś tam spotkam Nutrię, a ona znów pomacha do mnie tak, jakby machała z innego świata. Dojeżdżam zrezygnowana do końca ulicy i widzę, że ktoś siedzi skulony na krawężniku. Siedziała tam z nogami pod brodą i przygryzała nerwowo dolną wargę, obok niej plątał się jakiś kudłaty pies. Chyba płakała albo ma taki zamiar. Kiedy mnie widzi, uśmiecha się smutno i wita jak zwykle. Cała moja odwaga znów się gdzieś ulatnia i mruczę coś pod nosem, zatrzymując rower po przeciwnej stronie ulicy. Dziewczyna szuka czegoś w kieszeni i po chwili wyciąga w moim kierunku dłoń, na której leżą jakieś zagraniczne cukierki, z pewnością nie amerykańskie (przecież bym wiedziała, skoro miałam ciotkę w Ameryce). Nie zastanawiając się długo, rzucam rower, podchodzę i zgarniam je szybko, lokuję bezpiecznie w reklamówce, raz po raz zerkając, czy aby na pewno tam są. Nutria śmieje się i odwraca na pięcie. Znika w zarośniętym ogrodzie, znajdującym się tuż za jej plecami, kiedy siedziała na krawężniku. Za nią człapie smętnie pies. Nigdy więcej już jej nie spotkałam. Nie wiem, jak miała na imię, ani skąd przyjechała. Nie pamiętam jej twarzy, ale wszystkie czarne sukienki i smak tych cukierków - tak.


grafika: archiwum.allegro.pl/fototapety