poniedziałek, 29 grudnia 2014

Stary człowiek w barze, czyli Hector opowiada, Jorge tłucze szklanki, ja słucham - cz.I

- Co czytasz?
Podniosłam wzrok znad książki i zerknęłam ponad lewe ramię. Starszy facet w słomkowym kapeluszu, o twarzy zmiętej jak stara mapa wpatrywał się we mnie wyczekująco.
- Opętanie Antonii Byatt - odpowiedziałam obojętnie.
- Coś dobrego?
- Raczej tak skoro dostała za nią Bookera w 1990 r.
- No tak, to też o czymś świadczy. Co to za język?
- Polski. 
- A więc jesteś Polką... Co cię w takim razie tutaj przygnało?
- Wschodnie wiatry.
Facet zamilkł i utknął gdzieś w połowie drogi między ustami a brzegiem pucharu, w którym na moje oko czekała na niego whisky z lodem,a ja przypomniałam sobie, że widywałam go przecież odkąd zaczęłam przychodzić do baru. Facet często rozmawiał z Jorge i Mechą, ale jakoś nie przyszło mi do głowy zapytać kto to taki. Chcąc wrócić do lektury, nie drążyłam wątku własnej głupoty, bo i czym tu się chwalić? Chciało się przygody, szkoły życia, zadziwienia światem, a dostało się "jeżdżenie na szmacie" od poniedziałku do piątku, w weekendy zaś wykładanie języka polskiego, ledwo dukającym po polsku dzieciom, które rodzice w obawie przed zanikiem polskości posłali do tutejszej szkoły polonijnej.
Brzęk tłuczonego szkła, dochodzący z zaplecza wyrwał mnie z zamyślenia. Jorge znów stłukł szklankę. Jak tak dalej pójdzie to niedługo będę siorbać swoje mojito w plastikowym kubku. Trzeszczące głośniki wypluwają z siebie, któryś z kawałków Chambao, bo Jorge jest wielkim fanem głosu Marii del Mar, a że to jego bar - puszcza ich płyty na okrągło, czyli do porzygu. W oddali stado las turistas prowadzone przez nadmiernie gestykulującego przewodnika testuje swoje chińskie sandały na rozmiękłym asfalcie deptaka San Cristobal, bezpośrednio sąsiadującego z plażą. Już zamierzałam wykrzesać z siebie odrobinę współczucia, gdy facet od whisky nagle się ocknął.
- Ciekawi mnie skąd bierzesz polskie książki? Z tego, co wiem, to nie ma tutaj polskiej księgarni.
- Mamy XXI wiek, więc zamawiam przez internet albo wysyłam pieniądze znajomym z Polski i proszę o zakup konkretnych tytułów. Paczki przyjeżdżają w autobusach.
- Rozumiem. Czytasz też książki hiszpańskie?
- Tak. 

Oczywiście nie przyznałam się, że jedyną książką hiszpańską, jaką do tej pory przeczytałam była książka dla dzieci pt. Pobre Manolito, czyli Biedny Manolito, którą w celach edukacyjnych wcisnęła mi kiedyś Rosita, moja nauczycielka w hiszpańskim collegio, do którego uczęszczałam, chcąc zaspokoić swoje językowe ambicje. Zaciekłość, z jaką uczyłam się hiszpańskiego miała swoje podstawy. Na początku swojego pobytu w Hiszpanii, kiedy mieszkałam w małym miasteczku na północy, pracowałam u Inez, grubej i płaczliwej Hiszpanki, która pewnego razu wysłała mnie po zakupy. Maraton sklepowy zakładał wizytę w mięsnym, więc stanęłam cierpliwie w kolejce, a kiedy wreszcie ekspedientka zapytała w czym może mi pomóc, pewna siebie, z uroczym uśmiechem na twarzy, wypaliłam prośbę o całego kurczaka. Dopiero po chwili zorientowałam się, że zamiast słowa pollo (kurczak) użyłam słowa polla, które jest również wulgarnym określeniem męskiego przyrodzenia, czyli brzmiało to mniej więcej tak:

- Dzień dobry! Poproszę całego ku**sa.
Nie muszę chyba mówić, że na zakupy chodziłam później do innego mięsnego, na drugim końcu miasteczka, bo kurczakowa hańba nadwerężyła polską dumę i szlag trafił moje postanowienie nierzucania się w oczy. 

- Halo? Słyszysz mnie?

Facet ze zmiętą twarzą delikatnie poklepał mnie po ramieniu.
- Przepraszam. Zamyśliłam się.
- W porządku. O czym myślałaś?
- O literaturze - palnęłam pierwsze z brzegu kłamstwo, godne takiej, jak ja "inteligiętki".
- Widzę, że nawet zamyślenia nie trwonisz na byle co. Widywałem cię tutaj wcześniej, ale nie miałem śmiałości podejść, jednak kiedy zauważyłem, że od czasu do czasu zapisujesz coś w swoim zeszycie, tym z czerwoną okładką, moja ciekawość zwyciężyła i postanowiłem o to zapytać, więc co też takiego tam piszesz?
Chciałam znowu skłamać, właściwie nie wiem dlaczego, ale tym razem jak na spowiedzi wyznałam prawdę (matka byłaby ze mnie dumna):
- Emigranckie żale i zasłyszane historie.
Facet uśmiechnął się lewą częścią twarzy - prawa pozostała niewzruszona, z czego wywnioskowałam przebyty niegdyś udar, ale przecież mogę się mylić, być może niektórzy tak właśnie się uśmiechają.
- Masz bardzo dobry nawyk z tym pisaniem. Nazywam się Hector Vasqez, prowadzę małą galerię i sklep z pamiątkami przy San Laurel. Wiesz, że kiedyś przyjechałem tutaj, żeby tylko napisać książkę, ale zostałem już na zawsze?

Nie powiem, wreszcie facet skupił moją uwagę. Zamknęłam książkę, co widocznie go ucieszyło i zachęciło do dalszego częstowania mnie swoim monologiem i nawet Jorge nadstawił ucho.

- Przyjechałem tu dwadzieścia lat temu z Madrytu, żeby napisać książkę. Chciałem coś po sobie zostawić, bo nie mam dzieci ani rodziny, więc książka wydawała mi się wtedy dobrym pomysłem, zwłaszcza, że przyszło mi hulać po Madrycie w barwnych czasach, kiedy powstała La movida madrilena, ale kto by tam chciał czytać wynurzenia starego Bachusa i w końcu tej książki nie napisałem. La movida to hiszpański ruch odbudowy kultury i obyczajowości, który był następstwem upadku dyktatury generała Franco. Pewnie słyszałaś już co nieco.
- Tak, moja nauczycielka opowiadała mi trochę o tym przy okazji rozmowy o Almodovarze, który zdaje się z movidą miał wiele wspólnego.
- Zgadza się. Pedro zaglądał nawet często do mojej galerii, którą miałem tuż nieopodal Rastro, słynnego wówczas targu, na którym można było kupić wszystko to, co wcześniej madrytczykom nie mieściło się w głowie: zakazane płyty z muzyką undergroundową, czasopisma muzyczne i kulturalne, książki, ale też meble i wszelkiej maści graty, które artyści często wykorzystywali do swoich prac. Rastro było niegdyś królestwem bezeceństwa. Ludzie poczuli wolność na wszelkie możliwe sposoby i dawali jej wyraz, łamiąc wszystkie obowiązujące dotychczas normy obyczajowe.
"Kurwa mać, robi się coraz ciekawiej, a ja nie wzięłam zeszytu" - zaklęłam w duchu i poprosiłam Jorge, żeby zrobił mi mocną kawę, bo czułam, że zanosi się na grubsze zwierzenia.

CDN.



Fabian Perez Man at the bar

niedziela, 30 listopada 2014

Mojito na plaży, cokolwiek się zdarzy...

Na rozgrzany słońcem piasek spadł deszcz. Cieszysz się... Łatwiej ci się oddycha, jeśli widzisz, że ziemia robi to samo. Nie dziwisz się głupio jak inni, że deszcz, że znienacka i że jakim prawem na plaży, choć przecież słońce znów wtoczyło się na niebo i zatrzymało w jednym punkcie, jakby znalazło miejsce, z którego nie stoczy się w dół. Może jest szansa, że tym razem nie zostanie połknięte przez horyzont. Może... Morze jest takie jak trzeba: mokre, łaskawe i fotogeniczne - dziś zapewne powstanie dużo zdjęć, z których potem zrobią pocztówki i będą tutaj sprzedawać za rok o tej samej porze.
Stoisz boso na piasku i wzrokiem obrysowujesz horyzont, odległe skały, które teraz są niczym więcej, jak tylko krakersami cichaczem zjadanymi przez fale na przestrzeni stuleci, łódki kołyszące się na wodzie, wypełnione romantycznymi uniesieniami, miodowymi miesiącami i miłosnymi renesansami, siedzących w środku par. Cieszysz się... Zaraz poczujesz w ustach mojito, twój nektar, twoją życiodajną kroplówkę, do której rytualnie podłączasz się przez plastikową rurkę wczesnym popołudniem. Odwracasz się twarzą do lądu, bo wiesz, że zaraz na sparzonych słońcem plecach poczujesz ukojenie - bryza - okazuje się, że wcale nie jest takim tandetnym doznaniem jak ci się zdawało. Wiesz już, że będziesz zawsze odzyskiwać to wspomnienie, każdego lata przytulając się gorącymi plecami do zimnych ścian i, że będziesz chciała kiedyś o tym opowiedzieć jednej tylko osobie.

Budki, w których urzędują ratownicy zaopatrzeni w raybany kupione na zeszłorocznej wyprzedaży, przypominają ci gówniany "Słoneczny Patrol". Masz wrażenie, że obok ciebie przebiegnie za chwilę Pamela Anderson - jak ona to robi, że nie podbija sobie biustem oczu? - przez moment czujesz się niepewnie ze swoją miseczką B, ale potem cieszysz się, że twoim oczom nic nie grozi. Tak, cieszysz się... bo widzisz z daleka, że Jorge otwiera swój bar i jak zwykle mówi przy tym sam do siebie, gestykulując zawzięcie. Trzcinowy dach aż prosi się o podpalenie i zmierzając do baru, zastanawiasz się, czy porozmawiać z Jorge o ubezpieczeniu tej budy, i że w razie czego bierzesz na siebie puszczenie jej z dymem, żeby potem za kasę z polisy zbudować nowy lokal. Jorge się śmieje i mówi, że masz dobre poczucie humoru, a ty stoisz z idiotycznym wyrazem twarzy, bo jak tu powiedzieć, że nie żartujesz. Jorge mówi, że podłogę do baru zrobił mu dziadek - stolarz, z białej topoli, która rosła za jego domem. Twoje zdziwienie cię przerasta, bo zaczynasz się zastanawiać skąd się tu kurwa wzięły topole.


Ach to tak, więc Jorge ma do tej budy stosunek sentymentalny. A do czego ty masz stosunek sentymentalny? Do kredek woskowych! - myślisz odważnie - i jeszcze do własnych stóp, w których właściwie po cichu się kochasz, do czerwonych rowerów, wodnistych lodów włoskich, zapachu drewna, zielonych sukienek, plastikowych koszyków, do teledysku i piosenki "Don't cry" Guns N'Roses,  do Slasha, waty cukrowej, śmierdzących pekaesów, sandałów na koturnie. Jeszcze nie wiesz, że niedługo do tej listy dołączy wino z La Rioja, gorące plecy przy zimnych ścianach, zbyt wąskie uliczki i jednostajne kołysanie wagonów w metrze. Jeszcze nie wiesz, ile i co cię czeka...


Sączysz drinka i zastanawiasz się, czy to, co się teraz dzieje będzie kiedyś twoim wspomnieniem, czy tylko jego strzępem przetykanym konfabulacją o smaku mojito. Do baru przychodzi Mecha z ogromnym tyłkiem. Mecha lubi swój ogromny tyłek i często o tym mówi. Mówi też, że gdyby nie on, to bardziej bolałyby ją upadki na dupę i upadki w ogóle. Mecha ma czwórkę dzieci i chudego męża z Kuby. Lubi się opalać na skwarka, bo wierzy, że zimą będzie jej od tego cieplej, choć nie wiesz na czym się opiera jej wiara i czy Mecha myśli logicznie, kiedy w japonkach odprowadza w styczniu dzieci do szkoły. Mecha znika, ale na jej miejsce pojawiają się inni stali bywalcy: farbowana na rudo Luisa z przestraszonym kochankiem, Marcos ze swoim pekińczykiem, który zesrał się kiedyś na topolową podłogę dziadka Jorge, Rosjanka Katarina, która niemal codziennie, pełnym żądzy zemsty głosem opowiada, co zrobi wiarołomnemu mężowi, od którego uciekła, kiedy on ją tu odnajdzie, by na kolanach błagać o przebaczenie, choć wszyscy wiedzą (i ona też wie), że mąż się tu nie zjawi. Jest jeszcze Hektor, który przyjechał tu dwadzieścia lat temu napisać książkę i tak już został, razem z tą nienapisaną książką. Czasem przychodzi Concha, sprzątaczka biurowa. Nie da się nie lubić Conchy - czyta fajne książki i ma dar opowiadania. Nie da się jej nie lubić też z innego powodu; Concha lubi mojito.


Po pierwszym mojito myśli wylatują ci ponad trzcinowy dach. Wyciągasz notatnik i z prędkością światła starasz się długopisem sprowadzić je na białą kartkę. Potem odkryjesz, że to wszystko to tylko oksymorony i, że w ogóle ty jesteś jednym wielkim oksymoronem popijającym mojito w barze na plaży. Po drugim mojito kontemplujesz z góry topolową podłogę i obiecujesz sobie poznać się z dziadkiem Jorge, żeby przyznał się skąd miał topolę za domem. Po trzecim mojito myślisz o Szekspirze: "Wracać kurwa, czy nie wracać? - oto jest pytanie." Po czwartym mojito odechciewa ci się powrotu i Szekspira. Wraca Mecha - skwarek i wyciąga z torby plażowej muszle. Daje ci w prezencie jedną i mówi, że będzie z niej dobra mydelniczka. Siedzimy, rozpuszczając się we własnych myślach i upale. 

- Powiedz, z czego ty się tak zawsze cieszysz? - pyta Jorge. 
- Z wszystkiego - odpowiada za mnie mojito.



wtorek, 18 listopada 2014

W poszukiwaniu utraconej motywacji, czyli o tym, dlaczego nie warto jej szukać

Nie trafił mnie szlag, ni jasna cholera. Jestem i już zabieram się za odkurzanie bloga oraz zmiatanie pajęczyn, bo trochę mnie tu nie było, a przecież jak zwykle "wyszłam tylko na chwilę". Powróciłam do komputera, rzuciłam się w wir pracy i walczę dzielnie ze zleceniami, ale poczułam, że jeśli nie powieszę niczego na blogu to się sama powieszę na słupie elektrycznym (co przecież nie byłoby w sumie takie łatwe, bo żeby się wieszać na słupach elektrycznych trzeba mieć pozwolenie od PGE, właściciela wszystkich słupów elektrycznych w mieście, o czym zresztą dowiedziałam się przy okazji ostatniej kampanii wyborczej, więc wychodzi na to, że łatwiej napisać posta). Poza nadmiernym eksploatowaniem palców i klawiatury oswajam się z nowym kotem. Owszem, mam nowego kota i zdanie: "Jeszcze przez długi czas nie chcę mieć kota po śmierci poprzedniego", które kiedyś tam wypowiedziałam wskazuje, że epitet "długi czas" oznacza według mojego przelicznika mniej więcej jakieś trzy dni.

Na swoje usprawiedliwienie mam to, że nowy kot na parapecie jest dziełem przypadku i mojej nieposkromionej chęci ratowania wszystkich skrzywdzonych zwierzątek: tych oswojonych i tych dzikich. Gdyby to ode mnie zależało, pewnie miałabym już w domu żbika, sówki, bociana, guźce, sarny, łosie, hieny, misie koala i pandy, ale Matka się nie zgadza i podejrzewam, że Wajrak też by się przyczepił, że znoszę do domu dzikie zwierzęta. Na razie musi mi wystarczyć jeden kot. Fido mieszka u mnie od miesiąca, jest dwuletnim kotem rasy brytyjskiej krótkowłosej, po ciężkich przejściach zdrowotnych. Ma dużo dziwnych przyzwyczajeń, np. pije wodę łapą i lubi być głaskany (jeśli na to pozwoli), stojąc tyłem do głaskającego, czym podkreśla, że ma go w dupie. Śpi cały dzień, a wieczorem szaleje tak, jakby zamiast wody żłopał Red Bulla. Szaleństwo w jego przypadku oznacza galopowanie "techniką zająca" z jednego pomieszczenia do drugiego, po czym znów zasypia na kilka godzin. Nad ranem rozpoczyna swoje kocie śpiewy, przypominające płacz niemowlęcia.


Nie muszę chyba mówić, że poczęstowana tym śpiewem, zrywam się na równe nogi i z zalepionymi oczami, turlam się przez łóżko, bo "dziecko płacze", a potem w pierwszym przypływie świadomości odkrywam, że przecież nie mam dziecka. Turlam się, więc z powrotem do poduszki i zasypiam, nucąc sobie taką oto kołysankę: "Kurwa mać, kocie daj mi żyć i spać!". Fido średnio lubi pieszczoty i generalnie nasza symbioza polega na tym, że ja mu daję żarcie i święty spokój, a on za to od czasu do czasu udziela mi audiencji i pozwala się pogłaskać, udając, że jest kiciusiem z bajeczki. Jedno jest pewne: ciężko znosimy listopad Anno Domini 2014. Ja z powodu spadku motywacji, Fido z powodu niemożności zjedzenia reklamówki. Nie widziałam słońca od kilku dni i mam ochotę rzucać w niebo kamieniami, żeby zrobić dziurę w tych gównianych chmurach i się naładować, choćby jednym promieniem, ale nawet metaforyczny kamień tam nie doleci, nie mówiąc już o tym ukradzionym ze skalniaka Matki.


Dopiero, co inaugurowałam początek miesiąca na lokalnym cmentarzu, stojąc wśród grobów, gapiąc się na znicze (dam se rękę uciąć, że inspiracją do powstania większości z nich był serial "Pogoda dla bogaczy"), dziwiąc się, że u niektórych ludzi głowa może obracać się dookoła szyi o 360 stopni i pakując do uszu bukiety cmentarnych fraz typu: "Wiesiek, chodź idziemy zobaczyć kto umarł."*, "O, jak ładnie wyglądasz, aż cię nie poznałam" albo "Maryśka, czy ten grobowiec wygląda jak za 7000 zł?", a już połowa miesiąca, gdzieś mi umknęła. Listopad zrobił mnie w jajo i siedzę teraz wkurwiona (niech Was nie zwiodą pozory, ale o tym później), że tak niewiele przez te dwa tygodnie zrobiłam. Przecież rok temu o tej samej porze, uzbrojona w grabki marki "Rolnik sam w dolinie", poszłam na wojnę z liśćmi w ogrodzie. I nie poddałam się nawet wtedy, kiedy te małe suche skurczybyki nie chciały spadać (cichaczem modliłam się i paliłam gromnicę w intencji nocnych przymrozków, żeby pospadały), nawet wtedy, kiedy śniło mi się, że na czyściutkim trawniku leży jeden liść, a ja przeżywam męki, bo nie mogę go zagrabić, ponieważ właśnie prezydent RP wprowadził zakaz grabienia liści. Tak, wygrałam tę psychologiczno - fizyczną wojnę!


Ale to było rok temu, a dziś mam w dupie te liście, które spadły zaraz po tym, gdy wyczyściłam trawnik w efekcie, czy też afekcie nieodpartej chęci wiosłowania grabiami przez cztery godziny. Mało tego, śmiałam się okrutnie i szyderczo z Leszka Talki, który odkrył, że mieszkanie w lesie, nie jest już takie zajebiste jesienią (przeczytacie o tym tutaj), śmiałam się z sąsiada, który palił zgrabione liście i omal nie spalił sobie płotu i nawet teraz mi się śmiać chce, kiedy patrzę na te wszystkie czyste trawniczki przydomowe. Ale śmiech to przez łzy, moi drodzy, bo mój trawnik nie jest już wzorem do naśladowania, nie jest symbolem tej słynnej polskiej dbałości o swe obejście (co by sąsiad nie miał lepiej), nie jest skrajnie patriotycznym wyrazem tęsknoty za czystkami, a co najgorsze - nie jest najlepszym tłem do selfiaków. O Boże! Właśnie odkryłam, że nie jestem już "prawdziwą" patriotką!


"Pokaż mi swój trawnik, a powiem ci kim jesteś" - oto motto tej jesieni. Patrząc na swój trawnik, patrzę jednocześnie na stan swojego umysłu i nigdy bardziej, niż teraz nie czekałam na śnieg (choć w sumie nadal go nienawidzę - ot, takie małe popieprzenie umysłowe). Wychodzi na to, że gdybym zgrabiła te liście, to nie musiałabym jęczeć o tym dziś na blogu, z drugiej strony mogłoby być też tak, że w ogóle nie miałabym o czym jęczeć, więc moja, wzbudzająca zazdrość otoczenia, zdolność racjonalizacji własnej głupoty znów wygrywa. Co z tego, że wygrywa, kiedy te cholerne liście nadal tam leżą, razem z moją motywacją. I gdybym tylko mogła przespałabym cały listopad, z taką premedytacją, aż miło. Cisnęłabym się w kołdry, zmanipulowała kota i faceta, żeby poszli w moje ślady - dla pewności zarecytowałabym jeszcze wiersz Agnieszki Wolny - Hamkałło, bo nic nie działa tak skutecznie jak podstęp przemycony w poezji:

Zaśpijmy dzisiaj – będzie fajnie.
Zaśpijmy specjalnie. Udajmy
gorączkę, udajmy malarię.
Olejmy awizo, zignorujmy
dzwonki, grajmy zaginionych,
tylko troszkę martwych.
Zaśpijmy zupełnie –
dzień dniem bez nas zróbmy.
Bez nas się obejdą
te ważne spotkania, te straszne wypadki.
Zaśpijmy dzisiaj, nie mówmy już nic
.
I nie musiałabym się już martwić o moją motywację, nie musiałabym udawać, że ciężko pracuję przy komputerze podczas, gdy tak naprawdę oglądam kolejny odcinek The Fall, każdy wyrzut sumienia zapychając popcornem z mikrofali.
Nie, nie będę dla siebie taka surowa. Co z tego, że mogłam zrobić więcej? Co z tego, że zrobiłam mniej? Przecież w tym "mniej" zawiera się przebywanie wśród ludzi (żywych, nie fejsbukowych), a socjalizowanie się w realu to dziś luksus, na jaki nie każdy sobie może pozwolić (trzeba przejść niezwykle rygorystyczny proces pytania o pozwolenie Facebooka na wyjście do ludzi). Grabiąc liście, czy wykonując wzorowo wszelkie zlecenia, nie odbyłabym tych cennych dyskusji o złych psach, skrzynkach pocztowych i życiu, nie odnalazłabym kawałka prerii na końcu ulicy Kochanowskiego, pewnie nie dowiedziałabym się, czym jest Ayahuasca, nie przeczytałabym tak szybko "Wszystkich języków świata" Zbigniewa Mentzela (dzięki Beata!), nie pomagałabym w pisaniu projektu unijnego o pierwszej w nocy, nie odkryłabym jak wygląda krok taneczny wypalonego tanecznie członka ludowego zespołu pieśni i tańca, nie przypomniałabym sobie, jak po długiej abstynencji smakują Desperadosy, nie wkurwiałabym się na to, że olałam zlecenia i teraz nie śpię po nocach. No nie wiem, co bym zrobiła, gdyby nie ten zbawienny brak motywacji?! Yyyy... pewnie tylko zgrabiłabym liście z trawnika. Ale czyż mniej nie znaczy więcej?

*cytat zaczerpnięty z badań terenowych Manueli Z. nad frazami cmentarnymi. 



czwartek, 16 października 2014

Kot

Dziś nie będę silić się na lingwistyczne popisy i pewnie nie błysnę żadną zmyślną metaforą. Zwyczajnie nie chce mi się. Dwa dni temu umarł mój kot i nie mam ochoty ani na bycie błyskotliwą ani na bycie błyszczącą. Każdemu, kto kocha zwierzęta, rozpacz po kocie nie będzie wydawała się głupia i groteskowa, a tym, którym się tak wydaje zadam jedno pytanie: "Czy nie żyje się Wam ciut za chujowo z kamieniem zamiast serca?" Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że rasowa ze mnie kociopatka. Zresztą nie ma się co dziwić - od dziecka taszczyłam do domu wszelakie koty: te wyratowane z pobliskiej rzeczki, bezdomne lub wypatrzone u kogoś, komu się akurat rozmnożyły. Nie wiem skąd się wziął ten mój koci fanatyzm. Być może bierze się to stąd, że gdzieś tam pod skórą czuję jakąś irracjonalną więź z tymi niepokornymi zwierzętami, bo sama taka jestem? Sądząc po mojej miłości do czasownika "musieć", to pewnie tak jest. W moim domu koty były od zawsze. Wylegiwały się na parapetach, kaloryferach, kanapach. Rozrabiały, pocieszały i rozbawiały do łez. Zazwyczaj były to koty, które należały do całej rodziny i wszyscy czuliśmy się z nimi tak samo związani. Mamy nawet taki osobny album ze zdjęciami, na których uwieczniliśmy nasze koty i psy. Dzięki temu nigdy nie zapomnimy o żadnym z nich, bo każdy był chodzącą indywidualnością.


Z Kotą Dorotą było inaczej. Imię nadała Jej moja siostra, która pewnego dnia, akurat kiedy zastanawialiśmy się jak ochrzcić tą małą kocinę, wparowała do kuchni i rzekła: "O! Dorota!" (pytania o powody nadania takiego imienia są zbędne - moja siostra ma po prostu specyficzne poczucie humoru) i tak już zostało. Była, więc Dorota właściwie tylko moim kotem, bo ja wzięłam na siebie ciężar ratowania Jej życia, kiedy trafiła do nas jako małe kociątko, potrącone przez samochód. Po propozycjach uśpienia kota ("Co się pani będzie męczyła z chorym kotem?"), jakie dostałam od dwóch weterynarzy, wreszcie trzeci poinformował mnie, że w moim mieście kota nie wyleczę, ponieważ ma zbyt skomplikowane złamania jak na możliwości tego zadupia. Nic nie wskórałam, ale przynajmniej wiedziałam, że muszę szukać pomocy gdzie indziej. I dobrze, że się nie poddałam, bo spotkałam na swojej drodze takich ludzi, że każdemu życzę tego samego, jeśli zajdzie taka potrzeba. Koszt operacji był spory, zdecydowanie nie na moją kieszeń, ale dzięki tym właśnie wspaniałym ludziom operacja była możliwa. Po kilku tygodniach rekonwalescencji Dorota śmigała jak rakieta. Myślicie, że zaczęła okazywać wdzięczność za uratowanie życia? Gdzie tam! 

Firanki upstrzone dziurami, pęknięty, bo strącony ze stołu laptop, żwir z kuwety w każdym kącie, szlacheckie żądania w kwestii jedzenia, moje stany przedzawałowe i dzikie wrzaski, gdy oglądałam jakiś horror, a Ona wyskakiwała znienacka w tym kluczowym momencie, kiedy jakiś psychol z maczetą skradał się, by kogoś wypatroszyć, ręce podrapane do łokci, bo przecież kicia musi mieć jakieś zabawki, pobudki bladym świtem, bo koniecznie musiała ćwiczyć mi na głowie akrobacje cyrkowe i galopy po całym domu (a niech no tylko się ktoś na kanapie w tym czasie zdrzemnął - dramat normalnie, bo oto już Dorota szykuje łapę, żeby strzelić mu z liścia) - to tylko mały przykład pakietu możliwości o nazwie Dorota. Zresztą, kto się spodziewa wdzięczności od kota za okazane mu łaski, niech nie żyje złudzeniami, bo to kot okazuje ci łaskę, a nie odwrotnie. Tak się złożyło, że dostępowałam zaszczytu bycia obdarowaną łaskami przez Dorotę, zazwyczaj wtedy, gdy siedziałam zaryczana ze smarkiem po pas, bo albo mnie ludzie wkurwili albo ból istnienia (najczęściej wyimaginowany) dopadał. Przychodziła sobie, więc Dorota i namolnie przypominała o swoim istnieniu, najpierw wbijając pazurki w łydkę, potem niosąc mi ulgę w tej mojej boleści, intensywną i bezwstydną toaletą genitalną, dokonywaną na moich zaryczanych oczach i na koniec domagając się intensywnych pieszczot. Z taką "pomocą" szybko pożegnałam się z szansą na zdobycie tytułu Największego Dołasa Roku i jeśli przychodziły jakieś średnio fajne momenty w moim życiu, to po prostu zaczęłam kwitować je w sposób następujący, piękną polszczyzną nie będący: "pierdolę to!" 

Dorota towarzyszyła mi kiedy tworzyłam każdy post na tym blogu i każdy inny tekst. Drzemała albo tuż obok laptopa (częściowo na nim) albo na mnie, co wymagało z mojej strony niezłej gimnastyki, żeby sięgnąć klawiatury. Ledwo otwierałam książkę, Dorota już koczowała na kolanach, udając, że jest tam od zawsze. Chodziła za mną krok w krok i nie znosiła samotności, więc gdy zostawiałam Ją na dłużej, potrafiła mi potem nieźle nawymyślać i dokonać aktu zemsty na świeżo wyprasowanym praniu. Odkąd tylko pojawiła się w moim życiu, powoli zaczęło się w nim zmieniać na lepsze, więc trochę postrzegałam ją jako talizman, z tą różnicą, że kudłaty i denerwujący. "Zmień swoje życie na lepsze dzięki kotu" - jeśli zrobią taką kampanię to ja się zgłaszam na bycie jej twarzą. Serio. Tak, jestem zdrowa na umyśle, kiedy to piszę, nie spekulujcie niepotrzebnie. Te półtora roku z Dorotą nauczyło mnie jednego: dystansu przez duże "D". Dystansu do siebie i innych. Do własnych porażek i błędów. Kiedy sobie przypomnę miny ludzi, którzy dziwili się, że tak się przejęłam "jakimś kotem", śmiać mi się dziś chce. Gówno wiedzą o tym, ile znaczy zwierzę w życiu człowieka.

Dorota była niezwykle ciekawskim kotem. Zaglądała wszędzie i wszędzie chciała być. Kiedy mieszkałam w Hiszpanii, często słyszałam takie powiedzenie: "La curiosidad mató al gato", co mniej więcej oznacza "Ciekawość zabiła kota" (nasze: "Ciekawość to pierwszy stopień do piekła"). I Dorotkę zabiła właśnie ciekawość, która kazała Jej nagle oddalić się od bezpiecznego domu i pomaszerować na ulicę, wprost pod koła samochodu. Nie sposób sobie wyobrazić, co czułam, kiedy zabierałam z drogi to, co z niej zostało i czego życzyłam temu komuś, kto ma w dupie, że jedzie w terenie zabudowanym i dociska nogę na gaz, jakby miało mu od tego przybyć zajebistości. Wykopywałam łopatą dołek, a łzy ciurkiem leciały mi po policzkach z wściekłości, bo tego się nie robi człowiekowi. Nie ucieka się i nie ginie tak głupio. Nie po tym, ile ten człowiek zrobił, żebyś głupi Kocie był z nim na dobre i na złe przez kilkanaście następnych lat.

Zazwyczaj pisałam na blogu o rzeczach, do których nauczyłam się mieć dystans, w myśl tego, czego nauczyłam się przy Kocie Dorocie. Ale dziś do jednego dystansu mieć nie umiem: do śmierci tego pokręconego Kota, przez którego mam teraz oczy i klawiaturę w mokrym miejscu.




piątek, 10 października 2014

Muszę, bo się uduszę, czyli o tym dlaczego piszę

Niedawno ktoś zapytał mnie, dlaczego i po co piszę. Otworzyłam twarz, by wystrzelić jakimś koktajlem z metafor soczystych i uroczystych, ochachami wzbogaconym, czymś elokwentnym, czymś, co będzie miało taką siłę rażenia, że mój rozmówca zapomni jak się nazywa, gdzie mieszka i w ogóle pękną mu oczy z nadmiernego wysiłku umysłowego. Nic z tego. Zamiast wystrzelić intelektualną bombę, puściłam intelektualnego bąka, w postaci zdania mniej więcej brzmiącego tak: "Eeeeee, no nie wiem, tak jakoś piszę sobie...w ogóle to lubię pisać." Jak tylko mi to arcydzieło frazeologiczne zadźwięczało w uszach, poczułam, że tak jak stoję, tak zemrę ze wstydu albo chociaż na OIOM-ie z przedawkowania banałów wyląduję. Gdzie tam, k***a! (gwiazdkuję, bo Babcia mi ostatnio powiedziała, że za dużo klnę i jestem wulgarna). Stałam, szurając nogami po czym oddaliłam się nienawidząc świata i tych, co są mądrzejsi ode mnie. Przejęłam się, bo tak naprawdę nigdy sama sobie nie odpowiedziałam na pytanie, dlaczego piszę. "Piszę, bo lubię" - to odpowiedź miałka, płytka i nie do końca zgodna z prawdą, bo przecież nie zawsze lubię pisać, ale zacznijmy od początku.

Wyposażona w umiejętność abstrakcyjnego myślenia i prawidłowego trzymania długopisu zaczęłam płodzić swoje pierwsze próby literackie gdzieś w okolicach trzynastej wiosny. W miażdżącej większości były to pełne uniesień i żenującej egzaltacji wiersze, w których albo do kogoś wzdychałam, albo kogoś uśmiercałam, albo beatyfikowałam swoje udręczenie, które zresztą sztucznie wywoływałam, wmawiając sobie, że cierpię za miliony, po czym cichaczem rozglądałam się, czy aby nie bije ode mnie światło męczennicy. Cholera, nie biło, więc przerzuciłam się na prozę. Pisałam jakieś krótkie historyjki, do których ilustracjami śmiało mogłyby być obrazy Salvadora Dalego - surrealizm tak bardzo! Rzucałam je w kąt i kiedy po jakimś czasie do nich zaglądałam, za nic nie mogłam zrozumieć, o co mi w nich chodziło. Przerzuciłam się więc na pamiętnik i skrupulatne opisywanie swego życia, w którym na dobrą sprawę nic ciekawego przez jakiś czas się nie działo (albo mi się tak wtedy wydawało), toteż wpisy typu: "Wstałam, poszłam do budy, zjadłam Kukuruku i zepsułam spłuczkę w szkolnej toalecie" zaczęłam szybko tuningować fikcją literacką, co niesamowicie mi się spodobało. Że jakieś talenta pisarskie posiadam, pierwsza odkryła podstawówkowa polonistka, która mnie wspierała i dopingowała (psze Pani, bardzo Pani z tego miejsca dziękuję! kto by tam się przejmował, że z tego pisania chleba za bardzo nie ma?!). Ma się rozumieć, pisałam najlepsze wypracowania w klasie. Nie podejrzewaliście mnie o taką nieskromność? Ha! To jeszcze nic! W wyniku jakiegoś kuriozalnie niedobrego układu gwiazd, złośliwości losu, czy też z własnej winy, trafiłam do takiego liceum, w którym ostatnią rzeczą, jaką mogłabym ćwiczyć, było twórcze pisanie. W sumie trochę się pomyliłam, bo licealna polonistka też się na mnie poznała i czasami wypracowania przeze mnie pisane, na środku klasy jako przykład wzorowy, czytać kazała, a czego ja - szczerze, do bólu i krwi ostatniej - nienawidziłam. Brałam udział w konkursach literackich i coś tam wygrywałam, dyplomy jakieś przynosiłam, ale nie mogę sobie przypomnieć, czy miałam z tego satysfakcję. Skoro nie pamiętam, to może nie bardzo? 

"Dorosłe" pisanie zaczęło się dopiero na studiach. Prace semestralne w postaci esejów i innych wykwitów studenckiej twórczości zapełniły moje teczki, z czym poczułam się tak, jakbym zjadła wszystkie mózgi świata. Oczyma wyobraźni widziałam siebie otoczoną nimbem chwały, uznania i wszelkich zasług dla literatury polskiej. Planowałam rozliczne ścieżki kariery naukowej, doktoraty, profesury wielokrotne i złożone - czego tam nie było! Na szczęście gówno z tego wyszło i pojechałam do Hiszpanii. Gdyby nie to, pewnie pisałabym dzisiaj bardzo mądrym i uczonym językiem o tym, dlaczego nie powinniśmy pisać kópa przez "ó" tylko przez "u", gdyż "u" swą otwartością sprzyja odczuwaniu ulgi w sraniu (sorry Babciu, sama widzisz, że się nie da). Poza tym pisałabym też kolejne dysertacje, zasilając szeregi akademickich wyrobników, pałętających się po korytarzach uniwersytetów, z jedną czwartą etatu pod pachą i marzeniem, aby móc uśmiercać studentów-debili i nie iść za to do pudła. Zamiast tych atrakcji pałętałam się po świecie i zbierałam wrażenia. Uczyłam się życia. Tego prawdziwego, nie udawanego. Wyciskałam z niego wszystkie soki, będąc jednocześnie zdaną tylko na siebie. Mało w tamtym czasie pisałam, głównie przydługie maile do rodziny i znajomych. Jeśli istnieje gatunek zwany emigracyjnym lamentem, to byłam jego mistrzynią. Kilka lat temu po powrocie do kraju zaczęłam sobie po prostu coś pisać i tak jest do dziś. Zawsze "coś" piszę. 

Niestety wiele z tych "cosiów" to prace zlecone, dzięki którym zarabiam pieniądze i to właśnie tego typu prace miałam na myśli, kiedy pisałam, że nie zawsze lubię pisać. Ma się z góry narzucony temat i wytyczne zleceniodawcy, więc nie ma miejsca na własne wtręty i opinie - z wyjątkiem felietonów, które również piszę na zlecenie, ale tu akurat specyfika gatunku pozwala na subiektywizm i mogę się wyżywać, choć też czasem zleceniodawcy pogrożą mi paluszkiem cenzury. Pisanie na zlecenia ma jeden ogromny minus: musisz coś napisać. A ja chyba gdzieś już wspomniałam jak działa na mnie ten chujowy czasownik. No więc zanim usiądę do pisania na zlecenie, to wysprzątam cały dom, wyczyszczę kibel szczoteczką do zębów, zamiotę pustynię, zaoram pole rowerem i przeczytam "Trylogię" Sienkiewicza w tłumaczeniu na suahili. A gdy zaczyna mi się palić koło tyłka i dead line zbliża się nieubłaganie, wtedy rzucam się na łóżko z rykiem, po czym wstaję, trzaskam się w pysk i zasiadam do klawiatury, by po trzech godzinach wypowiedzieć ukochane zdanie: "Ja pierdolę! Skończyłam! Nie wierzę!" No dobra, a kiedy tak naprawdę lubię pisać? Oczywiście wtedy, kiedy piszę dla siebie, nieograniczana przez kogokolwiek, zrzucam przyciasny mundurek pisania na życzenie i szaleję sobie po swojemu. Niniejszy blog jest tego efektem. Potrzebuję pisać - to mnie uwalnia od różnych ciężarów i pozwala do wielu rzeczy się zdystansować. Pisanie mnie zmienia i fajnie czuć te zmiany. Fajnie jest też obserwować własne pisanie. 

Co raz to inne stylistyczne wędrówki, poszukiwanie własnego stylu, próby kopiowania mistrzów, grafomańskie wybryki i wiele innych operacji ze słowem pisanym, mniej lub bardziej udanych, doprowadzają mnie czasami do granic wytrzymałości, przestaję chwilowo wierzyć w to moje pisanie, w jego sens i powodzenie. A potem przychodzą takie chwile i propozycje, że cieszę się jak głupia z tego, że tak uparcie przy tym pisaniu tkwię, że chciałam w życiu robić to, co mnie uszczęśliwia i powoli mi się to udaje, że nie zwątpiłam, choć inni zwątpili we mnie. Myślę, że najlepszą odpowiedzią na pytanie o to, dlaczego i po co piszę, jest parafraza słów Jerzego Stuhra i jest to jedyna sytuacja, kiedy toleruję czasownik "musieć". MUSZĘ, BO SIĘ UDUSZĘ. Serio, to jest moja odpowiedź. Daleko jej do intelektualnej bomby, ale chyba nigdy tak naprawdę podkładanie bomb mnie nie kręciło.

Są takie dni, kiedy kocham pisać. Najpierw włóczę się wieczorem po okolicy ze słuchawkami na uszach, zmyślam historie o mijających mnie ludziach, zgaduję zapachy albo idę po prostu tam, gdzie nie ma nic. I jak już tam dojdę, okazuje się, że pukam właśnie do bram raju własnej wyobraźni, która podsuwa mi w tym momencie tony pomysłów na pisanie. Puszczam się wtedy pędem do domu, żeby zdążyć zapisać to, co się urodziło w mojej głowie, skutkiem czego, czasami przez dwie godziny piszę, siedząc odziana w buciory, kurtkę, i w berecie Matki na głowie. Te momenty, kiedy biegnę z pomysłem wiszącym na krawędzi mózgu są jak haj - można się nimi odurzać bez końca. To właśnie dzięki nim siedzisz w piątkowy wieczór przed kompem i piszesz posta. W berecie Matki na głowie.



środa, 1 października 2014

Zapytaj taty, Jan Balaban

Śmierć dotyczy wszystkich, z wyjątkiem mnie i mojej rodziny” - z taką oto wierutną bzdurą, brzęczącą za uchem, żyjemy sobie przez czas jakiś, udając, że nie tylko nie dotyka nas śmierć, ale i logika, mówiąca, że skoro inni umarli to my, wcześniej czy później, podzielimy ich los. A kiedy już ta śmierć przychodzi udajemy zdziwionych i oburzonych. Ale dzieci Jana Niedomnego, który właśnie zajął miejsce w przedziale pociągu pospiesznego, jadącego w kierunku wieczności, zdziwione ani oburzone nie są. Nie mają na to czasu, bo oto już ze wspomnień związanych z ojcem: tych świeżych, a także tych odległych, budują tratwę i dryfują na niej po oceanie rozpaczy. 




To rozpacz okazuje się jedyną prawdziwą rzeczą, z jaką mają teraz do czynienia, więc na wszelkie możliwe sposoby starają się w niej nie utonąć. Na każdym kroku mierzą się z pytaniem: co zrobić z nieobecnością kogoś, kto już nigdy nie wróci? Doskonale wiedzą, że na to pytanie najlepszej odpowiedzi udzieliłby im ojciec, co przecież trąci absurdem, bo go już nie ma. Jednak jak się okazuje, to właśnie z absurdu, Hans, Emil i Katarzyna strugają wiosła do swojej tratwy, by w końcu ten swój ocean rozpaczy przepłynąć. Co ciekawe, śmierć ojca stała się dla nich punktem wyjścia do zweryfikowania jakości ich obecnego życia. Poddają w wątpliwość własne szczęście, związki, miłość, jakby ta śmierć sprawiła, że zobaczyli wszystko takie, jakim jest naprawdę, co wcale nie oznacza najgorszego. Hans, pragnie wierzyć w światło, które dojrzał w oczach swego umierającego ojca, co ma utwierdzić tego „cynicznego agnostyka” (za którego uważa się Hans) w przekonaniu, że „świętych obcowanie” jednak istnieje. Emil, wielbiciel ironii, chcący napisać o wszystkim - nie mówi o niczym, mocuje się z rzeczywistością, ze swoim „tu i teraz” za pomocą przeszłości. Katarzyna, która sama w dzieciństwie otarła się o śmierć, z odejściem ojca radzi sobie, upuszczając z żył to tu, to tam odrobinę wściekłości. Znaczy nią przede wszystkim swoje wycieczki w przeszłość. 

Jedyną osobą, która zdaje się zachowywać coś na kształt stoickiego spokoju i, która wydaje się być pogodzoną z zaistniałym stanem rzeczy jest Marta, żona Jana. Nie drze szat i nie rwie włosów z głowy. Nie dlatego, że nie zabolała ją śmierć męża. Ona rozłożyła ten ból na resztę dni swojego życia. Dawkuje go sobie codziennie po trochu. Ze wspomnień próbuje ulepić na nowo obraz Jana, którego twarzy nie może sobie przypomnieć. 

W powieści Balabána nic nie może dziać się „po prostu”, tutaj nawet rozpacz nie jest po prostu rozpaczą. Rozpacz Niedomnych to rozpacz z „ciemną kreską w poprzek” namalowaną przez niejakiego Petera Wolfa, dawnego przyjaciela ojca. Wolf, ręką szaleńca kreśli oszczercze listy dotyczące Jana i jego rzekomych przewinień z przeszłości. Czy aby na pewno rzekomych?

Spomiędzy tych wszystkich wersów powieści wyziera postać Jana, nie tego Niedomnego, widziana oczami dzieci, żony i kilku innych osób, ale postać Jana Nieobecnego. Tego, który nie ma już prawa głosu. I tego, którego nie można już o nic zapytać.

Kompozycja powieści wydaje się być nieco symultaniczna. To, co w jednej chwili jest ważne, traci wyrazistość, oddala się, ale nie znika całkowicie, bo oto za chwilę znów staje się ważne. Nie ma wątków mniej lub bardziej znaczących. Bohaterowie brodzą po szyję w strumieniach własnej świadomości, nie będąc ograniczonymi przez jakiekolwiek granice czasowe. Odbioru powieści nie ułatwia jej oniryczny charakter, ale jest to jednocześnie jej zaletą. Czytelnik, który usilnie zastanawia się nad tym, co jest jawą, a co snem to wymarzony czytelnik. Szkoda tylko, że o to, gdzie się kończy jawa, a zaczyna sen nie można spytać już samego Balabána. Niemniej jednak zostawił po sobie literacki majstersztyk, który powinien przeczytać każdy, kto lubi literaturę przez duże „l”.

sobota, 20 września 2014

Ogniem i patykiem, czyli o tym, jak być dobrym bez przesady

"Kiedyś traktowałem ludzi dobrze, a teraz z wzajemnością" - jeśli autorem tych słów byłby Sokrates albo Wolter, pewnie w ogóle bym ich nie zapamiętała, ale że wypowiedział je Anthony Hopkins, z którym filmy od czasu do czasu oglądam (i za każdym razem, kiedy go widzę, przypominają mi się te jego słowa), to mają szansę zostać moim nowym mentalnym tatuażem. A to dlatego, że mają moc, bo działają trochę jak tarcza przed ewentualnymi ciosami. Od czasu, gdy napisałam tego posta nic się nie zmieniło - nadal stosuję zasadę ograniczonego zaufania i jeśli ktoś kilka razy z rzędu wystawia na próbę moją cierpliwość, zaufanie i te resztki dobra, której jeszcze we mnie zostały, kreślę na nim grubą krechę. Może dla kogoś to zabrzmi dość radykalnie, ale odkąd częściej używam rozumu, a nie serca, wcale nie wydaje mi się to takie radykalne. Dzięki temu, mam dookoła siebie ludzi, na których naprawdę mogę liczyć, a oni na mnie. Nie wiem, czy to dobrze o mnie świadczy, że wolę być na wszelki wypadek uzbrojona w taką tarczę - nie dbam o to, bo ważne, że ja czuję się z tym rewelacyjnie. Oto dowód.

Przedwczoraj poszłam do sklepu, a ekspedientka opierdoliła mnie, za to, że postawiłam koszyk na środku alejki i blokowałam przejście, bo ludzie pod regałami się przeciskają. Mówię grzecznie i uprzejmie, że to nie mój koszyk, po czym znów dostaję za swoje od ekspedientki, że na sklep wyłażę bez koszyka. Wtf?! Dawniej, pewnie spuściłabym głowę i sobie poszła, ale nie tym razem. Wytłumaczyłam ekspedientce równie stanowczo, że nie mogłam zabrać ze sobą koszyka, ponieważ miałam zamiar ukraść piklowane ogóry i płyn do mycia lastryko, a koszyk mógłby mi przeszkadzać, gdyż zamierzałam kraść obiema rękami, a na obu nogach uciekać, po czym pożegnałam się wymownie, wcale się przy tym nie wściekając (wściekłam się tylko na chwilę, kiedy okazało się, że wychodząc ze sklepu nie mogę trzasnąć drzwiami, bo są rozsuwane). Nie żyłam tą sytuacją cały dzień, nie użalałam się nad tym, jacy to ludzie są podli i niemili. Po prostu mam to w nosie, a nawet i w pobliskiej dupie. I nie chodzi o to, żeby się na ludziach za to mścić (zwłaszcza, jeśli potraktujemy ich zachowanie w kategoriach żenującej słabości), podług biblijnych (!) wskazówek: "oko za oko, ząb za ząb", bo pamiętanie o tym, że należy ich traktować z wzajemnością nie sprowadza się do prymitywnych aktów zemsty, ale do rażenia paralizatorem skonstruowanym ze słów o umiarkowanej sile rażenia. Dzięki temu wszyscy będziemy mieć zęby i oczy w komplecie.

Słowa skierowane do ekspedientki nie miały jej obrazić, a mi poprawić humoru, na zasadzie: "ale jej pojechałam, yeah!". Moje absurdalne wyznanie, panierowane w czymś na wzór czarnego humoru, ucięło groźbę dalszej, jałowej dyskusji z ekspedientką, a mi nie spieprzyło dnia. To może oznaczać tylko jedno: te "resztki dobra we mnie", o których wspomniałam na wstępie, to ilość wręcz idealna, do tego, aby kiedyś znaleźć się w gronie szczęśliwych posiadaczy Pokojowej Nagrody Nobla. W sumie to Kuchenną też się zadowolę.


czwartek, 18 września 2014

Jesteś tym, co mówisz, czyli o tym, jak fajnie czasem nie mówić nic

Znam ludzi, którzy boją się, że przyjdzie taka chwila, w której nie będą mieli nic do powiedzenia, tak jakby mówienie o czymkolwiek miało decydować o ich "być albo nie być", jakby to, że nie otwierają ust przez dłuższą chwilę sprawi, że staną się przezroczyści, jakby jakaś przypadkowa "minuta ciszy" między nimi miała być tą, w której padną trupem. Wcale się temu nie dziwię - jeszcze do niedawna sama miałam pod skórą ten sam strach. A potem przychodzi jakiś przełomowy moment, przebłysk życiowej mądrości, olśnienie albo tak zwyczajnie człowiek sobie kalkuluje i dochodzi do wniosku, że lepiej się czuje z tym, jeśli mówi wtedy, kiedy faktycznie ma coś do powiedzenia. I ja dostałam w łeb takim właśnie wnioskiem.


Nadleciał znienacka niczym gówno krakowskiego gołębia na nowiutkie spodnie, z tą różnicą, że wniosek nie zostawia śladu na spodniach tylko w psychice. Pewnego razu podczas jakiegoś towarzyskiego spotkania, tak mi się w czubie poprzewracało (z nadmiaru tlenu, bo alkoholu nie piłam), że zapragnęłam pobyć sobie bardziej obserwatorem i słuchaczem, niż uczestnikiem i mówiącym. Jednego nie przewidziałam: smutnego odkrycia, że większość ludzi generalnie mówi bez opamiętania, co przenosi ich na level o swojsko brzmiącej nazwie: "pierdolę głupoty, ale o tym nie wiem". Nie, nie uderzyła mi żadna sodówa do głowy, nie wynalazłam pompki do pompowania ego ani nie mam się za kogoś lepszego od innych. Zwyczajnie zaczęłam słuchać tego, co ludzie mówią i potem: a) zrobiło mi się smutno, b) zaśmiałam się gorzko c) śniło mi się, że jestem dentystką i zakładam ludziom plomby, które wybuchają wtedy, kiedy pierdoli się głupoty, skutkiem czego większość naszej populacji wyginęła. 

"Boją się ciszy, wtedy się własne serce słyszy" - żaden cudzysłów nie chodzi za mną jak ten Sztaudyngerowski i te słowa to już nawet nie jest strzał w dziesiątkę - to jest po prostu cios w stówę, w piękne okrągłe sto procent pewności i nieomylności, że po to na świat przyszliśmy z gębami, żeby je otwierać, a nie zamykać. I po tym wszystkim odechciało mi się, no kurwa mać, tak zwyczajnie odechciało mi się mówienia i pisania, bo wreszcie nie miałam nic do powiedzenia. Co tam statystyki, co tam czytelnicy (o ile jeno się jeszcze jacyś ostali). Po co mówić i pisać na siłę, skoro tak fajnie jest pomilczeć i pomyśleć. Dać gębie i klawiaturze odpocząć. Pozwolić dziać się zdarzeniom, naczytać się książek, naoglądać filmów, by potem mieć o czym pisać albo opowiadać, kiedy się faktycznie czuje taką potrzebę. Nie łudzę się, że nagle wszyscy zaczniemy mówić i pisać same mądre oraz ciekawe rzeczy, ale np. zastanowienie się nad tym, co i czy w ogóle chciałoby się powiedzieć albo o czym napisać, sprawi, że będziemy częściej słuchać siebie niż innych.

Na koniec zostawiłam sobie lżejsze rzeczy, a mianowicie tematy tych uciesznych wakacyjnych rozmów. Generalnie zasady są takie, że jeśli chce się, aby w gronie, w którym się znajdujemy panowały peace&love nie należy rozmawiać o polityce, seksie, pieniądzach i religii (chyba, że jedziemy z wycieczką politologów na wielowyznaniowe targi erotyczne - to już co innego), a że naród nasz znany jest z konsekwencji, toteż konsekwentnie ma te zasady w dupie. I dalejże perorować na powyższe i inne tematy. Tylko żeby to jeszcze były rozmowy o jakiejkolwiek wartości, ale nie! Dla przykładu, poniżej podaję frazy odzwierciedlające poziom rozmów (bez cenzury) podobne do tych, które zdarzyło mi się najczęściej słyszeć, z podziałem na grupy tematyczne i w dwóch wersjach, w zależności od tego, czy towarzystwo było mnie lub bardziej wrażliwe/pijane/znudzone.
Pogoda
1."Ależ dzisiaj jest piękna/brzydka pogoda"
2. "Ja pierdolę, ale zajebista/chujowa pogoda"
Polityka
1. "To przykre, że nasze państwo tak nas okrada"
2. "Skurwysyny! Złodzieje!"
Pieniądze
1."Nie wiem, dlaczego nie chcą mi udzielić tego kredytu, przecież pięć już spłaciłem i zostały mi tylko trzy"
2. "Kredytu mi nie chce dać to żydostwo pierdolone, ja im kurwa mać pokażę!"
Seks
1. "Znasz Pawła? Ostatnio jakoś tak dziwnie się zaczął ubierać nieprawdaż? Obnosi się z tą cielesnością, dużo mówi o seksie i chodzi po domu nago, bo Andrzej widział, kiedy przypadkiem podglądał go przez okno"
2. "Paweł? Ta ciota w rurkach, co lata po domu z gołą dupą?!"
Religia
1. "Kościół mnie rozczarował, ale wierzę w Boga"
2. "Pedofile! Skurwysyny! Złodzieje! Na którą idziemy jutro do Kościoła?"
Życie innych
1. "Niemożliwe! Co ty opowiadasz?! Z kim?! Przecież ona jest taka brzydka!"
2. "Nie pierdol! Serio?! Z tym pasztetem?!"
Praca
1. "O Boże, ale mam kocioł w pracy, non stop muszę coś robić, ale inni przecież nie potrafią tego zrobić"
2. "Kurwa mać, taki mam zapierdol w pracy, że na kebaba wyskakuję tylko dwa razy dziennie, a nie pięć, ale wiesz, beze mnie ta dziura pójdzie z torbami"

Wiem, że wszystko, co powyżej napisałam to dość duże uogólnienie, ale szkoda mi czasu, żeby dalej się zagłębiać w temat pierdolenia głupot i robić z tego ujęcie socjologiczne. Tak się jakoś porobiło, że ludzie częściej ze sobą rozmawiają poprzez portale społecznościowe, niż w realnym świecie, a jak już się spotkają to nie bardzo wiedzą, jak powinna wyglądać rozmowa, bo przecież nie zawsze trzeba mówić. Czasem fajnie jest pomilczeć, a czasem fajnie jest po prostu wyjść.




środa, 20 sierpnia 2014

Pamiętniki z wakacji, czyli radyjko, bateryjki i nerwica

Większość z was ma za sobą to, na co czekamy prawie cały rok. To coś nazywa się urlop i jest drugim, po słowie "wypłata" najpiękniej brzmiącym słowem. Mamy wielkie szczęście, jeśli jedno idzie w parze z drugim, bo to oznacza, że przez najbliższe dwa tygodnie nie będziemy spać jak niemowlęta, czyli budzić się co trzy godziny z płaczem. Czeka nas zatem wymarzony spokój, bezbrzeżny zachwyt nad światem, życiem i jakimkolwiek gówienkiem godnym zachwytu.
W akcie tego niepohamowanego zachwytu i powodowani rzewnymi wspomnieniami z czasów okołonastoletnich postanawiamy opróżnić konto i pojechać na biwak (i co z tego, że tylko na to nas stać? phi!) dokładnie w to samo miejsce, które niegdyś dostarczyło nam tylu pięknych wspomnień. Pakujemy wałówkę oraz sprzęt niezbędny do przetrwania w dziczy przez tydzień i zadowoleni odjeżdżamy w siną dal. Daleko nie musieliśmy jechać, bo nasze biwakowe miejsce znajduje się w granicach powiatu (czego oczywiście nikt nie musi wiedzieć, bo zawsze to lepiej brzmi jak się powie, że opaleniznę przywiozło się znad Bałtyku lub innego Ciechocinka). 

Na polu namiotowym stoi ledwie pięć namiotów, więc jest idealnie. Po półgodzinnym rozpoznaniu terenu znajdujecie najlepsze (przynajmniej wtedy tak myśleliście) miejsce i rozkładacie swój tymczasowy szmaciany domek. Pomaga wam w tym jakieś dwa tysiące komarów. Ale te dwadzieścia pięć bąbli, na jednym tylko ramieniu nie popsuje wam przecież waszej biwakowej idylli. Po rozbiciu namiotu wyruszacie na poszukiwania właściciela pola namiotowego, by uiścić stosowne opłaty. Posiłkując się metodą „kto pyta, nie błądzi” po dwóch godzinach znajdujecie go w pobliskim barze w stanie wskazującym raczej ziemię niźli niebo. Z przyczyn widocznych gołym okiem ustalacie spotkanie na dzień jutrzejszy i oddalacie się czerpać przyjemności z biwakowania. 

Cudowna cisza, filmowy zachód słońca i delikatny wiatr, muskający wasze zapracowane przez cały rok czoła – tak to jest to, na co czekaliście. Na malutkiej kempingowej kuchence gazowej grzejecie wodę na herbatę jaśminową o smaku siana i przy świeczce gracie ze swoją drugą połówką lub przyjacielem w scrabble (wytrzeszczając w półmroku niemłode już oczy) – o tak, tego wam było trzeba, by dostrzec to, co się w życiu liczy najbardziej. Zasypiacie z błogim wyrazem twarzy, bo intuicja podpowiada wam, że to będzie piękny urlop. Za piętnaście siódma rano budzi was bliżej niezidentyfikowany dźwięk. Nieprzytomni i z radosnymi "kurwami" na ustach szukacie budzika, ale w pierwszym przypływie świadomości ustalacie, gdzie jesteście i bardziej powodowani ciekawością, niż skokiem ciśnienia, wystawiacie głowę z namiotu. Nie więcej niż pięćdziesiąt metrów dalej swój namiot (namiocisko?) rozbija właśnie siedmioosobowa rodzina, którą wspiera w tych trudach małe cholerne radyjko na baterie, mimo swej wielkości, wściekle ujadające znienawidzoną przez was piosenką. „Baterie się w końcu wyczerpią” – myślicie sobie i ignorujecie ten źle rozpoczęty poranek, zapijając go wodą o smaku kawy. 

Minęło już południe, a radyjko hula w najlepsze. Uciekacie, więc gdzie się da: na spacer, podczas którego wdeptujecie w psie gówno, do baru na piwo rozcieńczone wodą lub popływać dziurawym kajakiem w przepoconym kapoku. Wracacie wieczorem do namiotu, pełni nadziei i miłości do bliźniego, ale radyjko wam ją odbiera. Bezkurwamaćpowrotnie. Nie jesteście konfliktowi, nie będziecie wszczynać awantur, więc gdzieś około północy (po odczekaniu kilku godzin dla pewności, że radyjko nie zamilknie) odwiedzacie sąsiadów i grzecznie prosicie o wyłączenie radia. O dziwo, sąsiedzi bez problemu spełniają waszą prośbę, a wy ze zdziwienia wreszcie zasypiacie. 

O siódmej następnego dnia radyjko wita was dyskotekowymi pląsami z gatunku italo disco i zapowiada wspaniały dzień. Kręcicie się niepewnie z przekrwionymi oczami obok namiotu sąsiadów, ale porzucacie plan spalenia go wraz z zawartością, zniechęceni wizją tłumaczenia się w pracy szefowi, dlaczego nie możecie do niej przychodzić przez najbliższych 25 lat (lub dożywotnio). Zabieracie, więc ze sobą książkę, jedzenie oraz koc i idziecie przed siebie tak długo, aż natraficie na tablicę z napisem "Przemyśl wita". Wtedy możecie mieć pewność, że nie usłyszycie radyjka. Ale, że nie uśmiecha wam się siedemdziesięciokilometrowy spacer, po przejściu dziesięciu kilometrów wracacie z powrotem, gubiąc się po drodze i uciekając przed stadem dzików. Na pole namiotowe docieracie około wieczora. Wita was znajome radyjko i… dziura w namiocie. Wyzuci z wszelkich oporów i ludzkich odruchów, idziecie odwiedzić sąsiadów. Okazuje się, że ich najmłodsza latorośl postanowiła zwiedzić waszą „zagrodę” i odpalić tą małą kuchenkę gazową, którą pozostawiliście bez opieki i w ogóle zdaniem sąsiada to wszystko wasza wina. 

Odbiera wam mowę, ze zdenerwowania wodzicie oczami bez ładu i składu po dobytku sąsiada, z chęcią zdemolowania czegoś i nagle waszym oczom ukazuje się, leżący na stoliku, pięknie zafoliowany zapas kilkunastu baterii do pierdolonego radyjka. Odwracacie się na pięcie i w ciągu piętnastu minut pakujecie cały wasz majdan do samochodu, następnie z piskiem opon odjeżdżacie. Złość przyciska wam mocniej nogę na gaz, ale zaraz przypominacie sobie, że ów, będący zapewne w innym stanie świadomości, facet od biwakowych opłat nie zgłosił się po pieniądze, więc dalszą drogę pokonujecie spokojnie, nie powodując karambolu i w dobrym humorze. Resztę urlopu spędzacie na działce popijając melisę i pisząc posta "ku pamięci i przestrodze", i w ogóle to prędzej wybierzecie się na skoki spadochronowe bez spadochronu, niż na biwak.


niedziela, 17 sierpnia 2014

O niczym, czyli ból egzystencjalny z Mickiewiczem w tle

"Cholera, słońce wystygło" - stwierdzasz, grzebiąc ręką w nocniku, zaskoczony, bo przecież dopiero z czerwcem się widziałeś, a tu połowa sierpnia już ci na buty zwymiotowała. Przeczytałeś trzy książki, obejrzałeś kilka filmów, lepszych i gorszych, przeżyłeś kupę fajnych chwil, spławiałeś się kajakiem po Wieprzu, odbyłeś kilka ważnych konwersacji. "Wow! Takie wakacje, tak bardzo wakacje" - myślisz sobie i lekko się uśmiechasz, ale z braku innych zajęć pokusa odmówienia Litanii do Najświętszego Doła Egzystencjalnego wygrywa. A zaczyna się tak niewinnie. 


Dupa wesoło przyrasta ci do schodów, na których codziennie pijesz kawę i rozmyślasz o Bardzo Wzniosłych Rzeczach, oczami wypływając na "suchego przestwór oceanu", ach! Ale tę cudownie rozpływającą się w nicości chwilę mąci ci, szeptem wypowiadany przez twojego prywatnego szatana, wstęp do wyżej wymienionej Litanii: "Kyrie eleison, z czego ja się tak kurwa cieszę?!" - odmawiasz w myślach i na wszelkich wypadek powtarzasz te święte słowa trzy razy, postanawiasz poprawę i już widzisz, że w sumie ten twój ocean nijak się ma do tego z Mickiewiczowych uniesień, bo u Mickiewicza krowy nie obsrywały stepu, linie i słupy wysokiego napięcia nie brzęczały woltami, a tych stepów nie przecinała "krajówka" na Lublin, na której zginęła większość twoich kotów.

Uff, na szczęście znasz na pamięć tekst Litanii i kontynuujesz śpiewająco: "O Przenajświętszy Dole Egzystencjalny, zanoszę do Ciebie modły z tych przedmieść miasta, które nawet miastem nie jest, dłubię w głowie, bo gdybym dłubała w nosie, to byłoby za fajnie, więc po co czynić swe życie znośniejszym, skoro można radośnie je utrudniać i zadość Ci czynić lamentem, co obiecuję robić. Nie mam jeszcze kredytu, mieszkam u rodziców i jedenastolatek biega szybciej ode mnie, niechże więc z oczu moich Niagary polecą ku Twojej chwale. Po trawie już boso nie łażę, bo przedwczoraj użądliła mnie osa, hamak mnie wkurwia, bo mi się przysnęło i z niego spadłam, na obiad krupnik, czyli jest bardzo źle, więc z całego serca swego dziękuję Ci za te łaski. Ześlij mi jeszcze brak tlenu, niechaj się trochę poduszę, choć dusiłam się w zeszłym tygodniu i wiem, że to nie jest już trendy, ale czego się nie robi w imię Twoje. Spraw, żeby zabolały mnie rumieńce i  żebym znalazła we włosach choćby jednego siwego, aby ryknąć i drzeć dresy z rozpaczy. Dlaczego kota nie rozjechał jeszcze mi samochód, kolano boli jakby mniej, rower się nie psuje i dlaczego znowu mogę pisać?! O Najwspanialszy i Najgłębszy Dole, za cóż mnie tak karzesz okrutnie?! Why me?! Ufam, że zstąpisz tu zaraz na ziemię i ukażesz mi swoją ciemność niezmierzoną, żebym...
...mogła pokazać Ci środkowy palec."


czwartek, 7 sierpnia 2014

Krótkie studium duszenia się, czyli o tym, jak nauczyć się oddychać

Dławi, dusi, gniecie, swędzi, uwiera, ale nie wiesz co. COŚ. Bliżej nieokreślone, niezidentyfikowane i nieznośne jak mżawka, która w sumie deszczem nie jest, ale wkurwia tak samo i czujesz, że przemokłeś do samych majtek, które wczoraj zadowolony kupiłeś w markecie za połowę ceny. Łapiesz się za gardło, chcesz rozorać je pazurami, bo logika desperata podpowiada, że oddychać może będzie łatwiej z dodatkową dziurą, ale przypominasz sobie, że na widok krwi robi ci się niedobrze i na wszelki wypadek kucasz, przydeptując ręce nogami. W przypływie świadomości, która w sumie przypływem nie jest tylko sączy się ciurkiem jak dogorywająca rzeczka z nie do końca czystą wodą, no więc w tym nie-do-końca-przypływie rzucasz się, by otworzyć okno. Tlenu! Powietrza! Życia! Nic z tego. Dom ma kilka pomieszczeń, ale nie ma szans, aby pomieścił teraz ciebie. Potrzebujesz powiedzieć, że potrzebujesz, ale nie wiesz czego. CZEGOŚ. 

Orientujesz się, że założyłeś spodnie na lewą stronę. "Coś mi się w życiu odmieni" - mawiała Babka, gdy orientację na sukienkę gubiła i lewą jej stronę prezentowała. Oczywiście, że się odmienia - ty się odmieniasz przez wszystkie przypadki, wypadki i sytuacje. Wieczór już rozdaje karty z talii półcieni, a ty czujesz, że jeszcze chwila, a eksplodujesz, wetkniesz dynamit domowej roboty (wyprodukowany z wyobraźni czystej, choć z przemytu) w otwarte usta i podpalisz lont, umierając wcześniej z niecierpliwości, więc jak rozerwie ci głowę to przynajmniej nic nie poczujesz. Dom pusty, ale za głośny z telefonem niedzwoniącym, kiedy chcesz, by zadzwonił. Dzwoni, ale ty już wtedy go nie potrzebujesz. Wybiegasz z domu, wtykasz słuchawki do uszu, trzęsącymi się rękami włączasz muzykę - chwilowy respirator, który pomaga ci zastanowić się co dalej. Nie obciążasz zbytnio chodnika swoją wagą, bo ważysz tyle samo, co czterdzieści pięć kilogramów niezrozumienia. Szybkie rozpoznanie terenu przynosi ulgę. Brak świadków twojego obłędu. Tak jest dobrze. Najlepiej. Wplątujesz się w podejrzaną sieć uliczek miasta, udającego miasto, połykasz wstyd, że tak się nabrać dałeś, że z kosą na kamień nie poszedłeś jeno z wykałaczką, że "papier-nożyczki-kamień" źle pojętym sobą wygrywać chciałeś, że popierdoliło się w głowach innym albo tobie i nie bardzo wiesz, co cię tak w tym śmieszy. Wstyd, wstyd, wstyd. Taki śmieszny, zabawny wstyd. Zabawny jak kwadratowe kółko. 

Siadasz na ławce pod księgarnią. Ze szczelin w starych kamienicach sączy się kwaśny oddech właściwie gówno-cię-obchodzących historii, ale zadajesz sobie trud, żeby o nich myśleć, bo wtedy nie myślisz o tym, że się udusisz, rozpadniesz, wybuchniesz. Darmowa i kusząca lektura słupa ogłoszeniowego przyciąga cię bliżej i bliżej. Kinowe plakaty upstrzone jakimiś "sprzedam, kupię, oddam, wypożyczę, zniknę" wślizgują się gładko do twojej głowy. Nawet się nie bronisz, bo wiesz, że gdy tylko odwrócisz się plecami spuścisz je w mentalnym kiblu i skończą w szambie nic nieznaczących treści. Udusisz się, ale za chwilę, bo teraz chcesz o tym napisać. Nie, zaraz, przecież nie możesz pisać. Dwa tygodnie temu ugrzązłeś w bagnie paraliżu zdaniowego. Połykasz banały i wydalasz rozczarowanie, więc czegoś tu nie rozumiem, kiedy mówisz, że to chyba z twoją perystaltyką jelit jest coś nie tak. I co masz niby napisać? Monolog wariata dwunastozgłoskowcem? Nie piszesz i boli cię to twoje niepisanie. Boli i nie przestaje. 

Ale cóż to? Przerywasz bezmyślne studiowanie słupa ogłoszeniowego, bo z tego walnego zgromadzenia makulatury przemawia do ciebie nekrolog i wpatrując się w niego, usiłujesz sobie przypomnieć skąd znasz nazwisko szczęśliwca, który już z aniołkami sandały z niebiańskiej trawy wyplata. I staje się jasne skąd. Z widzenia. Przemykało to nazwisko obok ciebie od czasu do czasu, byle jak ubrane i byle jak żyjące, niechcąco żyjące, za życia się rozkładające i donikąd podążające. Stoisz sobie przed tym nazwiskiem i w modlitwie imiesłowowej polecasz je Uldze Wiekuistej, i dziękujesz, że kiedyś to nazwisko pomogło ci czyjegoś kota uratować, który nie zmierzył sił na zamiary i na drzewie utknął. Nazwisko weszło na drzewo, zdjęło kota i poszło dalej. Byle jak poszło. Jak zwykle.

- Ma Pani ogień? Chropowaty jak poniedziałkowe poranki głos klepie mnie po ramieniu. Oczy przenoszą się ze słupa ogłoszeniowego na postać, która w świetle księgarnianych jarzeniówek wygląda jak moje własne obawy. Wzrok przyzwyczaja się do nienaturalnego światła i widzę na "oko" siedemdziesięcioletniego człowieka, który stoi przede mną ze znakiem zapytania na twarzy i wymierzonym we mnie papierosem.
- Mam - odpowiadam niechętnie i grzebię w plecaku. Po chwili człowiek odpala papierosa i zaczepia mnie kolejnym pytajnikiem:
- A znała go pani, tego, co mu się umarło?
- Nie.
- Myślałem, że znała. Długo tu stała i myślałem, że smutno się zrobiło, bo znała.
- Nie znała. Z widzenia tylko (ale to prawie jak nie znała).
- Mi było smutno, kiedy dwa lata temu, po śmierci mojej żony ściągałem jej nekrologi ze słupów. Na pogrzebie tak nie płakałem jak wtedy. Po ciemku to robiłem, żeby nikt nie widział.
Przecież nie skłamię i nie powiem, że mu współczuję, bo aktualnie jestem na etapie współczucia tylko sobie, więc mówię to, co się zazwyczaj mówi w takich sytuacjach:
- Przykro mi.
Zapada cisza. Kurwa, nie uniosę takiej ciszy. Nie teraz. Chcę się oddalić, jak najprędzej pójść gdzieś indziej dusić się w spokoju, ale nic z tego, bo znów słyszę:
- Żałuję, że nie zrobiłem wielu rzeczy, o które mnie żona prosiła. Chciała kiedyś żebym ją zawiózł na grób jakiejś kuzynki, na drugi koniec Polski, pod Toruń gdzieś, ale powiedziałem jej, że nie będę się tłukł przez cały kraj, żeby "Wieczny odpoczynek" klepać na grobie kogoś, kogo nie znam, a i ona ledwo znała. To się do mnie nie odzywała kilka dni i mnie dopiero wtedy, kiedy umarła olśniło, że ona chciała, żebyśmy sobie wycieczkę przez Polskę zrobili. A ja głupi byłem. Głupi i głuchy. Ale ona też głupia była, bo mi wprost nie mówiła, tylko czekała aż ja się domyślę.
Człowiek zaciąga się papierosem, marszczy brwi i błądzi gdzieś wzrokiem, chyba w poszukiwaniu żoninego obrazu. Przestępuję z nogi na nogę, ale chyba coraz rzadziej, słucham go ze wzrokiem wbitym w czubki własnych butów i zaczyna mnie zżerać ciekawość. Stoję tak już dobrą godzinę, swoje duszenie się odłożywszy na potem i pasożytuję na historii człowieka, który z tęsknoty za żoną częstuje mnie tym swoim monologiem, nie roniąc ani łzy, a przecież widzę, że go rozpacz obezwładnia. "Napiszę o nim" - postanawiam w duchu, żegnam się uprzejmie i idę w swoją stronę.
Nie napisałam.

P.S. I nie udusiłam się, nie rozpadłam i nie wybuchłam.