poniedziałek, 13 stycznia 2014

Styczeń - miesiącem pamięci studniówkowej

Wgramoliłam się na parapet (ten prawdziwy) z ledwo zipiącym laptopem, kubkiem kawy i kotem. Siedzimy tak sobie, patrząc, jak traci wyrazistość linia horyzontu. Za chwilę zrobi się ciemno i będziemy mogli zobaczyć już tylko swoje odbicia w szybie albo latarnie, które plamią jasnymi smugami nieskazitelną czerń ulicy. Ciekawe, co myśli sobie kot, gdy tak siedzi nieruchomo wpatrując się w jakiś punkt. Mam na ten temat swoją teorię. Otóż, kiedy kot patrzy, to widzi, a kiedy patrzy człowiek - zazwyczaj nic nie widzi. A na co kot patrzy? Na Absolut, na jakąś transcendencję albo połyka oczami metafizykę. Przynajmniej tak wtedy wygląda. Tymczasem pośrodku niczego, czyli w Leżajsku, wiatr przetacza ulicami wszystko, co waży mniej niż życie, pekaes wysyła autobusy widmo, otworzyli nową kawiarnię, w której świeci się światło i pustki, cmentarz rozrasta się jak topinambur, ludzie w kolejkach do kas szczęśliwi, że dożyli kolejnego roku, żadne znaki na niebie i ziemi nie wskazują, że wydarzy się coś niezwykłego. Poprawka:  że w ogóle coś się wydarzy. Diagnoza: styczeń. Co tu robić z takim miesiącem, w którym nowy rok dopiero raczkuje, a my po świątecznych ekscesach jesteśmy ubodzy duchem i portfelem? Powspominać! I niekoniecznie mam tu na myśli wspomnienie świątecznej szynki, ale coś znacznie ciekawszego. Studniówka!!! Zatem ogłaszam styczeń miesiącem pamięci studniówkowej.


Moja studniówka miała miejsce w zamierzchłych czasach, czyli w roku 2002, kiedy jeszcze słowo „melanż” oznaczało tkaninę lub włóczkę złożoną z nitek o różnych barwach, a nie dziką bibę (tak, zdaję sobie sprawę, jak dawno temu to było). Im bliżej studniówki, tym większe ogarniało wszystkich podniecenie na myśl o tym: z kim pójść, w co się ubrać oraz jak przemycić i gdzie schować wódkę. Podejrzewam, że ten przedstudniówkowy klimat udziela się każdemu maturzyście, bez względu na to, czy szalał na studniówce w 1994 roku, czy szaleć dopiero będzie w 2014. Z uwagi na fakt, iż jestem przedstawicielką płci myślącej jednocześnie o wszystkim, nieobcy był mi stres z powodu braku pomysłów na to, w jaką sukienczynę się przyodziać. Haemy, Bershki, Zary - w 2002 roku na Podkarpaciu była to jakaś abstrakcja i kiecki idealnej szukało się gdzie się dało, pisało się list do cioci z USA albo szyło. Opcja z kupnem nie wchodziła w moim przypadku w grę, bo wszystko, co wtedy widziałam, w moim dziewiętnastoletnim oku miało jedną markę:  Świeć się I Wypalaj Innym Oczy. Opcja z ciocią też odpadła, bo hasło: „kreacja studniówkowa” mogło się, wiekowej już cioci, skojarzyć niepotrzebnie z angielskim balem dobroczynnym i przysłałaby mi wściekle różową bezę z bufkami sięgającymi uszu, kokardą wielkości barowego parasola, wysadzaną podróbami kryształów Svarovskiego w myśl hasła: „na bogato, hej!”. Została, więc opcja z szyciem. 

I tu miałam już łatwiej, bo inna ciocia, która jest krawcową, zgodziła się uszyć kieckę mojego projektu. Zabrałam się, więc z zapałem do projektowania i niebawem poleciałam z gotowym pomysłem do ciotki. Po dwóch tygodniach kreacja była gotowa. Sukienka uszyta została z kilku pasów zielonej satyny i, żeby nie wyglądała bezpłciowo, w okolice szelek zostało doszyte coś w rodzaju czarnych, ozdobnych piórek (boję się pomyśleć i przypomnieć skąd wytrzasnęłam ten „genialny” look). Wszystko by było ok, gdyby nie to, że jeden z satynowych pasów został przyszyty odwrotnie i kiedy pozostałe połyskiwały pod jednym kątem, ów złośliwie pozostawał matowy. Przełknęłam jakoś ten sukienczany mankament, odziałam stopy w super, ekstra, niepasujące do reszty, lakierowane, brązowe klocki i pognałam tanecznym krokiem w noc. 

Zaraz, zaraz, przecież jeszcze amant ze mną był. Sprawa amanta, początkowo beznadziejna (amant nr 1 tuż przed studniówką poleciał w ramiona swej byłej dziewczyny i z tego tytułu nie mógł mi towarzyszyć), potem okazała się zupełnie nieistotną, bo na studniówkę poszłam z moim bardzo dobrym kolegą, czyli amantem nr 2. I całe szczęście, bo od amanta nr 1 cholernie wiało nudą, a potem został moim stalkerem, więc miał lekki deficyt umysłowy. Pozostaje jeszcze kwestia wódki, ale i tu nie było problemu, bo obowiązkowe 0,7 l przemyciła mi mama, która specjalnie w tym celu, zupełnie niewinnie zaoferowała swoją pomoc w postaci pełnienia studniówkowego dyżuru. Byłam z niej naprawdę dumna, że taki spisek obmyśliła. Bal odbywał się na sali gimnastycznej, którą tradycyjnie trzeba było tematycznie przystroić, a w tamtym czasie „tematycznie” oznaczało napompowanie dziewięciu tysięcy balonów i zrobienie z nich sufitu oraz zawieszenie na ścianach siatek maskujących, pozyskanych ze strażackiego demobilu plus napis „Studniówka Anno Domini 2002” wykonany w kartonie techniką: „rysuj, wycinaj, nie żałuj brokatu”. Dizajn pierwszorzędny, ale po czterech dniach ręcznego dmuchania balonów (bo były tylko dwie sprężarki, które nie wyrabiały) miałam już halucynacje i kolana z waty. 

W przypadku poszczególnych sal lekcyjnych, słowo „tematycznie” pachniało przesadyzmem, gdyż po wejściu do takiej sali można było wyodrębnić ledwie kilka elementów świadczących o tym, że panująca tu stylówa jest okołomorską, piracką, rustykalną albo kosmiczną. Z tego, co pamiętam, raz na jakiś czas docierały do nas informacje z innych szkół, na jakie to genialne pomysły przybrania sal wpadali tamtejsi maturzyści. Wśród nich mistrzami okazali się ci z pewnego małego miasteczka, znajdującego się nieopodal Leżajska, którzy zamienili swoją salę w piekielną otchłań, z czego byli niesamowicie dumni do czasu, kiedy w najbliższą niedzielę ksiądz proboszcz nie zagrzmiał z ambony, nie zagroził im prawdziwym ogniem piekielnym i listem do kurii oraz kuratorium.

Wracając do naszej sali, kompletnie nie pamiętam, jaka była tematyka jej wystroju, choć przecież mam zdjęcia. Jednak to, co widzę na ścianach nic mi nie mówi. Zresztą, kogo to obchodzi? Po tym, jak tradycyjnie rozpoczęliśmy studniówkę polonezem (podczas którego ja poszłam w prawo, a amant w lewo, kiedy wszyscy mieli iść w lewo) zaczął się gorączkowy czas kombinowania, jak tu sobie niepostrzeżenie łyknąć wódki na rozluźnienie (tak, jeszcze wtedy myśleliśmy, że bez wódki jest to niemożliwe). Jakoś specjalnie mnie do tego nie ciągnęło, ale kiedy masz dziewiętnaście lat i mimo tego, że jesteś nonkonformistką, czasem psychologia tłumu jest silniejsza, więc ani się obejrzysz, a pijesz już trzeci kieliszek. Na szczęście jestem rozważna (i romantyczna, jakby kto pytał), więc po tych trzech kieliszkach poleciałam z amantem w tany. Porzuciliśmy potem dalsze zamiary wódkowania, bo zgodnie stwierdziliśmy, że hula nam się fajnie na (prawie) trzeźwo. Nie mogę tego powiedzieć niestety o niektórych koleżankach z klasy, które przez swoją głupotę skończyły studniówkę o 23.00, niesione pod pachami zawstydzonych ojców i matek. Pomyślałam sobie wtedy, że byłoby mi cholernie głupio i wstyd upijać się w miejscu, do którego mimo wszystko mam szacunek. Wiem, że teraz studniówki odbywają się w różnych lokalach, nie tylko w szkołach, co z uwagi na pijackie tendencje maturzystów jest rozwiązaniem mniej bolesnym, jednak studniówkowego pijaństwa nie eliminuje i pewnie nigdy nie wyeliminuje. Poza tym, jestem też dumna z tego, że nie pozowałam do kretyńskich grupowych zdjęć z czerwonymi podwiązkami albo majtasami. Do dziś nie mogę pojąć sensu tej pseudotradycji. Pomijając drobne idiotyzmy i to, że po studniówce nauczyciele zabrali większość naszego jedzenia do swoich domów, studniówkę mogę uznać za udaną.

Podczas mojej studniówki obyło się też bez większych ekscesów, chyba że ekscesem można nazwać to, jak podchmielona tymi trzema kieliszkami, wywijałam beztrosko kończynami do piosenki Las Ketchup „Asereje”, w przekonaniu, że z tą choreografią wszystkie sceny świata są moje, a tańcząca obok mnie pannica, przypadkowym powietrznym szpagatem, zmiotła mnie z powierzchni parkietu, co uwiecznił pan kamerzysta na studniówkowym filmie. O całym zdarzeniu zapomniałam i gdy wreszcie dostaliśmy swoje egzemplarze kaset VHS (nie, nie pomyliłam się, to naprawdę były VHS-y) nie spodziewałam się niczego. Do niezwykle szybkiego obejrzenia filmu skłonili mnie koledzy z klasy, z którą mieliśmy wspólnego kamerzystę, twierdząc, że „muuuuuszę to koniecznie zobaczyć!”.

Poleciałam, więc w te pędy do domu, odpaliłam soniaka z kasetą w środku i czekam. Mniej więcej w połowie filmu pojawiam się, jako gwiazda pierwszego planu, ze swoją oszałamiającą - klękajcienarody - choreografią. I gdy tak bez żadnego skrępowania kamerą, dźwigam na sobie brzemię boskiej, czyli własnej wirtuozerii tanecznej, nagle nie wiadomo skąd (ale chyba z prawego górnego rogu) nadlatuje jakiś bliżej niezidentyfikowany kształt i eliminuje mnie z planu filmowego. Poleruję sukienką parkiet, czołgając się do wyjścia i żałując, że nie mam ze sobą granatu ćwiczebnego. Razem ze mną, dzielnie czołga się mój amant, który oberwał w głowę kolanem, a w żebra pancernym szpicem z bazarowych szpilek rzeczonej pannicy. Poza niewielkimi obrażeniami, wyszliśmy z całej akcji bez szwanku. A wiecie, co jest najlepsze? To, że nie było wtedy You Tube i to, że dzięki cyfryzacji, kasety VHS poszły do lamusa, a razem z nimi moja kompromitacja, choć szczerze przyznam, że zerknęłabym od czasu do czasu na ten legendarny układ taneczny, który zapewnił mi na jakiś czas sławę w szkolnych murach. Tak, byłam celebrytką. Całe dwa tygodnie.


grafika/źródło: fotosik.pl/u/polkastudio/album/1524022/1?show=2

środa, 8 stycznia 2014

Z prochu powstałeś...więc go strzepnij

Miało być o czym innym i miało być zabawnie. Nie będzie. Czasem życie chce inaczej. Czasem zjawia się śmierć. 
Kiedy byłam dzieckiem, wierzyłam w trzy rzeczy: w to, że poza moim miastem jest pustynia, długo, długo nic, a potem Warszawa (lekcje geografii wydały mi się mało wiarygodne), w to, że w krzakach, nieopodal domu mojej babci mieszka duch kobiety i w to, że śmierć dotyczy wszystkich z wyjątkiem mojej rodziny. Jak się okazało, nie byłam osamotniona w tej wierze, bo podczas pogrzebu, który urządziliśmy z dziećmi z okolicy, jakiemuś nieszczęsnemu wróblowi, okazało się, że reszta żałobników podziela mój pogląd, tyle, że w odniesieniu do swoich rodzin (co już nie do końca mnie zadowalało). Dorastasz i nagle zdajesz sobie sprawę, że "ostra świadomość rozkruszonej ziemi" dotyczy każdego. Tak, twojej rodziny również. Oczywiście wypierasz tę myśl na wszelkie możliwe sposoby i skupiasz się na życiu, oddychaniu, wdech, wydech, wdech, wydech - no dalej, wiesz jak to się robi. O, właśnie tak! Pięknie, brawo! Jesz, wydalasz, pracujesz, bawisz się, kochasz, płaczesz, czujesz, cierpisz, złościsz się, przypływasz, odpływasz, zdobywasz, tracisz, od czasu do czasu rzucasz się na głębię własnej duchowości, nie rozumiesz tego, co przeżywasz, ale czujesz się wyjatkowo, bo wiosłujesz rękami przez to, co jest TWOJE i nie toniesz, choć nie umiesz pływać. To się chyba nazywa bycie człowiekiem, prawda? A może i nie. Nie wiem, filozofowanie kiepsko mi wychodzi.
Nocą, tuż po zgaszeniu światła, jeśli nie jesteś wystarczająco zmęczony, by w ciągu kilku minut zasnąć, stajesz się niemym uczestnikiem najgłośniejszego i największego koncertu, na jakim mogłeś się znaleźć: koncertu własnych myśli. Twoja głowa krzyczy: dlaczego nie kupiłam tej książki, czy nauczę się kiedykolwiek grać w brydża, czy będzie lepiej, czy będzie gorzej, dlaczego mam małe stopy, kto wygrywa w totolotka, jeśli nie ja, gdzie się podział mój stary namiot, na cholerę mi te czerwone buty, jak będę wyglądać za 10 lat, po co pomalowałam stół na fioletowo, ściąć włosy, czy nie. A kiedy wydaje ci się, że ten koncert posiada jakąś harmonię, nagle jak obuchem dostajesz w głowę kakofonią abstrakcyjnych znaczeń, sensów, półobrazów, skojarzeń, niedopowiedzeń, niezrobień, niewidzeń, niezrozumień. Książka, stół, droga, jabłko, kółko, deszcz, żyrafa, Afryka, piasek, wiaderko, babka, dziadek, dom, sosny, szyszki, jesień, listopad, liść, list, zapomnieć, mieć, być, Szekspir, Anglia, siostra, uśmiech, śmiech...śmierć. Słyszysz to słowo i w ciągu sekundy koncert cichnie. I ta cisza przeraża cię najbardziej, bo wiesz, co zaraz nastąpi. Desperacko próbujesz wzniecić na powrót myślenie o głupotach. Nic z tego. Dlaczego jest tak cholernie cicho, dlaczego jest tak ciemno? Czy kiedy umrę też będzie cicho i ciemno, czy będzie bolało, czy umrę we śnie, czy na rowerze, z rakiem, czy bez, czy można umrzeć z miłości albo z nienawiści, czy ostatni wydech boli, może to wdech boli, cholera dlaczego nadal jest tak cicho, nie chcę się obudzić w trumnie, niech mnie skremują, ciekawe ile to kosztuje, jak to możliwe, że zostanie po mnie tylko jakiś proszek, ciekawe kto przyjdzie na mój pogrzeb, niech zagrają mi "Who wants to live forever", a potem "It's no good" albo "Lambadę", puszczę oko zza grobu tą "Lambadą", że ho ho, po co cementują groby, kto niby ma stamtąd uciec, jakiego koloru są te robaki, które będą mnie podgryzać, ciekawe, co jest potem, czy Bóg jest, a jeśli jest, to czym jest, jeśli wszystkim, to znaczy, że niczym, czy jak do licha, nie umiem się modlić, to chyba niedobrze, czy ktoś tego słucha, może nagrywają to w zaświatach i potem rozliczają, czy mają tam hamaki, czy rosną tam czereśnie, czy w ogóle tam coś jest?! Udręczony brakiem odpowiedzi, na którekolwiek z zadanych pytań, zasypiasz. Następnego dnia budzisz się jak zwykle, podchodzisz do okna, odsłaniasz je, widzisz słońce i strzepujesz resztki kretyńskich, przedsennych myśli na podłogę, przydeptujesz je dla pewności, lecisz robić kawę, potem do pracy, szkoły, zajęć. Śmierć? Że co proszę? Jaka śmierć? Tak, tak, wszyscy umrzemy, dziś, jutro, zawsze, ale nie teraz. Teraz muszę jeszcze coś zrobić. Ile to jest "jeszcze"?

Banał wszechczasów: wszyscy umrzemy. Zamrugasz trzy razy powiekami i nagle stoisz w jakiejś kaplicy, dookoła tłum ludzi, wpatrujesz się w drewniane pudło obłożone kwiatami i próbujesz sobie przypomnieć, czy wyłączyłaś żelazko, po tym, jak prasowałaś czarne spodnie. Skąd się ci wszyscy ludzie wzięli, co tak pachnie, czy śmierć pachnie, organista zaraz rozpierniczy organy, co to jest duch, czy mam chusteczki, dlaczego chce mi się śmiać, kiedy w końcu kupię sobie samochód, co to znaczy być dobrym człowiekiem, zawsze tak mówią, przecież te brązowe buty będą stały w korytarzu, jak zawsze, czy świat wybuchnie kiedyś, miętowe cukierki pod obrusem, kwiatki te same na działce, nie chcę umrzeć w lecie, co ten ksiądz wygaduje, bim, bam, dzwony z magnetofonu, co za żenada, ale cisza chyba gorsza, ostatnie pożegnanie, przecież to nie ma sensu skoro mówią, że się jeszcze zobaczymy.

Nieważne, czy stałam nad dołem, w którym chowałam kota zamkniętego w pudełku po adidasach, czy nad dołem, w którm znikała trumna kogoś, kogo znałam, zawsze towarzyszył temu szum. Szum lasu pytajników, kołyszących się z prawa na lewo, z lewa na prawo, pięknie wykaligrafowanych, bezlitośnie powykręcanych i jeszcze te kropki, nie wiadomo na co, jakby kropek nad "i" było mało. Dzisiaj też. Ktoś gadał, komuś zadzwonił telefon, ktoś płakał, ktoś się potknął, ktoś się nie pojawił. Ktoś odszedł, a ktoś żyje. I prawidłowo.