środa, 26 lutego 2014

Egzystencjalne dylematy spod znaku pasztetu i Roberta Frosta

Oprócz tego, że bezczelnie kradnie Ci czas i przyprawia o permanentne poczucie winy, jeśli nie rzucisz wszystkiego w diabły i się mu nie poświęcisz, prowadzenie bloga ma swoje bezcenne zalety, a mianowicie dowiadujesz się o sobie ciekawych rzeczy. Czego ja się dowiedziałam? Za sprawą tego oto pytania wręczam sobie bukiet samych pozytywów, czyli: jestem niekonsekwentna, niesystematyczna, niezdyscyplinowana, lekko niepoczytalna (ten epitet przybył po lekturze moich wstecznych postów, ale z dwojga złego wybieram niepoczytalność zamiast nieczytelności, więc się od razu rozgrzeszam), mam tendencje neurotyczne, terrorystyczne, masochistyczne, w 70 % jestem zbudowana z wody, a reszta to ironia, sarkazm, złośliwość i miłość do kotków, poza tym namiętnie eksploruję po dziesięć razy swoje wspomnienia i wspinam się na Mount Everesty językowe w budowaniu zdań wielokrotnie złożonych, w swej wielokrotności tak złożonych, że są nie do rozłożenia, podobnie jak radzieckie namioty. Nie myślcie sobie, że dokonam tu zaraz jakiejś ekspiacji i bijąc się w piersi obiecam solennie, że będę blogować codziennie, przestanę się katować czytaniem artykułów o śmierci, zniszczeniu, Sodomie, Gomorze i zabitych żyrafach, że porzucę te wszystkie sarkazmy i złośliwości na rzecz bukolicznych opisów życia na prowincji, że nie będę wspominać po raz setny tego, jak razem z moim rodzeństwem przykrywaliśmy krowie placki trawą, a potem mieliśmy „radochi po pachi”, bo ktoś się zapomniał i w taką minę właził oraz, że odpuszczę sobie produkcję zdań o długości niezmierzonej i logice nieodgadnionej. Jeśli ktoś na to liczy - sorry, taki mam tu klimat, że niczego nie zamierzam zmieniać. Pewnie, że mogłabym pisać częściej i chciałabym, ale czasem po prostu się nie da albo wybiera się inne rozrywki, jak choćby kompulsywne oglądanie na raz kilku serii ulubionego serialu, bądź maratony książkowe plus obowiązki inne. Dość tych wynurzeń, bo mam wrażenie, że się tłumaczę Wam jak tej ekspedientce w pewnym salonie obuwniczym, kiedy chciałam zareklamować buty, bo w instrukcji użytkowania nie było mowy o zakazie wbijania gwoździa butem. 


Co zatem robiłam przez te ostatnie tygodnie, kiedy nie było mnie na blogu? Część tego czasu poświęciłam na zlecenia, które mają pierwszeństwo przed pisaniem dla przyjemności, czyli produkowałam artykuły do lokalnej prasy. Aby napisać rzetelny artykuł trzeba się trochę nachodzić, zebrać informacje, czyli jak to się teraz mówi: zrobić research, a przede wszystkim znaleźć wenę, zwłaszcza do napisania czegoś pod tzw. przymusem (albo z chęci zdobycia paru złotych polskich na waciki). Niestety, jestem mistrzem prokrastynacji i pretenduję do olimpijskiego złota w wymyślaniu powodów, dla których nie powinnam robić tego, co zdecydowanie dawno już zrobić powinnam. Pranie sandałów w zimie, odsuwanie mebli, obdzwanianie znajomych albo rzucanie się z protestacyjnymi okrzykami na łóżko przemawia do mnie bardziej niż zbliżający się dead line, co zazwyczaj kończy się tak, że siedzę do czwartej nad ranem i walę w klawiaturę nosem. Poza pisaniem na zlecenie, nadal jestem radośnie bezrobotna, dlatego zdecydowaną większość czasu spędzam w domu, okutana w gruby sweter mało znanej marki „PłonieOgniskoiSzumiąKnieje” oraz dresy równie mało znanej marki „CoTyDoDiabłaMaszNaSobie”. 

Zanim zaczniecie mi współczuć, zastanówcie się, czy Wy nie chadzacie po Waszych rezydencjach w tym, w czym jest Wam wygodnie, bo podstawą mego dobrego samopoczucia jest wygoda, a kiedy ją mam, rozmyśla i funkcjonuje mi się pierwszorzędnie. Oczywiście niewielu jest naocznych świadków, którzy znienacka mnie odwiedziwszy, zobaczyli w takim właśnie odzieniu, bo moi znajomi najczęściej wiedzą, że miło by było, aby się zapowiedzieli, gdyż w przeciwnym razie zapłonie ognisko z ich nieposłusznych ciał i zaszumią knieje, kiedy będę rozrzucać ich prochy w lesie. Jak to zwykle jednak bywa istnieją wyjątki od reguły. Takimi wyjątkami są chwile, kiedy wieczorem „za pięć dwunasta” koniecznie muszę jechać po coś do sklepu i błyskawicznie, nie przebierając się (po co? przecież i tak o tej porze nikogo znajomego w sklepie nie spotkam), wsiadam w auto i mknę do tego spożywczaka. Nie wiedzieć czemu, na ten sam pomysł wpadło pół miasta i natykam się co chwilę już nie tylko na znajomych, którzy mogliby mi wybaczyć wygląd bezdomnej nauczycielki w-f, ale i tych „życzliwych”, którym daje cichą satysfakcję to, że zastaną mnie w tym stroju reprezentacyjnym przy półce z pasztetami. Stoję przy tych pasztetach (po co tam polazłam? nawet nie wiem, bo nie jem mięsa) i dzielnie znoszę całą tę procesję: matematyczka z liceum (za każdym razem, kiedy stałam przy tablicy miałam wrażenie, że analizowała turecką geometrię mojego, o siedem rozmiarów za dużego, swetra i jestem pewna, że w myślach układała frazy w stylu: „Masz tu dziecko pięć dyszek i idź kup sobie normalny sweter”), chłopak, do którego wzdychałam w liceum i który olał mnie przed studniówką dla jakiejś blondyny i z tą oto blondyną (w piętnastocentymetrowych szpilkach) do półki z pasztetami podszedł i się kpiąco uśmiechał, jest i znajoma, która ilekroć mnie widzi, projektuje na twarzy uśmiech, sugerujący nadchodzące zatwardzenie i komplementuje mnie tekstami o takiej sile rażenia: „Ojej, fajnie wyglądasz, jak na wykopkach!”, jest również, ubogi w empatię pan z urzędu pracy, któremu nie dalej jak miesiąc temu powiedziałam (nim trzasnęłam drzwiami), że mogłabym się z nim zamienić i też za średnią krajową popierdzieć w stołek, o! i nawet znienawidzona sąsiadka mojej babci się tu zaplątała, a wraz z nią pytanie: „Pracę, męża, dzieci, samochód, kredyt masz?”. Wybaczam tym ludziom, bo to nie ich wina, że w sklepie, przy półce z pasztetami obnażają swoją głupotę i słabości. A siebie w myślach opierniczam, że wcale mi ta puszka kukurydzy i czekoladowy baton nie były do szczęścia potrzebne, zwłaszcza „za pięć dwunasta”.



Zostawmy okołochałupiany look i kontynuujmy enumerację zajęć, na które ostatnio wydawałam swój cenny czas. Na pewno było to czytanie, bo znów wrócił mi głód książkowy i na szczęście w moje ręce trafiły same dobre książki. Z moim czytaniem jest taki problem, że jak się bez reszty wciągnę, to jestem w stanie symulować chorobę, byle tylko jak najszybciej skończyć czytać i doznać oświecenia, ale o książkach w najbliższej Parapetówie. Poza czytaniem, starałam się jak najwięcej unikać Internetu, bo nie zdawałam sobie sprawy z tego, ile czasu w nim spędzam, zupełnie niepotrzebnie, upośledzając się już nie tylko społecznie, ale i mentalnie. Bywały dni, że rzucałam laptopa w cholerę i wychodziłam z domu bez konkretnego celu. Szłam i szłam przed siebie, a kiedy się w końcu zatrzymałam, odwracałam się na pięcie i maszerowałam z powrotem. To niesamowite ile zwykły spacer może zdziałać. Przychodzą mi wówczas do głowy najlepsze frazy i pomysły na tekst, rozwiązania małych problemów podsuwają się jak na tacy i okazuje się, że jeszcze nie całkiem wyginęły we mnie endorfiny. Podczas jednego z takich spacerów utwierdziłam się w przekonaniu, że ograniczenie siedzenia przy komputerze to strzał w dziesiątkę, bo idąc po ubitej polnej drodze, pośród suchych traw, usłyszałam własne kroki i wydało mi się to tak niesamowite, że aż przystanęłam. Pomyślałam, że źle ze mną skoro przeżywam fascynację własnymi krokami, ale w tym gęstym szumie traw brzmiały one jak muzyka. To zabawne, że w ogóle poszłam tą drogą, bo zazwyczaj idę w stronę miasta, zapuszczam się w uliczki i odwiedzam swoje ulubione miejsca, ale nie wiadomo dlaczego, po przejściu kilkuset metrów wróciłam do punktu, gdzie można było skręcić w inną drogę i sobie nią pomaszerowałam. W momencie, w którym wkroczyłam na tą drugą drogę, przypomniał mi się cytat zasłyszany od kogoś bardzo mądrego, od kogoś, kto pewnie nie zdaje sobie sprawy, z tego jak to, co mi kiedyś powiedział do mnie przylgnęło i we mnie zakiełkowało. Jest to cytat z wiersza Roberta Frosta Droga nie wybrana: „Zdarzyło mi się niegdyś ujrzeć w lesie rano dwie drogi; pojechałem tą mniej uczęszczaną - Reszta wzięła się z tego, że to ją wybrałem." 

Jest jakaś ogromna nadzieja w tych słowach - przynajmniej dla mnie, jakaś obietnica, a zarazem zapewnienie, że dobrze wybrałam stawiając w życiu na trudniejszą drogę, ale za to dającą mi szczęście i mam nadzieję, że tego szczęścia będzie coraz więcej. Majdańskie barykady ważniejsze zapewne, ale ja też mam swoje i dla mnie są tak samo ważne. Mam na nich mnóstwo roboty, najczęściej walczę tam sama ze sobą, mocując się z brakiem pracy i związanymi z tym dylematami. Jednak nie wyobrażam sobie, że mogłabym stąd wyjechać znowu na dłużej. Dość już mam tego włóczenia się po świecie w poszukiwaniu Wielkiego Być Może i Lepszego Czegoś. Równie dobrze mogę je znaleźć na polnej drodze podczas jednego z tych moich spacerów, jeśli uzbroję się w cierpliwość i nie przestanę robić tego, co robię. Bywa ciężko, ale na szczęście tylko „bywa”, a nie „jest”, lecz jeśli ktoś uważa, że jednak „jest”, to niech idzie do marketu i stanie przed półką z pasztetami.




wtorek, 4 lutego 2014

Zbyt wiele szczęścia, Alice Munro

Wstydzę się, że dopiero teraz sięgnęłam po jej książkę (dziękuję uparta pani bibliotekarko), choć to noblistka i wiadomo, że tak prestiżowej nagrody nie dają byle jakiemu pisarzynie. Jednak zawsze mnie od noblistów jakoś odrzucało (no może z wyjątkiem Johna Coetzee, którego książki wydały mi się nadzwyczajne) i czytałam sobie nie-noblistów. Z Alice Munro to miłość od pierwszego przeczytania, serio. Tym bardziej mnie to dziwi, bo nie przepadam za opowiadaniami. Gustuję raczej w powieściach i reportażach. W wikipiedii piszą, że jest jedną z najznamienitszych autorek krótkich form prozatorskich, ale obalam to stwierdzenie, bo ona jest NAJZNAMIENITSZĄ autorką krótkich form prozatorskich i nie ma sobie równych. 

Opowiadanie pt. Inny wymiar, które rozpoczyna książkę, po prostu połknęłam i się wkurzyłam, bo było tak dobre, że bałam się, iż kolejne może mu nie dorównać. Nic bardziej mylnego. Każde opowiadanie z tomu Zbyt wiele szczęścia jest majstersztykiem, ale gdybym miała wybrać wg mnie najlepsze, byłoby to Na Wzgórzach, ze względu na fragement, w którym główna bohaterka opowiadania odwiedza Pana Perverseya (nazwisko pasuje tu idealnie) w jego willi i wizyta przebiega w tak dziwnych okolicznościach, że aż otworzyłam oczy ze zdziwienia. Nie będę zdradzać fabuły, bo popsuję Wam całą przyjemność bycia zaskoczonymi, jeśli oczywiście zechcecie zajrzeć do tej książki. Daruję sobie mnożenie patetycznych ochów i achów na temat jakości prozy Munro, bo ostatnimi czasy staram się żyć konkretnie i tak się też wypowiadać, więc na pytanie, czy warto przeczytać tę książkę, odpowiadam konkretnie: w rzeczy samej.



sobota, 1 lutego 2014

Kulki na mole, psychopaci i Malavita

Do kitu ten styczeń był! Napisałam tylko dwa posty, bo mi się wydawało, że to moje pisanie to mało ważne jest i ogólnie piszę o rzeczach, które tylko mi mogą wydać się interesujące. Na szczęście potem stwierdziłam, że mam to za przeproszeniem w dupie i oto teraz wygrywam na klawiaturze jakies podłe scherzo pewnie albo nokturn, żeby było mroczniej. Coś się ostatnio ze mną porobiło takiego, że moja tolerancja dla ludzi drastycznie spadła i dostałam uczulenia na rzeczywistość. Spotkania z panią z punktu pocztowego Pod Klasztorem sprawiają, że budzi się we mnie Jason z "Piątku 13-ego" i ukradkiem szukam maczety, a w wersji humanitarnej po prostu wychodzę, żeby nie eksplodować. Ostatnio wyparowałam stamtąd, kiedy "pocztowa pani" zastrzelia inną panią, wysyłającą paczkę do Peru, takim oto pytaniem: "Czy te paczki zrzucają z samolotu nad jakąś wioską, bo tu kodu nie ma?!". Oznajmiła to z taką miną, jakby na całym świecie były kody pocztowe i w dodatku tylko polskie. Nie wytrzymałam, poszłam policzyć do miliona i wróciłam pełna zrozumienia i słodyczy. Niestety, "pani pocztowa" znów znęcała się nad moją psychiką: "Jak pani kupi za 1 zł ubezpieczenie to pani zakleję kopertę taśmą, żeby nikt nie rozdarł". (Trzymajcie mnie ludzie!) Zaprotestowałam, bo mam gdzieś pocztowe "all inclusive", zapłaciłam za znaczek i poszłam kupić sobie czekoladę, gdyż nietrudno się domyslić, że spaliłam wszystkie węglowodany w tym diabelskim punkcie pocztowym.


Następnego dnia, z braku miejsca na parkingu pod bankiem, parkuję tuż obok, na małym skrawku trawy. Załatwiam coś w banku, wychodzę i staję jak wryta, bo oto właśnie w tej wiekopomnej chwili jakiś chiuaua przymocowany smyczą do pani w panterkach, podnosi nogę na moje koło. Odzyskuję przytomność i zwracam babie uwagę, że pies sika na mój samochód, w odpowiedzi słyszę: "To trzeba było wjechać na parking". Bóg jeden wie, dlaczego jeszcze nie siedzę w kryminale za zabójstwo. Następnego dnia budzę się, włączam radio i dowiaduję się, że z okazji Dnia Babci można sobie zadzwonić do pewnej stacji radiowej i o swojej babci poopowiadać. Przez chwilę zastanawiam się radośnie, czy nie kręcić kierunkowego i nie opowiedzieć o tym, jak babcia biegała za nami z kijem po całym podwórku, żeby nam tyłki przetrzepać, bo zrobiliśmy z jej najlepszej halki żagiel, który dumnie powiewał na maszcie naszego pirackiego okrętu. Szybko mi ten durny pomysł przechodzi, bo oto jakiś ucieszny wnuczuś dzwoni, że jego babcia jest wspaniała i zawsze mu się kojarzy z kulkami na mole. Nieee, tego było już za wiele. Spakowałam się i pojechałam do Katowic, żeby odpocząć od tutejszych podłości. I w sumie odpoczęłam, ale nabawiłam się czasowego wstrętu do filmów. 

Za każdym razem, kiedy jakiś oglądam mam wrażenie, że coraz bardziej widza traktuje się jak idotę. Przykład pierwszy lepszy z brzegu. Oglądam "Porachunki" z Robertem De Niro, jem wypasiony kisiel malinowy i myślę sobie, że to musi być dobry film skoro on (De Niro nie kisiel) tam gra. W filmie jego bohater ma psa, sukę znaczy się, co się zwie Malavita. Skoro to jest suka, to na litość boską, dlaczego żaden z panów kręcących film nie wpadł na pomysł, żeby sukę grała suka, a nie pies, który podnosi nogę do sikania, a suka przecież nie. Wpatruję się w to dzieło, niczego nieświadoma, aż tu nagle widzę, jak Malavita podnosi nogę i jednym siknięciem zaprzepaszcza moje nadzieje. Obejrzałam film do końca, ale został mi totalny niesmak. To podobnie jak w przypadku "Przetrwania" z Liamem Neesonem. Film mocno trzymający w napięciu do samego końca. Prawie. Bo na tym "prawie końcu" pojawiają się komputerowe wilki, które wyglądają, jakby uciekły z filmu animowanego i to z lat osiemdziesiątych. Dobrze, że nie zawiódł czynnik ludzki w postaci towarzystwa, w jakim spędzałam czas w Katowicach, bo chyba założyłabym czarną pelerynę i wypłyneła dumać "na suchego przestwór oceanu", a potem strzeliłabym do siebie z pistoletu na wodę. Ach, zapomniałam się pochwalić, że byłam w Teatrze Śląskim na "Locie nad kukułczym gniazdem" w reż. Roberta Talarczyka i to już w ogóle wynagrodziło mi moją kulturową posuchę. Mieliśmy fajną miescówkę i oglądałam z przytulnego balkoniku genialny pojedynek psychologiczny między siostrą Ratched a McMurphym. Kapitalny spektakl i świetni aktorzy.

Zanim pojechałam do Kato, mierzyłam się z jeszcze jedną przykrością, a mianowicie lekturą zadaną na Dyskusyjny Klub Książkowy. Podchodziłam do tego gniota (przez szacunek do książek nie wymienię tytułu) kilkanaście razy, dobrnęłam do 46 strony i nie dałam rady przeczytać choćby pół zdania więcej. I tak podziwiam siebie, że tyle przeczytałam, choć czułam się wówczas, jakbym oskalpowała sobie głowę, zrobiła w czaszce trzy małe dziurki i sypała w nie kolejno: sól, kwasek cytrynowy i sproszkowaną mękę. Z pomocą przyszło mi roztargnienie, bo pomyliłam datę obrad Klubu, więc uniknęłam szurania nogami i improwizowania na podstawie przeczytanego fragmentu oraz recenzji z okładki.

Na szczęście wszystko wraca do normy. Styczeń się skończył, zaopatrzyłam się w świetne książki, ludziom staram się wybaczać (ale nie zapominać, jak głosi demotywatorowa mądrość), kulkom na mole też wybaczam, bo to nie ich wina, że śmierdzą, na pocztę pójdę gdzie indziej, w razie potrzeby podsikam komuś auto, a potem nakręcę film, w którym wmówię wszystkim, że pomidory to tak naprawdę marchewki. "Drodzy psychopaci, ogłaszam teraz 10 sekund błogosławionej, terapeutycznej ciszy."

A poniżej ja w drodze na pocztę.