czwartek, 27 marca 2014

O tym, dlaczego filozofia podróżowania jest luksusem dla wybranych

Podróż: słowo-przygoda, słowo-obietnica, słowo-zmęczenie, słowo-niewiadoma, słowo-moc. Niewiele jest słów o takiej pojemności. Podróżą może być wszystko: życie, spacer, miłość, jazda rowerem po seler do warzywniaka albo czytanie książki, bo tak naprawdę chodzi w tym wszystkim o przemieszczanie i przenoszenie. Przemieszczamy się gdzieś fizycznie i przenosimy myślami, tak czy siak – podróżujemy. Wystarczyło kilka dni chorobowego uziemienia, żebym odkryła, a raczej przypomniała sobie, ile dla mnie znaczy możliwość przemieszczania się. W moim podróżowaniu doznania geograficzne są sprawą drugorzędną, bo tak naprawdę chodzi o to, że podróżując zmieniam punkt widzenia na pewne sprawy. Jadąc lub idąc dokądś tak naprawdę odbywam podróż wgłąb siebie, a nieskromnie powiem, że nie każdego stać na filozofię podróżowania, choć nic nie kosztuje.


W swoją pierwszą poważną podróż wybrałam się jako dziecko, z babcią, która postanowiła odwiedzić ciotkę w Tarnowie. Pamiętam, że byłam bardzo przejęta dystansem, jaki mamy pokonać i siedziałam nieruchomo na siedzeniu obitym designerskim wzorkiem „PKP”, i pożerałam oczami przesuwający się za oknem krajobraz. Od ciotki dostałam dżinsową spódnicę i czarne lakierki (wszystko zagraniczne, nie ma to tamto), a że czasy były wiadomo jakie, cieszyłam się tym niemożebnie. Niestety w tamtym czasie jeszcze się zbytnio w siebie nie zagłębiałam, bo drogę powrotną spędziłam na kontemplowaniu czerni i połysku lakierków, i zupełnie nie przeszkadzało mi to, że były na mnie o numer za małe. Kolejne podróże także wiązały się z wizytami u rodziny, tyle że w Lublinie. Bardzo lubiłam tam jeździć. Niby ten sam kraj, ale wschód Polski ma w sobie coś, czego zachód już nie ma, jakiś taki dziwny spokój (bynajmniej wtedy miał). Lubelszczyzna podoba mi się niesamowicie, być może dlatego, że idealizuję ją trochę przez pryzmat dzieciństwa. 

Jeździłam też na wycieczki szkolne w różne miejsca, w które trzeba (zdaniem nauczycieli) pojechać, ale z perspektywy czasu nie określiłabym ich mianem podróży, bo zamiast duchowych i krajoznawczych uciech przywoziłam stamtąd przeświadczenie, że dzieci jeżdżą na wycieczki po to by rzygać w autobusie. Pamiętajmy, że był początek lat 90. i rzadko, któremu rodzicowi przyszło do głowy, żeby dać dzieciakowi aviomarin, który zresztą nie był tak łatwo dostępny. Swoją drogą mam też traumę z tym związaną. Razu pewnego nasza kochana Mutti, zapakowała mnie i siostrę do naszej słynnej Łady, i postanowiła odwiedzić swą koleżankę w Jarosławiu. Była zima, na nogach miałyśmy amerykańskie, białe pseudokowbojki z ceraty, a któraś z nas (siostra albo ja – jeśli siostra pamięta niech uściśli) miała na sobie – uwaga – futerko z królika (Mamo jak mogłaś?!), sztywne i krępujące ruchy (nie można było się nawet obejrzeć do tyłu bez odwracania całego ciała). Gdzieś w połowie drogi, siostra albo ja, wyobraziłyśmy sobie, że jedziemy do Rygi i przyozdobiłysmy futerko wiadomo czym. Abstrahując już od naszej choroby lokomocyjnej, chyba nie lubiłyśmy tego futerka, bo ilekroć mama nas w nie ubierała, regularnie je zarzygiwałyśmy, a po wycieczce do Jarosławia wyrzuciła je w diabły, ku naszej uciesze.

W liceum odbyłam tylko jedną ważną podróż, chyba jedną z najważniejszych w życiu. Pojechałam do Warszawy, żeby móc postawić stopę w miejscach, gdzie bywała bliska mi osoba, która zmarła kilka miesięcy wcześniej. Pociąg do Warszawy wlókł się niemiłosiernie, bo nastąpiła kumulacja majowych burz i to, co działo się za pociągowym oknem dokładnie odzwierciedlało to, co działo się we mnie. To tak jakby moje wnętrze zostało wystawione na publiczny widok, z tą różnicą, że tylko ja wiem, że jest moje. Połykałam łzy i zaciskałam pięści, ale z drugiej strony cieszyłam się, bo wiedziałam, że kiedy już z tej Warszawy będę wracać, to będzie mi lżej na duszy. I było. Nawet już w samej Warszawie, kiedy stałam w majowym deszczu pod kolumną Zygmunta, razem za jakimś psem, który nagle do mnie przybiegł i nie chciał się odczepić. Wszyscy gdzieś się pochowali przed tym deszczem, a mnie się akurat zachciało schować w deszczu. To dziwne, ale właśnie uświadomiłam sobie, że od tamtej pory nie byłam w Warszawie, pomijając lądowanie na lotnisku Chopina.

Okres studiów to podróżowanie bez końca między miastami, w których studiowałam a domem. Liczba godzin spędzonych wtedy w depresyjno-wyskokowych (dosłownie, bo co jakiś czas, ktoś z wagonu skakał lub się pod pociąg rzucał) wagonach PKP jest wprost proporcjonalna do tego, ile działo się w mojej głowie. Głównie za sprawą lektur, z którymi romansowałam w tych pociągach. Bogowie! Czego ja wówczas nie czytałam: Wojaczki, Bursy i inne Świetlickie, Rimbaudy, Baudelairy, Verlainy, Nitzche, Eco, Cioran (aż dziw bierze, że się jeszcze po tych lekturach nie unicestwiłam samobójczo), Plath, Tokarczuk no i oczywiście Pilch. Tak sobie myślę teraz, że ten Pilch to mnie chyba ratował przed resztą masochistycznych lektur. Denerwuje mnie jego obsesja futbolowa i momentami szowinistyczne wtręty, ale uwielbiam Pilchowe pióro do dziś za niesamowicie inteligentny, złośliwy, ale bez przesady, dowcip (do dziś pamiętam jak czytałam na głos moim współpasażerom w pociągu relacji Rzeszów-Kraków, fragmenty Mojego pierwszego samobójstwa, zdaje się te o Babce Czyżowej i zaraz każdy miał do opowiedzenia jakąś śmieszną historię o własnej babce). Odkąd wprowadzili w pośpiesznych wagony bez przedziałów, takie z osobnymi siedzeniami, przywodzące na myśl te w samolocie, potrafiłam gnać przez cały peron, żeby tylko wsiąść do takiego wagonu (a były dwa na cały pociąg) i nie musieć z nikim gadać, wsadzić nos w książkę, zabunkrować się i uprawiać intelektualny oraz duchowy nierząd. Po każdym przeczytanym rozdziale robiłam przerwę i przez piętnaście minut gapiłam się na to, co za oknem, jakby miało mi to pomóc w utrwalaniu prawd najważniejszych, które wynajdywałam między wersami tekstu. Skutkiem ubocznym tego zawieszenia były przemyślenia o takiej rozpiętości tematycznej, jakiej nie posiada nawet wikipedia. Co prawda, większość z nich to jakieś abstrakcyjne pitolenie, ale „bękarty leniwego umysłu” to nie były na pewno.

I tak doszliśmy do momentu, kiedy zmienia się kondycja mojego podróżowania. Z pociągów przerzuciłam się na samoloty i metro. Moja pierwsza podróż samolotem to ekstaza połączona ze strachem i skrajnie idiotyczne pytania w stylu: jak to możliwe, że na dole jest ciemno, a tu nad chmurami świeci słońce? Lot z Warszawy na madryckie Barajas pamiętam jak przez mgłę, właśnie z powodu tej ekscytacji. Po Madrycie śmigałam metrem, w którym nie sposób się zgubić, nawet jeśli trafia się tam pierwszy raz, serio. Z wiadomych względów nie można było sobie podziwiać zaokiennych krajobrazów, ale za to ludzie jeżdżący metrem wynagradzali te niedogodności. Takiego przekroju społecznego i nagromadzenia tylu kolorów nie widziałam w żadnym innym miejscu. Jeśli ktoś zwrócił moją uwagę (a było tak prawie za każdym razem, gdy jechałam metrem), wymyślałam mu życiorys, aktualne zajęcia, emocje, przeżycia. Bawiłam się przy tym znakomicie i robiłam użytek z najwymyślniejszych polskich przymiotników, jakie zdołały mi przyjść do głowy.
Po dłuższym pobycie w Hiszpanii wybrałam się w podróż do prowincji La Rioja, gdzie mieszkałam na samym początku. Droga wiodła w dużej mierze przez góry, więc jechałam autokarem przez te wszystkie przełęcze i doświadczałam tak skrajnych przeżyć, że dziś mam wrażenie jakby mi się to wszystko śniło. Pamiętam, że kiedy zobaczyłam kościół częściowo wykuty w skale, a częściowo zwisający nad przepaścią, ledwo powstrzymałam buzię i ręce, żeby nie drzeć się, i nie wymachiwać rękami w kierunku kościoła, przekonując kierowcę, że musimy jechać mnichom na pomoc. Kiedy zdarzało mi się przysnąć i budziłam się, będąc przyklejoną do szyby, wystarczyło skierować oko w dół, by zobaczyć Rio Irregua wijącą się w dole kilkadziesiąt metrów pod nami – horror dla kogoś, kto jak ja ma lęk wysokości. Z tej podróży pamiętam tylko jedno słowo: adrenalina. Mieszkając w Anglii nie podróżowałam za wiele, głównie pociągiem z Mansfield do Notthingham, nie licząc samochodowej wyprawy do Manchesteru, kiedy to przedawkowałam angielski aviomarin i przespałam zarówno podroż do jak i z miasta, a z samej wizyty w Manchesterze niewiele pamiętam. W Anglii podróżowało mi się raczej na smutno, bo tęskniłam okrutnie za Polską i na początku źle znosiłam pogodę, ale potem wszystko się zmieniło, bo dziś potrafię tęsknić za tą angielską surowością. A za Notthingham będę tęsknić zawsze.



Dziś podróżuję głównie na Śląsk i w zasadzie tylko Polskim Busem, bo ma dobre ceny biletów, a komfort jazdy jest względnie dobry. Ale co z tego, skoro ledwo autokar ruszy, to ¾ pasażerów wyciąga swoje iphony, smartfony i inne srajfony, tablety oraz laptopy (bo Polski Bus ma wifi) i rozpoczyna się zmasowany atak na mój spokój. Wszechobecne klikanie, pikanie, dzwonienie i trajkotanie sprawia, że owszem, odbywam podróż do swego wnętrza, ale do najmroczniejszych jego zakamarków, zatrzymując się po drodze na takich stacjach jak: Irytacja, Wkurwienie, Zbiorowy Mord. Potrafię dojechać do Katowic, nie przeczytawszy ani jednej strony w książce, ale wiem za to, że: dziewczynie siedzącej za mną nie wyszło z Jackiem, ale wyszło z Marcinem, bo przez dwie godziny relacjonowała telefonicznie koleżance swe miłosne zmagania, pies kobiety siedzącej obok mnie nasrał do jej ulubionego buta (doniósł o tym telefonicznie troskliwy mąż, którego słyszałam w słuchawce ja i połowa autokaru), grupa szczebiocących pracownic pewnej kawiarni w Rzeszowie, jechała na baristyczne szkolenie do Katowic (a wiem to, bo ich nadgorliwa opiekunka postanowiła zacząć szkolenie już na tyłach autokaru), panowie siedzący przed mną, przywieźli ze Szwecji „miliony”, które liczyli na głos, po przejechaniu każdych 50 km, wspomagając swoje matematyczne umiejętności ukradkiem pitą żubrówką. Nic dziwnego, że po wyjściu z autokaru miewam niejasne przeczucie, że wiem jak wygląda lobotomia. Ludzie wiecie, co to kultura podróży?! Cóż mogę więcej dodać? Tęsknię po prostu za tym podróżowaniem z czasów studenckich, kiedy w człowieku było więcej Człowieka, a mniej idioty.


piątek, 21 marca 2014

Ich bin krank, czyli ból egzystencjalny w leprozorium

Musiałam się pochorować, żeby coś napisać - do czego to już doszło?! Zalegam teraz spektakularnie w moim łożu boleści, przyozdobiona zasmarkanymi chusteczkami niczym białymi liliami i kiedy w gorączkowej malignie usłyszę piosenkę z Titanica, będzie to znak, że czas posłać po notariusza w celu sporządzenia testamentu, w razie gdyby ktoś niepożądany połakomił się na stosik książek, niemiecki rower marki Herkules (przeżył niejedno, sam siebie również), ciuchy w rozmiarze gimbusize i kota organizującego działalność przestępczą każdego dnia o 7.00 rano w okolicy wystających spod kołdry stóp. Póki co, słyszę jedynie piszczenie w lewym uchu, więc wygląda na to, że umierać nie będę. Zostaje mi użalanie się nad sobą, co też niezwłocznie od pierwszego smarknięcia i kaszlnięcia czynię, ze znaną sobie determinacją i terrorystycznym zacięciem. Gorzkie żale w moim wydaniu przebijają nawet obojczykowe lamenty mojej babci, która ów obojczyk złamała dwadzieścia lat temu, ale do dziś dnia nad tym ubolewa, jakby co najmniej amputowano jej rękę. O tak, nie ma to jak wywlec wszystkie smuty na wierzch, stanąć nad nimi i zapłakać, zaryczeć, drzeć pidżamę w akcie rozpaczy i ubolewać nad swym nieszczęsnym losem. Siedzę na wygnaniu, zamknięta w pokoju, z kotem za jedyne towarzystwo, jak w jakimś cholernym leprozorium tylko trądu nie mam. Co prawda na zapalenie tchawicy i krtani się nie umiera, ale nigdy nic nie wiadomo, w razie czego ćwiczę bolesne jęki i omdlenia. Obłożyłam się książkami, ale po przeczytaniu dziesięciu stron którejkolwiek albo zasypiam, albo nachodzi mnie ochota przeczytać zakończenie, więc zamiast tego postanowiłam stworzyć boleściwego posta, żebyście się mogli ze mną łączyć w bólu i rozpaczy. Mamy piękne piątkowe popołudnie, termometr przyłożony do skroni wskazuje 38,1 stopni (trafia, czy pudłuje - nieważne, obecnie i tak ginę w mękach!), herbata z cytryną stygnie, kot od trzech godzin śpi w pozycji trumiennej, świat zaokienny uspokaja mnie jednostajnym szumem...


Skoro mam chwilowo papiery na narzekanie poparte chorobą, to skorzystam z okazji i powspominam jak cudownie chorowało mi się dawniej. Jako dziecko zapadałam na wszelkie choroby, które w wieku dziecięcym powinien przejść każdy, czyli: drapałam krosty podczas ospy, kwitłam różyczkową wysypką i w trakcie świnki hodowałam szyję niczym Pudzian. Do tego należy dodać wszelkie anginy, grypy, rotawirusy, zapalenia oskrzeli itp. W dzieciństwie najfajniejsze w chorowaniu było to, że chorowanie miało się gdzieś. Nieważne, że w gorączkowych majakach zdarzało mi się rozmawiać z Koziołkiem Matołkiem i dupa bolała od zastrzyków z penicyliny, ważne, że dostawało się nowe kredki woskowe (jeśli można narkotyzować się zapachem tych kredek, to tak, zgadza się, byłam małym kredkowym ćpunem), o jednego pomarańcza więcej od cioci z Ameryki, w domu gotowano to, co lubisz no i przede wszystkim nie trzeba było iść do szkoły. Tydzień spędzony w kołdrach owocował galerią epickich obrazów popełnionych ręką dziecięcia będącego pod wpływem oparów z kredek woskowych. Niosło się te dzieła do szkoły, pani od plastyki piszczała z zachwytu, na konkursy wysyłali i miało się przynajmniej jakąś książkę w nagrodę od czasu do czasu. Poza tym można było podczas chorowania robić mnóstwo innych rzeczy, jak choćby buszowanie po szafkach w babcinym pokoju w poszukiwaniu wszelkich skarbów lub zarażanie chorobą resztę rodziny.

W liceum chorowało się przeważnie na chemię, zasady rachunkowości lub matematykę, a w międzyczasie na anginę i grypę. Zdarzyło się, że wspomnianą anginę przeziębiłam i wylądowałam w leżajskim szpitalu na oddziale dziecięcym, bo byłam jeszcze nieletnia, więc na inny oddział się nie nadawałam. Wsadzili mnie do izolatki, gdzie leżałam całe dwa dni, a gdy się obudziłam, zobaczyłam nad sobą dwóch debatujących lekarzy i panią pielęgniarkę, zbliżającą do mnie rękę z palcem wskazującym, owiniętym w coś, co pewnie było gazikiem. Bezceremonialnie wpakowała mi palec do gardła i po kolei przebijała ropne bąble. Nie muszę opisywać bogactwa doznań, jakie towarzyszyło temu doświadczeniu – grunt, że wyobraziłam sobie, jak wyżynam w pień rodzinę pielęgniarki do trzeciego pokolenia w przód i wstecz. O dziwo te sadystyczne praktyki poskutkowały lepiej, niż penicylina i inne medykamenty, bo przewieziono mnie już w całkiem znośnym stanie do normalnej sali, którą dzieliłam z przeuroczą dziewczynką o nieco wybujałej fantazji. Dziewczynka regularnie przeszukiwała mi szafkę (pewnie dziś zasila szeregi celników przy którejś z granic) i zaznajamiała mnie z lalkowym towarzystwem wzajemnej adoracji, które obradowało na jej łóżku. Moim jedynym rówieśnikiem na oddziale był chłopak po jakimś urazie kręgosłupa i szybko okazało się, że całkiem sprawnie wychodzi nam eksplorowanie przyszpitalnego parku i rozmowy o tym, jakie to życie jest ciężkie. Pamiętam, że planowaliśmy nawet ucieczkę ze szpitala, zachęceni szalejącymi po niebie światłami z pobliskiej dyskoteki o obiecującej nazwie „Ibiza”. Niestety szpitalny amant wyłamał się (no pewnie, jak tu tańczyć z chorym kręgosłupem), a na drugi dzień wyszedł ze tegoż szpitala i nici z naszego romansu kręgosłupowo-anginowego.

Dziś choruje mi się znacznie gorzej. Wystarczy, że poleżę dwa dni w łóżku i trafia mnie szlag. Kiedy mam dość czytania książek, oglądania filmów i rozgrzeszam chorobą swoje lenistwo, pozostaje mi tylko leżenie plackiem. I tu pojawia się problem, bo nie jestem stworzeniem, które potrafi sobie po prostu leżeć oraz nie szaleć zbytnio z intensywnym myśleniem. Ledwie odłożę książkę i zaczynam zgłębiać zawiłe treści sufitu, to od razu w mojej głowie dzieją się dantejskie sceny. „Gdybam”, rozpamiętuję, wspominam, wyobrażam coś sobie, katuję się bzdurami i oczywiście popadam w stany sztucznej nostalgii, nie bardzo wiedząc, za czym tak tęsknię. Nie znoszę tego idiotycznego grzebania sobie w głowie, bo potem czuję się podwójnie chora: fizycznie i z wściekłości, że marnotrawię czas na głupoty. A mogłabym przecież w tym czasie napisać choćby jeden post i się cieszyć, że blog nie pozarastał pajęczynami i nie przykrył się kurzem. Dobrze, że tym razem zamiast kontemplowania sufitu zdecydowałam się zasiąść do pisania, nawet jeśli jest to pisanie o głupotach. O tak, teraz czuję się zdecydowanie lepiej.


niedziela, 2 marca 2014

Dziadek do orzechów, babka do kościoła, czyli co nieco o starości

„To nie jest kraj dla starych ludzi”. Tak, wiem, że to tytuł filmu braci Coen, ale pasuje też idealnie, jako slogan na pocztówki z Polski. Do takiego wniosku doszłam, będąc świadkiem takiej oto sytuacji: podchodzę do kasy ze swoim koszykiem, a przy niej stoi na oko 70-letnia kobieta i tłumaczy dwóm młodym dziewczynom/ekspedientkom, że była u kosmetyczki i ta poleciła jej by zakupiła jakiś specyfik w saszetkach do skóry wrażliwej. Te dwie pindy nie mogły się powstrzymać, żeby się głupio do siebie nie uśmiechnąć, kiedy tylko usłyszały, że owa staruszka była u kosmetyczki (jakby to było od pewnego wieku zabronione), po czym ją najzwyczajniej w świecie, z udawaną uprzejmością spławiły. Kiedy tylko kobieta odeszła od kasy, wymieniły szeptem między sobą kpiące uwagi i jedna z nich zaszczebiotała: „W czym mogę pomóc?”. „W niczym” – powiedziałam i poszłam odłożyć to, co miałam w koszyku, a potem wyszłam z drogerii, trzaskając drzwiami. Dogoniłam tamtą kobietę i powiedziałam jej, żeby poszła do kosmetyczki i poprosiła o dokładną nazwę tego, czego szuka oraz, żeby poszła do innej drogerii, bo w tej zatrudniają dziewczyny umysłowo niepełnosprytne. Podziękowała zdawkowo i odeszła w swoim kierunku, a ja się zaczęłam zastanawiać, czy poszłam za nią, bo jej współczułam i się tym rogrzeszałam, chciałam pomóc albo po to, by obniżyć sobie ciśnienie.

Po chwili dotarło do mnie, że pewnie miałam na twarzy wypisane współczucie, a ona wcale go nie potrzebowała, stąd zapewne jej reakcja. Mówimy: „współczuję Ci” i tak się u nas przyjęło, że wypowiadając te słowa, przyczepiamy temu, komu współczujemy w pewnym sensie etykietkę pokrzywdzonego, ofiary, biedaka itp. A gdyby tak w myślach zamienić słowo ‘współczucie’ słowem ‘współodczuwanie’. Niby znaczy to samo, etymologia ta sama, a jednak brzmi inaczej, bo nie niesie ze sobą ładunku tego dziwnego upokorzenia, jakim może być znalezienie się w pozycji kogoś, komu należy współczuć. Nie ściągamy wtedy brwi w ten głupi sposób, zdający się mówić: „ojej, tak mi przykro ciuciuruciu, pitupitu”. Współczucie to współodczuwanie, zarazem nim nie będące. Ot, taka semantycznie podejrzana sprawa. Przychodzi mi tu na myśl też mój Dziadek, którego bardzo denerwowało, jeśli ktoś mu współczuł i to okazywał. W wyniku pierwszego udaru trafił do szpitala i nie znosił, kiedy się siedziało przy Jego łóżku z tym litościwym spojrzeniem, kretyńsko pytając sto razy, czy Mu czegoś nie trzeba. Dziadek wolał podrywać pielęgniarki i opowiadać im sprośne dowcipy, niż pozwolić, by mu współczuły. Takiego Go zapamiętam na zawsze, ale o moim Dziadku napiszę innym razem, bo to historia na osobny wpis.

Na podstawie tego, co zaobserwowałam w różnych środkach komunikacji miejskiej, kiedy jeszcze mieszkałam w dużym mieście, to starsi ludzie drażnią młodszych, bo: większość śmierdzi (zgadza się, to słyszałam najczęściej), za wolno się ruszają i wiecznie im trzeba wszystko tłumaczyć po dziesięć razy, a słowo ‘emeryt’ kojarzy się z zasiłkiem pogrzebowym.  Mdli mnie, kiedy coś takiego słyszę, bo to oznacza, że pustak generujący te spostrzeżenia uważa, że nigdy nie będzie stary i nigdy nie będzie sprawiało mu trudności wejście po dwóch schodkach do tramwaju, mycie się lub bycie na bieżąco ze wszystkim. Myślicie, że mi się nie zdarzyło pod nosem powiedzieć: „no ruszaj się dziadku”, stojąc za jakimś starszym panem w kolejce do kasy, kiedy ten wyciągał ślamazarnie swoje produkty na taśmę? Ano zdarzyło i nie uwierzę, że Wam się nie cisnęło to nie raz na usta. Zostałam wychowana w szacunku do osób starszych, a mimo to reagowałam na nie różnie.

Nie zastanawiałam się nad tym, dopóki nie pojechałam do Hiszpanii i nie zobaczyłam, w jaki sposób tam się traktuje starszych ludzi. Są przede wszystkim taką samą częścią społeczeństwa jak reszta, tak samo aktywną, kolorową i przede wszystkim WIDOCZNĄ. Mieszkając w Logrono, chodziłam często do La Redondy – uroczej knajpki na Plaza Mercado. Moją pierwszą wizytę tam, przypłaciłam lekkim szokiem, bo zobaczyłam, że przy stolikach siedzą starsze panie i tną w pokera lub inne gry karciane. Mało tego - grały w te karty z osobami w moim wieku lub młodszymi, raczyły się lampkami wina i śmiały do rozpuku. Obok siedziały matki z dziećmi, dalej jacyś młodzi ludzie brzdąkali na gitarze i nikt nie wydawał się zdziwiony obecnością tych kobiet. Pomieszkałam w Hiszpanii dłużej i sama przestałam się dziwić. Kilkupokoleniowe rodziny w jednym domu to tam normalka i właściwie obowiązek młodych, aby opiekować się starszymi, a u nas to raczej już rzadkość. W hiszpańskich parkach niektóre ławki mają przed sobą coś na wzór pedałów rowerowych - siedzisz na ławce i jednocześnie pedałujesz - genialne. Ławki były przeznaczone dla starszych osób, ale korzystali z nich wszyscy. Jeśli ktoś starszy miał problem ze wsiadaniem do autobusu, to reszta pasażerów brała się do pomocy. Być może trochę generalizuję, ale nie twierdzę, że w Polsce to się nie zdarza, bo zdarza, jednak boli mnie właśnie to, że się „zdarza” a nie „jest”.


Ale zaraz, o co ja się tak czepiam? Przecież w Polsce starszy człowiek też może się zajmować różnymi rzeczami np. wybrać ładną trumnę, posiedzieć w kościele, poskrobać gromnicę, pójść do spożywczaka, spróbować przeżyć za gównianą emeryturę, popatrzeć na telefon, który dzwoni za rzadko, dać się naciągnąć jakimś specjalistom od wciskania byle czego. A jak się ktoś wyłamie i np. pójdzie sobie do kosmetyczki, na kurs komputerowy albo na basen to wzbudza lekki uśmieszek. Ci, co lepiej wychowani, nie śmieją się, ale najczęściej współczują. Sama nie wiem, co jest gorsze. Starsi ludzie mają gdzieś współczucie. Owszem często potrzebują pomocy (realnej, nie wzrokowej), zainteresowania, bycia Kimś - ale nie litości nad tym, że są starzy.

A wszystkim tym, którzy jeszcze nie widzieli, polecam najlepszy moim zdaniem film o starości. Danuta Szaflarska - mistrzyni.