niedziela, 13 kwietnia 2014

Spóźniona, ale jest - garść refleksji o Dniu Kobiet

Wiem, że Dzień Kobiet był ponad miesiąc temu, ale widać musiało mi aż tyle zająć pozbieranie do kupy refleksji na temat obchodów powyższego „święta”. Celowo biorę to słowo w cudzysłów, bo dla mnie nie ma ono wymiaru święta, a jedynie jest dowodem na to, że miłościwie panująca myśl patriarchalna pozwala kobietom, obok dzieci (Dzień Dziecka), kotów (Dzień Kota) i depresyjniaków (Dzień Depresji) mieć choć jeden dzień inny niż wszystkie. Nie, dziękuję. Wolę przez swoje 364 dni cieszyć się z tego, że urodziłam się kobietą niż przez jeden dzień robić szum wokół tego stanu rzeczy. I wolę codziennie staczać swoje małe walki o to, by mnie traktowano fair m.in. w pracy pod względem zarobków i płci, o to, żeby nie słuchać szowinistycznych uwag i o to, by moje zdanie się liczyło. Podchodząc do sprawy logicznie, należałoby zapytać dlaczego nie ma Dnia Mężczyzny, wtedy obecność Dnia Kobiet w kalendarzu byłaby jeszcze jakoś zasadna, ale takiego męskiego dnia nie ma (tak, wiem że jakiś tam jest we wrześniu, czy jakoś tak, ale wszyscy doskonale wiemy, że obchodzi się go na siłę) Nie wiem, czy zabrzmi to sensownie, ale śmiem twierdzić, że jestem najpierw człowiekiem, a potem kobietą, więc mam do wszystkiego takie samo prawo jak mężczyzna, po cóż więc mam obchodzić święto, z którego wynika, że jednak tych praw nie mam i muszę o nie zaciekle walczyć. Co? Że tylko wydaje mi się, że mam?! Niech no ktoś mi tylko powie, że nie mam, to mu wytłumaczę w jak wielkim jest błędzie. Oczywiście inną rzeczą jest to, czy wspomniane prawa są respektowane, ale fakt, że one istnieją jest niepodważalny. Tylko czy naprawdę wystarczy ten jeden dzień, aby wszystkich w tym uświadomić? 


Stoję pod kioskiem, nachylam się do okienka, by kupić gazetę i nagle słyszę: „Uuuu, pod kioskiem wypinać taką dupcię, huehuehue… Odwracam się i widzę dwóch panów w wieku mocno podtatusiałym, którzy mają miny jakby mi zaserwowali najlepszy komplement mojego życia. Zapytuję, czy któryś z nich ma córkę, okazuje się, że obaj mają, więc odwołuję się do ich wyobraźni (jeśli takową posiadają) i pytam jak zareagowaliby, gdyby jakiś posunięty w wieku pan wystartował z takim tekstem, do którejś z nich. Panowie się obruszyli, że ja tu ich obrażam tym wiekiem, ale żaden nie skomentował mojej uwagi odnośnie córek, więc po chwili proszę aby mi pokazali sposób na to, by kupić w kiosku gazetę bez schylania się do okienka, bo jeśli taki jest, to bardzo chętnie skorzystam, jeżeli to miałoby mnie uchronić przed uwagami starych erotomanów. Panowie doszli do wniosku, że muszę chyba być z tych „kochających inaczej” skoro nie umiem się cieszyć z komplementu. Cóż było robić, życzyłam im miłego dnia i udanej wyprawy w celu odnalezienia utraconych jaj. 

Kolejka do lekarza w przychodni ortopedycznej. Atmosfera robi się nerwowa, bo co chwilę pojawiają się osoby, które chcą wejść „tylko po receptę” i toczą niekończące się awantury z pacjentami, którzy siedzą w poczekalni od trzech godzin. Dla świętego spokoju siedzę cicho, a obok mnie pani w zaawansowanej ciąży, z dość mocno spuchniętą nogą, bez słowa skargi czeka na swoją kolej. Nie wytrzymuję i mówię głośno, że jeśli ktoś ma jakiekolwiek pierwszeństwo to pani w ciąży, która nawet się o to nie upomina, ale zaraz znalazł się bardzo męski mężczyzna, który powiedział, że gdyby mógł zajść w ciążę to by sobie zrobił dziecko, żeby w kolejkach nie stać. Już miałam go sprzątnąć za pomocą otwieracza do butelek, który dla samoobrony noszę w torebce, ale pani w ciąży powstrzymała mnie słowami: Nie warto, to nie ta liga”. Uspokoiłam się i pomyślałam. Jak to nie ta liga?! Przecież wszyscy gramy w tej samej lidze: LUDZKIEJ! 

W trakcie jazdy rowerem spadł mi łańcuch. Stawiam rower na chodniku i zabieram się do zakładania, ale po chwili jakiś dżentelmen oferuje mi swoją pomoc. Zaskoczona miłym gestem odpowiadam, że dziękuję pięknie, ale nie trzeba, bo umiem to zrobić i sobie poradzę, po czym słyszę, że może jednak on to zrobi, bo jest facetem i wiadomo, że zrobi to LEPIEJ. Zagotowało się we mnie. Tłumaczę mu, że znam swój rower, zresztą potrafię wykonywać takie drobne naprawy, poza tym umiem wiercić wiertarką, malować ściany, rozpalać ognisko, grilla, budować domki na drzewie, skręcać meble, wiem jak wygląda klucz francuski i wiem jak się kładzie panele oraz mnóstwo innych rzeczy, które jemu się wydaje, że robi lepiej. Nie, nie próbuję niczego udowadniać, po prostu wiem, kiedy mogę sobie z czym poradzić, a kiedy nie. Wytłumaczyłam to grzecznie, ale dżentelmen i tak odszedł obrażony, pomstując, że „babom się w dupach poprzewracało”. 

Nie, nie poprzewracało. Po prostu oceniam coś racjonalnie i jest to dla mnie normalne, a słowa: „ja zrobię to lepiej, bo jestem facetem” są dla mnie beznadziejnie głupie, dlatego zawsze staram się pamiętać o tym też w drugą stronę, czyli nie mówię: „zrobię to lepiej bo jestem kobietą”. Ile razy zdarzyło mi się widzieć, jak panie wydzierały z rąk panów: dzieci (dobrze sobie radzisz kochanie, ale ja zrobię to LEPIEJ) albo miotły (kochanie ojej tak sprzątasz dzielnie, ale daj tę miotełkę, bo niedokładnie pozamiatałeś, ja zrobię to LEPIEJ). I nie wiem co za idiota przeprowadzał badania, z których wynika, że mężczyzna wykonujący obowiązki domowe lub zajmujący się dzieckiem jest mniej atrakcyjny, bo ów idiota nie widział chyba tego niespotykanego zagęszczenia pań na jednym metrze kwadratowym, kiedy tylko w tutejszym ogródku jordanowskim pojawi się facet z kwilącym w wózeczku dziecięciem. A kiedy widzę, że facet krząta się po mieszkaniu, wiesza pranie, zmywa gary, czyli wykonuje te same obowiązki co kobieta, to jest to dla mnie najoczywistsza rzecz na świecie i nie będę, siedząc z psiapsiółkami go wychwalać, że to ideał, bo zmywa gary i jeździ na szmacie. Mnie nikt za to nie chwali (no jeszcze by tego brakowało), więc po co mam z tego robić jakiś gówniany ceremoniał. Uważam to za coś zupełnie normalnego. Ludzie bałaganią, ludzie sprzątają. Nienormalnym byłby układ: ja sprzątam - on leży, bo po kilku miesiącach, owszem leżałby, ale na cmentarzu, a ja zapewne siedziałabym w kryminale. Nie obchodzi mnie, że czegoś się z domu nie wyniosło. Człowiek jest istotą, która uczy się do końca swoich dni. Skoro ja się mogę nauczyć, to ty też możesz. Jeśli decydujesz się na życie z drugim człowiekiem, bierzesz odpowiedzialność za wspólną egzystencję i wszystko, co się z nią wiąże. Mamy życie tylko jedno i dobrze by było gdybyśmy mieli świadomość, że nie warto strawić go na wyręczaniu w czymś innych. Jeśli faktycznie czegoś nie umiem to proszę o pomoc. Taka ciekawostka o! Ale zakończę tę dygresję odnośnie damsko-męskiego robienia czegoś lepiej i szanowania swego czasu, bo znów odbiegnę od sedna sprawy. 

Sytuacji takich jak ta spod kiosku, z przychodni, czy z rowerem było mnóstwo i nie potrzeba mi do tego Dnia Kobiet, by głośno o tym mówić, że nie jestem sztuką mięsa, a rodząc się kobietą nie zostałam pozbawiona mózgu, nie potrzebuję pomocy, kiedy o nią nie proszę, a moje wybory życiowe są moją sprawą, a nie mężczyzn, Kościoła czy kogokolwiek innego (mamy XXI wiek na litość boską!). Te wszystkie rzeczy, o których się z taką częstotliwością mówi 8 marca, jak najbardziej wspieram, ale u mnie nie kończą się one na jednym dniu i nie polegają na „mówieniu o nich”. Mam w nosie goździka, pończochy i inne prezenty, mam gdzieś kobiece wieczorki z panią kosmetyczką, która uczy jak nakładać kremiczek, depilować pęsetką brewki i chronić buziunię przed słoneczkiem. Co to ma być ja się pytam? Większość kobiet nie dostrzega, że sama utrwala o sobie stereotypy i to mnie wkurza najbardziej, bo za chwilę te same kobiety skandują hasła feministyczne i psioczą na facetów. Co za hipokryzja do kwadratu. Jeśli już koniecznie chce się czcić ten pseudouprzywilejowany dzień, to może lepiej spotkać się i zamiast o kremikach, i goździkach do wazonu, pogadać o gwoździkach do trumny każdej z kobiet, która straciła życie w wyniku przemocy, raka lub innego nieszczęścia i spróbować się zastanowić czy w swoim środowisku lokalnym nie ma kogoś, komu można pomóc. Teraz. Zaraz. Już. Że co? Że smutne, że lepiej o wesołych rzeczach pogadać? Kremy tak czy siak wklepujemy i nie trzeba o tym rozprawiać trzy godziny. A gdzie radość z robienia dobrych rzeczy dla innych ludzi? Zapewniam, że jest bezcenna i nawet kremik za 100 zł jej nie przebije, tylko trzeba pamiętać, aby w pomaganiu nie być frajerką. 

Idę sobie chodnikiem. Co chwilę mijam jakąś kobietę. Jedna dźwiga „siaty polskie” z zakupami, na drugiej wiszą dzieci, trzecia stuka obcasami i przegląda się w wystawowych szybach, czwarta wpatruje się mściwym wzrokiem w plecy męża, piąta trajkocze przez telefon, szósta smutkiem wypisanym na twarzy zasłania słońce, siódma zerka nerwowo na zegarek, ósma rozgląda się szukając męskiego oka, dziewiąta świdruje oczami pozostałe, a dziesiąta idzie prawie skacząc i sama do siebie się śmieje. Zaraz, zaraz, przecież to ja idę. Co za głupawy wyraz twarzy, co za trumienne trzewiki na nogach, a ta spódnica w kwiatki to do czego pasuje? Płaszczyk jak z cyrku, hohoho, a ta torebka? Chyba z pomocy dla powodzian huehuehue... Co to za baba?! SZCZĘŚLIWA. W końcu każdy dzień, to JEJ dzień.


grafika/źródło: blogs.indiewire.com

niedziela, 6 kwietnia 2014

Wkurwiać się, czy się nie wkurwiać - oto jest pytanie

To miał być miły, przyjemny post, którym moglibyście się zabalsamować w to paskudne niedzielne popołudnie, ale miły temat poszedł w odstawkę, bo jakiś czas temu postanowiłam przeprowadzić życiowy eksperyment. Skłoniła mnie do niego lektura pewnego artykułu i poszukiwanie odpowiedzi na pytanie: czy da się nie wkurwiać w ogóle albo czy da się wkurwiać mniej? Niech Wam nie więdną oczy od tych wulgaryzmów, po prostu nic nie poradzę, że ten agresywny pseudoczasownik tak trafnie oddaje epickość stanu wkurwienia w rzeczywistości. Poza tym, dla wszystkich, którzy myśleli, że nie używam kuchennej łaciny, czynię wyznanie: jak się wkurwiam to klnę jak szewc. Co prawda głównie pod nosem, ale przynosi mi to wielką ulgę. Zresztą nikt mi nie wmówi, że jak się wkurwia to śpiewa Sunshine reggae albo wyciąga druty i robi sweter miłości z włóczki spokoju. Ale wróćmy do eksperymentu i kluczowego pytania o to, czy niewkurwianie się jest możliwe.

Dzień pierwszy, godzina przedpołudniowa, stan psychofizyczny: bardzo dobry

Jadę, nucąc za kierownicą i ciesząc się z wszystkiego, bo przecież miłuję dziś cały świat. W głowie, na tablicy rozumu, elegancko wymalowana drukowanymi literami myśl: Pamiętaj! Wkurwianie się skraca życie. Dojeżdżam do supermarketu, ucieszona, że jest jeszcze wolne miejsce na parkingu i kiedy zamierzam je zająć, nagle nie wiadomo skąd nadjeżdża złocisty jak łan pszenicy mercol i pakuje się w MOJE miejsce, dodatkowo stając ukosem, żebym przypadkiem nie wpadła na pomysł, że jest na tyle przestrzeni, aby zmieściły się tam dwa samochody. Z mercola wysiada obwieszona klejnotami lafirynda i z perfidnym uśmiechem na nietkniętej wyobraźnią twarzy, bezczelnie patrzy mi się prosto w oczy. Mam dwa wyjścia:


1.    Reakcja pierwotna, czyli praktykowana do niedawna
Wysiadam z auta, podchodzę do lafiryndy i krótko acz treściwie uzmysławiam jej, że dla dobra swojego i mercola powinna odjechać z MOJEGO miejsca w siną dal, przeprosić mnie w dziesięciu językach, oddać swoje ubrania biednym, zapisać się na wolontariat w Caritasie oraz żyć na pustkowiu o chlebie i wodzie. Jeśli moje werbalne sugestie nie odnoszą pożądanego skutku, kłamię jak najęta, że przed chwilą widziałam tu panów policjantów, którzy z chęcią wytłumaczą lafiryndzie, czym jest kultura jazdy i dlaczego NIE MOŻNA parkować ukosem. Jeśli i to nie pomaga, bo element jest wyjątkowo odporny na groźby, czekam aż wejdzie do sklepu, lecę po kartkę i długopis, robię użytek z alfabetu i piszę: „Przepraszam, ale jestem głupia i nie umiem parkować, prawo jazdy kupiłam na bazarze w Przemyślu, ale kto bogatemu zabroni?” Umieszczam kartkę w widocznym miejscu na mercolu i czym prędzej oddalam się. W stanie szału ostatecznego pozostają środki kryminalne, czyli robię kluczykami mikroskopijne zadrapanie na złocistym lakierze mercolka, ale w mało widocznym miejscu i z satysfakcją, że tylko ja o tym wiem, uciekam w dobrym humorze. Mission accomplished. Póki co, do szału ostatecznego nikt mnie nie zmusił, ale dobrze wiedzieć, że jest jeszcze jakaś opcja.
2.    Reakcja wtórna, czyli praktykowana w ramach eksperymentu
Nie wysiadam z auta. Otwieram okno i mówię do lafiryndy, że nic się nie stało, że pewnie nie zrobiła tego specjalnie i że auto czasem samo ukosem staje, bo tak jak człowiek, może mieć zły dzień i wcale nie chce mu się parkować prosto. Życzę miłego dnia i jadę szukać wolnego miejsca, które znajduję 200 metrów od supermarketu, a potem spocona taszczę na raty siaty z zakupami, śpiewając Sushine reggae w tonacji szczękościskowej, ale dumna, że się nie wkurwiłam.

Dzień drugi, godziny poranne, tuż po przebudzeniu, stan psychofizyczny: dobry

Schodzę na dół w celu dokonania porannych ablucji. Rodzina gdzieś się ulotniła, ale słyszę, że w kuchni ktoś się krząta. Zaglądam tam, odziana we flanelę, wełniane skarpety, z nieco przygłupim jeszcze wyrazem twarzy. Patrzę, a tu sąsiadka grzebie w lodówce i informuje mnie, że przyszła śmietanę pożyczyć, drzwi były otwarte, więc się poczęstowała. Paraliż, nerwobóle i nokaut - gdzie ja jestem, czy to moja chałupa?! Po chwili uświadamiam sobie, że jednak na szczęście jestem u siebie i żegnam pomysłową sąsiadkę machnięciem ręki. Chwilę później, korzystając z tego, że nie ma nikogo w domu, ubrana w dresik i oswojona przez szczotkę do włosów, puszczam muzę na cały regulator i tańczę z kubkiem kawy w ręce, co mniej więcej wygląda tak, jakbym wsadziła palucha do kontaktu. Trwa to jakąś chwilę nim orientuję się, że w drzwiach do pokoju stoi sąsiadka i patrzy. „Bo ja jeszcze zapomniałam, że pocztę dla was wzięłam od listonosza” - komunikuje, zostawia listy i wychodzi. Zmieszana, dopijam kawę i zostaję ze swoim zmieszaniem sama, przynajmniej na najbliższe pół godziny. Postanawiam się przebrać i pojechać na jakieś zakupy. Paraduję, więc w majtasach i t-shircie w poszukiwaniu czegoś, w czym mogłabym wystąpić przed światem i nagle zza ramienia słyszę: „ja sobie jeszcze drabinkę wezmę, bo mi potrzebna na chwilę”. I to jest właśnie ten moment, kiedy: a) eksplodujesz, b) wyciszasz się i na cały dzień zamykasz się w pokoju c) mordujesz sąsiadkę. A co robię ja?

1.    Reakcja pierwotna
Informuję sąsiadkę z irytacją w głosie, że wypożyczalnia śmietany i drabiny czynna jest od godzin popołudniowych, po uprzednim zapowiedzeniu się, natomiast listy przynosi listonosz do drzwi adresata, który widnieje na kopercie, a nie do jego sąsiada - tak funkcjonuje poczta od zarania dziejów, a włażenie do czyjegoś domu bez pukania jest elementarnym pogwałceniem niepisanych, aczkolwiek praktykowanych od zawsze zasad!!!
2.    Reakcja wtórna
Po tym, jak zastaję sąsiadkę grzebiącą w lodówce, uprzejmie oddaję jej cały zapas śmietany i gratis dorzucam dwa ciastka do kawy. Po incydencie z listami i drabiną, dziękuję sąsiadce, że stoi na straży naszego gospodarstwa domowego oraz z wrodzoną sobie czujnością dba, by nikt obcy się po nim nie kręcił. Żegnam ją z uśmiechem na ustach, rozważając (nie jestem pewna czy aby nie na głos) dorobienie kluczy dla sąsiadki, żeby mogła zawsze do nas zajrzeć, nawet pod naszą nieobecność, ale trzaskam się w myślach w pysk i w razie czego (chyba tego, że jednak powiedziałam o kluczach na głos) przekręcam klucz w zamku i oddalam się w kierunku łazienki, by oblać twarz zimną wodą. Było blisko, ale się nie wkurwiłam. Uff!

Dzień trzeci, godziny popołudniowe, stan psychofizyczny: umiarkowanie dobry

Kontaktuje się ze mną pewna prawniczka, która rozkręca jakiś prozdrowotny biznes i prosi o napisanie tekstu promocyjnego. Sprawa pilna, niecierpiąca zwłoki, bo jak nie, to ona trupem padnie (Zwłoki? Trup? Święci pańscy, trzeba na ratunek kobiecie śpieszyć!).  Rzucam, więc swoje zajęcia w diabły i siedzę przez najbliższe pięć godzin nad tym tekstem, rodzę go w mękach, z bezgłośnym krzykiem na ustach, ale w końcu cieszę się, że to dziecko się urodziło i jak na tak szybko spłodzone, to całkiem udane, bo w końcu moje no nie? Piszę do prawniczki maila, że gotowe, że w załączniku jest, że cieszę się, iż mogłam pomóc, że to super i w ogóle, i w ogóle, etc., etc. Prawniczka odpisuje o północy, że bardzo dziękuje, ale innym razem przeczyta, bo właśnie pakuje się z rodziną na wycieczkę na Cypr i czasu jak na lekarstwo, a ona taka zmęczona. Oczy i mózg bolą mnie z wysiłku (niech ktoś spróbuje napisać dobry tekst promocyjny, pod presją czasu, który miałby polot i to „coś”), ale co tam, przecież prawniczka niedługo wróci z wakacji, przeczyta i co najważniejsze: ZAPŁACI mi za moją pracę. Wróciła, nie zapłaciła, z biznesu zrezygnowała. Moje opcje:

1.   Reakcja pierwotna
Piszę kwiecistego maila na osiem stron, drobnym drukiem (plus  załącznik z komiksem, gdyby nie umiała czytać), że skoro reprezentuje prawo, to dobrze wie, iż ludziom za wykonaną pracę się płaci i że gówno mnie obchodzą konsekwencje jej pomysłów biznesowych, bo dostałam zlecenie i je wykonałam, więc żądam zapłaty, bo w przeciwieństwie do niej nie mam pięćdziesięciu par butów i nie bujam się na Cypr, ale mam za to „prawdziwe” wydatki. Jeśli mail z pretensjami nie skutkuje, staram się, by wieść o jej nieuczciwych praktykach dotarła do ludzi, z którymi się liczy. Nie płaci mi nadal, ale przynajmniej cholernie się zawstydza, a ja dziarsko maszeruję do domu, stukając o bruk kopytkami, spod których leci dym i czuć siarkę.
2.   Reakcja wtórna
Piszę do prawniczki wiadomość, że to dla mnie zaszczyt, iż mogłam ją charytatywnie wspomóc swoimi umiejętnościami. To wcale nie jest problem, że muszę iść do dentysty i naprawić kolano, na pewno znajdę jakieś pieniądze, sprzątając na strychu albo zastawiając dom pod hipotekę. Grunt, że mogłam bezinteresownie pomóc, bo przecież o to chodzi w miłości do bliźniego, nieprawdaż? Na koniec życzę jej wszystkiego najlepszego i wyrażam nadzieję, że pieniądze, które miała mi zapłacić przeznaczy na zakup osiemnastej pary sandałów od Gino Rossi  i będę szczęśliwa, jeśli przyśle mi ich zdjęcie.

Dzień czwarty, godziny przedpołudniowe, stan psychofizyczny: umiarkowany

Miejsce akcji: Urząd Skarbowy. Podchodzę do okienka, witam się uprzejmie, ćwierkam z uśmiechem, że przynoszę swoją deklarację podatkową i zwrot poproszę na konto, jak co roku. Pan, ubogi w owłosienie na głowie, empatię i zrozumienie w oczach, rzecze: „Pewnie jakieś kombinacje tu mają miejsce, skoro Urząd co roku Pani kasę oddaje huehuehue”. Słów niecenzuralnych przybywa, ale siedzę cicho, nadal się uśmiechając. „A gdzie druk z danymi do konta, na które mamy przelać pieniądze? Ja za panią tego nie wypiszę”. Tłumaczę, że zawsze na to samo konto przychodzą, bo w systemie jest stały numer konta i przy składaniu deklaracji zawsze ustnie aktualizuję. „Ustnie to może pani zaśpiewać. O tu proszę formularz wypełnić i do pokoiku nr 9 zanieść.” Stopklatka, wszystko zatrzymuje się w miejscu, co zrobić?

1.    Reakcja pierwotna
Głośno, za pomocą odpowiednio dobranego słownictwa o charakterze dominująco-wykonawczym, proszę o sprawdzenie w systemie moich danych, wśród których powinien być numer konta, a jeśli szanowny pan nie widzi, to na pewno pani Ela z pokoju nr 4 zobaczy, bo to koleżanka mamy jest. W razie jej niedomagania wzrokowego, na sto procent wszystko zobaczy szanownego pana kierownik, bo to mój, przyszywany grubą nicią, wujek jest.
2.   Reakcja wtórna
Szuram nogami, uśmiecham się, biorę formularz, dziękuję urzędnikowi, że tak wspaniale wykonuje swoją pracę, bo co to ma znaczyć, żeby tak z ulicy ktoś przychodził i mówił, że od dziesięciu ponad lat nie wypełniał żadnego formularza, bo konto się nie zmieniło. Idę do pokoju nr 9 oddaję formularz, po czym wracam z powrotem do okienka, żeby pożegnać się z panem urzędnikiem. Życzę mu wszystkiego dobrego na święta, przypominając, że bardzo często ludzie kupują przed świętami jajka skażone różnymi chorobami: salmonellą, ptasią grypą, malarią, czerwonką, wirusowym zapaleniem wątroby i żeby uważał, ale przecież wiadomo, że jest kompetentnym urzędnikiem państwowym, więc mówię mu, że na pewno się niczym nie zarazi, nawet zwykłą biegunką, bo ja wierzę w jego rozsądek i urzędnicze powołanie. Wychodzę, lecę za budynek i kopię w świeżo odmalowaną ścianę Urzędu. Ale no przecież, opanowałam się, no nie?

Dzień piąty, godziny nieważne, stan psychofizyczny: najlepszy!

Od rana się wkurwiam. Krawcowa trzyma moje rzeczy do przeróbki już trzy tygodnie (miał być tydzień), więc dzwonię z przypomnieniem zabarwionym lekkim wkurwieniem, że jak ma dużo pracy to nie ma problemu, bo mogę do innej krawcowej pójść i że nie chcę jej zawracać głowy takimi pierdołami, ale okazuje się, że wszystko na dziś będzie gotowe. Jadę sobie potem beztrosko rowerem po odbiór tych rzeczy, najeżdżam na krawężnik (kota zobaczyłam, takiego piękneeeego, więc zrozumcie), wypieprzam się, dziurawię spodnie i obdzieram buty, wstaję, kopię rower, krawężnik, siebie w myślach, egzotycznie się przy tym wysławiając. Wracam do domu, dziurawię spodnie jeszcze bardziej nożyczkami, niech ludzie zobaczą, co się będzie nosić tej wiosny, zmieniam buty i znów pedałuję do krawcowej. Po powrocie odkrywam, że ktoś zeżarł mojego zakamuflowanego w zamrażarce loda. Nikt się nie przyznaje, więc wkurwiam się jeszcze bardziej. Rozpoczynam śledztwo połączone z torturami, prawda wychodzi na jaw i brat już pedałuje do sklepu po mojego loda. Wpada mi do głowy pomysł na genialny tekst, odpalam bloggera i piszę bezpośrednio na blogowym edytorze, a nie w Wordzie. Po trzech godzinach klikam ‘publikuj’, ale tekst znika. Zamiast niego odkrywam, że od jakichś dwóch godzin nie mam Internetu. Zgodnie z tym, co nakazują sieciowe mądrości mogę: nerwowo chodzić w kółko, zadzwonić do dostawcy i werbalnie zrównać go z ziemią, klikać co 30 sekund ‘odśwież’, płakać przed lustrem, pożalić się radnemu, namalować co czuję, wyjść do ludzi (niech mnie oszołomi „prawdziwy świat”), pytać Boga: „czemu ja?”, uspokoić się, leżąc w pozycji płodowej i nucąc cicho, zapchać tę otchłań rozpaczy pączkami. Szczęśliwa, że mam tyle opcji do wykorzystania, dorzucam jeszcze rzucanie laptopem, trzaskanie drzwiami, obwinianie wszystkich o wszystko i pisanie nowego tekstu o wkurwieniu.

A tu dla Was taki mały teścik pt. „Czy notorycznie się wkurwiam i czy w związku z tym umrę niedługo?”

1.  Wybierasz się na kolację z dziewczyną/chłopakiem, siedzisz uprzednio dwie godziny w wannie, nakładasz tapety, żele, lakiery i zużywasz cały antyperspirant.  Tak oto namaszczona/y idziesz włożyć wystrzałowe ciuchy, które wcześniej przygotowałaś/eś, ale okazuje się, że Twój kot narobił na nie, gdyż w szale przygotowań zamknęłaś/ąłeś go w pokoju i nie mógł skorzystać ze swojej kuwety. Co robisz?

a) bierzesz kota, obdzierasz go ze skóry, robisz z niej ubranie i zadowolona/y wychodzisz na randkę;
b) krzyczysz na kota, ale za chwilę się uspokajasz, bo uświadamiasz sobie, że to Twoja wina, że go tu zostawiłaś/e;
c)  nie krzyczysz na kota, dziękujesz mu, że załatwił się na Twoje ubranie, bo dzięki temu będziesz miała/ł (miauuu?) większy sentyment do tych ciuchów i dzięki temu Twoja więź z kotem będzie wyjątkowa.

2.  W pracy szef zleca Twojemu działowi zadanie, od wykonania którego będzie zależeć wysokość premii. Każdy ma określony przydział obowiązków, ale dzień przed oddaniem projektu okazuje się, że nikt niczego nie przygotował prócz ciebie, bo tak się akurat złożyło, że Krzysiek z księgowości miał pępkowe, które dziwnym trafem rozwlekło się na cały tydzień i reszta zespołu melanżowała. Co robisz?

a)  wyciągasz ze swojej sekretnej szufladki w biurku glocka i likwidujesz z uśmiechem na twarzy, cały zespół, a na końcu szefa, bo wiadomo, że teraz już ci na pewno premii nie da, a nawet jeśli da, to i tak cię pewnie czymś wkurwi, więc niech profilaktycznie zginie;
b) wkurwiasz się, ale tym wkurwieniem motywujesz zespół do pracy, jeśli trzeba siedzicie w oparach gorzkiej żołądkowej do rana, wkurwieni, ale siedzicie - premia prawie pewna (prawie, bo zawsze element niepewności musi być);
c) siadasz do pracy samotnie i odwalasz robotę za cały zespół, który błogosławisz i wysyłasz na poprawiny po pępkowym, bo jeśli oni są szczęśliwi, chlając przez tydzień na umór, to ty też będziesz szczęśliwa/y ich szczęściem;

3.  Oddajesz samochód do warsztatu i kiedy przychodzisz po jego odbiór okazuje się, że przez pomyłkę wyciągnięto z niego „zdrowe” części, a resztę oddano na złom. Ty: 


a)  wydłubujesz z placu przed warsztatem kostkę brukową i obrzucasz nią warsztat, po czym wydzwaniasz po znajomych i szukasz kontaktu z bułgarską mafią; 
b)  krzyczysz na mechanika, idziesz na policję, składasz pozew, czekasz; 
c) śmiejesz się radośnie, bo przecież nic się nie stało, twój opel i tak już dziesięcioletni prawie był, i w sumie tak dziwnie w nim pachniało benzyną. Dziękujesz mechanikowi, idziesz do pobliskiego kościoła pomodlić się za niego i jego całą rodzinę.



Jeśli przeważają odpowiedzi:
a - w napadzie szału stanowisz zagrożenie dla siebie i otoczenia, jeśli nie toczysz piany przynajmniej trzy razy dziennie, jest ci smutno i cicho łkasz, tylko osiągając poziom wkurwienia godny wybuchu Etny masz szansę na bycie sobą i śmierć przed czterdziestką (zapewne z wkurwionym wyrazem twarzy);
b - wkurwiasz się tyle, ile powinna wynosić dzienna dawka zdrowego wkurwienia, potrafisz przywołać się do porządku, nie mścisz się za swoje krzywdy (jeśli już to inteligentnie), nie tłamsisz niczego w sobie, ale znasz granice, zaginasz i odginasz czasoprzestrzeń, umrzesz szczęśliwie otoczona/y przez wnuki;
c - gratuluję, jesteś białym kwiatem lotosu na niczym niezmąconej tafli jeziora, namalowanym pędzlem boskiego tchnienia, oazą spokoju, frajerstwa i jeździsz do Krakowa tylko po to, żeby postać na Rynku, bo przecież tamtejsze gołąbki muszą mieć na kogo srać. Umrzesz otoczona/y przez prawnuki swoich prawnuków, modląc się w duchu, żeby po śmierci trafić, choć na chwilę do czyśćca i się trochę powkurwiać;

Miks wszystkich odpowiedzi, czyli nie możesz się zdecydować, bo skrajnie się wkurwiasz i wycinasz w pień wszystkch, ale za chwilę medytujesz i budujesz schronisko dla bezdomnych myszek – najprawdopodobniej masz osobowość typu borderline, idź się lecz.


grafika -źródło: m4t3usz.wrzuta.pl/obraz