piątek, 30 maja 2014

Jose Carlos Somoza "Trzynasta dama"




Po tym, jak z żalem przeczytałam ostatnią stronę „Trzynastej damy” Jose Carlosa Somozy, będę jego twórczość wychwalać zapewne jeszcze nie raz (o ile na to zasłuży, a mam nadzieję, że tak), bo zamierzam przeczytać wszystkie jego powieści, jakie wydano w Polsce. „Trzynasta dama” to powieść osobliwa i ciężko wsadzić ją na jakąś konkretną gatunkową grzędę w literackim kurniku, więc znacznie trafniej będzie powiedzieć, że łączy w sobie kilka gatunków: thriller, powieść poetycką, powieść psychodeliczną (o ile taki gatunek istnieje w ogóle), fantasy i pewnie jeszcze kilka innych. 

W ciągu minionych miesięcy czytałam sporo dobrych książek, ale ta jakoś tak dziwnie spośród nich się wyróżnia. Po pierwsze nie spotkałam się jeszcze z takim zabiegiem narracyjnym, w którym proza narracyjna przeplata się z poezją, albo ze strumieniem świadomości danego bohatera, który to strumień wypływa zanim ta „właściwa” narracja się skończy (takie czytanie wymaga od czytelnika sporego skupienia) – wszystko to daje niesamowity efekt. W ogóle sam pomysł uczynienia poezji bronią, którą bezlitośnie posługuje się owe Trzynaście Dam, jest genialny. Główny bohater, Salomon Rufalo jest bezrobotnym profesorem literatury, który na co dzień przeważnie wzdycha do wspomnień i zdjęć swej tragicznie zmarłej dziewczyny. Od pewnego czasu miewa koszmary. Śni mu się makabryczna zbrodnia, a z każdym następnym snem przybywa detali, które nie dają Salomonowi spokoju do tego stopnia, że ląduje u lekarza pierwszego kontaktu i zdaje mu relację z tych snów. Lekarz nazywa je „pierdnięciami umysłu” (!) i odsyła Salomona z kwitkiem, ale nie na długo, bo Salomon znów się u niego pojawia, tym razem z zaskakującymi wiadomościami: okazuje się, że morderstwo widziane przez niego we śnie wydarzyło się naprawdę kilka miesięcy wcześniej. Doktor początkowo sceptyczny, wydaje się być zaintrygowany (po części z powodu tego, jak nudne życie wiedzie) jedzie z Salomonem na obrzeża Madrytu, do domu, w którym miała miejsce zbrodnia. I wtedy…

Cała powieść to kwintesencja tego, co w literaturze hiszpańskojęzycznej  najlepsze: realizm magiczny, rozbuchany styl, ale pozbawiony kiczu, osobliwe metafory, ciągłe testowanie wyobraźni czytelnika i labirynty semantyczne. Nie wiem jak Wy, ale ja wymagam od literatury, żeby mnie, mówiąc kolokwialnie, trzaskała po pysku i „Trzynasta dama” w pewnym sensie to właśnie zrobiła. Poza tym uwielbiam książki, których akcja rozgrywa się w Madrycie, ponieważ ewokują one moje własne wspomnienia z pobytu tam i nie muszę sobie wyobrażać np. jak wygląda Gran Via, bo spacerowałam nią nie raz i wiem, jaka jest piękna, że nie wspomnę już o Parku Retiro, w którym stałam przed pomnikiem Alfonsa XII Bourbona, zastanawiając się jak u licha można królowi dać na imię „Alfons”.

Dziwki morderczynie, Roberto Bolano

Recenzja nagrodzona przez Instytut Książki w konkursie na recenzję miesiąca


 

Z Bolaño jest jak z dzieckiem: nigdy nie wiesz, kiedy cię zaskoczy. A kiedy zaskoczył, okazuje się, że może zaskoczyć jeszcze bardziej. Tak pokrótce można ocenić prozę Roberto Bolaño, jednego z czołowych pisarzy literatury iberoamerykańskiej. W Polsce, nazwisko tego chilijskiego twórcy jest znane dopiero od niedawna, ale szybko zyskało rzesze wielbicieli. Nic dziwnego, bo Bolano mistrzowsko radzi sobie zarówno z dłuższymi jak i krótszymi formami prozatorskimi. Jednak to te ostatnie, paradoksalnie, niosą ze sobą większy ładunek emocji, mnożą pytania, intrygują, realizmem magicznym wymierzają policzek naszemu bezpiecznemu racjonalizowaniu wszystkiego, a  zarazem brutalnie ściągają na ziemię. Dziwki, morderczynie, kolejny tom opowiadań pisarza, tylko to potwierdza.

Wydawać by się mogło, że po lekturze pierwszego opowiadania pt. Oko Silva możemy już scharakteryzować styl pisarski Bolaño. Narrator to obserwator, słuchacz, bardziej zaabsorbowany otaczającym go światem i ludźmi niż sobą, ale wystarczy przeczytać kolejny tekst, a okaże się jak bardzo się myliliśmy. Narracja u Bolano przybiera momentami postać suchej, beznamiętnej relacji z wydarzeń, co od razu zauważyć można w autobiograficznym opowiadaniu pt. Ostatnie zachody słońca na ziemi, w których główny bohater wyrusza ze swoim ojcem na wakacje do Acapulco. Być może w tym wypadku, ascetyczne pióro autora jest sposobem na zdystansowanie się do relacji ojciec – syn i pozwala mu spojrzeć na nią obiektywnie, bez zbędnych emocji. Z podobnym zabiegiem spotykamy się w dwóch kolejnych opowiadaniach pt. Dni roku 1978 i Włóczęga po Francji i Belgii – oszczędne, surowe relacje, implikujące myśl, że o własnych wspomnieniach najlepiej pisać bez niepotrzebnego rozczulania się nad każdą frazą.

Tytułowe opowiadanie to z kolei popis narracji bezpośredniej, gdzie główną bohaterką jest kobieta, prowadząca dramatyczny, a zarazem niezwykle plastyczny i muśnięty zgrabnymi metaforami monolog. Im bliżej jego końca, tym większy niepokój wzbudzają jej intencje, które wyrażone nie wprost, dają pole do popisu naszym domysłom. Można pokusić się o stwierdzenie, że jest to najlepsze opowiadanie i być może nieprzypadkowo stanowi także tytuł całego tomu. Wodząc oczami po kolejnych wersach ma się wrażenie, że są one jedynie cienką warstwą, pod którą kryje się znacznie większy ładunek znaczeniowy niż słowa są w stanie wyrazić. I w tym tkwi mistrzostwo Bolaño. To trochę jak ze stąpaniem po lodzie, stawiamy ostrożnie każdy krok, ale nie mamy pewności, czy ten następny nie okaże się zaproszeniem do spotkania z niezbadaną głębią.

Totalnym zaskoczeniem w kwestii tematyki, jest opowiadanie Powrót. Z jednej strony mamy do czynienia ze zjawiskiem paranormalnym (główny bohater jest duchem) z drugiej zaś z nekrofilskimi skłonnościami projektanta mody Villlenueve, w którego ręce trafia ciało głównego bohatera. Ryzykowny wątek, aczkolwiek czyta się to całkiem spokojnie, bo autor wplótł zarówno w losy głównego bohatera, jak i w opowieść Villenueve, przedziwną formę smutku egzystencjalnego. Nekrofilski weltschmerz projektanta zaciekawia ducha, który postanawia potowarzyszyć Villanueve przez jakiś czas i obaj oddają się prowadzeniu osobliwej konwersacji.
Opowiadania zebrane w tomie Dziwki, morderczynieprzypominają bukiet kwiatów, z których każdy ma inny zapach. Jeden pachnie tęsknotą za czymś bliżej nieokreślonym, drugi wulgarnie drażni nozdrza, inny zadziwia subtelnością, a jeszcze inny wydziela woń irracjonalnego smutku. Bukietów, które wręcza nam Bolaño nie da się nie przyjmować.

Eduardo Mendoza "Walka kotów"

Jako psychofanka literatury iberoamerykańskiej odczuwam ekstatyczna wręcz przyjemność, kiedy trafia w moje ręce książka pisarza, o którym słyszałam wiele dobrego, ale w wyniku jakiejś kosmicznej koincydencji nie zdarzyło mi się przeczytać jeszcze ani jednego jego dzieła. Tak właśnie było z Mendozą i jego „Walką kotów”.





Eduardo Mendoza to twórca, który ma w literackim panteonie zasłużone miejsce i nie tylko, dlatego że jest już w wieku okołomatuzalemowym i mu się to należy za „całokształt twórczości”, ale dlatego, że jego pisarstwo to uczta dla umysłów błyskotliwych, ceniących ironiczny dowcip i lubiących fabułę, która nie wlecze się jak osobowy do Krakowa. Ci, którzy Mendozę znają i lubią, powiedzą pewnie, że powinnam zacząć od słynnej „Przygody fryzjera damskiego”, bo to głównie perypetie niezrównoważonego psychicznie fryzjera - detektywa przysporzyły pisarzowi popularności. Jednak moja czytelnicza intuicja podpowiedziała mi, że „Przygoda” i pozostałe tomy „trylogii w czterech częściach”, jak zwykło się określać dalsze perypetie fryzjera, to literatura nieco lżejsza, niż reszta utworów Mendozy, więc zostawiłam ją sobie na chwile, kiedy poczuję, że życie jest zbyt ciężkie na czytanie trudnych książek.

„Walka kotów” to powieść świetna, nic więc dziwnego, że pisarz otrzymał za nią słynną Premio Planeta - najważniejszą hiszpańską nagrodę przyznawaną powieściom hiszpańskojęzycznym przez wydawnictwo Planeta. Akcja „Walki” toczy się w Hiszpanii, tuż przed wojną domową i II wojną światową. Anglik, Anthony Whitelands, specjalista w dziedzinie historii sztuki, w wyniku dziwnego splotu wydarzeń przybywa do Madrytu, aby wycenić kolekcję dzieł księcia de la Igualda, który rzekomo chce pozbyć się jej części. Jednak prawdziwym powodem, dla którego książę zaprosił Whitelandsa do siebie jest ocena autentyczności nieznanego dotąd obrazu Velazqueza. Dzieło nie pozostaje bez sensacyjnego wpływu na dotychczasową wiedzę o życiu malarza. Wszystko to rozgrywa się na tle zaostrzającego się konfliktu między wielbicielami republiki, a zwolennikami faszystowskiej Falangi. Postaci fikcyjne (Whitelands) wchodzą w relacje z postaciami istniejącymi naprawdę (Jose Antonio Primo de Rivera), co dodaje powieści autentyczności, a zarazem niesamowitości. A stara jak świata para: wątek kryminalny i wątek miłosny, pełnią funkcję macek, które bez reszty porywają czytelnika w czeluście powieści. 

czwartek, 29 maja 2014

Baba z wozu koniom smutno, czyli kobiety w mojej rodzinie - cz.III



Siostry.
Wiecie, co jest najlepsze w posiadaniu siostry? Jej posiadanie. Naprawdę ciężko byłoby mi wskazać jedną lub nawet kilka najważniejszych zalet bycia zaopatrzonym w siostrę. O ileż przyjemniej jest mieć z kim się bić o łazienkę zamiast smętnie wchodzić do pustej, a siostrzane ciuchy, ukradzione z jej szafy, jakimś dziwnym trafem leżą na nas lepiej niż nasze własne, że nie wspomnę o przyjemności z tupania nogami i darcia się jak stare prześcieradło, dopóki Mama nie pójdzie i nie kupi buraczkowych rajstop identycznych jak te, które kupiła siostrze. Mam dwie młodsze siostry: młodszą o 2 lata i młodszą o lat 12. Żeby było prościej będę nazywać je Młodszą-Starszą i Młodszą-Młodszą. 


Młodsza-Starsza.

Między mną a Młodszą-Starszą nie ma zbyt wielkiej różnicy wieku, przynajmniej ja dziś tego nie odczuwam, ale kiedyś nie mogłam sobie odmówić przyjemności, żeby podczas jakiejkolwiek sprzeczki nie wystrzelić do niej z tradycyjnym: „Ty gówniarzu!” Ja i Młodsza-Starsza miałyśmy przeważnie te same zabawki albo podobne, żeby w domu była cisza i spokój. Nie daj Boże pojawiała się jedna lalka do podziału - apokalipsa! Na szczęście te materialistyczne wojny nie trwały jakoś długo i nie zdarzały się często. Młodsza-Starsza zawsze dużo się śmiała i tak jest do dziś. Potrafiła zdiagnozować u siebie „ ból rumieńców” („Mamo, rumieńce mnie bolą!”). Nauczyła się czytać w wieku 4 lat i poszła „zaginać” dzieci w zerówce. MOJEJ zerówce. Mama od czasu do czasu zostawiała Młodszą-Starszą razem ze mną w tej zerówce (zdaje się tylko na początku mego uczęszczania tam), ku uciesze pani przedszkolanki, bo na pewno nie mojej. Potem Młodsza-Starsza siedziała w domu i przez prawie dwa lata czekała na swoją kolej bycia oświeconą przez kaganek oświaty (ale ten mały diabeł czytał już wtedy jak ośmiolatek). Kiedy obie byłyśmy już w szkole podstawowej, denerwowało mnie to, że Młodsza-Starsza czasem łazi za mną na przerwach, ale kiedy nie łaziła to mnie denerwowało jeszcze bardziej. Przeważnie dziedziczyła po mnie ubrania i nie poskarżyła się choćby jednym słowem. Gdy widziałam, że płacze w szkole na przerwie, bo ktoś jej dokuczył albo uderzył, miałam ochotę skakać po nim, aż wylecą mu wszystkie flaki, oczy wyjdą na wierzch, a mózg rozbryźnie się na ścianach (no dobra poniosło mnie). Inna sprawa, że nie miałam do tego potrzebnych gabarytów, ale od czego ma się gębę, więc zazwyczaj specjalizowałam się we wszelakich pyskówkach, rozglądając się uprzednio, czy nie słyszy mnie jakiś nauczyciel, bo miałam wzorowe zachowanie i w przeświadczeniu nauczycieli, prędzej umarłabym niż powiedziała: „dupa”. 


Im byłyśmy starsze, tym zacieklej się kłóciłyśmy, czemu towarzyszyły czasem działania, w wyniku których byłyśmy uboższe o garść włosów, bądź dumnie (ale z męczeńskim wyrazem twarzy) obnosiłyśmy się z siniakami, które jedna drugiej zafundowała. Jak sobie dziś wspomnę, o jakie bzdury się wówczas kłóciłyśmy to czasem mi się śmiać chce, a czasem jest przykro, że dopiero się teraz się to widzi. Przeżyłam z Młodszą-Starszą mnóstwo wspaniałych chwil w życiu. Razem świętowałyśmy nasze urodziny, bo obie obchodzimy je w lipcu i gdy byłyśmy dzieciakami, Mama urządzała nam przyjęcia, na które zapraszałyśmy znajome dzieciaki. W wieku okołolicealnym słuchałyśmy podobnej muzyki i w podobnym kierunku poszły nasze upodobania ideologiczno-ciuchowe (swetry-spadochrony i bliżej nieokreślone części garderoby), choć Młodsza-Starsza buntowała się o wiele intensywniej niż ja, bo chadzała po leżajskich chodnikach z kilkunastoma kolczykami w jednym uchu, ekstrawaganckimi fryzurami (ja miałam nie lepsze) i z tym błyskiem w oku, który każe Ci od razu wyciągać z kieszeni białą flagę, i machać nią z bezpiecznej odległości. W ogóle to upodobanie Młodszej-Starszej do fantazyjnych fryzur miało już swoje symptomy w dzieciństwie, bo schowałyśmy się kiedyś w poszewkę na kołdrę i tak oto zakamuflowane, nożyczkami do papieru dokonywałyśmy na naszych włosach takich cięć, jakich nie powstydziłby się sam mistrz Antoine Cierplikowski. I tam gdzie ja tchórzyłam, tam Młodsza-Starsza włosów sobie nie żałowała, a była to najczęściej grzywka, więc chodziła później z czymś, co było bardziej wspomnieniem grzywki, niż nią samą.


Dzisiaj prawie nie ma śladu po tamtej zbuntowanej Młodszej-Starszej (i dobrze, bo nie wiem, czy zniosłabym te fryzury i spodnie, które można było nazwać spodniami dopiero po dłuższym rozpoznaniu), no może z wyjątkiem tego błysku w oku i kapitalnego poczucia humoru. Młodsza-Starsza jest teraz żoną i matką, i… się z tego faktu śmieje, bo ma to coś, czego wielu kobietom brakuje: dystans. Z racji tego, że mieszkamy tak daleko od siebie pozostaje nam kontakt poprzez skype, więc gadamy sobie tak często jak to tylko możliwe, a raczej próbujemy, bo Młodsza-Starsza ma dwie cudowne córki: 4-letnią (która odziedziczyła po mnie uszy) i roczną (jedyne dzieciątko w rodzinie z niebieskimi oczami), więc naszym rozmowom towarzyszy zazwyczaj piosenka, której tytuł i słowa brzmią: „Mamooo, mamo, mamo, mamoooo!!!”  lub inne piosenki z repertuaru MiniMini albo niezidentyfikowane gaworzenie. Młodsza-Starsza robi wtedy do kamery takie miny, że można się posikać ze śmiechu. Patrzę, jak wspaniale wychowuje swoje córki i nadziwić się nie mogę skąd Ona znajduje na to siły, bo nie może liczyć na pomoc rodziny z wiadomych względów. Młodsza-Starsza jest cudowną matką. Jeśli jest Jej źle - nie płacze. Ona się po prostu zdrowo wkurwia i przystępuje do likwidacji problemów lub ich źródła. Podejrzewam, że nie zawahałaby się unicestwić każdego, kto zagroziłby Jej rodzinie, nawet, jeśli miałaby w tym celu ukraść walec drogowy, bazukę albo odciąć sobie nogę plastikową łyżką - a co tam! - bez znieczulenia. Młodsza-Starsza mówi biegle po angielsku z pięknym środkowoangielskim akcentem (czego jej cholernie zazdroszczę), lubi czytać książki i smutno Jej, że nie ma teraz na to czasu, ale ma za to wyobraźnię, jak mało kto, bo potrafi zobaczyć siebie za kilka lat, kiedy „odchowa” Młode, wsiądzie do wypasionego cadillaca, odpieprzona jak na wesele sułtana Brunei i odjedzie w siną dal, czyli zwiedzać Szkocję. Ja i Młodsza-Młodsza oczywiście też będziemy siedziały w tym cadillacu. Jednym z marzeń Młodszej- Starszej jest zobaczyć riwierę liguryjską, m.in. Cinque Terre, pięć malowniczych miejscowości, których widok zapiera ponoć dech w piersiach. Młodsza-Starsza, wiem, że Twoje marzenie kiedyś się spełni - po prostu napiszę jakąś szmirę z wątkiem pornograficznym, sprzeda się to do jakiegoś wydawnictwa i będziemy miały hajsu po dziurki w nosie na nasze turystyczne zachcianki (kiedy zobaczę Cinque Terre na własne oczy, to pewnie w dupie będę miała swoją literacką reputację, więc nie martw się).


Młodsza-Młodsza

Młodsza-Młodsza przyszła na świat tego samego dnia, co Adolf Hitler (Adolf kilkadziesiąt lat wcześniej oczywiście). Mam swoją teorię spiskową co do tego, bo od wczesnego dziecięctwa Młodsza-Młodsza wykazywała tendencję do promowania terroru, gdzie się tylko dało, kreatywnością przewyższając samego Goebbelsa. Ale niech was to nie zwiedzie, bo Młodsza-Młodsza była uroczym, wesołym i kochanym dzieckiem, czasem po prostu się zdrowo wkurwiała - a kto powiedział, że dziecku nie wolno? Kiedy się urodziła, miałam 12 lat, a Młodsza-Starsza -10, więc traktowałyśmy Młodszą-Młodszą jak wyjątkową lalkę, telepiąc Ją w wózku ile się tylko dało, bo nie wiedzieć czemu, darła się wniebogłosy.  Młodsza-Młodsza, jak każde dziecię, uwielbiała oglądać bajki i kiedy ktoś zmienił kanał, potrafiła wpaść w taki szał, w jakim żadna sześciolatka Jej nie dorówna. Zdarzyło się raz, że ja, Młodsza-Starsza i Brat zostaliśmy z Nią sami w domu, i zapomniawszy, jakimi konsekwencjami to grozi - ktoś z nas zmienił kanał. Wszyscy święci! Jedynym bezpiecznym schronieniem dla naszej trójki wydawała się łazienka (bo tylko tam można było się zamknąć na klucz), toteż pod ostrzałem ciosów miotanych plastikową butelką, przedostaliśmy się do niej i pozostaliśmy w ukryciu, do momentu, kiedy ktoś zapukał do drzwi wejściowych. Niestety, musieliśmy stoczyć Bitwę o Drzwi i w końcu udało się je otworzyć, a za nimi stała sąsiadka z góry i zdenerwowanym tonem oświadczyła, że wezwie policję, bo znęcamy się nad dzieckiem. Nie było sensu tłumaczyć jej, że to oto sześcioletnie dziecię z miną cherubinka z kościelnego fresku, funduje nam właśnie jesień średniowiecza. 

Młodsza-Młodsza dostarczała nam mnóstwa radości: a to zjadła połowę swojego tortu urodzinowego i się porzygała z nadmiaru czekolady, a to brała do ręki robaki i bez ceregieli nadziewała je na wędkarski haczyk, podczas jakichś zawodów wędkarskich dla juniorów, a to spała z na wpół otwartymi oczami, a to biegła na tych swoich małych nóżkach przez cały ogródek jordanowski, bo zobaczyła kogoś z naszych znajomych i rzucała mu się na szyję. Dzięki Niej moje imię zyskało nowe brzmienie i jestem Talą bądź Talusią do dzisiaj. Młodsza-Młodsza zawsze była odważna, a zarazem - co dziwne - w pewnym sensie nieśmiała. Nie wiem jak to się stało, że dopiero co podstawiałam Jej nocnik, a teraz jest dwudziestoletnią kobietą, która bez mrugnięcia okiem rzuciła się na głęboką wodę, bo kilka miesięcy po maturze wyjechała do Anglii, do Młodszej-Starszej, w poszukiwaniu lepszej przyszłości. Wstyd przyznać, bo na początku mieliśmy obawy, co do tego, że Młodsza-Młodsza sobie tam poradzi, ponieważ jak to z najmłodszymi w rodzinie bywa - była nieco rozpieszczona. A tu proszę - nie dość, że świetnie sobie radzi, to jeszcze zaskoczyła wszystkich swoją dojrzałością w wielu sprawach. Młodsza-Młodsza urodziła się już w tzw. lepszych czasach, więc jej dzieciństwo wyglądało zupełnie inaczej niż dorastanie naszej trójki. Fajnie było na to patrzeć i w tym Jej dzieciństwie uczestniczyć, choćby się było tylko obserwatorem. 

Między mną a Młodszą-Młodszą jest spora różnica wieku, ale nie przeszkadza to nam śmiać się z tych samych sucharów, tak samo pastwić się nad rodziną i wygadywać te same głupoty. Co zabawne, Młodsza-Młodsza, podobnie jak Młodsza-Starsza podkradała mi ciuchy, za co robiłam obu piekielne awantury. Młodszej-Młodszej znacznie częściej, bo zazwyczaj nie robiło na niej wrażenia tłumaczenie, że jest różnica między moją szafą, a Jej szafą - a jest nią inna szerokość geograficzna, czyli moja szafa jest na górze w moim pokoju, a Jej - na dole, w Jej pokoju. Z tego też mi się śmiać chce dzisiaj i chyba cieszę się, że Młodszej-Młodszej podobały się moje ciuchy na tyle, by podpieprzyć mi je z szafy i ponieść z tego tytułu konsekwencje. Nie zapomnę nigdy tego, jak Młodsza-Młodsza strasznie płakała, kiedy skończyła czytać „Oskara i Panią Różę” (miała wtedy może z dziesięć lat) i powiedziała, że już nie chce czytać takich książek, bo jest jej bardzo smutno. Myślę, że ogromne wrażenie wywarł na niej fakt, że dzieci również umierają, a nie tylko dorośli.


Do Młodszej-Starszej i Młodszej-Młodszej

Czasem ciężko mi tu bez Was. Brakuje mi tych kłótni o łazienkę, częstych rozmów z Wami i Waszych pomysłów, tych najgłupszych zwłaszcza. Nikt nie chce już kraść moich ciuchów, nie zapycha komputera pierdołami (Młodsza-Młodsza do Ciebie mówię). Kiedy jest ciepło, siedzę sobie na schodach pod naszą akacją, z kubkiem kawy w ręku i wspominam czasy, kiedy razem tu siadywałyśmy (zdecydowanie za rzadko) i nawet nie musiałyśmy nic mówić (Młodsza-Starsza, Ciebie „nicniemówienie” chyba nie dotyczyło). Straszliwie za Wami tęsknię i jestem niesamowicie z Was dumna. Pewnie mogłam być dla Was lepszą siostrą, jeśli tak, to żałuję, że nią nie byłam. W każdym razie jeszcze wszystko przede mną.

Bardzo żałuję, że nie mogę napisać o wszystkich wyjątkowych kobietach, jakie są i były w mojej rodzinie - nie starczyłoby mi po prostu czasu, ale być może kiedyś uda mi się stworzyć taką osobną kronikę. Każda z tych kobiet na to zasługuje, aby się w niej znaleźć.

Z ostatniej chwili: Młodsza-Młodsza spełniła swe marzenie i zakupiła damską wersję kostiumu Supermana (z czadową spódnicą!), i wparowała tak odziana do Młodszej-Starszej. Mina 4-letniej córki Młodszej-Starszej - bezcenna :D

Kip Decker "Three sisters"