środa, 25 czerwca 2014

Misz masz frustrata, czyli o tym, dlaczego nic mnie nie cieszy

Kiedy czytam teksty dzisiejszych piosenek, jem "dmuchaną" bułkę, w której więcej spulchniaczy niż bułki albo wyciągam z pralki t-shirt zakupiony dwa dni temu, a wyglądający teraz jak ściera, to mam wrażenie, że świat się rozpada, że jeszcze kilka chwil, a - parafrazując Sylvię Plath - rozpęknie się na pół jak soczysty melon i ukaże moim osłupiałym oczom swoje bebechy. Jakość wszystkiego tak dramatycznie spadła, że nawet pisząc ten tekst mam wrażenie, że sama posługuję się językiem polskim już nawet nie drugiego, ale trzeciego sortu. 


Artykuły w prasie z masą błędów, już nie tylko stylistycznych, gramatycznych, ale ortograficznych przyprawiają mnie o rozstrój nerwowy, a przecież nie jestem jedną z tych nazi orto, która pięć dni nie śpi i biczuje się pokrzywami, bo ktoś w poście na fejsbuku nie użył polskich znaków. Wymagam jedynie niewkurwiania się co piąte zdanie, gdy czytam coś na interesujący mnie temat. Jeśli język tego, co czytam szwankuje, to temat choćby najbardziej lotny, od razu blednie i tekst ląduje w odpadach tekstowych (jestem pewna, że gdzieś w mojej głowie jest takie pudło z tymi odpadami i co najgorsze, chyba już pęka w szwach). Sama popełniam mnóstwo błędów (jestem wielką fanką przecinków - stawiam je często gęsto, oczywiście głównie nie tam gdzie potrzeba), ale mówiąc nieskromnie, chyba z moim językiem nie jest jeszcze tak źle. Wydaje mi się, że większość tego, co ukazuje się w prasie, pisana jest na kolanie albo w przebłysku "geniuszu" autora, który siedział w redakcji przez siedem bezpłodnych godzin, a potem w ciągu ostatniej, ósmej godziny, na szybko spłodził jakiegoś "bękarta leniwego umysłu". I ja potem czytam to badziewie, pytając sama siebie, dlaczego po raz kolejny się łudziłam, że spędzę konstruktywną godzinę, onanizując się intelektualnie przy kawie? 

Tak samo jak łudziłam się, że w małych miastach też może się coś dziać. A dzieje się NIC. Jeszcze chwilę temu wierzyłam, że istnieje jakaś grupa zapaleńców, którzy mają pomysł na to, jak ożywić życie kulturalne w mieście. O niebiosa, ależ się pomyliłam. Owszem istnieje, ale jeden zapaleniec, który próbuje zarazić swoim pomysłem resztę, reszta się cieszy (hiphiphurraaa, wreszcie coś robimy), a potem leje na ów pomysł i swój entuzjazm, sikiem prostym jednostajnie ciągłym. Zapaleniec gaśnie, dołącza do reszty i jego entuzjazm w kwestii ożywienia życia kulturalnego w mieście sprowadza się już tylko do kupienia biletu do kina i zasilenia tłumu (w liczbie czterech osób) niezbędnego do zrealizowania seansu w tutejszym kinie. Władze miasta w zniechęcaniu jednostek do organizowania świetnych inicjatyw osiągnęły mistrzostwo. Dni miasta przypominają sportowo - jarmarczny festyn, Festiwal Trzech Kultur zapomniał, że istniała na leżajskich ziemiach również kultura niemiecka. Zdaję sobie sprawę, że miłością do tego narodu nie pałamy, ale skoro już próbujemy ze zrozumieniem patrzeć wstecz, na przedwojenne sielskie życie w naszym mieście to może należałoby mieć na uwadze również protestantów, którzy z tutejszymi grekokatolikami, katolikami i Żydami żyli w takiej zgodzie, że ponoć w dawnej cerkwi (dziś kościół filialny parafii farnej) wszyscy ostro obsługiwali w razie potrzeby tamtejsze organy. 

Międzynarodowemu Festiwalowi Muzyki Organowej i Kameralnej też się oberwie, bo chyba zapomniał, że orkiestra, która otworzyła Festiwal wczoraj, grała na nim rok temu, tyle, że na jego zamknięcie oraz w styczniu w tutejszym domu kultury, więc wychodzi na to, że ta sama orkiestra gra tu co pół roku. Szkoda, bo myślałam, że w tym tkwi prestiż Festiwalu, iż się zaprasza coraz to nowych artystów. Chyba źle zinterpretowałam ideę Festiwalu, która w moim mniemaniu opierała się na potrzebie poszukiwania i zapewniania słuchaczom nowych doznań muzycznych, odkrywaniu artystów itp. (albo jako frustratka mam po prostu niekończącą się potrzebę krytyki, jak przystało na radosną ex-studentkę tak niepopularnego kierunku humanistycznego, gwarantującego bezrobocie, którego nadal jestem nosicielką). 

W murach Miejskiego Centrum Kultury owszem coś się dzieje, ale nie bardzo wiadomo co, prócz stałych imprez, głównie dla dzieci. I wiem, że nie jest to winą osób nim zarządzających i tam pracujących, bo robią co mogą, za gówniane pensje, lecz władze miasta wolą zbudować trzecie rondo, poustawiać na mieście pięćdziesiąt dodatkowych ławek, na które i tak srają gołębie, czy zrobić piąty remont ratusza, niż wesprzeć finansowo kulturę, tak by spełniła oczekiwania każdej grupy wiekowej, a nie tylko dzieci i emerytów. Mimo, że nie jestem już młodzieżą albo jestem (wersja optymistyczna), tylko trochę starszą, mam wrażenie, że to najbardziej poszkodowana grupa wiekowa w moim mieście. Nie każdy młody człowiek czuje się na siłach, żeby tańczyć obertasy w tutejszym zespole ludowym, nie jest na tyle odważny, by zasilić szeregi grupy teatralnej, niekoniecznie lubi muzykę klasyczną, harcerskie przygody, czy sportowe turnieje. Ale jak to powiedziała bardzo mi bliska i mądra osoba: "żeby pracować z młodzieżą trzeba być inteligentnym i się wysilić - nie każdy to potrafi i nie każdemu się chce". Młodzież jest czujna, nie znosi półśrodków i wyczuwa fałsz, nie zadowala się badziewiem i lubi czuć się doceniana, więc dlaczego nie zaangażować jej do czegoś, co jednocześnie sama by tworzyła. Oczywiście mam tu na myśli konkretny pomysł, ale nie jestem już taką frajerką, żeby się swoimi pomysłami chwalić. W każdym razie jest to pomysł dla młodzieży i do jego realizacji właśnie młodzieży potrzebuję, ale pewnie prędzej wygram w totka albo jakąś durną zdrapkę i poświęcę na ową realizację własne pieniądze, niż znajdzie się instytucja, która mi w tym pomoże. 

Skoro się obrywa, to wszystkim, więc Muzeum niech się wytłumaczy, dlaczego było na głucho zamknięte podczas Nocy Muzeów. I niech się nie zasłania domniemaną niską frekwencją, bo wystarczy opracować atrakcyjny scenariusz na taką noc, i się cieszyć, choćby z tych dziesięciu osób, które by przyszły. Ale w sumie po co, kiedy można grzać fotel przed telewizorem i oglądać kolejny odcinek "Klanu", czy innych "Kryminalnych Zagadek Miami".

Ta czara wypełniona goryczą już się we mnie przelewa do tego stopnia, że nawet do lokalnej prasy (w postaci darmowej gazety, lądującej co miesiąc przy kasach w co popularniejszych spożywczakach), do której pisuję od niedawna felietony, napisałam mściwy tekst o zjawisku chama drogowego, dając upust swym ostatnim traumatycznym przeżyciom za kółkiem (chamie drogowy, jeśli to czytasz, wiedz, że znajdę jakieś taśmy na Ciebie). 

Tak mnie ta moja małomiasteczkowa rzeczywistość denerwuje, że nie potrafię już się cieszyć nawet tym, że mój kot wreszcie nie budzi mnie o czwartej nad ranem, dając mi "z liścia" w twarz. Nie potrafię się cieszyć tym, że upiekłam dziś ciasto jogurtowe, które można było po ludzku zjeść (sąsiedzi zjedli jedną trzecią), a nie używać jako sprzętu do wbijania gwoździa. Nie cieszy mnie trawa pod bosymi nogami, czytanie, huśtanie się na czereśni i jazda rowerem. Na dodatek pod wpływem ostatnio spożytych napojów wyskokowych, uruchomiłam tę część siebie, która usilnie do dziś próbuje sobie przypomnieć, co się stało z moimi pieniędzmi z komunii. Tego już za wiele. Nawet jak na mnie. Jest jednak jeden mały pozytyw i on mnie jeszcze trzyma w kupie, że się tak kloacznie wyrażę. Cieszy mnie pisanie i niechaj tak zostanie (uuu i jeszcze "rymnęło" mi się tak ładnie na koniec).

"Niestety", poniżej na zdjęciu to nie ja, ani Ilona Felicjańska przed odwykiem, tylko jedna z prac fotograficznych Sandro Giordano (z powodu których mam niezły ubaw), ale zdjęcie idealnie wyraża to, gdzie znalazły się ostatnio moje ideały, więc mam nadzieję, że przekaz jest czytelny. Poza tym chyba czas wyciągnąć wino spod łóżka.


poniedziałek, 16 czerwca 2014

Adrenalina miłościwie panująca, czyli o czym przypomniałam sobie, siedząc na czereśni


Ostatnio dużo myślałam o swoim życiu. O jego jakości, ważności i o tym, czy... faktycznie żyję swoim życiem, czy raczej obok niego. Ta ostatnia myśl doprowadziła mnie na skraj poczytalności, a konkretnie... na czereśnię. Pałętałam się po ogrodzie obezwładniona swoimi weltschmerzowymi przemyśleniami i przypomniałam sobie, że oto tam w rogu rośnie sobie czereśniowe drzewo. Przytargalam drabinę i wdrapałam się prawie na sam czubek. Tyle poświęcenia dla jedynych dojrzałych owoców w liczbie pięciu. Zerwał się wiatr. Miota gałęziami i mną, a ja ani drgnę. Obejmuję pień, który pniem może i jest, ale tylko na dole, bo na górze to cienka gałąź. Zamykam oczy i niech się dzieje, co chce... Zaraz, zaraz, przecież to już gdzieś kiedyś było - myślę sobie...
Zdrapałam, więc strupa z odpowiedniego miejsca z pamięci i wspomnienia zaczęły sączyć się pięknie jak krew ze stłuczonego kolana. Ileż razy wdrapywałam się na Dziadkową czereśnię, podczas wichur nieujarzmionych, tylko po to, żeby zapewnić sobie wystarczającą dawkę adrenaliny? Nie zliczę.

Będąc dzieckiem, myślałam, że adrenalina to imię jakiejś królowej zza siedmiu mórz, dopóki szkoła nie sprowadziła mnie na ziemię i nie wyjaśniła, iż ta „królowa” to tylko hormon - jeden z wielu, jakie produkuje w różnych sytuacjach z gatunku „intensywnych”, fabryka zwana ciałem. Czy się rozczarowałam? Nie, skądże. Po prostu tym razem świadomie koronowałam adrenalinę na królową mojego życia. Królową strachu, walki i ucieczki. Ciągłego testowania siebie - ile potrafię, ile mogę, ile wytrzymam i jak daleko dobiegnę, uciekając przed potworami, które przybierały przeróżną postać: ciemności pod łóżkiem, złych ludzi, nudy, rozpaczy i braku wiary w siebie. Huśtałam się na wierzchołkach drzew, przeskakiwałam głębokie rowy, sterczałam w oknie podczas burzy (ku rozpaczy babci, która z gromnicą biegła do łazienki, bo tam nie było okien), zjeżdżałam rowerem z górki, zamykałam oczy i puszczałam kierownicę, skakałam nad ogniskiem, gubiłam się w lesie - wszystko po to, żeby po swojemu upewnić się, że to kruche coś, co nazywam swoim życiem, jest tym, co boję stracić się najbardziej. 

Byłam… nie… ja chyba wciąż jestem gorliwą wyznawczynią empiryzmu, a raczej jego przedziwnego odłamu, który na swój użytek nazywam adrenalinowym. Nic nie poradzę na to, że potrzebuję ciągłego sprawdzania, testowania oraz niekończącego utwierdzania się w przekonaniu, że siła mojej reakcji jest miarą tego, jak mocno czuję, że coś jest moje. Jasne, że to wszystko jest niebezpiecznym paradoksem, w dodatku takim, który sama sobie funduję, ale zupełnie mi to nie przeszkadza. Królowa Adrenalina nadal miłościwie panuje na włościach, które sama jej nadałam. Tyle, że dziś jej źródłem, a jednocześnie moim testem, nie jest już skakanie przez ogniska, czy jazda bez trzymanki, ale samotny, nocny spacer, podczas którego ściskam w ręce sandały, bo trzeba było oczywiście spróbować rozgrzanego asfaltu pod stopami albo ten straszny up(i)ór, który każe mi za wszelką cenę iść cholernie trudną drogą, bo jakiś głos w mojej głowie powtarza mi, że to jedyna droga do samospełnienia. 


I jeśli przychodzi strach to tylko taki, jak dziś - strach przed skutkami tego, że się zagapiłam i przez chwilę nie sprawdzałam, czy to moje życie jest prawdziwie moim, że stałam i patrzyłam z tępą zgodą w oczach na to, jak przepływa mi przez palce, wsiąka w ziemię i staje się jej najgorszym nawozem. Ale wlazłam na tę czereśnię właśnie po to, żeby umocnić królestwo Adrenaliny i uczynić swoje życie nawozem, który tak kiedyś użyźni ziemię, że urośnie na niej największe drzewo czereśniowe świata, a owoce jego będą miały smak bezbrzeżnej radości z tego, że się po prostu żyje tak, jak się kocha żyć.



niedziela, 8 czerwca 2014

Od siebie nie uciekniesz, czyli o tym, co zobaczyłam w kubku z kawą

Każdy przynajmniej raz w życiu zadawał sobie pytanie: gdzie jest moje miejsce? Jeśli się czymś różnimy w tej kwestii, to tylko częstotliwością w jego zadawaniu.  Myślałam, że może jutro będzie lepiej i uda mi się uniknąć we własnej głowie tej kłopotliwej ciszy, jaka zalega, gdy znów pojawia się TO pytanie. A kiedy zbieram się w sobie i próbuję na nie odpowiedzieć, przeważnie widzę siebie w tych miejscach, w których już mnie nie ma: siedzącą na ławce przy Palacio Velazquez w madryckim Parku Retiro, na skrawku trawy pod palmą przy basenie w Parli, przemierzającą schody w zaułku przy Church Street w Mansfield, biegnącą za autobusem na krakowskim Ruczaju, czytającą książkę na murku przed starą kamienicą na wrocławskich Krzykach albo na wpół śpiącą i przyklejoną do szyby w śląskim tramwaju.


Zostaje po tym „widzeniu” małe rozczarowanie, bo przecież wszystkie te miejsca miały być „moimi miejscami” i miały dać mi pewność, że nie będę już szukać innych. Mamiły mnie obietnicą permanentnego szczęścia, miały być ostateczną odpowiedzią na odwieczne pytanie: gdzie jest moje miejsce? Nie były. Rozkładałam bezradnie ręce, pakowałam walizki i wracałam do domu po to, by znów z niego wyruszać i szukać dalej. W każdym z tych miejsc zostawiałam kawałek siebie i nie dam sobie dziś ręki uciąć, że jestem tą samą osobą, którą jeszcze byłam dwie przeprowadzki i dziesięć biletów temu.

W walizkach miałam niewiele, ale ciążyły mi i to bardzo, bo miałam tam kolejny niedokończony rozdział własnego życia (czy można złożyć powieść z niedokończonych rozdziałów i uznać ją za skończoną?). Dlaczego nigdy nie mogłam zobaczyć siebie w miejscach, w których jeszcze nie byłam i poczuć radość na myśl o tym, że być może w nich będę? Zamiast tego wolałam przywoływać wspomnienia miejsc, które bolą mnie moją nieobecnością i pachną rozczarowaniem. Powroty, wyjazdy, przywitania, pożegnania, przypływy i odpływy. Trwałoby to pewnie i trwało, gdybym dziś, siedząc smętnie na schodach przed domem, z kubkiem kawy w ręku, nie zobaczyła własnego odbicia w tej kawie i nie pomyślała, że nie da się wróżyć z fusów, jeśli się pije rozpuszczalną. A potem mnie olśniło. Nie potrzebuję fusów, żeby w końcu się dowiedzieć, gdzie jest to moje miejsce, bo ja nim jestem. I nieważne, jaką szerokość geograficzną będę miała pod swoimi stopami. Ważne, żeby było mi dobrze w dwuliterowym państwie o nazwie „Ja”. 


niedziela, 1 czerwca 2014

Jedyny słuszny model, czyli Dzień Dziecka bez dziecka

Dzień Dziecka jest dla mnie dniem szczególnym, bo mam to szczęście, że mimo posiadania tych trzydziestu z hakiem lat, nie zdołałam pogrzebać w sobie dziecięcego pierwiastka. To dlatego tak ciężko mi czasem zrozumieć kogoś, kto zwraca uwagę na to, że nie wypada mi się zachowywać w taki, czy inny sposób. Ale nie - nie będę stała obok trampoliny, tylko dlatego, że NIE WYPADA w moim wieku po niej skakać. Gdybym poddała się takiej presji, nie byłabym tym, kim jestem i nie czuła się wolna w takim stopniu, w jakim się czuję. O ile w większych miastach można mniej się przejmować tym, czego nie wypada robić z racji wieku, o tyle w mniejszych jest się już psychicznie podejrzanym elementem.
Ludzie, którzy nie potrzebują myśleć, nie lubią wysiłku, jaki myśleniu towarzyszy i prędzej rzuciliby się z mostu w Tryńczy niż nad czymkolwiek zastanowili - tacy ludzie są nieświadomie twórcami pewnego niebezpiecznego wzorca, jakoby zdanie, poglądy i zachowanie większości były jedynym słusznym wyborem. Myślenie, ba! samodzielne myślenie i wybory życiowe niezgodne z ogólnie przyjętymi to już w ogóle antyspołeczna samowolka. Ten wzorzec żywi się najczęściej małymi społecznościami, w których jest się ciągle monitorowanym, a to przez "troskliwego" sąsiada, a to przez księdza proboszcza (do kościoła nie chodzisz = dziecka ci nie ochrzci, choć jesteś wierzący), a to przez ciekawskich znajomych, których spotykasz co dziesięć metrów, kiedy tylko wylecisz do sklepu po majonez. Małymi społecznościami łatwiej się manipuluje i łatwiej się cokolwiek im wmawia. Ludzi steruje się ideami, a że wśród nas są tacy, którzy myśleniem się nie kalają, nie podważą tych idei, które choć okrzyknięte boskimi, wyrządzają krzywdę niejednemu człowiekowi, który odważył się wybrać inną drogę albo jak kto woli - inne idee, którym nie przyklaskują tłumy. A piszę to, bo w małej społeczności się wychowałam i przyszło mi dorastać w warunkach, które poniekąd skazywały mnie i moje rodzeństwo na bycie tymi "innymi", o których mówi się w "normalnych" domach, choć w moim przekonaniu mój dom był sto razy bardziej normalny niż tamte. 

Dzień mojej pierwszej komunii świętej. Stoję przed kościołem, obok mnie Mama, Babcia, Rodzeństwo i dalsza rodzina. Z racji rozwodu prawo kościelne odbiera możliwość przystąpienia do spowiedzi i komunii św., więc moja Mama, dotknięta tym wstydliwym "stygmatem", ani drgnie, kiedy mamusie i tatusiowie gęsiego truchtają przed ołtarz. Niektórzy tatusiowie przybyli nieco "wczorajsi", bo aplikowali sobie pod sklepem tanie sikacze z okazji soboty. Byli wśród nich i tacy, którym po sikaczach myliła się kolejność w interpretacji męskiego credo: "pięścią w stół, palcem w babę", skutkiem czego parę mamuś przybyło w nieco bardziej przypudrowanej wersji siebie. Ale i tak na świeczniku byłam ja i moja Mama. Musiałam nasłuchać się od dzieciaków mnóstwa złośliwości, przemycanych cichaczem na przerwach albo całkiem głośno po lekcjach, ale tak, żeby przypadkiem nauczyciel nie słyszał. Było mi potwornie przykro i zazdrościłam im tych "pełnych" rodzin. Na szczęście dziś już nie zazdroszczę, bo wiem, czym niektóre z nich były. Oczywiście wiem też, że wszystkie złośliwości, którymi karmiły mnie dzieciaki, wyniesione były z ich domów, gdzie rodzice z racji braku lepszych zajęć obsmarowywali kogo popadnie, nie zważając, że obok siedzi ich dzieciak i chłonie każde słowo jak gąbka, a potem idzie i życzliwie przekazuje wszystko (gówno z tego rozumiejąc) w odpowiednim tonie dziecku, o którego rodzicach - jego rodzice z takim zawzięciem rozprawiali. 

Piszę o tym wszystkim ponieważ dziś miało miejsce coś, co mnie lekko poirytowało i w pewnym sensie ma związek z "innością", o której pisałam, a mianowicie w wielu miastach Polski zorganizowano Marsze dla Życia i Rodziny. Nie mam nic przeciw jakimkolwiek marszom, ale żeby organizować akurat ten w Międzynarodowy Dzień Dziecka? Serio? Przecież główne założenie Marszu to przedkładanie modelu: mama + tata + gromadka dzieci, nad inne modele życia rodzinnego, (a więc wykrzykiwanie, ze TO jest lepsze, a TAMTO gorsze) które często nie wynikają z widzimisię osób je reprezentujących, a już na pewno nie mają na to wpływu dzieci, wychowujące się w nich. Mimo to skrajne środowiska kościelne uważają inaczej. Mimo to skrajne środowiska kościelne gdzieś mają to, że dzieciaki z tych "właściwych" rodzin dokuczają dzieciakom z rodzin rozbitych albo tym, których rodzic wychowuje samotnie. Zorganizowanie Marszu właśnie dzisiaj jest dla mnie przykrym dowodem na to, że szacunek, wolność wyboru, akceptacja inności są w tym kraju tylko pustosłowiami. Na stronie internetowej Marszu czytamy: "Polacy doskonale zdają sobie sprawę z wartości jaką jest rodzina. Wychodzą na ulicę, by tę wartość pokazać. Ponieważ jednak nie wszyscy ten skarb doceniają, to Marsze są doskonałą okazją, by przekonać nieprzekonanych". Ciekawe jak chcą przekonać tych, którzy są wierzący i też mają się czym pochwalić, ale Kościół i Państwo odmawiają im tych samych praw, które mają osoby żyjące w formalnych związkach, przypieczętowanych sakramentem? Jak chcą przekonać matkę lub ojca samotnie wychowujących dziecko, któremu inne dzieci w szkole uświadomiły, że jest chyba jakieś lewe, bo nie ma ojca/matki? Po co przekonywać tych, którzy dokonali innego wyboru. Może lepiej ten wybór uszanować niż przekonywać? Wychodzenie na ulicę w taki dzień jak dziś i skandowanie prorodzinnych haseł, godzi w dzieci, których rodziny się pozbyły, które rodzin nie mają z jakichś względów, godzi w dzieci wykluczone, porzucone, wykorzystywane przez rodziców i dzieci urodzone w wyniku gwałtów. W taki dzień jak dziś powinno się mówić o dziecku, jako o człowieku i jego prawach, a nie o dziecku jako elemencie składowym właściwego modelu.

Jestem osobą wierzącą w Boga, a nie w kościelne dogmaty, które z Bogiem nic wspólnego nie mają. Przykro jest patrzeć, że ludzie dokonują takich podziałów, posiłkując się tym, co sami ustanawiają i nadają temu wymiar boski. Zanim spadną na mnie jakiekolwiek cięgi, dodam, że nie neguję tego typu inicjatyw, bo mimo wszystko żyjemy w państwie demokratycznym (jeszcze) i każdy ma prawo do wyrażania poglądów w taki, czy inny sposób, ale datę wyrażania tych poglądów zawsze można przesunąć. Nie neguję absolutnie wartości, jaką jest rodzina, wprost przeciwnie, rodzina jest dla mnie najważniejsza, ale nie wartościuję, który jej model jest lepszy, który gorszy. Dziecko zasługuje na to, aby być szczęśliwe nie tylko w rodzinie społecznie uznanej, ale także tej, która nieco od niej odstaje, bez względu na to, czy mieści się ona w kościelnych normach. Jestem dzieckiem z tzw. niepełnej rodziny, a moje dzieciństwo było szczęśliwsze, niż dzieciństwo niejednego dziecka, które dawno temu nie szczędziło mi złośliwości.

Brzmi to wszystko jakbym wyśpiewywała tu swoje gorzkie żale, ale tak nie jest. Nie żalę się. Po prostu zazwyczaj umiem uruchomić wyobraźnię wtedy, kiedy trzeba i dostrzegam coś, co wykracza poza rozumienie człowieka, który sam siebie zwolnił z myślenia i jedyne, co potrafi to wskazanie, że jego jest lepsze, a moje gorsze, bo tak i już. 
Nie zamierzam nigdy przestać być w pewnym sensie dzieckiem. Nie będę stała z boku i gadała z koleżanką, kiedy moje dzieci będą budowały zamek z piasku - będę budować go z nimi, nie będę przejmowała się tym, co mi wypada, a czego nie, nawet jeśli miałoby to być paradowanie w kostiumie pokemona główną ulicą miasta. A już na pewno nie będę patrzyła deprecjonująco na rodzinę inną niż moja. A dlaczego? Bo wiem jak to jest być w tej "innej" rodzinie. I będę dawać temu wyraz, tak jak to robiłam dwadzieścia pięć lat temu na zdjęciu poniżej. Wszystkiego najwspanialszego Drogie Dzieci!


Zmiany, zmiany, zmiany

Jak zdążyliście zauważyć, na blogu pojawiły się zmiany, które dotyczą zarówno szaty graficznej, układu oraz pomysłów na usystematyzowanie postów. Pojawiła się zakładka RECENZJE. Znajdziecie w niej listę linków do recenzji, które będę sporadycznie umieszczać na blogu. Sporo czytam i przez moją głowę przewija się zbyt wiele treści, abym mogła je zapamiętać, skutkiem czego, potrafię powiedzieć o danej książce, po paru latach od jej przeczytania, tylko to, że mi się podobała lub nie podobała, a nie dlaczego mi się podobała. Zatem piszę recenzje nie tylko dla Was, ale i dla siebie, w razie gdyby mi się mózg w kisiel zamienił. Poza tym, nowością są też etykiety. Znajdziecie ja na dole. Przeniosą Was one do grupy postów, które w jakiś sposób się ze sobą łączą. Zapewne to nie koniec metamorfozy bloga, bo mam w planach jeszcze jedną kategorię, ale muszę znaleźć dla niej inne rozwiązanie techniczne. Podczas pracy nad obecnymi zmianami doszłam do wniosku, że blogspot ma bardzo duże ograniczenia w edycji i strasznie trzeba się nakombinować, żeby choć w najmniejszym stopniu zbliżyć się do tego, co zamierzaliśmy. Mam jednak nadzieję, że póki co zmiany się podobają. Znikają "Parapetówki", ze względu na to, że są bardzo czasochłonne. Ich miejsce zajmą wspomniane już recenzje, wśród których pojawią się również filmowe (jeśli zdarzy się cud i obejrzę wreszcie jakiś dobry film) oraz inne, dotyczące tych zjawisk kulturalnych, które zasługują na szczególną uwagę. Wprowadzenie wspomnianych wyżej zmian ma również na celu zmobilizowanie mnie do częstszego pisania, bo różnie z tym u mnie bywa i sama się na siebie wkurzam, za to, że rzadko tu zaglądam. A teraz wracam do pisania "normalnego" posta, co by nie wygłupić się dzisiaj tylko tym "instruktażowym". Stay tuned!