piątek, 18 lipca 2014

Do trzech upadków sztuka, czyli nauka wstawania

Zaczyna się niewinnie. Samotność lepi się natrętnie do stóp jak psie gówno. Nie próbuj nawet potrząsać nogą - poczujesz jej zapach. Tak samo obrzydliwy i tak samo niechciany. Biegniesz przed siebie, żeby się jej pozbyć, spotykasz ludzi i nadzieja maluje na twojej twarzy portret upośledzonego egzystencjalnie kretyna, ale czeka cię niespodzianka, bo oto ci wszyscy ludzie też potrząsają nogami, rozpaczliwie próbując pozbyć się własnej samotności. Możesz liczyć tylko na siebie, więc zaczynasz odliczanie...


Raz...
Upadasz po raz pierwszy. Boli i wydaje ci się, że nie ma gorszego bólu. Boli cię myślenie, patrzenie, mówienie, słuchanie, pamiętanie, stanie w miejscu, bolą cię kroki, twoje, czyjeś, jakieś. Boli cię patrzenie wstecz i boli patrzenie przed siebie. W ustach zgrzyta ci piasek (a więc tak smakuje upadek?), oczy pieką cię z masochistycznego zachwytu nad własną niemocą, czołganie się wychodzi ci najlepiej. Odwracasz się na plecy (a więc tak wyglądają gwiazdy z perspektywy rynsztoku wg Wilde'a?), śmiejesz się przez palce, które za chwilę masz ochotę odgryźć, bo wskazały ci zły kierunek. Wiosłujesz na oślep przez ten ocean pyłu albo jak wolisz nicości i masz tylko jedno pragnienie: utopić się. Nagle słyszysz za sobą śmiech: to ty, przed chwilą wyszedłeś z siebie i patrzysz na swój zewłok jeszcze żywy, oczami koloru pogardy, ustami, do których przyklejono wszystkie sarkazmy świata i mówisz: "Wstawaj, k***a!"

Dwa...
Upadasz po raz drugi. Zupełnie przypadkiem przecież, bo kiedy upadłeś po raz pierwszy i wstałeś, w pierwszym orzeźwiającym przypływie zdrowej świadomości obiecałeś sobie, że nigdy więcej. Trudno, tak jakoś wyszło. Znów czołgasz się w pyle, łykając kaktusy, boli niby tak samo jak za pierwszym razem, ale jakoś tak przez szybę trochę boli, niby twój ból, ale jakby z daleka twój. Czekasz znów na to swoje wyjście z siebie, na autoszyderstwo wycelowane prosto w twoje żałosne plecy, którymi kleisz się tak uparcie do ziemi, jakbyś zadość chciał uczynić grawitacji. Niestety nic się nie dzieje. Wyjście z siebie nie nadchodzi, więc czołgasz się do pobliskiego monopolowego, po Kadarkę lub inny syrop. Receptę wypisujesz na dwudziestozłotówce i z poziomu sklepowej posadzki rzucasz ją na ladę. Miła pani (Helena, lat 52, niepaląca, mąż, dwójka dzieci, jeden kredyt), podaje syropek, instrukcje na etykiecie objaśnia i zatroskanym wyrazem twarzy żegna cię i doradza, że ulgę w tym czołganiu może ci przynieść turlanie. Tylko jak się k***a turlać na powierzchni jednostajnie i nieznośnie prostej niczym spódnica Heleny? Czołganiem zaszczycasz schody na pierwsze piętro domu twojego, ale jednak nie twojego, bo tylko pokój twój. Odkręcasz syropek i jednym haustem zapraszasz do siebie mentalne wczasy na Majorce. O piątej nad ranem, budzisz się z niecierpiącą zwłoki potrzebą uwalniania pawia co pięć minut i w niedługim czasie jesteś już względnie szczęśliwym posiadaczem całego stada pawi. Ta feeria barw, ten polot, ten subtelny trzepot skrzydeł i ta elegancja. Teraz już nie masz nawet siły na czołganie, zasypiasz... Budzisz się wieczorem, wstajesz, myjesz gębę, bierzesz prysznic i zaczynasz szydełkować lub przy użyciu plakatówek ozdabiać ceglany murek dookoła domu. Upadek? Że co? Jaki upadek?

Trzy...
Upadasz po raz trzeci. Jest całkiem nieźle, bo tylko na kolana. Masz z tej pozycji rozległe widoki: na to, co do upadku cię przywiodło, na to, co masz w dupie i na to, czego nie masz, na kwiatki, drzewka, ptaszki, cukierki i śmierć. W tyle głowy pulsuje echo partykuły "nie" dodanej do manipulacyjnego czasownika "potrafisz". Nie potrafisz, nie umiesz, nie będziesz - tak mówią ci, którzy znajdują poczucie bezpieczeństwa tylko w zaprzeczaniu wszystkiemu i wszystkim. Dziś to wiesz. Czujesz, że masz wybór. Podoba ci się ta myśl. Kolana bolą, ale obracasz ten ból w żart - nieśmieszny suchar, ale wiesz, że prędzej, czy później śmiać się będziesz ty, nie inni - oni dawno już odpadli z gry. Szukasz wzrokiem rusztowania, które pozwoli ci dźwignąć się z tych kolan. Dostrzegasz upragnione widmo. To rusztowanie zrobione z nierdzewnej złości, z wkurwienia hartowanego, z buntu kuloodpornego. Wolno, kolano za kolanem przesuwasz się w stronę rusztowania. Łapiesz je kurczowo, zamykasz oczy i centymetr po centymetrze dajesz mu się obudować. Otwierasz oczy i już na wszystko patrzysz z góry. To Mount Everest twojej złości. Pielgrzymka na kolanach do Sanktuarium Zbierania Się Do Kupy zakończona sukcesem. Cud się ziścił. Sam się błogosławisz i postanawiasz pobłogosławić innych. Brakiem zainteresowania. Powietrze jakieś świeższe, samotność zapachniała samotnością, ziemia śmiercią, gówno gównem, czyli wszystko jest na swoim miejscu. Jesteś gotowy na kolejne upadki, teraz już wiesz co i jak. Środkowym palcem wystukujesz numer do Departamentu Upadków, po dwóch sygnałach odzywa się przyjemny głos:
- Dzień dobry, Departament Upadków, w czym mogę pomóc?
- Dzień dobry. Z niecierpliwością czekam na kolejny upadek, czy można to jakoś przyspieszyć? Zapłacę ekstra!
- Przykro mi, limit upadków w twoim przypadku się wyczerpał. Dzwoń do Departamentu Wzlotów tam chyba mają dla ciebie jakieś gratisy.


wtorek, 8 lipca 2014

Nie nadążam z przeżywaniem, czyli dzieje się lato

Przyszło. Już jest. Trwa. LATO - wymodlone, wyczekane i zaskakujące, bo krem z filtrem może i miał działać, ale chyba tylko na twarz, bo na ramiona już nie i skóra schodzić będzie płatami - w czym akurat widzę, według swej pokrętnej logiki, pewną symbolikę. Otóż wyobrażam sobie wtedy, że zrzucam starą skórę jak niektóre zwierzęta, żeby moje nowe 'ja' raziło mi oczy tym blaskiem nowości za każdym razem, gdy spojrzę w lustro. Oczywiście dostrzeganie wspomnianej symboliki wynika z faktu, że uwielbiam kreować te swoje małe pseudofilozofie na potrzeby maskowania własnej głupoty, która nakazała mi siedzieć na słońcu o dwie godziny za długo.

Może i przygrzało mi trochę dynię, może i popiskuję teraz, bo skóra nieco piecze, ale nie wyrzeknę się miłości do lata, choćby mi na Grenlandii Eskimosi sztuczną plażę mego imienia zbudowali, piasek z Lloret del Mar sprowadzili plus dożywotni karnet na mojito zafundowali - tylko prawdziwe lato jest w stanie tak mnie naładować, że przejadę dwadzieścia kilometrów rowerem, mając ogromną radochę z tego, że jadę, a te koła tak się kręcą i kręcą (no powiedzcie sami, czy lato nie jest cudowne?!). Nie ukrywam, że dręczy mnie lekki pierdolec na punkcie jazdy rowerem i samych rowerów w ogóle, do tego stopnia, że na widok starej, klasycznej  retro „holenderki”, będącej własnością oczywiście nie moją, chodzę z depresją do końca dnia (mam nadzieję, że mój obecny rower - od Niemców przywieziony Herkules aka Heniek - nie będzie czytał tego wpisu, bo wtedy to już nigdzie nie pojadę). Dla tych niespełna trzech miesięcy lata zjawiłam się na tym świecie i to nieprzypadkowo w lipcu. Jakimś dziwnym trafem lato zawsze dostarczało mi przeżyć tak intensywnych, że kurz po tej intensywności opadał dopiero w zimie.

Było lato tak smutne, że każdy jego dzień bolał, bo odeszła wówczas jedna z najbliższych mi osób. Było lato tak szczęśliwe, że gdyby ze szczęścia się umierało, to ja umarłabym wtedy dziesięć razy. Było lato pełne rozstań tak bolesnych, że na dźwięk słowa ‘pożegnanie’ chce mi się do dziś wyć. Było lato beztroskie, pachnące skoszoną trawą i kompotem z jabłek, lato skąpane w zachwycie nad najmniejszą bzdurą, lato obtaczane w panierce głodu nowych przeżyć, lato serwujące darmową terapię wstrząsową i lato upojenia spokojem, lato rozczarowań i lato samotności do bólu - tej dziecięce i tej dorosłej, lato, kiedy mapa zadrapań na dziecięcych nogach była powodem do dumy i lato, gdy każdą bliznę chciało się ukryć pod płaszczem wstydu. Z każdego lata mam pamiątkę: garść wspomnień, które jak gorący piasek, sypię zimą na zmarznięte stopy. Każde ziarenko ma znaczenie, bo ja mu je nadałam.

Rozścieliłam dziś koc na trawie, poobkładałam się książkami i zapachami. Słońce świeciło tak mocno, że topiło chyba wszelkie chęci do robienia czegokolwiek, ale na mnie takie temperatury nie działają. A raczej działają, tyle że jak krew na wampira. Mam ochotę robić sto tysięcy rzeczy naraz, biec przed siebie, potykać się o własne nogi i zdobić kolana strupami, jeść lody miętowo-czekoladowo-bananowe, ignorując odruchy wymiotne po pierwszym kilogramie, łazić boso tam i z powrotem - tak zupełnie bez sensu, nie rozczesywać włosów splątanych przez wiatr, siedzieć przy ognisku i patrząc nieustannie w ogień, pozdrawiać szeptem wszystkie czarownice, które spłonęły na stosach, chcę widzieć wszystko i być wszędzie, chcę smakować, dotykać, przeżywać, zbierać letnie wieczory do słoików, żeby w zimie otwierać je i za sprawą jednego wdechu znów poddać się bez walki fali euforii, dać się jej nieść aż po horyzont myśli, do pierwszych promieni rzeczywistości. Chcę żeby lato nigdy się nie kończyło…

… Ale skończy się zupełnie nagle, bez zapowiedzi, skłamie bezczelnie pogodą i zamiast z ostatnim upałem, odejdzie wcześniej, szeleszcząc wyblakłą zielenią na drzewach. Zabierze ze sobą zmęczone słońce, zostawiając na niebie jego podróbkę made in Taiwan. Postraszy w sierpniu zimnymi nocami, włączy tęsknotę i rozkaże ci westchnieniami odmierzać czas. Oblecze się w brudną żółć i zagarnie do kieszeni zapachy, które tak kochasz. Zostawi cię samego na pastwę jesieni i zimy, potem znów spomiędzy wersów wiosny wyjdzie, a ty mu wybaczysz, że cię tak bez słowa opuściło. Zawsze wybaczasz.

Tymczasem przyszło, jest i nigdzie się nie wybiera. Słyszę jak woła mnie, żebym zanurzyła się po szyję w kolejnym letnim wieczorze, bo dziś wieje wiatr zmian, a wszyscy wiedzą, że przy takim wietrze najlepiej się pływa, pod warunkiem, że płynie się pod prąd.