środa, 20 sierpnia 2014

Pamiętniki z wakacji, czyli radyjko, bateryjki i nerwica

Większość z was ma za sobą to, na co czekamy prawie cały rok. To coś nazywa się urlop i jest drugim, po słowie "wypłata" najpiękniej brzmiącym słowem. Mamy wielkie szczęście, jeśli jedno idzie w parze z drugim, bo to oznacza, że przez najbliższe dwa tygodnie nie będziemy spać jak niemowlęta, czyli budzić się co trzy godziny z płaczem. Czeka nas zatem wymarzony spokój, bezbrzeżny zachwyt nad światem, życiem i jakimkolwiek gówienkiem godnym zachwytu.
W akcie tego niepohamowanego zachwytu i powodowani rzewnymi wspomnieniami z czasów okołonastoletnich postanawiamy opróżnić konto i pojechać na biwak (i co z tego, że tylko na to nas stać? phi!) dokładnie w to samo miejsce, które niegdyś dostarczyło nam tylu pięknych wspomnień. Pakujemy wałówkę oraz sprzęt niezbędny do przetrwania w dziczy przez tydzień i zadowoleni odjeżdżamy w siną dal. Daleko nie musieliśmy jechać, bo nasze biwakowe miejsce znajduje się w granicach powiatu (czego oczywiście nikt nie musi wiedzieć, bo zawsze to lepiej brzmi jak się powie, że opaleniznę przywiozło się znad Bałtyku lub innego Ciechocinka). 

Na polu namiotowym stoi ledwie pięć namiotów, więc jest idealnie. Po półgodzinnym rozpoznaniu terenu znajdujecie najlepsze (przynajmniej wtedy tak myśleliście) miejsce i rozkładacie swój tymczasowy szmaciany domek. Pomaga wam w tym jakieś dwa tysiące komarów. Ale te dwadzieścia pięć bąbli, na jednym tylko ramieniu nie popsuje wam przecież waszej biwakowej idylli. Po rozbiciu namiotu wyruszacie na poszukiwania właściciela pola namiotowego, by uiścić stosowne opłaty. Posiłkując się metodą „kto pyta, nie błądzi” po dwóch godzinach znajdujecie go w pobliskim barze w stanie wskazującym raczej ziemię niźli niebo. Z przyczyn widocznych gołym okiem ustalacie spotkanie na dzień jutrzejszy i oddalacie się czerpać przyjemności z biwakowania. 

Cudowna cisza, filmowy zachód słońca i delikatny wiatr, muskający wasze zapracowane przez cały rok czoła – tak to jest to, na co czekaliście. Na malutkiej kempingowej kuchence gazowej grzejecie wodę na herbatę jaśminową o smaku siana i przy świeczce gracie ze swoją drugą połówką lub przyjacielem w scrabble (wytrzeszczając w półmroku niemłode już oczy) – o tak, tego wam było trzeba, by dostrzec to, co się w życiu liczy najbardziej. Zasypiacie z błogim wyrazem twarzy, bo intuicja podpowiada wam, że to będzie piękny urlop. Za piętnaście siódma rano budzi was bliżej niezidentyfikowany dźwięk. Nieprzytomni i z radosnymi "kurwami" na ustach szukacie budzika, ale w pierwszym przypływie świadomości ustalacie, gdzie jesteście i bardziej powodowani ciekawością, niż skokiem ciśnienia, wystawiacie głowę z namiotu. Nie więcej niż pięćdziesiąt metrów dalej swój namiot (namiocisko?) rozbija właśnie siedmioosobowa rodzina, którą wspiera w tych trudach małe cholerne radyjko na baterie, mimo swej wielkości, wściekle ujadające znienawidzoną przez was piosenką. „Baterie się w końcu wyczerpią” – myślicie sobie i ignorujecie ten źle rozpoczęty poranek, zapijając go wodą o smaku kawy. 

Minęło już południe, a radyjko hula w najlepsze. Uciekacie, więc gdzie się da: na spacer, podczas którego wdeptujecie w psie gówno, do baru na piwo rozcieńczone wodą lub popływać dziurawym kajakiem w przepoconym kapoku. Wracacie wieczorem do namiotu, pełni nadziei i miłości do bliźniego, ale radyjko wam ją odbiera. Bezkurwamaćpowrotnie. Nie jesteście konfliktowi, nie będziecie wszczynać awantur, więc gdzieś około północy (po odczekaniu kilku godzin dla pewności, że radyjko nie zamilknie) odwiedzacie sąsiadów i grzecznie prosicie o wyłączenie radia. O dziwo, sąsiedzi bez problemu spełniają waszą prośbę, a wy ze zdziwienia wreszcie zasypiacie. 

O siódmej następnego dnia radyjko wita was dyskotekowymi pląsami z gatunku italo disco i zapowiada wspaniały dzień. Kręcicie się niepewnie z przekrwionymi oczami obok namiotu sąsiadów, ale porzucacie plan spalenia go wraz z zawartością, zniechęceni wizją tłumaczenia się w pracy szefowi, dlaczego nie możecie do niej przychodzić przez najbliższych 25 lat (lub dożywotnio). Zabieracie, więc ze sobą książkę, jedzenie oraz koc i idziecie przed siebie tak długo, aż natraficie na tablicę z napisem "Przemyśl wita". Wtedy możecie mieć pewność, że nie usłyszycie radyjka. Ale, że nie uśmiecha wam się siedemdziesięciokilometrowy spacer, po przejściu dziesięciu kilometrów wracacie z powrotem, gubiąc się po drodze i uciekając przed stadem dzików. Na pole namiotowe docieracie około wieczora. Wita was znajome radyjko i… dziura w namiocie. Wyzuci z wszelkich oporów i ludzkich odruchów, idziecie odwiedzić sąsiadów. Okazuje się, że ich najmłodsza latorośl postanowiła zwiedzić waszą „zagrodę” i odpalić tą małą kuchenkę gazową, którą pozostawiliście bez opieki i w ogóle zdaniem sąsiada to wszystko wasza wina. 

Odbiera wam mowę, ze zdenerwowania wodzicie oczami bez ładu i składu po dobytku sąsiada, z chęcią zdemolowania czegoś i nagle waszym oczom ukazuje się, leżący na stoliku, pięknie zafoliowany zapas kilkunastu baterii do pierdolonego radyjka. Odwracacie się na pięcie i w ciągu piętnastu minut pakujecie cały wasz majdan do samochodu, następnie z piskiem opon odjeżdżacie. Złość przyciska wam mocniej nogę na gaz, ale zaraz przypominacie sobie, że ów, będący zapewne w innym stanie świadomości, facet od biwakowych opłat nie zgłosił się po pieniądze, więc dalszą drogę pokonujecie spokojnie, nie powodując karambolu i w dobrym humorze. Resztę urlopu spędzacie na działce popijając melisę i pisząc posta "ku pamięci i przestrodze", i w ogóle to prędzej wybierzecie się na skoki spadochronowe bez spadochronu, niż na biwak.


niedziela, 17 sierpnia 2014

O niczym, czyli ból egzystencjalny z Mickiewiczem w tle

"Cholera, słońce wystygło" - stwierdzasz, grzebiąc ręką w nocniku, zaskoczony, bo przecież dopiero z czerwcem się widziałeś, a tu połowa sierpnia już ci na buty zwymiotowała. Przeczytałeś trzy książki, obejrzałeś kilka filmów, lepszych i gorszych, przeżyłeś kupę fajnych chwil, spławiałeś się kajakiem po Wieprzu, odbyłeś kilka ważnych konwersacji. "Wow! Takie wakacje, tak bardzo wakacje" - myślisz sobie i lekko się uśmiechasz, ale z braku innych zajęć pokusa odmówienia Litanii do Najświętszego Doła Egzystencjalnego wygrywa. A zaczyna się tak niewinnie. 


Dupa wesoło przyrasta ci do schodów, na których codziennie pijesz kawę i rozmyślasz o Bardzo Wzniosłych Rzeczach, oczami wypływając na "suchego przestwór oceanu", ach! Ale tę cudownie rozpływającą się w nicości chwilę mąci ci, szeptem wypowiadany przez twojego prywatnego szatana, wstęp do wyżej wymienionej Litanii: "Kyrie eleison, z czego ja się tak kurwa cieszę?!" - odmawiasz w myślach i na wszelkich wypadek powtarzasz te święte słowa trzy razy, postanawiasz poprawę i już widzisz, że w sumie ten twój ocean nijak się ma do tego z Mickiewiczowych uniesień, bo u Mickiewicza krowy nie obsrywały stepu, linie i słupy wysokiego napięcia nie brzęczały woltami, a tych stepów nie przecinała "krajówka" na Lublin, na której zginęła większość twoich kotów.

Uff, na szczęście znasz na pamięć tekst Litanii i kontynuujesz śpiewająco: "O Przenajświętszy Dole Egzystencjalny, zanoszę do Ciebie modły z tych przedmieść miasta, które nawet miastem nie jest, dłubię w głowie, bo gdybym dłubała w nosie, to byłoby za fajnie, więc po co czynić swe życie znośniejszym, skoro można radośnie je utrudniać i zadość Ci czynić lamentem, co obiecuję robić. Nie mam jeszcze kredytu, mieszkam u rodziców i jedenastolatek biega szybciej ode mnie, niechże więc z oczu moich Niagary polecą ku Twojej chwale. Po trawie już boso nie łażę, bo przedwczoraj użądliła mnie osa, hamak mnie wkurwia, bo mi się przysnęło i z niego spadłam, na obiad krupnik, czyli jest bardzo źle, więc z całego serca swego dziękuję Ci za te łaski. Ześlij mi jeszcze brak tlenu, niechaj się trochę poduszę, choć dusiłam się w zeszłym tygodniu i wiem, że to nie jest już trendy, ale czego się nie robi w imię Twoje. Spraw, żeby zabolały mnie rumieńce i  żebym znalazła we włosach choćby jednego siwego, aby ryknąć i drzeć dresy z rozpaczy. Dlaczego kota nie rozjechał jeszcze mi samochód, kolano boli jakby mniej, rower się nie psuje i dlaczego znowu mogę pisać?! O Najwspanialszy i Najgłębszy Dole, za cóż mnie tak karzesz okrutnie?! Why me?! Ufam, że zstąpisz tu zaraz na ziemię i ukażesz mi swoją ciemność niezmierzoną, żebym...
...mogła pokazać Ci środkowy palec."


czwartek, 7 sierpnia 2014

Krótkie studium duszenia się, czyli o tym, jak nauczyć się oddychać

Dławi, dusi, gniecie, swędzi, uwiera, ale nie wiesz co. COŚ. Bliżej nieokreślone, niezidentyfikowane i nieznośne jak mżawka, która w sumie deszczem nie jest, ale wkurwia tak samo i czujesz, że przemokłeś do samych majtek, które wczoraj zadowolony kupiłeś w markecie za połowę ceny. Łapiesz się za gardło, chcesz rozorać je pazurami, bo logika desperata podpowiada, że oddychać może będzie łatwiej z dodatkową dziurą, ale przypominasz sobie, że na widok krwi robi ci się niedobrze i na wszelki wypadek kucasz, przydeptując ręce nogami. W przypływie świadomości, która w sumie przypływem nie jest tylko sączy się ciurkiem jak dogorywająca rzeczka z nie do końca czystą wodą, no więc w tym nie-do-końca-przypływie rzucasz się, by otworzyć okno. Tlenu! Powietrza! Życia! Nic z tego. Dom ma kilka pomieszczeń, ale nie ma szans, aby pomieścił teraz ciebie. Potrzebujesz powiedzieć, że potrzebujesz, ale nie wiesz czego. CZEGOŚ. 

Orientujesz się, że założyłeś spodnie na lewą stronę. "Coś mi się w życiu odmieni" - mawiała Babka, gdy orientację na sukienkę gubiła i lewą jej stronę prezentowała. Oczywiście, że się odmienia - ty się odmieniasz przez wszystkie przypadki, wypadki i sytuacje. Wieczór już rozdaje karty z talii półcieni, a ty czujesz, że jeszcze chwila, a eksplodujesz, wetkniesz dynamit domowej roboty (wyprodukowany z wyobraźni czystej, choć z przemytu) w otwarte usta i podpalisz lont, umierając wcześniej z niecierpliwości, więc jak rozerwie ci głowę to przynajmniej nic nie poczujesz. Dom pusty, ale za głośny z telefonem niedzwoniącym, kiedy chcesz, by zadzwonił. Dzwoni, ale ty już wtedy go nie potrzebujesz. Wybiegasz z domu, wtykasz słuchawki do uszu, trzęsącymi się rękami włączasz muzykę - chwilowy respirator, który pomaga ci zastanowić się co dalej. Nie obciążasz zbytnio chodnika swoją wagą, bo ważysz tyle samo, co czterdzieści pięć kilogramów niezrozumienia. Szybkie rozpoznanie terenu przynosi ulgę. Brak świadków twojego obłędu. Tak jest dobrze. Najlepiej. Wplątujesz się w podejrzaną sieć uliczek miasta, udającego miasto, połykasz wstyd, że tak się nabrać dałeś, że z kosą na kamień nie poszedłeś jeno z wykałaczką, że "papier-nożyczki-kamień" źle pojętym sobą wygrywać chciałeś, że popierdoliło się w głowach innym albo tobie i nie bardzo wiesz, co cię tak w tym śmieszy. Wstyd, wstyd, wstyd. Taki śmieszny, zabawny wstyd. Zabawny jak kwadratowe kółko. 

Siadasz na ławce pod księgarnią. Ze szczelin w starych kamienicach sączy się kwaśny oddech właściwie gówno-cię-obchodzących historii, ale zadajesz sobie trud, żeby o nich myśleć, bo wtedy nie myślisz o tym, że się udusisz, rozpadniesz, wybuchniesz. Darmowa i kusząca lektura słupa ogłoszeniowego przyciąga cię bliżej i bliżej. Kinowe plakaty upstrzone jakimiś "sprzedam, kupię, oddam, wypożyczę, zniknę" wślizgują się gładko do twojej głowy. Nawet się nie bronisz, bo wiesz, że gdy tylko odwrócisz się plecami spuścisz je w mentalnym kiblu i skończą w szambie nic nieznaczących treści. Udusisz się, ale za chwilę, bo teraz chcesz o tym napisać. Nie, zaraz, przecież nie możesz pisać. Dwa tygodnie temu ugrzązłeś w bagnie paraliżu zdaniowego. Połykasz banały i wydalasz rozczarowanie, więc czegoś tu nie rozumiem, kiedy mówisz, że to chyba z twoją perystaltyką jelit jest coś nie tak. I co masz niby napisać? Monolog wariata dwunastozgłoskowcem? Nie piszesz i boli cię to twoje niepisanie. Boli i nie przestaje. 

Ale cóż to? Przerywasz bezmyślne studiowanie słupa ogłoszeniowego, bo z tego walnego zgromadzenia makulatury przemawia do ciebie nekrolog i wpatrując się w niego, usiłujesz sobie przypomnieć skąd znasz nazwisko szczęśliwca, który już z aniołkami sandały z niebiańskiej trawy wyplata. I staje się jasne skąd. Z widzenia. Przemykało to nazwisko obok ciebie od czasu do czasu, byle jak ubrane i byle jak żyjące, niechcąco żyjące, za życia się rozkładające i donikąd podążające. Stoisz sobie przed tym nazwiskiem i w modlitwie imiesłowowej polecasz je Uldze Wiekuistej, i dziękujesz, że kiedyś to nazwisko pomogło ci czyjegoś kota uratować, który nie zmierzył sił na zamiary i na drzewie utknął. Nazwisko weszło na drzewo, zdjęło kota i poszło dalej. Byle jak poszło. Jak zwykle.

- Ma Pani ogień? Chropowaty jak poniedziałkowe poranki głos klepie mnie po ramieniu. Oczy przenoszą się ze słupa ogłoszeniowego na postać, która w świetle księgarnianych jarzeniówek wygląda jak moje własne obawy. Wzrok przyzwyczaja się do nienaturalnego światła i widzę na "oko" siedemdziesięcioletniego człowieka, który stoi przede mną ze znakiem zapytania na twarzy i wymierzonym we mnie papierosem.
- Mam - odpowiadam niechętnie i grzebię w plecaku. Po chwili człowiek odpala papierosa i zaczepia mnie kolejnym pytajnikiem:
- A znała go pani, tego, co mu się umarło?
- Nie.
- Myślałem, że znała. Długo tu stała i myślałem, że smutno się zrobiło, bo znała.
- Nie znała. Z widzenia tylko (ale to prawie jak nie znała).
- Mi było smutno, kiedy dwa lata temu, po śmierci mojej żony ściągałem jej nekrologi ze słupów. Na pogrzebie tak nie płakałem jak wtedy. Po ciemku to robiłem, żeby nikt nie widział.
Przecież nie skłamię i nie powiem, że mu współczuję, bo aktualnie jestem na etapie współczucia tylko sobie, więc mówię to, co się zazwyczaj mówi w takich sytuacjach:
- Przykro mi.
Zapada cisza. Kurwa, nie uniosę takiej ciszy. Nie teraz. Chcę się oddalić, jak najprędzej pójść gdzieś indziej dusić się w spokoju, ale nic z tego, bo znów słyszę:
- Żałuję, że nie zrobiłem wielu rzeczy, o które mnie żona prosiła. Chciała kiedyś żebym ją zawiózł na grób jakiejś kuzynki, na drugi koniec Polski, pod Toruń gdzieś, ale powiedziałem jej, że nie będę się tłukł przez cały kraj, żeby "Wieczny odpoczynek" klepać na grobie kogoś, kogo nie znam, a i ona ledwo znała. To się do mnie nie odzywała kilka dni i mnie dopiero wtedy, kiedy umarła olśniło, że ona chciała, żebyśmy sobie wycieczkę przez Polskę zrobili. A ja głupi byłem. Głupi i głuchy. Ale ona też głupia była, bo mi wprost nie mówiła, tylko czekała aż ja się domyślę.
Człowiek zaciąga się papierosem, marszczy brwi i błądzi gdzieś wzrokiem, chyba w poszukiwaniu żoninego obrazu. Przestępuję z nogi na nogę, ale chyba coraz rzadziej, słucham go ze wzrokiem wbitym w czubki własnych butów i zaczyna mnie zżerać ciekawość. Stoję tak już dobrą godzinę, swoje duszenie się odłożywszy na potem i pasożytuję na historii człowieka, który z tęsknoty za żoną częstuje mnie tym swoim monologiem, nie roniąc ani łzy, a przecież widzę, że go rozpacz obezwładnia. "Napiszę o nim" - postanawiam w duchu, żegnam się uprzejmie i idę w swoją stronę.
Nie napisałam.

P.S. I nie udusiłam się, nie rozpadłam i nie wybuchłam.