sobota, 20 września 2014

Ogniem i patykiem, czyli o tym, jak być dobrym bez przesady

"Kiedyś traktowałem ludzi dobrze, a teraz z wzajemnością" - jeśli autorem tych słów byłby Sokrates albo Wolter, pewnie w ogóle bym ich nie zapamiętała, ale że wypowiedział je Anthony Hopkins, z którym filmy od czasu do czasu oglądam (i za każdym razem, kiedy go widzę, przypominają mi się te jego słowa), to mają szansę zostać moim nowym mentalnym tatuażem. A to dlatego, że mają moc, bo działają trochę jak tarcza przed ewentualnymi ciosami. Od czasu, gdy napisałam tego posta nic się nie zmieniło - nadal stosuję zasadę ograniczonego zaufania i jeśli ktoś kilka razy z rzędu wystawia na próbę moją cierpliwość, zaufanie i te resztki dobra, której jeszcze we mnie zostały, kreślę na nim grubą krechę. Może dla kogoś to zabrzmi dość radykalnie, ale odkąd częściej używam rozumu, a nie serca, wcale nie wydaje mi się to takie radykalne. Dzięki temu, mam dookoła siebie ludzi, na których naprawdę mogę liczyć, a oni na mnie. Nie wiem, czy to dobrze o mnie świadczy, że wolę być na wszelki wypadek uzbrojona w taką tarczę - nie dbam o to, bo ważne, że ja czuję się z tym rewelacyjnie. Oto dowód.

Przedwczoraj poszłam do sklepu, a ekspedientka opierdoliła mnie, za to, że postawiłam koszyk na środku alejki i blokowałam przejście, bo ludzie pod regałami się przeciskają. Mówię grzecznie i uprzejmie, że to nie mój koszyk, po czym znów dostaję za swoje od ekspedientki, że na sklep wyłażę bez koszyka. Wtf?! Dawniej, pewnie spuściłabym głowę i sobie poszła, ale nie tym razem. Wytłumaczyłam ekspedientce równie stanowczo, że nie mogłam zabrać ze sobą koszyka, ponieważ miałam zamiar ukraść piklowane ogóry i płyn do mycia lastryko, a koszyk mógłby mi przeszkadzać, gdyż zamierzałam kraść obiema rękami, a na obu nogach uciekać, po czym pożegnałam się wymownie, wcale się przy tym nie wściekając (wściekłam się tylko na chwilę, kiedy okazało się, że wychodząc ze sklepu nie mogę trzasnąć drzwiami, bo są rozsuwane). Nie żyłam tą sytuacją cały dzień, nie użalałam się nad tym, jacy to ludzie są podli i niemili. Po prostu mam to w nosie, a nawet i w pobliskiej dupie. I nie chodzi o to, żeby się na ludziach za to mścić (zwłaszcza, jeśli potraktujemy ich zachowanie w kategoriach żenującej słabości), podług biblijnych (!) wskazówek: "oko za oko, ząb za ząb", bo pamiętanie o tym, że należy ich traktować z wzajemnością nie sprowadza się do prymitywnych aktów zemsty, ale do rażenia paralizatorem skonstruowanym ze słów o umiarkowanej sile rażenia. Dzięki temu wszyscy będziemy mieć zęby i oczy w komplecie.

Słowa skierowane do ekspedientki nie miały jej obrazić, a mi poprawić humoru, na zasadzie: "ale jej pojechałam, yeah!". Moje absurdalne wyznanie, panierowane w czymś na wzór czarnego humoru, ucięło groźbę dalszej, jałowej dyskusji z ekspedientką, a mi nie spieprzyło dnia. To może oznaczać tylko jedno: te "resztki dobra we mnie", o których wspomniałam na wstępie, to ilość wręcz idealna, do tego, aby kiedyś znaleźć się w gronie szczęśliwych posiadaczy Pokojowej Nagrody Nobla. W sumie to Kuchenną też się zadowolę.


czwartek, 18 września 2014

Jesteś tym, co mówisz, czyli o tym, jak fajnie czasem nie mówić nic

Znam ludzi, którzy boją się, że przyjdzie taka chwila, w której nie będą mieli nic do powiedzenia, tak jakby mówienie o czymkolwiek miało decydować o ich "być albo nie być", jakby to, że nie otwierają ust przez dłuższą chwilę sprawi, że staną się przezroczyści, jakby jakaś przypadkowa "minuta ciszy" między nimi miała być tą, w której padną trupem. Wcale się temu nie dziwię - jeszcze do niedawna sama miałam pod skórą ten sam strach. A potem przychodzi jakiś przełomowy moment, przebłysk życiowej mądrości, olśnienie albo tak zwyczajnie człowiek sobie kalkuluje i dochodzi do wniosku, że lepiej się czuje z tym, jeśli mówi wtedy, kiedy faktycznie ma coś do powiedzenia. I ja dostałam w łeb takim właśnie wnioskiem.


Nadleciał znienacka niczym gówno krakowskiego gołębia na nowiutkie spodnie, z tą różnicą, że wniosek nie zostawia śladu na spodniach tylko w psychice. Pewnego razu podczas jakiegoś towarzyskiego spotkania, tak mi się w czubie poprzewracało (z nadmiaru tlenu, bo alkoholu nie piłam), że zapragnęłam pobyć sobie bardziej obserwatorem i słuchaczem, niż uczestnikiem i mówiącym. Jednego nie przewidziałam: smutnego odkrycia, że większość ludzi generalnie mówi bez opamiętania, co przenosi ich na level o swojsko brzmiącej nazwie: "pierdolę głupoty, ale o tym nie wiem". Nie, nie uderzyła mi żadna sodówa do głowy, nie wynalazłam pompki do pompowania ego ani nie mam się za kogoś lepszego od innych. Zwyczajnie zaczęłam słuchać tego, co ludzie mówią i potem: a) zrobiło mi się smutno, b) zaśmiałam się gorzko c) śniło mi się, że jestem dentystką i zakładam ludziom plomby, które wybuchają wtedy, kiedy pierdoli się głupoty, skutkiem czego większość naszej populacji wyginęła. 

"Boją się ciszy, wtedy się własne serce słyszy" - żaden cudzysłów nie chodzi za mną jak ten Sztaudyngerowski i te słowa to już nawet nie jest strzał w dziesiątkę - to jest po prostu cios w stówę, w piękne okrągłe sto procent pewności i nieomylności, że po to na świat przyszliśmy z gębami, żeby je otwierać, a nie zamykać. I po tym wszystkim odechciało mi się, no kurwa mać, tak zwyczajnie odechciało mi się mówienia i pisania, bo wreszcie nie miałam nic do powiedzenia. Co tam statystyki, co tam czytelnicy (o ile jeno się jeszcze jacyś ostali). Po co mówić i pisać na siłę, skoro tak fajnie jest pomilczeć i pomyśleć. Dać gębie i klawiaturze odpocząć. Pozwolić dziać się zdarzeniom, naczytać się książek, naoglądać filmów, by potem mieć o czym pisać albo opowiadać, kiedy się faktycznie czuje taką potrzebę. Nie łudzę się, że nagle wszyscy zaczniemy mówić i pisać same mądre oraz ciekawe rzeczy, ale np. zastanowienie się nad tym, co i czy w ogóle chciałoby się powiedzieć albo o czym napisać, sprawi, że będziemy częściej słuchać siebie niż innych.

Na koniec zostawiłam sobie lżejsze rzeczy, a mianowicie tematy tych uciesznych wakacyjnych rozmów. Generalnie zasady są takie, że jeśli chce się, aby w gronie, w którym się znajdujemy panowały peace&love nie należy rozmawiać o polityce, seksie, pieniądzach i religii (chyba, że jedziemy z wycieczką politologów na wielowyznaniowe targi erotyczne - to już co innego), a że naród nasz znany jest z konsekwencji, toteż konsekwentnie ma te zasady w dupie. I dalejże perorować na powyższe i inne tematy. Tylko żeby to jeszcze były rozmowy o jakiejkolwiek wartości, ale nie! Dla przykładu, poniżej podaję frazy odzwierciedlające poziom rozmów (bez cenzury) podobne do tych, które zdarzyło mi się najczęściej słyszeć, z podziałem na grupy tematyczne i w dwóch wersjach, w zależności od tego, czy towarzystwo było mnie lub bardziej wrażliwe/pijane/znudzone.
Pogoda
1."Ależ dzisiaj jest piękna/brzydka pogoda"
2. "Ja pierdolę, ale zajebista/chujowa pogoda"
Polityka
1. "To przykre, że nasze państwo tak nas okrada"
2. "Skurwysyny! Złodzieje!"
Pieniądze
1."Nie wiem, dlaczego nie chcą mi udzielić tego kredytu, przecież pięć już spłaciłem i zostały mi tylko trzy"
2. "Kredytu mi nie chce dać to żydostwo pierdolone, ja im kurwa mać pokażę!"
Seks
1. "Znasz Pawła? Ostatnio jakoś tak dziwnie się zaczął ubierać nieprawdaż? Obnosi się z tą cielesnością, dużo mówi o seksie i chodzi po domu nago, bo Andrzej widział, kiedy przypadkiem podglądał go przez okno"
2. "Paweł? Ta ciota w rurkach, co lata po domu z gołą dupą?!"
Religia
1. "Kościół mnie rozczarował, ale wierzę w Boga"
2. "Pedofile! Skurwysyny! Złodzieje! Na którą idziemy jutro do Kościoła?"
Życie innych
1. "Niemożliwe! Co ty opowiadasz?! Z kim?! Przecież ona jest taka brzydka!"
2. "Nie pierdol! Serio?! Z tym pasztetem?!"
Praca
1. "O Boże, ale mam kocioł w pracy, non stop muszę coś robić, ale inni przecież nie potrafią tego zrobić"
2. "Kurwa mać, taki mam zapierdol w pracy, że na kebaba wyskakuję tylko dwa razy dziennie, a nie pięć, ale wiesz, beze mnie ta dziura pójdzie z torbami"

Wiem, że wszystko, co powyżej napisałam to dość duże uogólnienie, ale szkoda mi czasu, żeby dalej się zagłębiać w temat pierdolenia głupot i robić z tego ujęcie socjologiczne. Tak się jakoś porobiło, że ludzie częściej ze sobą rozmawiają poprzez portale społecznościowe, niż w realnym świecie, a jak już się spotkają to nie bardzo wiedzą, jak powinna wyglądać rozmowa, bo przecież nie zawsze trzeba mówić. Czasem fajnie jest pomilczeć, a czasem fajnie jest po prostu wyjść.