czwartek, 16 października 2014

Kot

Dziś nie będę silić się na lingwistyczne popisy i pewnie nie błysnę żadną zmyślną metaforą. Zwyczajnie nie chce mi się. Dwa dni temu umarł mój kot i nie mam ochoty ani na bycie błyskotliwą ani na bycie błyszczącą. Każdemu, kto kocha zwierzęta, rozpacz po kocie nie będzie wydawała się głupia i groteskowa, a tym, którym się tak wydaje zadam jedno pytanie: "Czy nie żyje się Wam ciut za chujowo z kamieniem zamiast serca?" Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że rasowa ze mnie kociopatka. Zresztą nie ma się co dziwić - od dziecka taszczyłam do domu wszelakie koty: te wyratowane z pobliskiej rzeczki, bezdomne lub wypatrzone u kogoś, komu się akurat rozmnożyły. Nie wiem skąd się wziął ten mój koci fanatyzm. Być może bierze się to stąd, że gdzieś tam pod skórą czuję jakąś irracjonalną więź z tymi niepokornymi zwierzętami, bo sama taka jestem? Sądząc po mojej miłości do czasownika "musieć", to pewnie tak jest. W moim domu koty były od zawsze. Wylegiwały się na parapetach, kaloryferach, kanapach. Rozrabiały, pocieszały i rozbawiały do łez. Zazwyczaj były to koty, które należały do całej rodziny i wszyscy czuliśmy się z nimi tak samo związani. Mamy nawet taki osobny album ze zdjęciami, na których uwieczniliśmy nasze koty i psy. Dzięki temu nigdy nie zapomnimy o żadnym z nich, bo każdy był chodzącą indywidualnością.


Z Kotą Dorotą było inaczej. Imię nadała Jej moja siostra, która pewnego dnia, akurat kiedy zastanawialiśmy się jak ochrzcić tą małą kocinę, wparowała do kuchni i rzekła: "O! Dorota!" (pytania o powody nadania takiego imienia są zbędne - moja siostra ma po prostu specyficzne poczucie humoru) i tak już zostało. Była, więc Dorota właściwie tylko moim kotem, bo ja wzięłam na siebie ciężar ratowania Jej życia, kiedy trafiła do nas jako małe kociątko, potrącone przez samochód. Po propozycjach uśpienia kota ("Co się pani będzie męczyła z chorym kotem?"), jakie dostałam od dwóch weterynarzy, wreszcie trzeci poinformował mnie, że w moim mieście kota nie wyleczę, ponieważ ma zbyt skomplikowane złamania jak na możliwości tego zadupia. Nic nie wskórałam, ale przynajmniej wiedziałam, że muszę szukać pomocy gdzie indziej. I dobrze, że się nie poddałam, bo spotkałam na swojej drodze takich ludzi, że każdemu życzę tego samego, jeśli zajdzie taka potrzeba. Koszt operacji był spory, zdecydowanie nie na moją kieszeń, ale dzięki tym właśnie wspaniałym ludziom operacja była możliwa. Po kilku tygodniach rekonwalescencji Dorota śmigała jak rakieta. Myślicie, że zaczęła okazywać wdzięczność za uratowanie życia? Gdzie tam! 

Firanki upstrzone dziurami, pęknięty, bo strącony ze stołu laptop, żwir z kuwety w każdym kącie, szlacheckie żądania w kwestii jedzenia, moje stany przedzawałowe i dzikie wrzaski, gdy oglądałam jakiś horror, a Ona wyskakiwała znienacka w tym kluczowym momencie, kiedy jakiś psychol z maczetą skradał się, by kogoś wypatroszyć, ręce podrapane do łokci, bo przecież kicia musi mieć jakieś zabawki, pobudki bladym świtem, bo koniecznie musiała ćwiczyć mi na głowie akrobacje cyrkowe i galopy po całym domu (a niech no tylko się ktoś na kanapie w tym czasie zdrzemnął - dramat normalnie, bo oto już Dorota szykuje łapę, żeby strzelić mu z liścia) - to tylko mały przykład pakietu możliwości o nazwie Dorota. Zresztą, kto się spodziewa wdzięczności od kota za okazane mu łaski, niech nie żyje złudzeniami, bo to kot okazuje ci łaskę, a nie odwrotnie. Tak się złożyło, że dostępowałam zaszczytu bycia obdarowaną łaskami przez Dorotę, zazwyczaj wtedy, gdy siedziałam zaryczana ze smarkiem po pas, bo albo mnie ludzie wkurwili albo ból istnienia (najczęściej wyimaginowany) dopadał. Przychodziła sobie, więc Dorota i namolnie przypominała o swoim istnieniu, najpierw wbijając pazurki w łydkę, potem niosąc mi ulgę w tej mojej boleści, intensywną i bezwstydną toaletą genitalną, dokonywaną na moich zaryczanych oczach i na koniec domagając się intensywnych pieszczot. Z taką "pomocą" szybko pożegnałam się z szansą na zdobycie tytułu Największego Dołasa Roku i jeśli przychodziły jakieś średnio fajne momenty w moim życiu, to po prostu zaczęłam kwitować je w sposób następujący, piękną polszczyzną nie będący: "pierdolę to!" 

Dorota towarzyszyła mi kiedy tworzyłam każdy post na tym blogu i każdy inny tekst. Drzemała albo tuż obok laptopa (częściowo na nim) albo na mnie, co wymagało z mojej strony niezłej gimnastyki, żeby sięgnąć klawiatury. Ledwo otwierałam książkę, Dorota już koczowała na kolanach, udając, że jest tam od zawsze. Chodziła za mną krok w krok i nie znosiła samotności, więc gdy zostawiałam Ją na dłużej, potrafiła mi potem nieźle nawymyślać i dokonać aktu zemsty na świeżo wyprasowanym praniu. Odkąd tylko pojawiła się w moim życiu, powoli zaczęło się w nim zmieniać na lepsze, więc trochę postrzegałam ją jako talizman, z tą różnicą, że kudłaty i denerwujący. "Zmień swoje życie na lepsze dzięki kotu" - jeśli zrobią taką kampanię to ja się zgłaszam na bycie jej twarzą. Serio. Tak, jestem zdrowa na umyśle, kiedy to piszę, nie spekulujcie niepotrzebnie. Te półtora roku z Dorotą nauczyło mnie jednego: dystansu przez duże "D". Dystansu do siebie i innych. Do własnych porażek i błędów. Kiedy sobie przypomnę miny ludzi, którzy dziwili się, że tak się przejęłam "jakimś kotem", śmiać mi się dziś chce. Gówno wiedzą o tym, ile znaczy zwierzę w życiu człowieka.

Dorota była niezwykle ciekawskim kotem. Zaglądała wszędzie i wszędzie chciała być. Kiedy mieszkałam w Hiszpanii, często słyszałam takie powiedzenie: "La curiosidad mató al gato", co mniej więcej oznacza "Ciekawość zabiła kota" (nasze: "Ciekawość to pierwszy stopień do piekła"). I Dorotkę zabiła właśnie ciekawość, która kazała Jej nagle oddalić się od bezpiecznego domu i pomaszerować na ulicę, wprost pod koła samochodu. Nie sposób sobie wyobrazić, co czułam, kiedy zabierałam z drogi to, co z niej zostało i czego życzyłam temu komuś, kto ma w dupie, że jedzie w terenie zabudowanym i dociska nogę na gaz, jakby miało mu od tego przybyć zajebistości. Wykopywałam łopatą dołek, a łzy ciurkiem leciały mi po policzkach z wściekłości, bo tego się nie robi człowiekowi. Nie ucieka się i nie ginie tak głupio. Nie po tym, ile ten człowiek zrobił, żebyś głupi Kocie był z nim na dobre i na złe przez kilkanaście następnych lat.

Zazwyczaj pisałam na blogu o rzeczach, do których nauczyłam się mieć dystans, w myśl tego, czego nauczyłam się przy Kocie Dorocie. Ale dziś do jednego dystansu mieć nie umiem: do śmierci tego pokręconego Kota, przez którego mam teraz oczy i klawiaturę w mokrym miejscu.




piątek, 10 października 2014

Muszę, bo się uduszę, czyli o tym dlaczego piszę

Niedawno ktoś zapytał mnie, dlaczego i po co piszę. Otworzyłam twarz, by wystrzelić jakimś koktajlem z metafor soczystych i uroczystych, ochachami wzbogaconym, czymś elokwentnym, czymś, co będzie miało taką siłę rażenia, że mój rozmówca zapomni jak się nazywa, gdzie mieszka i w ogóle pękną mu oczy z nadmiernego wysiłku umysłowego. Nic z tego. Zamiast wystrzelić intelektualną bombę, puściłam intelektualnego bąka, w postaci zdania mniej więcej brzmiącego tak: "Eeeeee, no nie wiem, tak jakoś piszę sobie...w ogóle to lubię pisać." Jak tylko mi to arcydzieło frazeologiczne zadźwięczało w uszach, poczułam, że tak jak stoję, tak zemrę ze wstydu albo chociaż na OIOM-ie z przedawkowania banałów wyląduję. Gdzie tam, k***a! (gwiazdkuję, bo Babcia mi ostatnio powiedziała, że za dużo klnę i jestem wulgarna). Stałam, szurając nogami po czym oddaliłam się nienawidząc świata i tych, co są mądrzejsi ode mnie. Przejęłam się, bo tak naprawdę nigdy sama sobie nie odpowiedziałam na pytanie, dlaczego piszę. "Piszę, bo lubię" - to odpowiedź miałka, płytka i nie do końca zgodna z prawdą, bo przecież nie zawsze lubię pisać, ale zacznijmy od początku.

Wyposażona w umiejętność abstrakcyjnego myślenia i prawidłowego trzymania długopisu zaczęłam płodzić swoje pierwsze próby literackie gdzieś w okolicach trzynastej wiosny. W miażdżącej większości były to pełne uniesień i żenującej egzaltacji wiersze, w których albo do kogoś wzdychałam, albo kogoś uśmiercałam, albo beatyfikowałam swoje udręczenie, które zresztą sztucznie wywoływałam, wmawiając sobie, że cierpię za miliony, po czym cichaczem rozglądałam się, czy aby nie bije ode mnie światło męczennicy. Cholera, nie biło, więc przerzuciłam się na prozę. Pisałam jakieś krótkie historyjki, do których ilustracjami śmiało mogłyby być obrazy Salvadora Dalego - surrealizm tak bardzo! Rzucałam je w kąt i kiedy po jakimś czasie do nich zaglądałam, za nic nie mogłam zrozumieć, o co mi w nich chodziło. Przerzuciłam się więc na pamiętnik i skrupulatne opisywanie swego życia, w którym na dobrą sprawę nic ciekawego przez jakiś czas się nie działo (albo mi się tak wtedy wydawało), toteż wpisy typu: "Wstałam, poszłam do budy, zjadłam Kukuruku i zepsułam spłuczkę w szkolnej toalecie" zaczęłam szybko tuningować fikcją literacką, co niesamowicie mi się spodobało. Że jakieś talenta pisarskie posiadam, pierwsza odkryła podstawówkowa polonistka, która mnie wspierała i dopingowała (psze Pani, bardzo Pani z tego miejsca dziękuję! kto by tam się przejmował, że z tego pisania chleba za bardzo nie ma?!). Ma się rozumieć, pisałam najlepsze wypracowania w klasie. Nie podejrzewaliście mnie o taką nieskromność? Ha! To jeszcze nic! W wyniku jakiegoś kuriozalnie niedobrego układu gwiazd, złośliwości losu, czy też z własnej winy, trafiłam do takiego liceum, w którym ostatnią rzeczą, jaką mogłabym ćwiczyć, było twórcze pisanie. W sumie trochę się pomyliłam, bo licealna polonistka też się na mnie poznała i czasami wypracowania przeze mnie pisane, na środku klasy jako przykład wzorowy, czytać kazała, a czego ja - szczerze, do bólu i krwi ostatniej - nienawidziłam. Brałam udział w konkursach literackich i coś tam wygrywałam, dyplomy jakieś przynosiłam, ale nie mogę sobie przypomnieć, czy miałam z tego satysfakcję. Skoro nie pamiętam, to może nie bardzo? 

"Dorosłe" pisanie zaczęło się dopiero na studiach. Prace semestralne w postaci esejów i innych wykwitów studenckiej twórczości zapełniły moje teczki, z czym poczułam się tak, jakbym zjadła wszystkie mózgi świata. Oczyma wyobraźni widziałam siebie otoczoną nimbem chwały, uznania i wszelkich zasług dla literatury polskiej. Planowałam rozliczne ścieżki kariery naukowej, doktoraty, profesury wielokrotne i złożone - czego tam nie było! Na szczęście gówno z tego wyszło i pojechałam do Hiszpanii. Gdyby nie to, pewnie pisałabym dzisiaj bardzo mądrym i uczonym językiem o tym, dlaczego nie powinniśmy pisać kópa przez "ó" tylko przez "u", gdyż "u" swą otwartością sprzyja odczuwaniu ulgi w sraniu (sorry Babciu, sama widzisz, że się nie da). Poza tym pisałabym też kolejne dysertacje, zasilając szeregi akademickich wyrobników, pałętających się po korytarzach uniwersytetów, z jedną czwartą etatu pod pachą i marzeniem, aby móc uśmiercać studentów-debili i nie iść za to do pudła. Zamiast tych atrakcji pałętałam się po świecie i zbierałam wrażenia. Uczyłam się życia. Tego prawdziwego, nie udawanego. Wyciskałam z niego wszystkie soki, będąc jednocześnie zdaną tylko na siebie. Mało w tamtym czasie pisałam, głównie przydługie maile do rodziny i znajomych. Jeśli istnieje gatunek zwany emigracyjnym lamentem, to byłam jego mistrzynią. Kilka lat temu po powrocie do kraju zaczęłam sobie po prostu coś pisać i tak jest do dziś. Zawsze "coś" piszę. 

Niestety wiele z tych "cosiów" to prace zlecone, dzięki którym zarabiam pieniądze i to właśnie tego typu prace miałam na myśli, kiedy pisałam, że nie zawsze lubię pisać. Ma się z góry narzucony temat i wytyczne zleceniodawcy, więc nie ma miejsca na własne wtręty i opinie - z wyjątkiem felietonów, które również piszę na zlecenie, ale tu akurat specyfika gatunku pozwala na subiektywizm i mogę się wyżywać, choć też czasem zleceniodawcy pogrożą mi paluszkiem cenzury. Pisanie na zlecenia ma jeden ogromny minus: musisz coś napisać. A ja chyba gdzieś już wspomniałam jak działa na mnie ten chujowy czasownik. No więc zanim usiądę do pisania na zlecenie, to wysprzątam cały dom, wyczyszczę kibel szczoteczką do zębów, zamiotę pustynię, zaoram pole rowerem i przeczytam "Trylogię" Sienkiewicza w tłumaczeniu na suahili. A gdy zaczyna mi się palić koło tyłka i dead line zbliża się nieubłaganie, wtedy rzucam się na łóżko z rykiem, po czym wstaję, trzaskam się w pysk i zasiadam do klawiatury, by po trzech godzinach wypowiedzieć ukochane zdanie: "Ja pierdolę! Skończyłam! Nie wierzę!" No dobra, a kiedy tak naprawdę lubię pisać? Oczywiście wtedy, kiedy piszę dla siebie, nieograniczana przez kogokolwiek, zrzucam przyciasny mundurek pisania na życzenie i szaleję sobie po swojemu. Niniejszy blog jest tego efektem. Potrzebuję pisać - to mnie uwalnia od różnych ciężarów i pozwala do wielu rzeczy się zdystansować. Pisanie mnie zmienia i fajnie czuć te zmiany. Fajnie jest też obserwować własne pisanie. 

Co raz to inne stylistyczne wędrówki, poszukiwanie własnego stylu, próby kopiowania mistrzów, grafomańskie wybryki i wiele innych operacji ze słowem pisanym, mniej lub bardziej udanych, doprowadzają mnie czasami do granic wytrzymałości, przestaję chwilowo wierzyć w to moje pisanie, w jego sens i powodzenie. A potem przychodzą takie chwile i propozycje, że cieszę się jak głupia z tego, że tak uparcie przy tym pisaniu tkwię, że chciałam w życiu robić to, co mnie uszczęśliwia i powoli mi się to udaje, że nie zwątpiłam, choć inni zwątpili we mnie. Myślę, że najlepszą odpowiedzią na pytanie o to, dlaczego i po co piszę, jest parafraza słów Jerzego Stuhra i jest to jedyna sytuacja, kiedy toleruję czasownik "musieć". MUSZĘ, BO SIĘ UDUSZĘ. Serio, to jest moja odpowiedź. Daleko jej do intelektualnej bomby, ale chyba nigdy tak naprawdę podkładanie bomb mnie nie kręciło.

Są takie dni, kiedy kocham pisać. Najpierw włóczę się wieczorem po okolicy ze słuchawkami na uszach, zmyślam historie o mijających mnie ludziach, zgaduję zapachy albo idę po prostu tam, gdzie nie ma nic. I jak już tam dojdę, okazuje się, że pukam właśnie do bram raju własnej wyobraźni, która podsuwa mi w tym momencie tony pomysłów na pisanie. Puszczam się wtedy pędem do domu, żeby zdążyć zapisać to, co się urodziło w mojej głowie, skutkiem czego, czasami przez dwie godziny piszę, siedząc odziana w buciory, kurtkę, i w berecie Matki na głowie. Te momenty, kiedy biegnę z pomysłem wiszącym na krawędzi mózgu są jak haj - można się nimi odurzać bez końca. To właśnie dzięki nim siedzisz w piątkowy wieczór przed kompem i piszesz posta. W berecie Matki na głowie.



środa, 1 października 2014

Zapytaj taty, Jan Balaban

Śmierć dotyczy wszystkich, z wyjątkiem mnie i mojej rodziny” - z taką oto wierutną bzdurą, brzęczącą za uchem, żyjemy sobie przez czas jakiś, udając, że nie tylko nie dotyka nas śmierć, ale i logika, mówiąca, że skoro inni umarli to my, wcześniej czy później, podzielimy ich los. A kiedy już ta śmierć przychodzi udajemy zdziwionych i oburzonych. Ale dzieci Jana Niedomnego, który właśnie zajął miejsce w przedziale pociągu pospiesznego, jadącego w kierunku wieczności, zdziwione ani oburzone nie są. Nie mają na to czasu, bo oto już ze wspomnień związanych z ojcem: tych świeżych, a także tych odległych, budują tratwę i dryfują na niej po oceanie rozpaczy. 




To rozpacz okazuje się jedyną prawdziwą rzeczą, z jaką mają teraz do czynienia, więc na wszelkie możliwe sposoby starają się w niej nie utonąć. Na każdym kroku mierzą się z pytaniem: co zrobić z nieobecnością kogoś, kto już nigdy nie wróci? Doskonale wiedzą, że na to pytanie najlepszej odpowiedzi udzieliłby im ojciec, co przecież trąci absurdem, bo go już nie ma. Jednak jak się okazuje, to właśnie z absurdu, Hans, Emil i Katarzyna strugają wiosła do swojej tratwy, by w końcu ten swój ocean rozpaczy przepłynąć. Co ciekawe, śmierć ojca stała się dla nich punktem wyjścia do zweryfikowania jakości ich obecnego życia. Poddają w wątpliwość własne szczęście, związki, miłość, jakby ta śmierć sprawiła, że zobaczyli wszystko takie, jakim jest naprawdę, co wcale nie oznacza najgorszego. Hans, pragnie wierzyć w światło, które dojrzał w oczach swego umierającego ojca, co ma utwierdzić tego „cynicznego agnostyka” (za którego uważa się Hans) w przekonaniu, że „świętych obcowanie” jednak istnieje. Emil, wielbiciel ironii, chcący napisać o wszystkim - nie mówi o niczym, mocuje się z rzeczywistością, ze swoim „tu i teraz” za pomocą przeszłości. Katarzyna, która sama w dzieciństwie otarła się o śmierć, z odejściem ojca radzi sobie, upuszczając z żył to tu, to tam odrobinę wściekłości. Znaczy nią przede wszystkim swoje wycieczki w przeszłość. 

Jedyną osobą, która zdaje się zachowywać coś na kształt stoickiego spokoju i, która wydaje się być pogodzoną z zaistniałym stanem rzeczy jest Marta, żona Jana. Nie drze szat i nie rwie włosów z głowy. Nie dlatego, że nie zabolała ją śmierć męża. Ona rozłożyła ten ból na resztę dni swojego życia. Dawkuje go sobie codziennie po trochu. Ze wspomnień próbuje ulepić na nowo obraz Jana, którego twarzy nie może sobie przypomnieć. 

W powieści Balabána nic nie może dziać się „po prostu”, tutaj nawet rozpacz nie jest po prostu rozpaczą. Rozpacz Niedomnych to rozpacz z „ciemną kreską w poprzek” namalowaną przez niejakiego Petera Wolfa, dawnego przyjaciela ojca. Wolf, ręką szaleńca kreśli oszczercze listy dotyczące Jana i jego rzekomych przewinień z przeszłości. Czy aby na pewno rzekomych?

Spomiędzy tych wszystkich wersów powieści wyziera postać Jana, nie tego Niedomnego, widziana oczami dzieci, żony i kilku innych osób, ale postać Jana Nieobecnego. Tego, który nie ma już prawa głosu. I tego, którego nie można już o nic zapytać.

Kompozycja powieści wydaje się być nieco symultaniczna. To, co w jednej chwili jest ważne, traci wyrazistość, oddala się, ale nie znika całkowicie, bo oto za chwilę znów staje się ważne. Nie ma wątków mniej lub bardziej znaczących. Bohaterowie brodzą po szyję w strumieniach własnej świadomości, nie będąc ograniczonymi przez jakiekolwiek granice czasowe. Odbioru powieści nie ułatwia jej oniryczny charakter, ale jest to jednocześnie jej zaletą. Czytelnik, który usilnie zastanawia się nad tym, co jest jawą, a co snem to wymarzony czytelnik. Szkoda tylko, że o to, gdzie się kończy jawa, a zaczyna sen nie można spytać już samego Balabána. Niemniej jednak zostawił po sobie literacki majstersztyk, który powinien przeczytać każdy, kto lubi literaturę przez duże „l”.