niedziela, 30 listopada 2014

Mojito na plaży, cokolwiek się zdarzy...

Na rozgrzany słońcem piasek spadł deszcz. Cieszysz się... Łatwiej ci się oddycha, jeśli widzisz, że ziemia robi to samo. Nie dziwisz się głupio jak inni, że deszcz, że znienacka i że jakim prawem na plaży, choć przecież słońce znów wtoczyło się na niebo i zatrzymało w jednym punkcie, jakby znalazło miejsce, z którego nie stoczy się w dół. Może jest szansa, że tym razem nie zostanie połknięte przez horyzont. Może... Morze jest takie jak trzeba: mokre, łaskawe i fotogeniczne - dziś zapewne powstanie dużo zdjęć, z których potem zrobią pocztówki i będą tutaj sprzedawać za rok o tej samej porze.
Stoisz boso na piasku i wzrokiem obrysowujesz horyzont, odległe skały, które teraz są niczym więcej, jak tylko krakersami cichaczem zjadanymi przez fale na przestrzeni stuleci, łódki kołyszące się na wodzie, wypełnione romantycznymi uniesieniami, miodowymi miesiącami i miłosnymi renesansami, siedzących w środku par. Cieszysz się... Zaraz poczujesz w ustach mojito, twój nektar, twoją życiodajną kroplówkę, do której rytualnie podłączasz się przez plastikową rurkę wczesnym popołudniem. Odwracasz się twarzą do lądu, bo wiesz, że zaraz na sparzonych słońcem plecach poczujesz ukojenie - bryza - okazuje się, że wcale nie jest takim tandetnym doznaniem jak ci się zdawało. Wiesz już, że będziesz zawsze odzyskiwać to wspomnienie, każdego lata przytulając się gorącymi plecami do zimnych ścian i, że będziesz chciała kiedyś o tym opowiedzieć jednej tylko osobie.

Budki, w których urzędują ratownicy zaopatrzeni w raybany kupione na zeszłorocznej wyprzedaży, przypominają ci gówniany "Słoneczny Patrol". Masz wrażenie, że obok ciebie przebiegnie za chwilę Pamela Anderson - jak ona to robi, że nie podbija sobie biustem oczu? - przez moment czujesz się niepewnie ze swoją miseczką B, ale potem cieszysz się, że twoim oczom nic nie grozi. Tak, cieszysz się... bo widzisz z daleka, że Jorge otwiera swój bar i jak zwykle mówi przy tym sam do siebie, gestykulując zawzięcie. Trzcinowy dach aż prosi się o podpalenie i zmierzając do baru, zastanawiasz się, czy porozmawiać z Jorge o ubezpieczeniu tej budy, i że w razie czego bierzesz na siebie puszczenie jej z dymem, żeby potem za kasę z polisy zbudować nowy lokal. Jorge się śmieje i mówi, że masz dobre poczucie humoru, a ty stoisz z idiotycznym wyrazem twarzy, bo jak tu powiedzieć, że nie żartujesz. Jorge mówi, że podłogę do baru zrobił mu dziadek - stolarz, z białej topoli, która rosła za jego domem. Twoje zdziwienie cię przerasta, bo zaczynasz się zastanawiać skąd się tu kurwa wzięły topole.


Ach to tak, więc Jorge ma do tej budy stosunek sentymentalny. A do czego ty masz stosunek sentymentalny? Do kredek woskowych! - myślisz odważnie - i jeszcze do własnych stóp, w których właściwie po cichu się kochasz, do czerwonych rowerów, wodnistych lodów włoskich, zapachu drewna, zielonych sukienek, plastikowych koszyków, do teledysku i piosenki "Don't cry" Guns N'Roses,  do Slasha, waty cukrowej, śmierdzących pekaesów, sandałów na koturnie. Jeszcze nie wiesz, że niedługo do tej listy dołączy wino z La Rioja, gorące plecy przy zimnych ścianach, zbyt wąskie uliczki i jednostajne kołysanie wagonów w metrze. Jeszcze nie wiesz, ile i co cię czeka...


Sączysz drinka i zastanawiasz się, czy to, co się teraz dzieje będzie kiedyś twoim wspomnieniem, czy tylko jego strzępem przetykanym konfabulacją o smaku mojito. Do baru przychodzi Mecha z ogromnym tyłkiem. Mecha lubi swój ogromny tyłek i często o tym mówi. Mówi też, że gdyby nie on, to bardziej bolałyby ją upadki na dupę i upadki w ogóle. Mecha ma czwórkę dzieci i chudego męża z Kuby. Lubi się opalać na skwarka, bo wierzy, że zimą będzie jej od tego cieplej, choć nie wiesz na czym się opiera jej wiara i czy Mecha myśli logicznie, kiedy w japonkach odprowadza w styczniu dzieci do szkoły. Mecha znika, ale na jej miejsce pojawiają się inni stali bywalcy: farbowana na rudo Luisa z przestraszonym kochankiem, Marcos ze swoim pekińczykiem, który zesrał się kiedyś na topolową podłogę dziadka Jorge, Rosjanka Katarina, która niemal codziennie, pełnym żądzy zemsty głosem opowiada, co zrobi wiarołomnemu mężowi, od którego uciekła, kiedy on ją tu odnajdzie, by na kolanach błagać o przebaczenie, choć wszyscy wiedzą (i ona też wie), że mąż się tu nie zjawi. Jest jeszcze Hektor, który przyjechał tu dwadzieścia lat temu napisać książkę i tak już został, razem z tą nienapisaną książką. Czasem przychodzi Concha, sprzątaczka biurowa. Nie da się nie lubić Conchy - czyta fajne książki i ma dar opowiadania. Nie da się jej nie lubić też z innego powodu; Concha lubi mojito.


Po pierwszym mojito myśli wylatują ci ponad trzcinowy dach. Wyciągasz notatnik i z prędkością światła starasz się długopisem sprowadzić je na białą kartkę. Potem odkryjesz, że to wszystko to tylko oksymorony i, że w ogóle ty jesteś jednym wielkim oksymoronem popijającym mojito w barze na plaży. Po drugim mojito kontemplujesz z góry topolową podłogę i obiecujesz sobie poznać się z dziadkiem Jorge, żeby przyznał się skąd miał topolę za domem. Po trzecim mojito myślisz o Szekspirze: "Wracać kurwa, czy nie wracać? - oto jest pytanie." Po czwartym mojito odechciewa ci się powrotu i Szekspira. Wraca Mecha - skwarek i wyciąga z torby plażowej muszle. Daje ci w prezencie jedną i mówi, że będzie z niej dobra mydelniczka. Siedzimy, rozpuszczając się we własnych myślach i upale. 

- Powiedz, z czego ty się tak zawsze cieszysz? - pyta Jorge. 
- Z wszystkiego - odpowiada za mnie mojito.



wtorek, 18 listopada 2014

W poszukiwaniu utraconej motywacji, czyli o tym, dlaczego nie warto jej szukać

Nie trafił mnie szlag, ni jasna cholera. Jestem i już zabieram się za odkurzanie bloga oraz zmiatanie pajęczyn, bo trochę mnie tu nie było, a przecież jak zwykle "wyszłam tylko na chwilę". Powróciłam do komputera, rzuciłam się w wir pracy i walczę dzielnie ze zleceniami, ale poczułam, że jeśli nie powieszę niczego na blogu to się sama powieszę na słupie elektrycznym (co przecież nie byłoby w sumie takie łatwe, bo żeby się wieszać na słupach elektrycznych trzeba mieć pozwolenie od PGE, właściciela wszystkich słupów elektrycznych w mieście, o czym zresztą dowiedziałam się przy okazji ostatniej kampanii wyborczej, więc wychodzi na to, że łatwiej napisać posta). Poza nadmiernym eksploatowaniem palców i klawiatury oswajam się z nowym kotem. Owszem, mam nowego kota i zdanie: "Jeszcze przez długi czas nie chcę mieć kota po śmierci poprzedniego", które kiedyś tam wypowiedziałam wskazuje, że epitet "długi czas" oznacza według mojego przelicznika mniej więcej jakieś trzy dni.

Na swoje usprawiedliwienie mam to, że nowy kot na parapecie jest dziełem przypadku i mojej nieposkromionej chęci ratowania wszystkich skrzywdzonych zwierzątek: tych oswojonych i tych dzikich. Gdyby to ode mnie zależało, pewnie miałabym już w domu żbika, sówki, bociana, guźce, sarny, łosie, hieny, misie koala i pandy, ale Matka się nie zgadza i podejrzewam, że Wajrak też by się przyczepił, że znoszę do domu dzikie zwierzęta. Na razie musi mi wystarczyć jeden kot. Fido mieszka u mnie od miesiąca, jest dwuletnim kotem rasy brytyjskiej krótkowłosej, po ciężkich przejściach zdrowotnych. Ma dużo dziwnych przyzwyczajeń, np. pije wodę łapą i lubi być głaskany (jeśli na to pozwoli), stojąc tyłem do głaskającego, czym podkreśla, że ma go w dupie. Śpi cały dzień, a wieczorem szaleje tak, jakby zamiast wody żłopał Red Bulla. Szaleństwo w jego przypadku oznacza galopowanie "techniką zająca" z jednego pomieszczenia do drugiego, po czym znów zasypia na kilka godzin. Nad ranem rozpoczyna swoje kocie śpiewy, przypominające płacz niemowlęcia.


Nie muszę chyba mówić, że poczęstowana tym śpiewem, zrywam się na równe nogi i z zalepionymi oczami, turlam się przez łóżko, bo "dziecko płacze", a potem w pierwszym przypływie świadomości odkrywam, że przecież nie mam dziecka. Turlam się, więc z powrotem do poduszki i zasypiam, nucąc sobie taką oto kołysankę: "Kurwa mać, kocie daj mi żyć i spać!". Fido średnio lubi pieszczoty i generalnie nasza symbioza polega na tym, że ja mu daję żarcie i święty spokój, a on za to od czasu do czasu udziela mi audiencji i pozwala się pogłaskać, udając, że jest kiciusiem z bajeczki. Jedno jest pewne: ciężko znosimy listopad Anno Domini 2014. Ja z powodu spadku motywacji, Fido z powodu niemożności zjedzenia reklamówki. Nie widziałam słońca od kilku dni i mam ochotę rzucać w niebo kamieniami, żeby zrobić dziurę w tych gównianych chmurach i się naładować, choćby jednym promieniem, ale nawet metaforyczny kamień tam nie doleci, nie mówiąc już o tym ukradzionym ze skalniaka Matki.


Dopiero, co inaugurowałam początek miesiąca na lokalnym cmentarzu, stojąc wśród grobów, gapiąc się na znicze (dam se rękę uciąć, że inspiracją do powstania większości z nich był serial "Pogoda dla bogaczy"), dziwiąc się, że u niektórych ludzi głowa może obracać się dookoła szyi o 360 stopni i pakując do uszu bukiety cmentarnych fraz typu: "Wiesiek, chodź idziemy zobaczyć kto umarł."*, "O, jak ładnie wyglądasz, aż cię nie poznałam" albo "Maryśka, czy ten grobowiec wygląda jak za 7000 zł?", a już połowa miesiąca, gdzieś mi umknęła. Listopad zrobił mnie w jajo i siedzę teraz wkurwiona (niech Was nie zwiodą pozory, ale o tym później), że tak niewiele przez te dwa tygodnie zrobiłam. Przecież rok temu o tej samej porze, uzbrojona w grabki marki "Rolnik sam w dolinie", poszłam na wojnę z liśćmi w ogrodzie. I nie poddałam się nawet wtedy, kiedy te małe suche skurczybyki nie chciały spadać (cichaczem modliłam się i paliłam gromnicę w intencji nocnych przymrozków, żeby pospadały), nawet wtedy, kiedy śniło mi się, że na czyściutkim trawniku leży jeden liść, a ja przeżywam męki, bo nie mogę go zagrabić, ponieważ właśnie prezydent RP wprowadził zakaz grabienia liści. Tak, wygrałam tę psychologiczno - fizyczną wojnę!


Ale to było rok temu, a dziś mam w dupie te liście, które spadły zaraz po tym, gdy wyczyściłam trawnik w efekcie, czy też afekcie nieodpartej chęci wiosłowania grabiami przez cztery godziny. Mało tego, śmiałam się okrutnie i szyderczo z Leszka Talki, który odkrył, że mieszkanie w lesie, nie jest już takie zajebiste jesienią (przeczytacie o tym tutaj), śmiałam się z sąsiada, który palił zgrabione liście i omal nie spalił sobie płotu i nawet teraz mi się śmiać chce, kiedy patrzę na te wszystkie czyste trawniczki przydomowe. Ale śmiech to przez łzy, moi drodzy, bo mój trawnik nie jest już wzorem do naśladowania, nie jest symbolem tej słynnej polskiej dbałości o swe obejście (co by sąsiad nie miał lepiej), nie jest skrajnie patriotycznym wyrazem tęsknoty za czystkami, a co najgorsze - nie jest najlepszym tłem do selfiaków. O Boże! Właśnie odkryłam, że nie jestem już "prawdziwą" patriotką!


"Pokaż mi swój trawnik, a powiem ci kim jesteś" - oto motto tej jesieni. Patrząc na swój trawnik, patrzę jednocześnie na stan swojego umysłu i nigdy bardziej, niż teraz nie czekałam na śnieg (choć w sumie nadal go nienawidzę - ot, takie małe popieprzenie umysłowe). Wychodzi na to, że gdybym zgrabiła te liście, to nie musiałabym jęczeć o tym dziś na blogu, z drugiej strony mogłoby być też tak, że w ogóle nie miałabym o czym jęczeć, więc moja, wzbudzająca zazdrość otoczenia, zdolność racjonalizacji własnej głupoty znów wygrywa. Co z tego, że wygrywa, kiedy te cholerne liście nadal tam leżą, razem z moją motywacją. I gdybym tylko mogła przespałabym cały listopad, z taką premedytacją, aż miło. Cisnęłabym się w kołdry, zmanipulowała kota i faceta, żeby poszli w moje ślady - dla pewności zarecytowałabym jeszcze wiersz Agnieszki Wolny - Hamkałło, bo nic nie działa tak skutecznie jak podstęp przemycony w poezji:

Zaśpijmy dzisiaj – będzie fajnie.
Zaśpijmy specjalnie. Udajmy
gorączkę, udajmy malarię.
Olejmy awizo, zignorujmy
dzwonki, grajmy zaginionych,
tylko troszkę martwych.
Zaśpijmy zupełnie –
dzień dniem bez nas zróbmy.
Bez nas się obejdą
te ważne spotkania, te straszne wypadki.
Zaśpijmy dzisiaj, nie mówmy już nic
.
I nie musiałabym się już martwić o moją motywację, nie musiałabym udawać, że ciężko pracuję przy komputerze podczas, gdy tak naprawdę oglądam kolejny odcinek The Fall, każdy wyrzut sumienia zapychając popcornem z mikrofali.
Nie, nie będę dla siebie taka surowa. Co z tego, że mogłam zrobić więcej? Co z tego, że zrobiłam mniej? Przecież w tym "mniej" zawiera się przebywanie wśród ludzi (żywych, nie fejsbukowych), a socjalizowanie się w realu to dziś luksus, na jaki nie każdy sobie może pozwolić (trzeba przejść niezwykle rygorystyczny proces pytania o pozwolenie Facebooka na wyjście do ludzi). Grabiąc liście, czy wykonując wzorowo wszelkie zlecenia, nie odbyłabym tych cennych dyskusji o złych psach, skrzynkach pocztowych i życiu, nie odnalazłabym kawałka prerii na końcu ulicy Kochanowskiego, pewnie nie dowiedziałabym się, czym jest Ayahuasca, nie przeczytałabym tak szybko "Wszystkich języków świata" Zbigniewa Mentzela (dzięki Beata!), nie pomagałabym w pisaniu projektu unijnego o pierwszej w nocy, nie odkryłabym jak wygląda krok taneczny wypalonego tanecznie członka ludowego zespołu pieśni i tańca, nie przypomniałabym sobie, jak po długiej abstynencji smakują Desperadosy, nie wkurwiałabym się na to, że olałam zlecenia i teraz nie śpię po nocach. No nie wiem, co bym zrobiła, gdyby nie ten zbawienny brak motywacji?! Yyyy... pewnie tylko zgrabiłabym liście z trawnika. Ale czyż mniej nie znaczy więcej?

*cytat zaczerpnięty z badań terenowych Manueli Z. nad frazami cmentarnymi.