poniedziałek, 29 grudnia 2014

Stary człowiek w barze, czyli Hector opowiada, Jorge tłucze szklanki, ja słucham - cz.I

- Co czytasz?
Podniosłam wzrok znad książki i zerknęłam ponad lewe ramię. Starszy facet w słomkowym kapeluszu, o twarzy zmiętej jak stara mapa wpatrywał się we mnie wyczekująco.
- Opętanie Antonii Byatt - odpowiedziałam obojętnie.
- Coś dobrego?
- Raczej tak skoro dostała za nią Bookera w 1990 r.
- No tak, to też o czymś świadczy. Co to za język?
- Polski. 
- A więc jesteś Polką... Co cię w takim razie tutaj przygnało?
- Wschodnie wiatry.
Facet zamilkł i utknął gdzieś w połowie drogi między ustami a brzegiem pucharu, w którym na moje oko czekała na niego whisky z lodem,a ja przypomniałam sobie, że widywałam go przecież odkąd zaczęłam przychodzić do baru. Facet często rozmawiał z Jorge i Mechą, ale jakoś nie przyszło mi do głowy zapytać kto to taki. Chcąc wrócić do lektury, nie drążyłam wątku własnej głupoty, bo i czym tu się chwalić? Chciało się przygody, szkoły życia, zadziwienia światem, a dostało się "jeżdżenie na szmacie" od poniedziałku do piątku, w weekendy zaś wykładanie języka polskiego, ledwo dukającym po polsku dzieciom, które rodzice w obawie przed zanikiem polskości posłali do tutejszej szkoły polonijnej.
Brzęk tłuczonego szkła, dochodzący z zaplecza wyrwał mnie z zamyślenia. Jorge znów stłukł szklankę. Jak tak dalej pójdzie to niedługo będę siorbać swoje mojito w plastikowym kubku. Trzeszczące głośniki wypluwają z siebie, któryś z kawałków Chambao, bo Jorge jest wielkim fanem głosu Marii del Mar, a że to jego bar - puszcza ich płyty na okrągło, czyli do porzygu. W oddali stado las turistas prowadzone przez nadmiernie gestykulującego przewodnika testuje swoje chińskie sandały na rozmiękłym asfalcie deptaka San Cristobal, bezpośrednio sąsiadującego z plażą. Już zamierzałam wykrzesać z siebie odrobinę współczucia, gdy facet od whisky nagle się ocknął.
- Ciekawi mnie skąd bierzesz polskie książki? Z tego, co wiem, to nie ma tutaj polskiej księgarni.
- Mamy XXI wiek, więc zamawiam przez internet albo wysyłam pieniądze znajomym z Polski i proszę o zakup konkretnych tytułów. Paczki przyjeżdżają w autobusach.
- Rozumiem. Czytasz też książki hiszpańskie?
- Tak. 

Oczywiście nie przyznałam się, że jedyną książką hiszpańską, jaką do tej pory przeczytałam była książka dla dzieci pt. Pobre Manolito, czyli Biedny Manolito, którą w celach edukacyjnych wcisnęła mi kiedyś Rosita, moja nauczycielka w hiszpańskim collegio, do którego uczęszczałam, chcąc zaspokoić swoje językowe ambicje. Zaciekłość, z jaką uczyłam się hiszpańskiego miała swoje podstawy. Na początku swojego pobytu w Hiszpanii, kiedy mieszkałam w małym miasteczku na północy, pracowałam u Inez, grubej i płaczliwej Hiszpanki, która pewnego razu wysłała mnie po zakupy. Maraton sklepowy zakładał wizytę w mięsnym, więc stanęłam cierpliwie w kolejce, a kiedy wreszcie ekspedientka zapytała w czym może mi pomóc, pewna siebie, z uroczym uśmiechem na twarzy, wypaliłam prośbę o całego kurczaka. Dopiero po chwili zorientowałam się, że zamiast słowa pollo (kurczak) użyłam słowa polla, które jest również wulgarnym określeniem męskiego przyrodzenia, czyli brzmiało to mniej więcej tak:

- Dzień dobry! Poproszę całego ku**sa.
Nie muszę chyba mówić, że na zakupy chodziłam później do innego mięsnego, na drugim końcu miasteczka, bo kurczakowa hańba nadwerężyła polską dumę i szlag trafił moje postanowienie nierzucania się w oczy. 

- Halo? Słyszysz mnie?

Facet ze zmiętą twarzą delikatnie poklepał mnie po ramieniu.
- Przepraszam. Zamyśliłam się.
- W porządku. O czym myślałaś?
- O literaturze - palnęłam pierwsze z brzegu kłamstwo, godne takiej, jak ja "inteligiętki".
- Widzę, że nawet zamyślenia nie trwonisz na byle co. Widywałem cię tutaj wcześniej, ale nie miałem śmiałości podejść, jednak kiedy zauważyłem, że od czasu do czasu zapisujesz coś w swoim zeszycie, tym z czerwoną okładką, moja ciekawość zwyciężyła i postanowiłem o to zapytać, więc co też takiego tam piszesz?
Chciałam znowu skłamać, właściwie nie wiem dlaczego, ale tym razem jak na spowiedzi wyznałam prawdę (matka byłaby ze mnie dumna):
- Emigranckie żale i zasłyszane historie.
Facet uśmiechnął się lewą częścią twarzy - prawa pozostała niewzruszona, z czego wywnioskowałam przebyty niegdyś udar, ale przecież mogę się mylić, być może niektórzy tak właśnie się uśmiechają.
- Masz bardzo dobry nawyk z tym pisaniem. Nazywam się Hector Vasqez, prowadzę małą galerię i sklep z pamiątkami przy San Laurel. Wiesz, że kiedyś przyjechałem tutaj, żeby tylko napisać książkę, ale zostałem już na zawsze?

Nie powiem, wreszcie facet skupił moją uwagę. Zamknęłam książkę, co widocznie go ucieszyło i zachęciło do dalszego częstowania mnie swoim monologiem i nawet Jorge nadstawił ucho.

- Przyjechałem tu dwadzieścia lat temu z Madrytu, żeby napisać książkę. Chciałem coś po sobie zostawić, bo nie mam dzieci ani rodziny, więc książka wydawała mi się wtedy dobrym pomysłem, zwłaszcza, że przyszło mi hulać po Madrycie w barwnych czasach, kiedy powstała La movida madrilena, ale kto by tam chciał czytać wynurzenia starego Bachusa i w końcu tej książki nie napisałem. La movida to hiszpański ruch odbudowy kultury i obyczajowości, który był następstwem upadku dyktatury generała Franco. Pewnie słyszałaś już co nieco.
- Tak, moja nauczycielka opowiadała mi trochę o tym przy okazji rozmowy o Almodovarze, który zdaje się z movidą miał wiele wspólnego.
- Zgadza się. Pedro zaglądał nawet często do mojej galerii, którą miałem tuż nieopodal Rastro, słynnego wówczas targu, na którym można było kupić wszystko to, co wcześniej madrytczykom nie mieściło się w głowie: zakazane płyty z muzyką undergroundową, czasopisma muzyczne i kulturalne, książki, ale też meble i wszelkiej maści graty, które artyści często wykorzystywali do swoich prac. Rastro było niegdyś królestwem bezeceństwa. Ludzie poczuli wolność na wszelkie możliwe sposoby i dawali jej wyraz, łamiąc wszystkie obowiązujące dotychczas normy obyczajowe.
"Kurwa mać, robi się coraz ciekawiej, a ja nie wzięłam zeszytu" - zaklęłam w duchu i poprosiłam Jorge, żeby zrobił mi mocną kawę, bo czułam, że zanosi się na grubsze zwierzenia.

CDN.



Fabian Perez Man at the bar