środa, 2 grudnia 2015

Zegar z kukułką

Dla pierwszego lepszego przechodnia Bernard Cichoń mógł wyglądać tak, jakby patrzył przez okno swego gabinetu na lewe skrzydło trójkolorowego budynku szpitala psychiatrycznego, w którym pracował od dziewięciu lat, ale tylko wnikliwy obserwator mógł zauważyć, że psycholog tak naprawdę gmerał wzrokiem w sobie. Jasne, nikt przy zdrowych zmysłach nie katowałby się świadomym podziwianiem wściekle jaskrawych kolorów szpitalnej fasady, na widok których nawet katatonicy okazywali zniesmaczenie. Cichoń lubił pracę psychologa, bo od zawsze chciał pomagać ludziom, ale po jakimś czasie przekonał się, że wybrał ten zawód także po to, żeby każdego dnia dowiadywać się jak najwięcej o sobie. Czuł się spełniony również w życiu osobistym. Właściwie nie byłoby nadużyciem, gdyby powiedział, że jest szczęśliwy, wszak rzadko odczuwał jakikolwiek życiowy dyskomfort. No, może z wyjątkiem tych chwil, kiedy bywał w gościach, bowiem tak się składało, że przyciskała go wówczas potrzeba załatwienia „grubszej sprawy”, więc wizytował toaletę gospodarzy domu i poniewczasie odkrywał, że właśnie skończył się papier toaletowy. Miał do wyboru albo wezwać wsparcie, albo unieść się honorem z wiadomej pozycji i pogrzebać w podręcznych szafkach, w poszukiwaniu zapasów klopapieru. Gorzej, gdy w toalecie nie było niczego poza sedesem, ale to Bernard wolałby przemilczeć.



Miał swoich ulubionych pacjentów, a kiedy ktoś zawitał do gabinetu po raz pierwszy, Cichoń potrafił ze sposobu, w jaki ci ludzie opowiadali o swoich problemach, mniej więcej ocenić, czy to jednorazowa przybłęda, czy przyszły stały bywalec. Zdecydowanie częściej na wygodnym fotelu po drugiej stronie jego biurka ze sklejki zasiadały kobiety, bo i częściej, zdaniem psychologa, miały odwagę przyznać, że skoro coś w ich życiu nie układa się tak, jak powinno, to nie ma co się siłować, tylko trzeba wziąć większy młotek. No i przychodziły po ten „większy młotek” do niego. Opowiadały o swoich problemach, przeplatając opowieści płaczem, śmiechem i złością. Wychodziły lżejsze. Za tydzień zazwyczaj wracały, znowu wlokąc za sobą nogi, jakby były z ołowiu. 

Trwało to czas jakiś, aż przychodził przełom - w końcu coś w nich pękało i nie wychodziły z gabinetu a wylatywały jak na skrzydłach. Bernard wiedział dlaczego tak się dzieje, przecież był wcale niezłym psychologiem, prawda? Po prostu w pewnym momencie uświadamiały sobie, że większy młotek od zawsze miały przy sobie, ale bały się go użyć. Opowiadając o swoich piekiełkach, wypowiadały na głos to, co będąc wcześniej niewypowiedziane, wydawało się wielkie, straszne i nie do przełknięcia, a okazywało się małe jak musze gówno. I nagle dla jednych, ukochany lecz patologicznie zdradzający mąż stawał się zakompleksionym i żałosnym mężczyzną, niewyobrażalnie głupim, bo tłumaczącym swoje zdrady genetycznym spadkiem po ojcu, a „przecież to nie jego (męża) wina, że miał takiego ojca i w ogóle jest mu bardzo ciężko z tym, że musi tak zdradzać i zdradzać, i sam się w tym już gubi, ale cieszy się, że ma taką wspaniałą i wyrozumiałą żonę”. Dla innych, toksyczna, despotyczna i nadopiekuńcza matka stawała się balastem, który odcinały jednym precyzyjnym cięciem, jak starą pępowinę-pasożyta, która miast dawać - zabierała tlen. Te samotne zwalniały się ze znienawidzonej pracy, wyjeżdżały w świat przeżywać przygodę życia, z dala od obleśnych szefów, wygodnych kapci i debilnych seriali. Były też takie, które mówiły, że nie wiedzą po co tu przyszły, bo w zasadzie są zadowolone z życia i w szczęśliwych związkach, ale po długiej chwili milczenia przyznawały, że odczuwają swędzenie w okolicy godności, w chwili, gdy milkną, kiedy ich partnerzy marszczą czoła na wieść o tym, że chciały same lub z koleżankami gdzieś wyjść, pojechać, czy zrobić coś tylko dla siebie („A co z dziećmi?” „Od bycia matką nie ma urlopu, wiesz przecież.” „Chyba odbiło ci z tym wyjazdem, co ja powiem mojej matce?” „Jak to sama? Masz kogoś?”). Te odważniejsze chwaliły się paletami wyzwisk, jakich użyli partnerzy do namalowania ich „patologicznych” portretów cicho- i dupodajek (zdziwione, ale szczęśliwe, że w ogóle mężowie jeszcze o ich dupach myślą). Barwy szczęścia nieco różniły się od tych na paletach, ale nikt przecież nie mówił, że miłość jest wolna od czerni. Nakładały więcej pudru na zapuchnięte od płaczu oczy i brylowały w otoczeniu, jako te pewne siebie, świadome i silne przedstawicielki swojej płci. A w nocy, kiedy cały dom spał, wstawały cichutko, wyciągały z przewodu kominowego kryzysową butelkę metaxy i jednym haustem zapraszały do siebie ukojenie, wspierane groźbami cedzonymi przez zaciśnięte usta oraz solą łez - zadowolone, że udało im się zrobić coś bez pozwolenia i widoku czyjegoś zmarszczonego czoła.

Po takich wizytach, wracając spacerkiem do domu, myślał sobie Cichoń o swojej żonie, czy aby na pewno jest z nim szczęśliwa i na wszelki wypadek, tuż po przekroczeniu domowego progu, podsuwał jej pomysł na wypad z koleżankami, oferował opiekę nad ich czteroletnim synem i deklarował nieodpartą chęć odwiedzenia jej rodziny w Krościenku Wyżnym. Ale Bernard, jak na każdego z Cichoniów przystało, miał mądrą żonę (była anglistką w pobliskim gimnazjum i specjalistką od demaskowania prób wciskania jej kitu), która po Bernardowym wtręcie o jej rodzinie, nabierała podejrzeń, bowiem wiedziała, że choćby nie wiadomo jak rozbuchana była rodzinna miłość Cichonia, to jednak do Krościenka Wyżnego nie doleci. A wszystko przez pewnego krościenkowego amanta, który smalił cholewy do niej i którego uwielbiała krościenkowa rodzina, zaś ona - Cichoniowa żona (zanim jeszcze nią została), nie dość, że ośmieliła się amanta nie wybrać, choć miał magistra z marketingu i działkę pod budowę, to jeszcze wybrała nieśmiałego studenta psychologii, z którym po skończeniu studiów na UMCS-owskiej anglistyce wróciła w jego rodzinne strony, czyli do małego miasteczka na południu Polski, słynącego ze sporej liczby emerytów, rencistów i z browaru produkującego liche obecnie piwo (ten ostatni fakt upodobał sobie ojciec Cichoniowej żony, bo za każdym razem, kiedy spotykali się podczas rodzinnych uroczystości, nie omieszkał tego Bernardowi przypomnieć). Mieli oboje szczęście, bo akurat były to jeszcze czasy, kiedy w piętnastotysięcznym mieście po rzetelnym oraz stałym molestowaniu potencjalnych pracodawców i przy cudownym zbiegu okoliczności można było po roku wychodzić sobie etat, i to nawet w zawodzie. Po zdarciu dwóch par butów Bernard zamelinował się w końcu jako psycholog w poradni zdrowia psychicznego i szpitalu psychiatrycznym, a jego żona we wspomnianym już gimnazjum. 

Mądra Cichoniowa żona, po małżonkowej deklaracji odwiedzenia krościenkowej rodziny, domyślała się o co chodzi i mawiała: „Cichoń się wyluzuje, żona jego jest z nim szczęśliwa i jeśli będzie chciała gdzieś pojechać sama, to go niezwłocznie powiadomi.” Po takim wyznaniu Bernardowi znacznie poprawiał się humor. „Fajna ta moja żona - myślał sobie - zawsze mam z nią o czym rozmawiać, zagra ze mną od czasu do czasu w Tekkena, podsuwa mi najlepsze książki do czytania  i w dodatku wcale nieźle mnie zna, a dobrze jest mieć kogoś, kto cię zna, zwłaszcza w momentach, kiedy już nie wiesz, kim jesteś.

Tego dnia miał pięciu pacjentów, z których troje straciło kogoś bliskiego. Dwójka przychodziła do Cichonia od kilku miesięcy, zaś ten trzeci to nowy pacjent. Trzy tygodnie temu, po krótkiej chorobie zmarła mu żona. Małżeństwem byli od dziesięciu lat. „Tyle samo, co my” - pomyślał Cichoń, patrząc na tego skulonego i zmęczonego mężczyznę, który siedział przed nim od pół godziny i za każdym razem, kiedy chciał wymówić imię żony, chował twarz w dłoniach i szlochał. Wyznał, że przyszedł tu, bo musi się zająć siedmioletnią córką, a czuje, że z każdym dniem ma na to coraz mniej siły. Codziennie bierze do ręki rzeczy żony i dokładnie je ogląda, wciąż zdziwiony, że są tak samo zimne, jak jej dłonie, które z dłońmi obecnie już nic wspólnego nie mają. Bernard zrobił to, co mógł zrobić jako psycholog - zamienił się w gigantyczne ucho, podsunął mężczyźnie chusteczki i autentycznie się zatroskał, bo tak się składa, że trzydzieści pięć lat temu przyszedł na świat z nadmiarem empatii. Pozwolił mu mówić, od czasu do czasu zadając z pozoru nic nieznaczące pytania. Wiedział, że upłynie kilka miesięcy, zanim mężczyzna wróci do względnie znośnego życia, ale w końcu tak się stanie. Musi. 

„A co jeśli nie?” - tego i tym podobnych pytań zadawanych samemu sobie bał się najbardziej, bo ich pojawienie wnosiło w Cichoniowe myśli zwątpienie w sens wykonywanej pracy i własne umiejętności. Na szczęście owo zwątpienie było chwilowe, bo miał dar samoopierdalania się w momentach, kiedy czuł, że za dużo się robi Cichonia w psychologu. Używał potem wszystkich swoich mocy, aby pomóc pacjentowi i tym razem zamierzał zrobić to samo. Zapytał mężczyznę, czy zgodzi się, aby wyznaczyć mu małe zadania na każdy dzień tygodnia, aż do następnego spotkania. Wiedział, że usłyszy odpowiedź twierdzącą, ale wolał użyć pytania, a nie polecenia, bo chciał, żeby jego pacjenci wiedzieli, że zawsze mają jakikolwiek wybór. Mężczyzna co prawda wyszedł z gabinetu ciągnąc wzrok po podłodze, ale za to odrobinę spokojniejszy. „To strasznie niehumanitarna teoria, ale większość ludzi naprawdę da się wytresować, nawet do radzenia sobie ze stratą” - zamonologował sobie wewnętrznie Cichoń i naskrobał to spostrzeżenie w notatniku, po czym ubrał płaszcz, owinął się ciasno szalikiem, pożegnał panie w rejestracji i wyruszył jak zwykle piechotą do domu. 

Owszem, posiadał samochód, ale dla zdrowotności własnej duszy wolał po pracy dotleniać się i robić użytek z nóg. Koniec listopada był wyjątkowo wietrzny, ale Bernard akurat lubił wiatr. Kojarzył mu się z dobrymi zmianami i niosącą sens dynamiką. Przenosił z miejsca na miejsce suche liście, zmuszał drzewa do ruchu, targał gałęziami i sumieniami, bo przenikliwie wciskał się pod płaszcze, powodując u ludzi chwilowe wybudzenie z letargu, w jaki powpadali między zapaleniem jednego a drugiego znicza w okolicach Zaduszek. Cichoń lubił te momenty, kiedy drepcząc krok za krokiem, zostawał sam na sam ze swoimi myślami. Minął klasztor, który zamajaczył mu gdzieś z oddali wieżą zegarową, przeciął skrzyżowanie i maszerował ulicą Mickiewicza (w każdym mieście jest jakaś ulica Mickiewicza), którą zawładnęły stare kasztanowce i lipy. Co jakiś czas przystawał i wsłuchiwał się w ich skrzypienie. Czuł od tego dźwięku ciarki na całym ciele, ale nie umiał sobie wytłumaczyć dlaczego. Być może za każdym razem, gdy go słyszał zdradzał syndrom psa Pawłowa i podniecał się, bo wiedział, że zaraz dotrze do domu, napije się z żoną gorącej herbaty, pobawi się z synem, poczyta coś i pójdzie na strych porządkować rzeczy po babce, po której odziedziczył w spadku kamienicę. 

Babka zastrzegła w testamencie, że kamienicę dostaje „Beniuś”, ale musi co trzy miesiące odwiedzać jej grobowiec i czyścić tak, żeby się świecił, jak łysina burmistrza Pazura. Boże broń ludwikiem, bo smugi zostają, a nie po to babka waliła w mogiłę-willę piętnaście tysięcy polskich złotych, żeby byle czym ją szorować. W razie niedotrzymania obietnicy zobowiązała się straszyć Cichonia po śmierci w sobie tylko znany sposób. Bernard wolał nie prowokować babki po śmierci, bo i tak za życia wszyscy się jej bali, toteż sumiennie odwiedzał jej grób i polerował go płynem do lastryko za trzydzieści złotych. Teraz jednak Cichoń kroczy ulicą Mickiewicza i przez niewidzialną słomkę sączy melancholijnego drinka z pływającą w nim cytrynką rzeczywistości. 

Przechodził akurat obok supermarketu i postanowił wstąpić po jakieś „przegryzacze” na seans filmowy, bo był piątek, a zazwyczaj w piątki, kiedy mały nocował u Cichoniowej matki, robili sobie z żoną maraton filmowy, podczas którego pili wino i jedli chipsy, a potem robili sobie razowe kanapki z odtłuszczonym serem camembert i kiełkami brokułu, żeby nie mieć wyrzutów sumienia po tych chipsach. Po winie nigdy nie mieli. Przeciskał się z koszykiem między stękającymi ludźmi, pchającymi wózki wypakowane po brzegi jedzeniem i miał wrażenie, że co chwilę ktoś chucha mu kwaśnym oddechem w kark. Ani myślał przekonywać się, czy mieszka w nim ludobójca, więc szybkim truchtem przemieścił się w stronę kasy, chwyciwszy w biegu dwie paczki chipsów i butelkę jakiegoś macedońskiego sikacza. Opuścił supermarket przestraszony, bo poszedł tylko po chipsy, a wyszedł jakby wracał z Wietnamu. Parę głębszych wdechów i Cichoniowy kortyzol był już w normie. Postał chwilę w celach terapeutycznych pod skrzypiącą lipą, a potem podreptał w stronę kolejnego skrzyżowania. 

Wpatrywał się w czerwone światło sygnalizatora na przejściu dla pieszych i cierpliwe czekał, w przeciwieństwie do niespokojnie kręcącego się nastolatka czekającego po drugiej stronie. Bernard sam nie wie, jak to się stało, że mimo zmiany światła na zielone nadal stał w miejscu. Stał i widział, jak w przechodzącego przez pasy chłopaka wjeżdża granatowe kombi. Patrzył jak zahipnotyzowany na ciało upadające tuż przy krawężniku, krew ściekającą do studzienki kanalizacyjnej, nienaturalnie powyginane nogi, jakby każda chciała pójść już w inną stronę. Widział starszego, nieprzytomnego człowieka za kierownicą kombi, którego bezwładnie zwieszona głowa zwiastowała dożywotnie poczucie winy. To dziwne, ale nie słyszał nic. Ani wycia syren, ani krzyku przechodniów, ani wiatru. Jakby chwilowo doznał czegoś w rodzaju deprywacji sensorycznej słuchu. Osunął się na chodnik i usiadł w kałuży czerwonego wina, które wylało się ze stłuczonej butelki. I siedział tak w towarzystwie śmierci, własnej niemocy i cudzych spojrzeń, dopóki ktoś nim nie potrząsnął. To sanitariusz oferował mu coś na uspokojenie. - Ale ja jestem spokojny. - powiedział Cichoń i zaskoczył się własnym głosem, bo jakoś nie bardzo go poznawał. Podniósł się z chodnika i poczuł, że musi coś zrobić. Właściwie to chciał musieć coś zrobić i czekał, aż mu to chcenie przyjdzie. Na próżno. Pamiętał tylko, że rozmawiał z policjantami, ale co mówił? Tego już nie mógł sobie przypomnieć. Po godzinie, która zdawała się Bernardowi wiecznością, było już po wszystkim. Przechodnie poszli dalej, ciało nastolatka zabrano do kostnicy, a kierowcę do szpitala. Jutro pewnie deszcz zmyje zaschnięte strugi krwi i ślad po winie…

Cichoń wracał do domu na drewnianych nogach i po raz kolejny tego dnia się zaskoczył, bo nie przychodziła mu do głowy żadna z tych rzeczy, które zazwyczaj przychodzą, gdy śmierć gładzi nas po policzku. Wcale nie wyobrażał sobie, że od teraz będzie pracował nad poprawą jakości swego życia, nie zapragnął nagle skoczyć ze spadochronem nad kanionem Colorado i nie zobaczył siebie w czerwonym ferrari. Zamiast tego przypomniał sobie, że będąc w liceum, pałał platoniczną miłością do Kaśki Nosowskiej i chciał do niej zadzwonić, ale zrezygnował, bo stwierdził, że chyba nie znajdzie jej numeru w książce telefonicznej. Zawstydził się trywialnością tego wspomnienia i zrugał siebie w myślach, ale nic to nie dało, bo oto następne głupie wspomnienia pchały mu się przed oczy: Bernard piszący przy świeczce buntowniczy wiersz, którego pisanie skończył wtedy, kiedy skończył się jego bunt, czyli mniej więcej po dwóch wersach, których awangardowe przesłanie: Siedzę na kiblu przeznaczenia / I robię kupę przypadków, obudziło w nastoletnim Cichoniu nadzieję na poetycką karierę; Bernard siedzący na ławce w parku i czekający na dziewczynę, z którą się umówił i która nie przyszła; ośmioletni Bernard składający ręce do modlitwy w komunijnym uniesieniu na mszy i podnoszący je do nosa, aby móc swobodnie w nim podłubać (co nie uchodzi uwadze księdza Barczaka); Bernard-magister na rozdaniu dyplomów, rzucający z radości biretem tak niefortunnie, że obrywa nim sam rektor; Bernard mdlejący przy pobieraniu krwi; Bernard wymiotujący oranżadą na osiemnastce kuzyna; Bernard stojący nad trumną babki i - ku zgorszeniu rodziny - głupkowato się uśmiechający, choć zaklinał się na wszystkie świętości, że to z bólu po jej stracie nie panował nad mimiką... 

- Kurwa! - wyrwało się wściekłemu Cichoniowi i musiał przyspieszyć kroku, bo jakaś starsza kobieta właśnie otwierała usta, aby uderzyć go w twarz reprymendą. Jak to możliwe, że w takim momencie przychodzą mi do głowy takie bzdury? - pytał sam siebie. Oparł się zmęczony o drzwi mieszkania i gmerał w kieszeniach w poszukiwaniu klucza. Po przekroczeniu progu stwierdził, że nie ma nikogo w domu. Przypomniał sobie, że żona wspominała wczoraj coś o wizycie z małym u znajomych, więc poczuł ulgę, bo nie chciał dziś z nikim rozmawiać o tym, co widział. Odgrzał wczorajszą zupę, ale jej nie tknął. Wisiał z łyżką nad parującym talerzem i lustrował pływające w zupie plasterki marchewki. W końcu dał za wygraną, odszukał w apteczce butelkę z hydroksyzyną, wypił dwie łyżki i schował się pod kołdrą. Czuł coraz większy ciężar powiek i uwalniał się od natręctwa myśli, które sprowadzało się do tego, że nie mógł sobie uzmysłowić, co jest w jego życiu najcenniejsze. Wreszcie zasnął. 

Śniło mu się, że razem z żoną huśtają się na wskazówkach gigantycznego zegara, przestawiając je według własnego widzimisię. Zegar był z kukułką, ale zamiast kukułki zza malutkich, niebieskich drzwiczek, znajdujących się pod tarczą, wyskoczyła babka. - Babciu, gdzie Ty się podziewasz?! - ucieszył się Bernard. - Umarłam, więc gdzie do kurwy nędzy Twoim zdaniem mam się podziewać?! - błysnęła w swoim stylu babka. Bernard poczuł zakłopotanie, jak zawsze wtedy, gdy babka okazywała się bystrzejsza od wszystkich. - W niebie? - strzelał niepewnie Cichoń. - Rozum ci chyba odjęło w tej pracy z wariatami! - zrugała go babka - przecież widzisz, że w zegarze mieszkam. - Ale jak to? - dziwił się wnuczek. - Srak to! - ucięła babka. - Siedzę tu i handluję godzinami, jak jakaś stara lampucera cebulą na targu. Wszystko przez to, że miałam zmysł do interesów, ale za mało czasu na inne rzeczy… dla ludzi… - Znaczy się, że siedzisz tu, bo musisz? - Tak jakby, chociaż co innego jest moją karą. - A co takiego? - zaciekawił się Cichoń. - Bezczas. - Babka posmutniała i omiotła wzrokiem czubki swoich butów. - Ale kto cię tak ukarał? - dociekał Bernard. - Ja sama, niemoto sakramencka….

Cichoń otworzył oczy. Było już ciemno. I cicho. I ciepło. W uszach dźwięczała mu jeszcze obelga babki, ale szybko strzepnął resztki niedorzecznego snu na podłogę. Zadeptał je na wszelki wypadek kapciami i powlókł się do kuchni zaparzyć herbatę. Zaświecił światło, zobaczył talerz z zimną zupą i zmięte opakowanie chipsów. Zrobiło mu się niedobrze. Powypadkowe obrazy nękały go bezlitosnymi falami, ale o dziwo czuł się już znacznie lepiej na duchu. Sprawdził, która godzina i zaśmiał się po cichu, bo wyobraził sobie, że babka mieszka w jego cyfrowym zegarze i jakimś cudem posiadła zdolności operowania nowoczesnymi technologiami. Miał jeszcze trochę czasu zanim wróci żona z synem, więc postanowił przejrzeć pudełko ze zdjęciami, które przyniósł wczoraj ze strychu. Uniósł sfatygowane wieczko i wziął do ręki pierwsze z brzegu zdjęcie, a na nim oparta o drewnianą komodę stała babka i... głupkowato się uśmiechała. Tuż nad jej prawym ramieniem wisiał na ścianie zegar z kukułką.



Grafika: Niel Quisaba

sobota, 10 października 2015

Ręce, stopy, usta i cała ta reszta...

"mam ręce stopy usta i całą tę resztę
balast który przez chwilę trzyma mnie w okolicy życia
poza tym jest nieskończoność
którą potrafię tylko nazwać..."
(H. Poświatowska)


Miał być post o wyprawie w Beskid Niski, ale nie będzie. Czasem tak się dzieje, że wydarza się coś nieprzewidzianego, taki bonusik od losu, który przypomina ci, że planować możesz co najwyżej zmianę majtek. Przypominasz sobie, że przyszedłeś na świat bez części zamiennych i że jesteś tylko paradoksem gatunkowym: twoją słabością jest jednocześnie to, co czyni cię mocnym - ciało. I dlatego, kiedy coś w nim zgrzyta, nagle bardzo wyraźnie dostrzegasz, że masz „ręce, stopy, usta i całą tę resztę…”, więc odstawiasz na bok wszystko i idziesz się naoliwić. Nie ma w tym miejsca na poezję, uniesienia i piękno. 


Zakładasz piżamę, wyremontowaną za unijną kasę windą wieziesz swoje ciało na oddział szpitalny, dostajesz łóżko, a twoje nazwisko zastępuje nazwa jednostki chorobowej. Nie jesteś w tym sam, bo jest ktoś, kto nie opuści cię ani na moment od chwili, kiedy zamkną się za tobą drzwi windy. Będzie siedział przy łóżku, trzymał cię za rękę, znał twoje myśli, pragnienia i potrzeby. Ma takie wielkie, piękne oczy. Pojawia się zawsze wtedy, gdy czujesz, że tracisz kontrolę (jakim cudem w ogóle ubzdurało ci się, że ją posiadasz?). Słowa mają ograniczoną pojemność i sprowadzenie czegoś nieograniczonego do granic wyznaczonych przez litery jest żałosne. To tak jakby ogrodzić hektar nieba płotem i teren ogrodzony nazwać niebem. Jakim więc cudem w słowie ‘strach’ masz zawrzeć wszystko to, czego doświadczasz? Ale nie ma innego, lepszego słowa, a przecież musimy nazywać wszystko, żeby… mniej się bać, prawda?

Po jakimś czasie ta przyjaźń ze strachem jest uciążliwa, męczy cię jego towarzystwo i zaczynasz z nim dyskutować. Na początku grzecznie, później stanowczo, a potem walicie się po mordach, bo to już nie walka o ciało jest, ale o duszę. W konsekwencji, gdy leżysz na stole operacyjnym, a anestezjolog mówi ci, że zaraz będzie sweet dreams i strach szepcze do uszka: „a jeśli się nie obudzisz albo obudzisz się w trakcie?”, to nie masz już czasu, żeby pomyśleć o czymś przyjemnym. Ostatnie, co słyszysz to swoje „spierdalaj”, wypowiadane na głos, ale na szczęście brzmiące jak „lalalaj”, bo zniekształcone jakimś neuroleptykiem wlewającym się w twoje żyły, po którym jest ci tak dobrze, że myślisz, (o ile w ogóle wtedy myślisz), że na ch.. ci to ciało, że weźcie sobie te ręce, nogi, śledzionę, czy co tam chcecie, że w dupie mam swoją dupę nawet. Nie zdążysz policzyć do dziesięciu, a twoje ciało jest już zdane samo na siebie i na ręce tych, którzy ponoć znają je trochę lepiej, niż ty.

Dwie godziny później…
Przez wąziutką szparkę między dolną a górną powieką, wlewa się do oka światło. Zapraszasz do tej zabawy drugie oko i bawicie się tak przez dobrą godzinę, a towarzyszy wam dochodzący skądś głos, wciąż powtarzający: „nie spać, nie spać, nie spać…” Jesteś wściekły, że cię obudzili, jednak nie bardzo wiesz, dlaczego wszystko cię śmieszy. Twój śmiech wypełnia tą dziwną żółtą salę, w której leżysz, śmieszą cię panie w tych komicznych uniformach i pan w czepku, śmieszy cię bzyczenie jarzeniówek na suficie, kiedy wiozą cię korytarzem do sali pooperacyjnej. Na widok urządzeń, do których cię podłączają rżysz już jak koń, a gdy te same panie przynoszą w darze jakieś buteleczki z giętkimi rurkami, które przypinają ci do ręki, pojawia się ryzyko, że zarechoczesz się na śmierć. I wtedy przychodzi on. Nie, nie strach, bo już po wszystkim jest ci głupio, że się bałeś. Proszę państwa, a teraz zapraszamy na scenę ból.

Na razie doświadczasz go jeszcze jakby przez szybę - niby jest, ale jeszcze coś cię od niego dzieli. I dzielić będzie przez najbliższą dobę. Zawdzięczasz to morfinie, a raczej siarczanowi morfiny, jeśli mamy być precyzyjni. Na dwadzieścia cztery godziny stajesz się pępkiem świata, twoje łóżko - celem pielgrzymek lekarzy i pielęgniarek, które gotowe w każdej chwili pyknąć ci w ramię jeszcze odrobinę morfinki, żeby nie bolało. Gęba ci się cieszy, pewnie fiknąłbyś nogami ze szczęścia gdyby nie ten cewnik, no, ale w końcu nie można mieć od razu wszystkiego. Zadowalasz się mentalnym pląsaniem po kwiecistej łące i przeżywaniem morfinowych odlotów, podczas których obdzwaniasz bliskich z przekonaniem, że w słuchawce twój głos brzmi zupełnie normalnie, nawet jeśli skrzypisz, jak stare drzwi, bo masz gardło otarte przez rurkę intubacyjną. Potem przysypiasz, a kiedy się budzisz, sen zlewa ci się z jawą i coś majaczysz pod nosem. Od tej pory zasypianie i budzenie się będzie twoim jedynym zajęciem prócz napełniania cewnikowego worka (chodź, porozmawiajmy teraz o poezji i uniesieniach). Dobre ma to do siebie, że szybko się kończy, więc gdy ta pełna podrabianej radości doba dobiega końca i znika „jakby szyba”, to zaczynasz czuć ten PRAWDZIWY ból. O tak, teraz k…a czujesz, że żyjesz!

Odpinają kable, wyłączają monitory, ściągają operacyjne kaftany, myją cię i mówią: „wstań i idź”. A ty, mimo tego, co podpowiada ci działająca już na pełnych obrotach świadomość, że najpewniej runiesz na pysk i że Łazarzem raczej nie jesteś, ty (tak, właśnie ty), dotykasz stopami zimnej posadzki, wstajesz i idziesz. Co prawda tylko do sąsiedniej sali, ale kiedy robisz tych kilka kroków, tak naprawdę jesteś gotowy iść o wiele dalej. I co z tego, że boli? Przestanie. Cieszysz się jak dziecko, tak prawdziwie, bez udziału prochów. Za oknem jeszcze ciemno, ale zaraz na niebo wtoczy się świt. Mógłbyś przysiądz, że piękniejszego nie widziałeś. Wiesz już, że właśnie dla tego świtu warto raz po raz wstawać z łóżka, aby w końcu przejść korytarz, za co później nagradzasz siebie w myślach deszczem kwiatów i oklaskami tłumów. Odkrywasz w sobie istnienie takiej mocy, o jakiej ci się nie śniło. Masz ochotę otworzyć okno i pofrunąć z radości, ale całe szczęście w oknach nie ma klamek. 

„Niestety”, z twoim powrotem do pionu wiąże się coraz mniejsze zainteresowanie lekarzy, ale nie masz się co dziwić, przecież w końcu o to chodziło, żeby cię naoliwili, abyś mógł wrócić już do swoich „bardzo ważnych spraw”. Oni wykonali przecież swoją robotę i dziś naoliwiają już kogoś innego. Ty sam musisz teraz podokręcać jeszcze śruby. Nie skarżysz się, bo nie ma w sumie na co. W życiu chleb z masłem nie smakował ci tak, jak dzisiaj. Pielęgniarki miłe, troskliwe i współczujące, jak nie w Polsce. Nawet, gdy podczas ścielenia łóżka znajdujesz w nim ośmiocentymetrową igłę, to wiesz przecież, że takie rzeczy się zdarzają. Jesteśmy tylko ludźmi, prawda?

Masz jeszcze kilka dni, żeby bezkarnie wylegiwać się w łóżku zanim szpital puści cię samopas. Nadrabiasz zaległości w czytaniu, a między wersami dziwisz się, że wystarczy pójść do szpitala, żeby słowo ‘marzenie’ sprowadzało się do zjedzenia ulubionego posiłku lub jazdy rowerem bez trzymanki, ze słuchawkami na uszach. Przeraża cię własna kruchość. Niby jesteś tego świadomy, bo już dawno temu poinformowało cię o niej twoje czoło, kiedy pierwszy raz zderzyło się z nogą stołową, zaraz po tym, gdy wiedziony rodzicielskim dopingiem postawiłeś pierwsze kroki. Problem w tym, że w zdrowym ciele kiepska pamięć. Na szczęście takie sytuacje, jak ta, w której się znalazłeś nie pozwolą ci zapomnieć o tym, kim i z czego ulepiony jesteś.
Na oddziale rytm życia ustalają rytuały, głównie medyczne. Pobudka, pomiar temperatury, ciśnienia, kroplówa, wizyta, śniadanie, prochy, obiad, kolacja, wizyta, kroplówa, prochy, lulu, repeat... Poddajesz się temu bez słowa sprzeciwu, bo daje ci to poczucie bezpieczeństwa i zapewni przetrwanie na „obcej” ziemi. 

I wreszcie nadchodzi dzień, kiedy dają ci bilet powrotny do świata, który znasz  (serio, myślisz, że znasz?). Pakujesz szpitalne manele, żegnasz się z pielęgniarkami, (nie-do zobaczenia i nie-do widzenia paniom) i lekarzem. Wsiadasz do tej samej windy, którą przyjechałeś i ze sztuczną łezką w oku opuszczasz czwarte piętro. W trakcie jazdy obiecujesz sobie nigdy nie zapomnieć pani Ogórkowej, której małżonek umarł na rękach, a córka w sobotę wychodzi za mąż, zdziwienia pielęgniarki, na oczach której ktoś rzucił się pod pośpieszny Warszawa-Przemyśl i rozprysł na torach jak balon z krwią, pani salowej, która znała takie wulgaryzmy, o jakich się filologom nie śniło i miała włosy jak „ta, kurwa, no wiecie, Ałła Pugaczowa”, własnych morfinistycznych doznań, młodej dziewczyny, której sopranowy płacz kołysał wszystkich do snu, pielęgniarki handlującej majtkami oraz tych małych i dużych dramatów, którymi wypełnione były oddziałowe sale. Nie chcesz też zapomnieć rozmowy z chirurgiem i twojej prośby o to, żeby powiedział ci coś zabawnego przed operacją, a on mówi, że z chirurgii był najgorszy na roku hahahahaah, ale w sumie to tylko żart hahahah taki na rozładowanie emocji hahahaha. Postanawiasz nie zapomnieć również siebie w tym wszystkim. 

Z zamyślenia wyrywa cię dźwięk rozsuwanych drzwi windy i podmuch powietrza - zapach środków dezynfekujących, narodzin, frytek, śmierci i kawy z automatu. Do głowy przychodzi ci głupia myśl, że fajnie jest być pomiędzy smutkiem, a radością, pomiędzy „tak” i „nie”, pomiędzy „chcę” a „nie chcę”. Nie musisz się szczypać, wiesz, że ci się to nie śni, bo przecież masz ze sobą swój mały ból, z którym i tak za niedługo będziesz musiał się rozstać. Powoli, krok za krokiem zmierzasz w stronę wyjścia, popychasz drzwi, łapiesz haust świeżego powietrza i już wiesz, że nie jesteś tym, kim byłeś, gdy tu przyszedłeś, ale twoje demony zawsze będę te same.




Fot. Mark Harless

wtorek, 22 września 2015

Kryminalne zagadki made in Poland

To przychodzi znienacka. Nie możesz się do tego nijak przygotować, bo nawet nie wiesz, że nadejdzie. Najczęściej jest przecież tak, jak zwykle, prawda? Bierzesz do ręki i na początku tylko podczytujesz w tych rzadkich chwilach, kiedy dysponujesz jakimś kawałkiem chwili wydartej z mordy czasu. Zazwyczaj przed snem muśniesz umysłem te parę stron, zanim uśniesz zmęczony, z twarzą przytuloną do czcionki Times New Roman, śliniąc kartki, jak bezzębne niemowlę. Ale to zło wszeteczne, ten demoralizujący ludzkość diabelski wynalazek, ten przeklęty skutek uboczny permanentnej ludzkiej potrzeby opowiadania, czyli książka, ma w dupie twoje „jak zwykle” i wystarczy, że trafisz na dobrze napisaną, a jesteś gotowy łgać wszystkim naokoło, zaprzedać duszę, zapomnieć, że istnieją takie życiowe czasowniki jak „jeść”, „myć się” i „spać”, byle tylko móc wrócić do czytania, a świat niech się od ciebie odpier…

Wiem, co piszę, bo przerabiałam te narkomańskie stany czytelniczego głodu wielokrotnie. Po zarejestrowaniu ostatniej strony w dobrej książce i dopuszczeniu do mózgu znaczenia liter składających się na wyraz „KONIEC”, odczuwasz autentyczny smutek i zastanawiasz się, czy masz w szafie jakieś czarne ciuchy, żeby przywdziać żałobę - niech wszyscy widzą, jak okrutnie cierpisz. Solennie obiecujesz sobie, że już nie przeczytasz żadnej książki, ale zapominasz o tym, gdy wpada ci w ręce kolejna, równie dobra, a nawet lepsza, niż poprzednia. I tak to się kręci.

Ulgę w cierpieniu przynosi też złorzeczenie pod adresem autora lub snucie wizji wymyślnych tortur, które moglibyście mu zafundować w ramach rewanżu za to, że śmiał odciąć was, ten pieprznięty literowy diler, od stałych dostaw waszego ulubionego narkotyku, wziął i zakończył fabułę, a was uczynił sierotami. I tu także wiem, co piszę, bo właśnie przerabiam (będąc również w czytelniczej żałobie, ale chyba słabo widocznej, bo w szafie z czarnych ubrań znalazłam tylko skarpety) złorzeczenie pod adresem Miłoszewskiego. Zygmunta oczywiście. Napisał facet trylogię o prokuratorze Szackim i bawił mnie nią przez ostatni miesiąc. Do dzisiaj, bo zabrał mi zabawkę i ostatnim tomem zakończył moje rendez-vous z tym nieco szowinistycznym, zrzędliwym i cynicznym typem.



Po lekturach - jak to się ładnie określa - wymagających (czyt. miażdżących ci percepcję w uroczo psychodelicznym korowodzie ciężkich, acz pięknych metafor, fraz, pod wpływem których przewartościowujesz życie albo rzucasz się z wiaduktu, boś nie godzien doświadczać takiej głębi) odczuwasz potrzebę przerzucenia się na coś lżejszego, żeby zaopiekować się swoją z lekka nadszarpniętą psychiką. U mnie prawie zawsze pada na kryminały, bo niesamowicie zajmuje mnie kombinowanie: „kto zabił?”, w czym zapewne jestem tak oryginalna, jak obuwie sportowe marki Adodis, mimo trzech obowiązkowych pasków, na lokalnym bazarku. Ostatnio pewien bardzo mądry ktoś zwrócił moją uwagę na to, że kryminały mają w pewnym sensie charakter matematyczny. Mnoży się teorie, sumuje się dowody, łączy części w całość, szuka wspólnego mianownika - matematykę w takiej formie kupuję w ciemno, choć jawiła mi się jako mało humanitarna dziedzina ze względu na to, że wyklucza błędy, a przecież errare humanum est.

Po millenijnej trylogii Larssona, mając jeszcze w pamięci to, że symulowałam w robocie chorobę, aby tylko znaleźć się w domu, zniknąć dla świata i odpalić książkę, sięgnęłam znów po skandynawskie kryminały. Tym razem padło na Camillę Lackberg i to był błąd. Wielbłąd. Co prawda, nie zaczęłam od pierwszego tomu, lecz od „Latarnika”, którego męczyłam niemiłosiernie przez połowę wakacji i który obrzydził mi na chwilę czytanie. Fabuła jakaś taka ckliwa, jakby pisana z myślą o kobietach w ciąży, które mogłyby nie daj boże w tym stanie błogosławionym wziąć do ręki kryminał i przedwcześnie urodzić po zapoznaniu się z faktem, że przeciętny człowiek ma w sobie 5-6 litrów krwi. Że nie wspomnę o tym, jak przewidywalna okazała się ta fabuła.

Zmęczyłam „Latarnika” i od pewnej najlepszej pani bibliotekarki, dbającej o to, abym na czytelniczy detoks się nie wybrała, dostałam Miłoszewskiego, bo kiedyś gdzieś tam wspominałam, że chętnie bym go przeczytała. O bogowie! Gdybym wiedziała, że czeka mnie taki fun, to już dawno przytuliłabym te trzy tomy przygód fikcyjnej (a może i nie) gwiazdy naszej rodzimej palestry. Kryminalną twórczość Miłoszewskiego najlepiej oddaje Jachowiczowe: „cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie, co posiadacie”. Rozpływałam się nad skandynawskimi kryminałami, a tu się okazało, że Polak potrafi. I to jak potrafi.

„Uwikłanie”(t.I), zabrałam ze sobą na wyprawę w Beskid Niski (o wyprawie napiszę w następnym poście), bardziej dla pozorów obcowania z książką, niż z faktycznej potrzeby, ale bardzo szybko okazało się, że nie mogę się od książki oderwać, raz po raz rżąc nad nią, bo akurat prokurator Szacki, będąc w najwyższej formie, tryskał mi prosto w twarz dowcipaśno-cynicznym strumieniem świadomości. Spokojnie, Beskidu zażyłam i się w nim zakochałam, ale niewątpliwie miał w tym udział także Miłoszewski ze swoim „Uwikłaniem”, bo tak zatopiłam się w jego lekturze, że zatarła ona mroczne widmo schroniskowych sanitariatów i wyziewy tego higienicznego Mordoru. W ciągu kilku dni, które tam spędziliśmy, zaraz po przebudzeniu turlałam się po łóżku (pryczy?) w stronę książki i mając ledwie jedno oko na chodzie - bo drugie jeszcze spało - dzielnie czytałam.

Wystarczy „przelecieć” te dziesięć stron i od razu wiadomo, że Miłoszewski odrobił lekcje, pisząc „Uwikłanie”. Ta uwaga tyczy się także kolejnych tomów: „Ziarna prawdy” i „Gniewu”. Zresztą na końcu każdego tomu autor wspomina o swoich lekturach, które sobie zaaplikował zanim zaczął budzić Szackiego do życia na kartach kolejnego tomu.

Kim jest Teodor Szacki? Przede wszystkim bezkompromisowym prokuratorem, który mimo namiętnego romansu z literą prawa, jest także człowiekiem, a więc istotą, która nie jest wolna od słabości (skutki kryzysu wieku średniego położą się cieniem na jego życiu - cieniem sięgającym tomu trzeciego oczywiście), popełniającą błędy i wyrządzającą krzywdę - głównie sobie. Bohater Miłoszewskiego nie włazi czytelnikowi w dupę, jest frustratem i irytującym szowinistą, którego seksistowskie wtręty zdradzają ignorancję w kwestii traktowania kobiet, zarazem nie znosi, kiedy ktoś traktuje kobiety źle, nie znosi również skrajności głównie w wydaniu polskim, a więc dostaje się fanatykom religijnym i nacjonalistom, ale także tym, którzy za bardzo skręcili w lewo i niewiele ich różni od tych z prawej strony, ludożerczym i zakłamanym mediom, politykom, hurraoptymistom, roszczeniowym „męczennikom” dnia codziennego i wielu innym, których Szacki spotyka na swej drodze. Jednak tym, co spaja wszystkie tomy, poza osobą Szackiego, jest niezwykle trafna krytyka polskiego wymiaru sprawiedliwości i wskazanie na palącą potrzebę przeobrażeń na tym obszarze, zwłaszcza w kwestii przemocy domowej i bezdusznego, upokarzającego obchodzenia się systemu z jej ofiarami.

„Uwikłanie” jest w pewnym sensie przywitaniem się prokuratora z czytelnikiem, zaproszeniem do zabawy w „chodź, przeczytaj jeszcze jeden rozdział, a powiem ci, kim jestem”, „Ziarno prawdy” jej kontynuacją, a „Gniew” - brutalnym zaprzeczeniem, jakoby ktoś się w coś tu bawił.

Mocną stroną książek Miłoszewskiego są dialogi - wreszcie takie, które traktują czytelnika, jako istotę myślącą, a nie jak ciężkiego idiotę, któremu trzeba tłumaczyć, kto do kogo mówi, a jeszcze mocniejszą - rewelacyjne poczucie humoru autora, którym częstował mnie zarówno Szacki, jak i pozostali bohaterowie. Uważni czytelnicy znajdą wiele wycieczek (ku mojej uciesze głównie złośliwych) w stronę kultury współczesnej, napotkają znajome nazwiska (jak np. pisarz Jarosław Klejnocki - historię o tym, jak to się stało, że Miłoszewski uczynił go w swoich książkach policyjnym profilerem znajdziecie spisaną tutaj, przez samego Klejnockiego). Cieszę się, że Miłoszewski nie oszczędzał czytelnika i nie uciekał się do zawoalowanego pisania o samych morderstwach - jest krew, są sekcje zwłok z zoomem na detal i wiele innych „atrakcji”, które czynią jego książki niezwykle wiarygodnymi.
Z lektury trylogii wyniosłam też innego rodzaju wiedzę, poza tą, która uczyni ze mnie geniusza zbrodni albo patologa-amatora ćwiczącego zimne cięcia na zamordowanych myszkach po to, by stwierdzić, że sprawcą zabójstwa z zimną krwią jest kot. Otóż z „Uwikłania” dowiedziałam się, czym są „ustawienia Hellingerowskie” - dzięki temu sporo poczytałam na temat samego Berta Hellingera i jego terapii ustawień. Bez względu na skuteczność tej metody psychoterapii stanowi ona fascynujący obiekt czytelniczego zainteresowania dla takiego laika jak ja.

Gdyby nie „Ziarno prawdy” pewnie jeszcze długo nie wiedziałabym o miotającym nieco poronioną wyobraźnią, Karlu de Prevocie i jego cyklu obrazów Martyrologium Romanum, znajdujących się w sandomierskiej katedrze (jakąś godzinę drogi ode mnie, więc wiadomo, że już się wybieram do Sandomierza tropem prokuratora Szackiego), z których jeden niezwykle kontrowersyjny, bo o wymowie antysemickiej, jest poniekąd „bohaterem” drugiego tomu.

Jednak to „Gniew”, ostatni, trzeci tom wywarł na mnie największe wrażenie. Niby to „tylko” kryminał, ot, rozrywka dla mas, ale to, jaki temat został w nim poruszony i w jaki sposób, sprawia, że to „tylko” staje się „aż”. Jeśli przemoc domowa kojarzy wam się z pijacką meliną, gdzie jakiś Żulian i Żulieta co chwilę okładają się „tulipanami” wykonanymi metodą chałupniczą z butelek po prytach, to musicie przeczytać „Gniew”. Boleśnie zaskoczycie się ile jest odcieni przemocy dziejącej się w pastelowych ścianach uroczych domków jednorodzinnych, zamieszkanych przez równie urocze pary ze ślicznym dzieckiem, które nie wiedzieć czemu rysuje ojca na jednym brzegu kartki, a matkę i siebie na drugim. Miłoszewski z poetyckim zacięcięm kreśli przemocowe krajobrazy. Może mniej zaskoczy was to, że system nie jest bezpieczną przystanią dla ofiar przemocy, a jedynie urzędniczym bełkotem. Były momenty, które poruszyły mnie tak głęboko, że musiałam odstawić na chwilę książkę i ochłonąć, bo zbyt wiele mnie kosztowało czytanie o tym wszystkim, ale nie odczuwam większej potrzeby spowiadania się tu ze swoich stanów emocjonalnych.

Szacki mieszkał w Warszawie, Sandomierzu oraz Olsztynie i zastanawiało mnie, czy mieszkańcy tych miast nie poczuli się urażeni tym, że Miłoszewski ustami prokuratora pastwi nad ich „małymi ojczyznami”. Poczytałam trochę wywiadów z autorem i okazało się, że mieszkańcy byli zachwyceni tym, że akcje poszczególnych tomów dzieją się właśnie u nich, ale władza i Kościół nie, czyli nic nowego. Pozostając w temacie pastwienia się - najlepiej Miłoszewskiemu wychodzi „zadzieranie” z Sandomierzem. Pojawiające się w „Ziarnie prawdy” złośliwe dygresje pod adresem lukrowanego „Ojca Mateusza”, którego częściowo kręcono w Sandomierzu (czym Sandomierz od jakiegoś czasu terroryzuje turystów), są przecudowne.

Zanim uraczę Was garścią cytatów z trylogii, przypomnę, że na podstawie „Ziarna prawdy” Borys Lankosz (może kojarzycie jego „Rewers”) nakręcił film o tym samym tytule, namaszczony przez samego Miłoszewskiego, który zresztą jest autorem scenariusza. Prokuratora Szackiego gra Robert Więckiewicz, co jakoś specjalnie mi nie przeszkadzało, choć książkowy Szacki, mimo młodego wieku, miał mlecznobiałe włosy, bo osiwiał w ciągu jednej nocy (a dlaczego, musicie dowiedzieć się sami), ale będąc po lekturze książki odczułam lekkie rozczarowanie uproszczeniami w fabule, jakie zastosowano. Nie chcę się czepiać, bo film całkiem niezły, ale książka - wiadomo - miażdży. Gorzej z „Uwikłaniem”, które zostało przeniesione na ekran przez Jacka Bromskiego. Nie widziałam, więc się nie wypowiadam, ale pozwolę sobie zacytować recenzenta filmowego Łukasza Muszyńskiego: „Wyrażenie ‘polski film kryminalny’ to, niestety, wciąż oksymoron. Kto nie wierzy, niech wybierze się na "Uwikłanie" Jacka Bromskiego. Reżyser, który ostatnie lata spędził na podglądaniu z kamerą gołych bab u pana Boga w ogródku, w widowiskowy sposób zmasakrował stanowiącą podstawę scenariusza książkę Zygmunta Miłoszewskiego.”  Poprawka: nie widziałam i nie chcę zobaczyć. Już samo to, że Bromski z Teodora Szackiego zrobił Agatę Szacką, mnie zmroziło.

Jest pierwsza w nocy, a ja nie wiem, co ze sobą począć i nie mam co czytać. To znaczy mam, tabuny książek nawet, ale wiem, że żaden bohater nie będzie mnie w nich tak wkurwiał, jak prokurator Szacki, kreślony sprawną ręką autora i prędzej dokonam kradzieży roweru ojca Matusza, niż daruję Miłoszewskiemu zamknięcie trylogii.



"Uwikłanie"

W zimie Szacki pojechał z Weroniką i Helą na ferie - nie było ich dwa tygodnie. Przez ten czas nie przeczytał żadnej gazety. Wrócił i wszystko było po staremu. Absolutnie nic się nie wydarzyło. Jednak kiedy przejrzał prasę, okazało się, że codziennie świat się walił, rząd upadał, opozycja rwała włosy z głowy, ABW się kompromitowało, z sondaży co godzinę wynikały nowe układy, komisje skazywały na śmierć przez zagadanie, itede. Efekt: żaden.

***
Pan prokurator odstaje od swoich niczym wzwód w klubie złotego wieku.

"Ziarno prawdy"

Szacki pomyślał, że nie słyszał o żadnych sandomierskich mordercach i gwałcicielach, nie licząc lokalnych knajp, gdzie smaki były mordowane, a podniebienia brutalnie gwałcone.

***
Nieuniknione zachowało się zgodnie ze swym zakresem semantycznym – nadeszło.

***
- Wziąłem ostatnio, wyobraźcie sobie państwo, udział w konkursie na najbardziej polski wyraz. Wiecie, co zaproponowałem?
[...]
- Żółć – powiedział z emfazą Klejnocki – Z dwóch powodów. Po pierwsze, składa się ono z samych znaków diakrytycznych charakterystycznych ekskluzywnie dla języka polskiego i w ten sposób zyskuje rangę tyleż oryginalności, co niepowtarzalności. […] – Po drugie, mimo że wyraz ten językowo jest tak dystynktywny, zawiera pewne treści uogólniające, w symboliczny sposób stanowi o naturze wspólnoty, która się nim, przyznajmy, że niezbyt często, posługuje. Oddaje pewien charakterystyczny nad Wisłą stan mentalno-psychiczny. Zgorzknienie, frustrację, drwinę podszytą złą energią i poczuciem własnego niespełnienia, bycie na “nie” i ciągłe nieusatysfakcjonowanie.

***
Jedyna koronka, jaką sobie wyobrażał w jej kontekście, to koronka do Miłosierdzia Bożego.

"Gniew"

Żałował, że Polska nie ma zamorskich kolonii, zostałby prokuratorem na jakiejś rajskiej wyspie i tam ścigał leciwe emerytki za to, że nakłaniają kelnerów i nauczycieli rumby do poddania się innej czynności seksualnej. Chociaż - znając jego szczęście - jedyna polska zamorska kolonia byłaby zapewne wyspą na Morzu Barentsa, gdzie emerytów nie ma, bo nikt nie dożywa czterdziestki, a kelnerzy trzymają wódkę w zamrażarce, żeby nie zamarzła.

***
Wymacał kolejną butelkę. Podniósł worek, który co prawda był związany, ale na dole rozerwany. Na jego spodnie wypadła najpierw butelka po napoju energetycznym, potem tylko częściowo niestety zjedzony jogurt, potem filtr pełen fusów po kawie, a potem wielki kleks czegoś, co wyglądało jak sperma i co okazało się majonezem, kiedy w końcu ze środka wypadła resztka trójkątnej kanapki ze stacji benzynowej. Odbiła się od spodni i została na butach, oczywiście majonezem do dołu.
Szacki zaklął głośno i szpetnie, pomyślał, że jego koledzy powinni bardziej dbać o dietę.
- Wypierdalaj stąd albo policję zawołam. - Szacki drgnął, słysząc głos tuż nad uchem. Odwrócił się do ochroniarza, który musiał zobaczyć jego akcję na monitorze w dyżurce i przyszedł zrobić porządek.
- Pan prokurator? Co pan tu robi?
- Eksperyment procesowy.
Ochroniarz nie wydawał się przekonany. Stał i patrzył podejrzliwie. 
- Mogę wrócić do pracy? - Szacki wskazał na rozłożoną u jego stóp mieszaninę odpadków spożywczych, jakby to były akta ważnej sprawy.
- Tak, oczywiście - bąknął niepewnie ochroniarz. - Miłego dnia panie prokuratorze.
Ochroniarz wrócił do stróżówki, Szacki wrócił do obmacywania worków.

****
Uważam, ze gdzieś (...) znajdują się słowa, które stanowią klucz do polskiej tożsamości, najlepiej definiują specyficzny nadwiślański stosunek do siebie, bliźnich i do świata w ogóle. (...) Takim słowem jest „paździerz”. Proszę zwrócić uwagę na wielowymiarowość tego rzeczownika. Po pierwsze, jest on fonetycznie arcypolski, każdy obcokrajowiec musiałby poświęcić tydzień, aby nauczyć się wymawiać to słowo. Dzięki czemu staje się ono elitarne, endemicznie polskie, samymi głoskami broni dostępu do skrywanych w nim treści. Po drugie, w swoim pierwotnym znaczeniu oznacza suche, zdrewniałe części łodyg konopi, oddzielone od włókien za pomocą trzepania (...). Ale paździerz nie umiera w czasie trzepania (...) Jego odpadowe życie dopiero się zaczyna, kiedy staje się częścią płyty paździerzowej.(...) Paździerze, po przepoczwarzeniu się w płytę stają się pożądane, poszukiwane jako niezbędny element każdej narodowej prowizorki, wszystkiego, co byle jak i na odpierdol. Paździerz, szanowni panowie, we wszystkich swoich znaczeniach jest nie tylko budulcem, ale też fundamentem Rzeczypospolitej. Ponieważ to właśnie z płyty paździerzowej zbudowano stół, przy którym w osiemdziesiątym dziewiątym roku odebrano poród nowej Polski. Oklejono go dębowym fornirem, ale prawda jest taka, że Najjaśniejsza urodziła się na paździerzach.

piątek, 31 lipca 2015

Ławka

Siadam na pierwszej z brzegu ławce przy mocno uczęszczanym chodniku, w celu ustalenia współrzędnych pobytu portfela przebywającego na terenie zbyt dużej torby. Kotłuję rękami wśród klamotów i po piętnastu minutach, spocona i wkurwiona, znajduję to, czego szukałam. Dziesięć wdechów, dziesięć wydechów i zen już w normie. Przybieram pozycję najwygodniejszą z możliwych i postanawiam jeszcze przez chwilę cieszyć się tym „punktem, z którego mam za darmo rozległe widoki”. 


Po pięciu minutach zaczynam rejestrować, że coś jest nie tak. Buty raczej mam wygodne, osobowość też jakoś dziś specjalnie mnie nie swędzi, kota nakarmiłam, żelazko wyłączyłam, więc o co kaman? Siedzę i myślę o tym, może trochę zbyt entuzjastycznie, bom się ucieszyła, że zanosi się na egzystencjalne tête á tête z mózgiem własnym, a ostatnio nieczęsto się spotykamy, skutkiem czego albo gadam głupoty albo je robię. Radość bezbrzeżną z tego spotkania umila mi nadchodząca para dzierżąca zapiekanki i prowadząca dialog, z którego wyziera niczym robak z jabłka, głęboko skrywana troska: „Wytrzyj się, bo ojebałaś se brodę” - rzecze on, „Spierdalaj” - odpowiada grzecznie ona. "Życie, życie jest nowelą, ale błagam was idźcie nowelować gdzie indziej, bo ja tu ze swoim mózgiem na nowo przyjaźń zawieram" - desperacko ciskam im to zdanie bezgłośnie między oczy. Poszli, więc ulga. 

Zawzięcie przystępuję znów do odkręcania egzystencjalnych kurków i już czuję, że zaraz spłynie na mnie błogosławiona wiedza o tym, co jest nie tak, kiedy oto z piskiem opon przy sąsiedniej ławce hamuje wózkiem Najlepsza Matka Na Świecie. Z nieba wali żar piekielny, więc NMNŚ roznegliżowana jak na rozkładówkę „Playboya” z przejęciem debatuje z kimś przez ajfona, wściekle telepiąc wózkiem, w którym drze się niemożliwie rzecz jasna dziecko. A telepie tak, że mogę do wózka zajrzeć i zobaczyć na oko półroczne niemowlę, poubierane chyba w kaftany na pieprzonej watolinie robione i czapkę poliestrową pod brodą kurwa mać wiązaną. Nie będę kryła - trafia mnie szlag, ale kulturalnie zaczynam: „Chyba dzidziusiowi gorąco i dlatego tak płacze”. Playmate rzuca we mnie spojrzeniem tak nafaszerowanym pogardą, że biczuję się w myślach drutami kolczastymi za ten odruch współczucia dla małego człowieka. Wózkowa pognała z wrzeszczącym dzieckiem dalej, a ja zostałam na ławce z przekonaniem, że chyba za mało czytam wierszy i nie kontempluję malarstwa prerafaelickiego, bo się nudzę i do ludzi przypierdalam. Jako pokutę zadaję sobie jeszcze raz wrócić do Sienkiewicza i nie zasnąć przy pięćdziesięciostronnicowych opisach przyrody. 

Jeszcze dobrze nie ostygłam po spotkaniu z Najlepszą Matką Na Świecie, a już pędzi w moją stronę stado młodzieży rzadkim wąsem obsypanej, roześmianej, w airmaxy obutej i poziom high level odruchów ludzkich prezentującej. „Zatykać nosy!” - wołają na widok poczciwego menela, nadciągającego z naprzeciwka i smutnym wzrokiem torującego sobie ścieżkę pośród pachnącego gównem kwiatu młodzieży polskiej.
I oto, jak przysłowiowy grom z jasnego nieba, jak odkrycie Małgorzaty Rozenek, że papierowymi ręcznikami można przykrywać kanapki, żeby się nie zeschły, jak ulga po stoperanie, jak śmierć Kulczyka, jak przejaw miłosierdzia u baby z pekaesowej informacji telefonicznej albo jak odkrycie przez mojego kota, że nigdy nie będzie latał - przyszło do mnie OBJAWIENIE (dziękuję ci, mózgu).

„Ubywa” - z pewną taką nieśmiałością ten chłonny czasownik przykleił się do mojej głowy jak podpaska do majtek i już się nie odkleił. Czego ubywa, zapytacie? Ano, człowieka w człowieku ubywa. Ciurkiem się ten człowiek z człowieka wylewa, sączy niezauważenie przez słabe słowa i gesty, przez umiłowanie językowej i kulturowej nędzy, bezmyślne zadowolenie z bylejakości własnego „ja” i debilne przyzwolenie na obnoszenie się z byciem idiotą. Co miałam zrobić? Poleciałam do domu, bo się przestraszyłam, że mnie też ubędzie.

poniedziałek, 8 czerwca 2015

Wiocha

Gdzieś w okolicach czternastej wiosny, tuż po rozdaniu świadectw, Joanka miała sen. Nie byle jaki sen, ponieważ śniło jej się, że siostra ojca przyjeżdża i zabiera ją ze sobą do Ameryki, do Czikago konkretnie, gdzie Joanka zamieszkuje w amerykańskim domu ciotki i chodzi do amerykańskiego hajskula, na nogach ma bieluśkie najki, a na dupie nowiuśkie lewisy. Niestety, Joanka zbudzona ujadaniem psa, otwiera oczy nad ranem i ze zgrozą stwierdza, że znajduje się w swoim pokoju, oblepionym plakatami Guns'n'Roses i Kim Wilde, w domu rodziców - właścicieli 50 hektarowego gospodarstwa, znajdującego się pod adresem zdecydowanie nie amerykańskim.



Sen prześladował Joankę przez kolejny rok na tyle skutecznie, że po ukończeniu ósmej klasy szkoły podstawowej postanowiła zdawać do liceum w mieście oddalonym od wsi, w której mieszkała o 80 km. Joanka, jako jedyna w rodzinie zamierza zostać "kimś", a potem wyjechać do Ameryki. Przez cztery lata liceum mieszka w internacie i dba o to, żeby przypadkiem nie zechcieli jej odwiedzić rodzice (nie daj boże, ojciec przyjechałby jeszcze w tej samej koszuli, w której zasiada do stołu na Wigilie, Wielkanoce, wesela i pogrzeby). Niech siedzą se na tej swojej roli (Joanka woli nie pamiętać skąd się biorą pieniądze, które co tydzień śle jej ojciec). Po wzorowo zdanej maturze Joanka idzie na studia do jeszcze większego miasta, a że zamierza zostać już nie tylko "kimś," ale "kimś ważnym" wybiera administrację.

Oczyma wyobraźni widzi siebie zasiadającą w jakimś urzędzie, obsługującą ciemną hołotę, która od pługa się oderwała i do urzędu sprawy przyszła załatwiać, a od Joanki Wszechmocnej zależy, czy hołota coś dziś załatwi, czy może każe hołocie przyjść za tydzień. Studia opłacają Joance rodzice, ale w końcu to ich obowiązek, jeśli chcą mieć czym się pochwalić w rodzinie, bo przecież sami sobą nic nie reprezentują. Na trzecim roku studiów Joanka kupuje swoje pierwsze najki i lewisy. Są piękne jak ze snu. Na piątym roku, tuż przed obroną pracy magisterskiej Joanka poznaje miastowego chłopaka, Robercika - przystojnego studenta budownictwa, z którym po dwóch latach chodzenia za rękę (w tym pół roku regularnego obmacywania się i pół roku regularnego seksu) bierze ślub - niestety w wioskowym kościele, bo na katedrę rodzice byli za biedni, co Joanka przemilczała, roztoczywszy przed przyszłym małżonkiem i jego rodziną wizję modnego rustykalnego ślubu i wesela. Co prawda wioskowy dom weselny mógł służyć za filię muzeum kiczu, ale po oczepinach wszyscy mieli gdzieś to, że na jeden metr kwadratowy przypada pięć gołych aniołków z uroczymi siuraskami wzniesionymi ku górze na chwałę nieba. Robercik nazwał to egzotyką, więc Joanka poczuła się nieco lepiej, bo "egzotyka" brzmiało podobnie jak "Ameryka". Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że Joanka spodziewała się dostać w prezencie ślubnym od rodziców mieszkanie, a dostała tylko jedną czwartą wartości M-3, co najwyżej takiego w Pierdzikowie Dolnym. Resztę dołożyli rodzice Robercika i po kilku miesiącach poszukiwań nowożeńcy wreszcie wprowadzili się do trzypokojowego pudła w dziesięciopiętrowym kontenerze.

Joanka znalazła pracę w jednym z urzędów, a Robercik w koncernie budowlanym. Mieszkanie urządzili meblami z Ikei, kupili samochód (na kredyt, ale kto dziś nie ma kredytu? - złodziej chyba) i karnety na siłownię. Joanka odwiedzała rodziców raz do roku na Boże Narodzenie, bo jakoś tak w tych okolicach nawiedzało ją jednorazowe miłosierdzie. W pracy Joanka wykazywała się wzorową postawą urzędniczą. Waliła pieczątki gdzie popadnie, petentów odsyłała z kwitkiem, żeby im się czasem w dupach nie poprzewracało od szybkiego załatwiania spraw, przestawiała datownik na kolejne dni, które mijały bezpowrotnie i zlewały się w rwącą rzekę przepierdzianego w stołek czasu. Podczas przerw, w pokoju socjalnym Joanka snuła swoje coraz to śmielsze amerykańskie wizje. Po roku w kartonie Joanki i Robercika pojawił się Krystianek, a dwa lata później Dżesika (tak, Joanka wciąż miała sentyment do Ameryki). Dzieci rosły, kredyt wzięty na samochód został spłacony, stare meble z Ikei wylądowały na śmietniku, zastąpione przez te z najnowszej linii.

Pewnego dnia (wtorek to chyba był, a może środa?) układając w pracy segregatory z dokumentami podług kolorów ich okładek - Joanka poczuła, że coś jest nie tak. Z początku pomyślała, że może zaszkodziły jej opary z korektora, ale przecież nie miała żadnych fizycznych objawów. Kolejne dni nie przyniosły poprawy, więc po dwóch tygodniach poszła do lekarza. "Stres, zmęczenie" - usłyszała i od razu się uspokoiła. Nie na długo. Po tygodniu ten sam stan wrócił ze zdwojoną siłą, do tego stopnia, że Joanka wybiegła z pracy w środku dnia przekonana, że zaraz się udusi i znów wylądowała u lekarza. "Depresja" - usłyszała i od razu się uspokoiła. Nie na długo. Antydepresanty nie ułatwiały oddychania, więc Joanka spłukała je w kiblu, a następnie zdiagnozowała u siebie internetowo gruźlicę, odmę płucną, zapalenie wsierdzia i raka płuc. Robercik osiwiał na skroniach ze zmartwienia. Nosił żonę na rękach, dzieciom nakazał przemykać w powietrzu, a sam zasięgał po cichu rad specjalistów. "Zmień pan żonie otoczenie" - nakazał ten, co żonie otoczenia nie zmienił, więc ona zmieniła go na innego. Robercik kochał żonę miłością iście studencką, więc przystąpił do działania. W tajemnicy zwolnił się z firmy, powyciągał zaskórniaki ze skarpet i oznajmił rodzinie, że kupił działkę na Joankowym zadupiu i wyprowadzają się na wieś. Joanka usłyszawszy te słowa zamknęła się w łazience i groziła, że otruje się domestosem, Krystianek i Dżesika wreszcie mieli o czym pisać na fejsie, ale Robercik był nieugięty.

Dwa lata później...
Siedzi Joanka na drewnianej werandzie swojego domu, oddycha pełną piersią i czyta "Dom nad rozlewiskiem" albo coś innego o miłości do wsi oraz dżemów. Zaczęły się zbiory warzyw. Lawenda też zaczyna kwitnąć. Robercik jeszcze nie wrócił z pracy - jego firma dostała zlecenie na budowę kolejnego domu z balii, więc czasem musi doglądać interesu. Na 50 hektarach ojcowizny uwijają się kombajny. Letnicy snują się po ogrodzie, korzystając z uroków Joankowej agroturystyki. "Uff, jak to dobrze, że podjęłam decyzję o powrocie - myśli Joanka - zawsze mi się tu podobało".

A rodzice Joanki? Gówna doczekali.

Fot. Chris Niedenthal





niedziela, 24 maja 2015

Let's talk about politics. No, thanks.

Z cze­go pow­stałeś za­leży od ge­nety­ki, w co się obrócisz, od polityki.
(Stanisław Jerzy Lec)

Nie wiem, jak innym, ale z wiekiem przybywa mi mądrości (w przeciwieństwie do skromności) i słowo mądrość nie pełni tutaj funkcji eufemizmu, mającego na celu ukrycie trzech nowych zmarszczek na pięcie, łamania w krzyżu i dyndającej skóry na przedramionach jeno faktycznie czuję się mądrzejsza niż na przykład rok temu. Niby od dawna o tym wiedziałam, że trzymając się z dala od polityki człowiek czuje się szczęśliwszy, ale zazwyczaj dawałam się sprowokować jakimś wielbicielom trwonienia mojego cennego czasu i wdawałam się w bezowocne dyskusje na tematy, których wyczerpanie na korzyść moją lub interlokutora nie zmieniało niczego w moim życiu.


Nie to, że mnie sprawy mojego kraju nie obchodzą - obchodzą i to bardzo, ale dawno zauważyłam (i pewnie nie ja jedna), że najszybciej na lepsze mogę zmienić to, co mam w zasięgu ręki, a nie to, czego nie mam nawet w zasięgu oka. Dzięki temu zmieniam się ja sama i to bardziej mi odpowiada, niż jałowe pitolenie o tym, czy prawy but jest ładniejszy od lewego, jakby ludzie zapominali, że w obu można wleźć w to samo gówno. Inną rzeczą jest to, że zabieram głos głownie wtedy, kiedy sprawy dotyczą bezpośrednio mnie lub moich bliskich oraz wtedy, gdy ktoś w wyjątkowo perfidny sposób zakłóca mój spokój, uzurpując sobie prawo do decydowania o tym, gdzie jest moje miejsce i narzuca mi wartości, którym do moich jest tak blisko, jak Hitlerowi do Pokojowego Nobla oraz uznaje, że wie czego potrzebuje moje ciało i dusza, posiłkując się przy tym doktrynami ze średniowiecza, które radośnie promowały szowinizm gatunkowy, a z humanizmem miały tyle wspólnego, co ja ze stonką ziemniaczaną. Ci, co lubią szuflady pewnie po tym wyznaniu już mnie gdzieś wrzucili. Szczerze? Mam to w d....

Obecnie zajmuje mnie pies, który żyje w okropnych warunkach i szukam mu domu. Zajmuje mnie to, że przy próbach ocalenia i wydobycia z ziemi pewnego zabytku napotykam wiele trudności, głównie ze strony ludzi, którzy powinni się tym zająć z racji pełnionych funkcji. Zajmuje mnie to, że w instytucjach w moim mieście, mających z założenia służyć ludziom, pracują ludzie z przypadku, którym zrobienie czegoś dobrego dla innych kojarzy się z prostytucją, a nawet jeszcze gorzej, bo z "robienia dobrze" w tym przypadku nie ma kasy. A najbardziej zajmuje mnie to, co jeszcze mogę zrobić, żeby kiedyś, gdy przyjdzie się pożegnać z tym światem, móc powiedzieć: "miałam życie takie, jakiego pragnęłam i zawdzięczam to sobie".

Doskonałą inspiracją do tego, aby uwolnić się od przeświadczenia, że polityczne dysputy i ludożerstwo z nimi związane, są sensem mojego istnienia, było to, co wrzucali niektórzy znajomi na swoje profile facebookowe. Rozumiem, że mają potrzebę uzewnętrzniania swoich poglądów i to ich ścianki, więc mogą wrzucać tam, co im się żywnie podoba, ale  na szczęście są  na tym portalu opcje, dzięki którym ja nie muszę tego oglądać. Mnie taka internetowa agitacja po prostu męczy - że się tak krajobrazowo wyrażę - do porzygu. Najgorsze jest to, że większość posiada tylko jakąś cząstkową wiedzę zdobytą na Uniwersytecie You Tuba albo łapaną wyrywkowo i postuje tym, z częstotliwością zapierającą dech w piersiach, jakby od tego zależały losy chrześcijańskich uchodźców z Syrii albo afrykańskich albinosów, na których poluje się jak na zwierzęta.

Na tyle dysponuję własnym rozumem, że już nie wdaję się w dyskusję z ludźmi, którzy próbują mnie sprowokować do rozmów o polityce, obojętnie, czy używają przy tym retoryki, szkolonego niczym północnokoreański żołnierz, mówcy motywacyjnego, czy mają potrzebę lania werbalnej żółci - dla mnie to ten sam kolor. Na moją niechęć reagują zazwyczaj płytkim wnioskiem: "Jasne, najłatwiej mieć w d....". Tylko przypadkiem, czy do tych rozmów o polityce nie są najbardziej skorzy ludzie, którzy, gdy nieśmiało wspominam o pomocy zwierzętom, to słyszę: "Dzieciom biednym byś pomogła, a nie psom i kotom", ale sami nigdy żadnemu biednemu dziecku nie pomogli, bo przecież dostaliby paraliżu ręki, gdyby wpisali do PITa numer rachunku bankowego jakiejś fundacji z przeznaczeniem na konkretne dziecko. Ciekawa jestem, czy któryś z nich podzieliłby się tym, co ma z biedną rodziną mieszkającą parę domów dalej, bezinteresownie łaziłby po urzędach w imieniu starszej kobiety, która właśnie straciła męża i nie ma nikogo bliskiego, kto mógłby jej w tej bezradności pomóc, zabierałby z domu dziecka jakiegoś brzdąca na weekendy i święta lub stworzył dla niego rodzinę zastępczą, przekonał znajomą kobietę do tego, że 20 lat okładania pięściami przez męża, trzy razy złamany nos i żebra, to niekoniecznie wola boża i może wreszcie powiedzieć "dość" albo, czy będąc na bezrobociu zapieprzałby codziennie rowerem na drugi koniec miasta z żarciem ze skromnego obiadu, żeby nakarmić jakieś bezdomne psy? Nie? To w takim razie, teraz możemy rozmawiać o losach tego kraju.




piątek, 15 maja 2015

Girls just want to have fun

Halina kocha wyprawy do ciucholandu, najlepiej tego w innym mieście, bo ciuchy fajniejsze i ceny lepsze. W piątki je głównie śledzie i lubi słowo "zajebiście" ("Zajebiście lubię chodzić do kościoła, ale tylko wtedy, kiedy nikogo w nim nie ma."). Była w Stanach kilka razy, pewnie zostałaby tam na stałe, ale wróciła, bo miała tu narzeczonego ("To nie byle jaki narzeczony: muzyki poważnej słuchał, prawdziwy patriota, bociany kochał."). Halina późno wyszła za mąż, bo postanowiła, że najpierw będzie się uczyć, potem zjeździ świat, a na końcu się ustatkuje. Z tego powodu od czasu do czasu zdarzało jej się usłyszeć od rodziny i ludzi z tej samej wsi, że postradała rozum. Cała wieś odetchnęła z ulgą, kiedy Halina wreszcie wychodzi za mąż (za poważnego narzeczonego od bocianów ma się rozumieć) i rodzi dwójkę dzieci, dziś w wieku licealno-gimnazjalnym. Na swój ślub makijaż robiła sobie sama, fryzurę robiła jej koleżanka ("Taka, co jej się raz przyśniło, że fryzjerką jest"). W czasie studiów pojechała do Hiszpanii jako au pair ("Człowieku, ja tych fiest do końca życia nie zapomnę."). Nie zrobi sobie już nigdy w życiu hybrydowych paznokci i trwałej ondulacji.



Danuta każdego dnia obcasami wystukuje swoje jestestwo, jednak ostatnio jeden złamał jej się na schodach, więc nie wiem, co będzie dalej. Nosi najczęściej czarne rajstopy i od 10 lat chodzi do tej samej fryzjerki. Mięso kupuje tylko u znajomego rzeźnika, a na weekendy jeździ na wieś. 15 lat temu pochowała męża, ale długo nie rozpaczała ("Dom porządnie wywietrzyłam i już nie było czuć zapachu wódki"). Nie ma dzieci, bo "nie każdy musi mieć", rozpromienia się na widok ciastek z kremem i przegapiła tylko trzy odcinki "M jak miłość". Nie umie lepić pierogów, ale nawet gdyby się nauczyła to nie przyznałaby się koleżankom, bo gdy się dziwią, że nie umie, Danuta czuje się w centrum zainteresowania, a lepsze takie centrum niż żadne. Siedząc w kościele, rzadko się modli, najczęściej rozmyśla o głupotach np. co kupi z kolejnej wypłaty. Ostatnio kupiła sobie bujany fotel ("Danka, druty se kup i będziesz jak te babki z filmów, bujać się i robić swetry."). Ma donośny głos i kiedy mówi przez sen, to sama się od tego gadania budzi. Chciałaby kiedyś umrzeć we śnie, "żeby nie musieć srać pod siebie na oczach obcych ludzi".

Teresa ma syna we Francji. Ożenił się z Francuzką, więc Teresa uczy się od dawna francuskiego. Po francusku potrafi powiedzieć wiele, ale najczęściej mówi: "C'est la vie" - z akcentem oczywiście. Odwiedza syna, ale ostatnio rzadziej, bo jeździ do Warszawy na badania co trzy miesiące, sprawdzać, czy rak nie wrócił. Była w zeszłym tygodniu - nie wrócił. Z synem skajpuje raz w tygodniu, gdy ma gorszy tydzień, to nawet trzy razy. Kiedy dowiedziała się, że ma raka pojechała z mężem w podróż po Prowansji, bo na okładce książki, którą czytała, były pola lawendy. Teresa kocha lawendę, więc pojechała, bo w Prowansji jest tych pól przecież od cholery. Spodobała się jednemu Włochowi, Marcello, który sprowadził się do Francji uprawiać lawendę. Obiecał jej kupić własne pole i wybudować na środku niego dom o białych ścianach, dom, w którym nie będzie raka. Nie wiadomo jakby się to wszystko skończyło, gdyby nie nadszedł mąż Teresy i nie powiedział; "Tereska, chodź no zobacz, arbuzy tu normalnie rosną przy drodze." Codziennie, tuż po przebudzeniu Tereska bezgłośnie wypowiada słowo "dziękuję" i leci parzyć kawę dla męża i siebie, a potem idą do pracy, ona do urzędu, on do firmy. W weekendy siedzą na działce, czytają książki i grzebią w ziemi ("Oswajamy się z ziemią, no wiesz, ja to już się oswoiłam dawno, ale potem mi przeszło i muszę od nowa.").

Siedzę przy stoliku obok, podparta na łokciu, od czasu do czasu biorę łyk herbaty, wodzę nieobecnym wzrokiem po tym, czego nie ma i udaję, że nic nie słyszę.

Zdjęcie: pinterest.

wtorek, 14 kwietnia 2015

Kobieta pracująca

Po dwóch latach mordowania się z dorywczymi zleceniówkami, zupełnie niespodziewanie wróciłam do mordowania się na etacie. Co prawda wiedziałam, że wracam, ale gdzieś w okolicach maja lub czerwca, jednak jeden telefon pozbawił mnie złudzeń, co do czasu, potrzebnego mi na psychofizyczne przestawienie się w kwestii "rannego" wstawania. Z tego względu zjawiłam się 1 kwietnia w rzeczonej pracy z oczami wyposażonymi w całkiem niezłe wory, w których spokojnie zmieściłyby się wszystkie wulgaryzmy świata. Odebrałam w kadrach stosowny papierek i pognałam do przychodni medycyny pracy, żeby po trzech godzinach testowania krzesła z jakiegoś gównianego polimeru, dostać pieczątkę od lekarza w następstwie wnikliwej i kładącej nacisk na szczegóły mojego stanu zdrowia konwersacji ("Chora na co?" - Nie panie doktorze! - W takim razie idzie do roboty. - Dziękuję panie doktorze (goń się, ty bezduszny pacanie!)." 




Z przychodni na powrót zjawiłam się w kadrach, a stamtąd znów mnie oddelegowano, tym razem na szkolenie BHP. Nie żebym nie wiedziała, co to jest szkolenie BHP, bo przecież już pracowałam w kilku firmach i wiem, że jak nie podepniesz sobie kroplówki z kawą to padniesz na pysk przed produkującym się behapowcem i masz przesrane u niego do końca swojej kariery w tejże pracy. W tym przypadku nie było tak źle, ale zawsze z rozrzewnieniem będę wspominać szkolenie w pewnej firmie, w której kiedyś pracowałam. Zamiast typowego wykładu, który zadziałałby jak gaz usypiający, szef powysyłał pracownikom do poczytania ciekawie zredagowane materiały i krótkie filmiki do obejrzenia, a potem zrobił test sprawdzający wiadomości. 

Tym, co zapamiętałam najbardziej (i pewnie nie tylko ja) były filmiki (m.in.ten i ten), po których do tej pory zdaje mi się, że kopiarka czyha na moje życie, dziurkacz sprawi, że wykrwawię się na śmierć, skaner wypali mi mózg, długopis wydłubie mi oko. a drzwi obrotowe przytrzasną mi głowę. Brawo dla mojego ex-szefa za kreatywne podejście do sprawy - niewątpliwie podrasował sobie tym wskaźniki ewaluacji (szkoda, że tylko to). No ale wróćmy do mnie. Po szkoleniu nastąpił proces wdrażania (nienawidziłam tego słowa jeszcze w życiu płodowym) mnie w zakres obowiązków wynikających z mojego stanowiska pracy i miłosiernie to pominę, cobyście nie poszli w ślady mojej klasy z liceum, z której połowa usnęła podczas wykładu w auli Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie, dokąd na wycieczkę zatargała nas pani od "niemca" - miłośniczka adrenaliny inaczej pojmowanej.

Nie wiem, jak to się stało, że ostatnie dwa tygodnie przeleciały mi przez palce jak kasa z osiemnastki. Owszem, nauczyłam się kilku nowych rzeczy, które niewątpliwie mi się przydadzą, ale jedno się nie zmieniło: mój stosunek do porannego wstawania. Niby wstaję odrobinę wcześniej, niż w czasie, gdy nie pracowałam na etacie, ale sam fakt, że muszę gdzieś wyjeżdżać z domu o 7.00 wywołuje we mnie stany destruktywno-socjopatyczne. 

Staram się radzić sobie z tym na różne sposoby, których wspólnym mianownikiem jest autoperswazja, przybierająca postać kilku różnych modeli wstawania:
- wojskowy, w którym jawię się sama sobie jako G.I. Jane, gotowa zgolić włosy, tarzać się w kurzu i pyle, pakować na siłce oraz jeść cały rok szczaw, a wszystko po to, by uświadamiać innych, że śpiąc dłużej niż ja, będą wiecznie tkwić na najniższym szczeblu drabiny rozwoju umysłowego;
- polski, w którym kluczową rolę odgrywa zdanie: "Co?! Ja k***a nie dam rady wstać?!"
- ekonomiczny, czyli nie idziesz do roboty = nie dostajesz kasy = nie jesz kawioru = nie wygrywasz życia;
- wyczynowy, w którym wmawiam sobie, że sturlanie się z łóżka, doczołganie się do szafy i założenie jednej skarpety da mi więcej niż "skalpel" Chodakowskiej.

Nie wiem ile to mówi o mojej dojrzałości, ale mam to w dupie. Postrzegam te wszystkie trudności, jako część jakiegoś misternego planu mojego samorozwoju, której jeszcze nie zgłębiłam, bo do niedawna byłam zajęta w tym czasie spaniem. Póki co, nie wiem, czy mogę powiedzieć, że lubię swoją pracę, ale zdecydowanie nie mogę powiedzieć, że jej nie lubię. Czas pokaże co będzie dalej. Cieszę się, że mam za sobą doświadczenia z różnych miejsc pracy, także te dotyczące współpracowników, bo to pozwoli mi uniknąć wielu kłopotliwych sytuacji. Warto mieć swój mały zbiór nierdzewnych pracowniczych zasad. Dzielę się swoim, może akurat się komuś przyda.

1. Jeśli osoba A przychodzi do osoby B i mówi, że coś jest nie tak z osobą C, to najpewniej coś nie tak jest z osobą A.
2. Jeśli zabierasz pracę do domu twój szef pomyśli, że:
a) nie wyrabiasz się w czasie przeznaczonym na pracę, więc jesteś kiepskim pracownikiem;
b) uzna, że skoro godzisz się brać pracę do domu, to zapewni ci w związku z tym dodatkowe atrakcje.
3. Nie przynoś pracy do domu. Ustal sobie granicę. Mogą nią być drzwi budynku, w którym pracujesz i na tyle na ile to możliwe, zostaw za nimi to, czym żyłeś przez ostatnie osiem godzin.
4. Nie daj sobie wejść na głowę. Jeśli pozwalasz na to, żeby inni wysługiwali się tobą jak robotem wielofunkcyjnym nikt nie będzie respektował twojego głównego zajęcia. Stać cię na bycie miłym i uczynnym, ale nie głupim.
5. Nie krytykuj współpracownika w obecności osób trzecich.
6. Chroń swoje prywatne życie.
7. Miej swoje słowo-klucz, którego używasz w sytuacjach kryzysowych (lepiej się nie będę przyznawać, jak brzmi moje).
8. Szukaj nowych wyzwań i mierz się z nimi dla siebie samego, nie dla udowodnienia innym czegokolwiek ("Bóg dał orzechy, ale ich nie rozgryza", co nie znaczy, że masz pokazywać wszystkim jak idealnie ty je rozgryzasz).
9. Nie kłóć się z księgową.
10. Nie pij na imprezach pracowniczych.

Nie zamierzam klepać na blogu regularnych donosów na temat pracy (patrz pkt 3), a jeśli już to pewnie w kontekście moich obserwacji socjologicznych, których mi ostatnio nie brakuje. Natenczas udaję się na odpoczynek z książką, tym samym dopisując do powyższej listy pkt 11. - Umiej odpoczywać.

Fot: Women at work on bomber, Douglas Aircraft Company, Long Beach, California (1942) (niestety nie wiem, kto jest autorem zdjęcia).