środa, 28 stycznia 2015

Jedno oko bardziej kobiece od drugiego, czyli o tym, że może być gorzej

Ostatnio chodzi za mną myśl, której rozpracowanie porzuciłam dawno temu, bo wydało mi się bez sensu roztrząsanie jej, ale wróciła i łazi za mną tak natrętnie, że podejrzewam ją o stalking. Co robić? Nie ma wyjścia, zgłaszam ją do posta na blogu. Temat nieco śliski, bo został już na wiele sposobów przemielony, wypaczony, "otrzaskany" i wyczerpany do dna. No cóż, mnie jeszcze nikt o zdanie nie pytał, więc sama zgłaszam się do odpowiedzi.



Chodzi o to, że po dziurki w nosie mam już tego, że na każdym kroku słyszę przymiotnik "kobiecy" w takim użyciu, jakby to był jakiś pieprzony stygmat. Spotykam znajomego i pytam, co słychać u jego żony, a on mi na to z jakimś takim pół-uśmieszkiem i pół-zażenowaniem na twarzy odpowiada, że żona leży w szpitalu, bo miała operację na "kobiece sprawy". Udałam przygłupa i mówię, że nie wiem o co chodzi z tymi "kobiecymi sprawami", a on rozgląda się uprzednio i przyciszonym głosem tłumaczy: "no wiesz, TE sprawy, tam...ekhm...na dole". Nie odpuszczam i drążę temat dalej. Po chwili udaje mi się wyciągnąć z niego, że żonie operowano torbiel na jajnikach, ale facet jest już tak udręczony przymusem użycia normalnych określeń anatomicznych, że żegnam się czym prędzej, życząc żonie powrotu do zdrowia.


Ilekroć dawniej pytałam w bibliotekach, czy księgarniach o jakieś dobre książki, najczęściej podawano mi do ręki książki wyciągnięte z półki pt. "literatura kobieca" (to, że jestem kobietą oznacza, że pierwsze co można mi zaproponować to "babskie książki"?) i były to zazwyczaj wyciskacze łez (jakby życie samo w sobie nie było wystarczająco wyciskające) oraz "urocze" opowieści o paniach, które porzucały dobrze płatną pracę, przeprowadzały się na wieś, zakładały/dziedziczyły jakieś pensjonaty i robiły dżemy dla całej wsi, wzdychając po cichu do wymarzonego rolnika, który nie dość, że wygląda jakby go sam Bóg sfotoszopował, to jeszcze obsiewa pole takim gestem, że pani majty same lecą w dół. Przecież nie wszystkie kobiety lubią czytać tego typu rzeczy, a spośród tych, które ja znam - jakiś minimalny tylko odsetek. Po co takie głupie podziały? Przecież nigdzie nie natknęłam się na półkę z napisem "literatura męska", bo po prostu takiej literatury nie ma. Jeśli facet pisze o ckliwych rzeczach to najczęściej można znaleźć to na "literaturze obyczajowej", więc czemu ckliwych książek napisanych przez kobiety też tam nie wsadzić? Na szczęście od jakiegoś czasu sama sobie "polecam" dobre książki i nikogo o radę prosić nie zamierzam, chyba że jest to osoba z podobnymi jak ja preferencjami czytelniczymi. Jak już gdzieś tam pisałam - lubię literaturę, która nie ma płci.


Do szału doprowadzają mnie uwagi typu: "mogłaś się ubrać bardziej kobieco". Co to znaczy ja się pytam: "bardziej kobieco"?! Jakim prawem ktoś ma wyznaczać ci granice twojej kobiecości, czy męskości? Nie ma czegoś takiego jak stuprocentowa kobieta i stuprocentowy mężczyzna.

"Kobiece piwo", "kobiece rozmowy", "kobiece zawody", "kobiece powinności", "kobiecy punkt widzenia" - mam dość. Ja piję piwo, rozmawiam, wykonuję zawód, robię co powinnam i uważam za słuszne, mam swój punkt widzenia. Nie sądzę, aby wypaczone pojmowanie przymiotnika "kobiecy" mogło służyć czemuś dobremu, wręcz przeciwnie. Czas pokaże.
Jestem człowiekiem, a bycie kobietą oznacza dla mnie właśnie to... Tylko jak tak patrzę na swoje oczy w lustrze, to jedno wydaje mi się bardziej kobiece od drugiego... Aż boję się spojrzeć na cycki.

czwartek, 8 stycznia 2015

Płonie ognisko i szumią knieje, czyli o tym, jak nauczyć się robić nic

Siedzę na parapecie i robię nic, bo wyczytałam, że działa to zbawiennie na ducha i ciało. Przez pierwsze trzydzieści sekund jest fajnie. Wow! Zachłyśnięcie, euforia i zachwyt. Kot widać zaniepokojony, bo wskrzesza drugie oko, a zazwyczaj zaszczyca świat patrzeniem nań jednym. Generalnie tak sobie "siedzimy, nic się nie dzieje, siedzimy". Ale po chwili nadchodzi ONA - uporczywa myśl, czy aby faktycznie robię nic? Niby siedzę, ale przecież podnoszę co chwilę kubek z herbatą do ust, więc się ruszam. Niby nie obmyślam wzoru matematycznego na obliczenie rozmiaru ekspansji głupoty w moim umyśle, ale nie mogę też powiedzieć, że myślę o niczym, bo o czymś tam myślę. Po chwili staje się oczywiste - ściemniam jak diabli, bo siedząc kombinuję, co by przy okazji tego siedzenia można zrobić pożytecznego i udając, że nie widzę tego, co robią moje ręce, zawzięcie zaczynam czyścić świeczniki oblepione woskiem. Co robię później? Oczywiście gugluję pytanie: "jak robić nic?"

Niestety internety nie pomagają, bo pierwsze trzy podpowiedzi to piosenka Kaśki Klich pt. "Będę robić nic", a potem jest już gorzej: "Złamane pokolenie dwudziestolatków - nie wiedzą, co chcą robić" albo "Psycholodzy: co czwarty Polak nic nie robi". Dupa! - myślę sobie i zmieniam zapytanie na: "jak nauczyć się robić nic?" Po wyświetleniu się wyników dochodzę do wniosku, że "robienie nic" ma u nas wiele wspólnego z tematami okołofekalnymi, bo na dziesięć wyświetlonych wyników dwa brzmiały: "Jak nauczyć dziecko robić kupę do nocnika" a jeden: "Jak nauczyć dziecko robić kupę do kibla". W sumie, jakby tak pokombinować, ma to sens. Weźmy np. taki niezobowiązujący polski dialog:
- Co robisz?
- Nic.
I zostawmy pytanie, ale zmieńmy odpowiedź:
- Co robisz?
- Gówno.
Wychodzi na to, że "nic" i "gówno" znaczy dla Polaków mniej więcej to samo.
Wśród pozostałych wyświetlonych wyników był tylko jeden, który mnie interesował. Klikam. Otwiera mi się jakaś kobieca strona z dennymi poradami. Zamykam. Sami widzicie, dramat k...a, dół i depresja, bo nie dość, że nie umiem siedzieć bezczynnie i robić nic, to jeszcze znikąd pomocy, w razie gdybym chciała się doedukować.
Myślałam, że skoro postanowiłam wykonać coś tak banalnego, jak "chwile z nicością" to nie ma prawa mi się nie udać. Niestety, czółko ucierpiało w zderzeniu z własną naiwnością. Przecież jeszcze niedawno, przeglądając między psuciem choinkowych światełek a pieczeniem zakalca, jakiś magazyn, natknęłam się na artykuł o tym, że ludzie nie potrafią odpoczywać i pamiętam jak się śmiałam w duchu: "Co?! Jak można nie umieć odpoczywać, jak można nie umieć cieszyć się biernością?! Niech se to korpomrówy przeczytają, bo to chyba do nich". Śmiech to przez łzy był, bo okazało się, że umiem wiele rzeczy, ale w "robieniu nic" to tuman ze mnie pierwszorzędny.

Udało mi się ogarnąć jakieś męczące zlecenie? Czas  na odpoczynek, czyli szmata w rękę, mop w nogę i dawaj sprzątać chałupę, bo jak to tak? Tyle czasu i nie spędzić go pożytecznie? Nie godzi się! Zrobiłam korektę pięciu książek i coś za długo nie przysyłają szóstej? Jezusmaria, co ja zrobię?! Muszę jakoś konstruktywnie zabić ten czas. Kompulsywne sprawdzanie poczty urozmaicam więc czytaniem Bergsona (nic to, że ziewam nad tym kurewsko!), oglądaniem niszowego, hipsterskiego filmu, goleniem golarą zmechaconych skarpet, a na koniec robię krótki internetowy kurs wyplatania kółek z wikliny. Uff! Jaka ulga, jest kolejna książka do korekty, a ja czekając na nią spędziłam czas tak twórczo i rozwojowo, że nawet Kaśka Cichopek na macierzyńskim mi nie dorówna. Napieprzam więc w klawiaturę do drugiej w nocy, bo jak to tak? Przecież o normalnej godzinie chodzą spać tylko nieroby. Kładę się w końcu spać, ale z wyrzutami sumienia, że mogłabym przecież zrobić jeszcze coś pożytecznego. Następnego dnia budzę się o 10.00. Co?!!!! 10.00?!!! Jak ja mogłam sobie to zrobić i spać tak długo?! W ramach pokuty spędzam dzień na oraniu nosem klawiatury, zaś w przerwie na odpoczynek czytam zaległe posty na jakichś blogach kulturalnych, zapisując przy okazji filmy do obejrzenia i książki do przeczytania. Po tak utylitarnie przepędzonym dniu zasypiam znów około 2.00 z czołem przyklejonym do książki, bo trzeba przeczytać przed spaniem choćby i pięć zdań, gdyż chwila bezczynnego leżenia przed odpłynięciem w sen jest chwilą straconą!


Gdybym 1 stycznia nie usiadła przy ognisku, pewnie powyższy stan utrzymywałby się do dziś.  A wystarczyło na chwilę przycupnąć na ławce, wlepić gały w płomienie i "zniknąć". Nie wiem, co takiego w sobie ma ogień, że działa na mnie (wiem, że nie tylko na mnie) jak hipnozy Kaszpirowskiego na jego radzieckich widzów usadowionych przed telewizorami. Zastygam niczym króliczek z reklamy Duracella, pozbawiony baterii. Postawcie mnie przed ogniskiem, a zobaczycie na mojej twarzy nieobecność - wreszcie udaje mi się być dla świata off line. To jest właśnie ta chwila, w której nigdy przenigdy nie przyjdzie mi do głowy zająć czymś pożytecznym rąk lub myśli, na glebie mojego łba  nie urośnie wtedy żaden wyrzut sumienia, nie przeproszę sama siebie za marnotrawstwo czasu i nie odpokutuję tego w żaden przydatny dla siebie i ludzkości sposób.


Kto by pomyślał, że codzienna dawka wpatrywania się w ogień (być to może, że w poprzednim wcieleniu szalałam jako piroman - biorę to na klatę!), będzie moim sposobem na reset, opamiętanie i zastopuje moje, graniczące z obłędem, chęci na uczynienie każdej chwili swojego życia użyteczną. Rodzina średnio ucieszyłaby się gdybym rozpaliła ognisko na środku pokoju, więc w zastępstwie odpalam dużą świeczkę. Patrzę na jej płomień, a wszystko wokół jakoś tak dziwnie się rozmywa.

- Co robisz? - pyta kot.
- Nic - odpowiadam.




.

niedziela, 4 stycznia 2015

Stary człowiek w barze, czyli Hector opowiada, Jorge tłucze szklanki, ja słucham - cz.II

Drżącą ręką odstawiam pustą filiżankę. Czekam. Za chwilę kawa postawi mnie na nogi, ale jeszcze przez moment pozwalam sobie tkwić w cieplarnianych warunkach własnej bierności. Do baru zajrzeli ci sami turyści w sandałach, których wcześniej obserwowałam z daleka. Biel łydek, akcent - wiadomo, Anglicy. Stłoczyli się przy barze jak uczestnicy karawany przy wodopoju w oazie i taśmowo zamawiali wodę z lodem i cytryną. Jorge tłukł co czwartą szklankę i był bliski dokonania zbiorowego mordu na Anglikach, ale wystarczył rzut oka na fotografię ukochanej babki Juanity, wiszącą nad barowym lustrem i w mgnieniu oka żądza mordu zniknęła. Hector po entuzjastycznym wypluciu kilku zdań, zamilkł i speszony, od dobrych dziesięciu minut bębnił palcami w drewniany blat, jakby stado Angoli onieśmieliło go bardziej niż biust Giny Lolobrigidy.

Kiedy w końcu białołydcy turyści, napojeni i zadowoleni zniknęli w gąszczu plażowiczów, zaczęłam wiercić się na barowym stołku, w czym rozpoznałam skutek uboczny kawy. Hector również powrócił z zaświatów, bo ni stąd, ni zowąd zapytał:

- Kto jest twoim autorytetem?
Otworzyłam usta, żeby odpowiedzieć i choć deszcz rozmaitych nazwisk lunął jak z cebra na moje myśli, to jednak wszystkie ugrzęzły w gardle.
- Nie mam autorytetu. A może raczej jeszcze nie mam. Chyba powinnam się zmartwić tym stanem rzeczy...
- Bzdura. To, że nie masz autorytetu i póki co go nie szukasz, działa na twoją korzyść, nawet nie wiesz jak bardzo. Ludzie tak zawzięcie poszukują autorytetów i nie zauważają tego, że sami dla siebie mogą stanowić w pewnym sensie autorytet, żeby broń Boże ktoś nie pomyślał, że ego zaćmiło im umysły. Brak autorytetu, to brak toksycznych porównań.
Czytałem, poznawałem, chłonąłem sztukę, ludzi i idee, ale na szczęście w porę opamiętałem się. Oczywiście nie przestałem chcieć nadal to robić, ale potem już pilnowałem się, aby nic, żadna książka, idea czy człowiek mną nie zawładnęło, bo nie ma nic gorszego niż to, że w pewnym momencie łapiesz się na tym, że myślisz cytatami, że twoje myśli są tak naprawdę myślami innego człowieka, który przecież to, co czytasz mógł napisać, będąc na jakichś prochach albo pod wpływem alkoholu, że tekst który popełnił jest wynikiem jakiegoś pozbawionego głębszych przemyśleń procesu chorego, zdegenerowanego umysłu, choć to, co czytasz brzmi przecież dla ciebie sensownie i odkrywczo. I teraz wyobraź sobie, że ty się z tym utożsamiasz, dajesz temu wejść wgłąb siebie i ile w takim razie zostaje miejsca w tobie na ciebie? Gdzie miejsce na twoje własne cytaty? Potrafię docenić kunszt dzieła, utworu czy książki i na tym koniec, a ile zyskało na tym moje poczucie własnej wartości, tylko ja sam to wiem.
- Brzmi to bardzo sensownie, a zarazem tak jakoś...smutno...
- Być może przemawia przeze mnie rozgoryczony stary pierdziel, ale wierzę, że z moich słów wyłowisz to, co najlepsze dla ciebie. 
- Na pewno tak będzie...Posłuchaj nie mam zbyt wiele czasu, bo za pół godziny muszę biec na autobus. Umówiłam się z koleżanką w tej kinokawiarni blisko Plaza Mercado. Wyświetlają Cinema Paradiso, całe szczęście bez hiszpańskiego dubbingu. Widziałam już ten film, ale nie odmówiłabym sobie przyjemności obejrzenia go ponownie, tym bardziej zza kawiarnianego stolika z butelką Riojy. Wrócę tu zaraz po seansie, więc jeśli chcesz to możesz na mnie poczekać.
- Jasne, leć. Może jeszcze tu będę...

Nie było go, gdy wróciłam. Nie przyszedł również nazajutrz, ani dnia następnego. Po tygodniu dowiedzieliśmy się od Mechy, że Hector miał zawał i leży na intensywnej terapii. Upadł na trupiozieloną posadzkę swojej małej galerii podczas rozmowy z jakimś klientem. Jorge nie zamyka baru nawet podczas sjesty, więc gdy pewnego dnia, idąc po pracy w jego stronę, zobaczyłam, że spuszcza w dół bambusowe rolety, włączyłam w nogach tryb Usaina Bolta i z prędkością światła, piaskiem z zębach oraz zapasem potu na osiem lat wparowałam na barowy taras.
- Zbankrutowałeś! Wiedziałam, że to nastąpi, szlag by to trafił! To przez te szklanki prawda? Cholera może zrobimy jakąś składkę wśród plażowiczów albo rąbniemy twojemu dziadkowi tego zabytkowego cadillaca i sprzedamy?!
- Czyś ty zwariowała?! Nie zbankrutowałem! Zamykam na chwilę bar, bo jedziemy odwiedzić Hectora w szpitalu. Czekałem na ciebie, Mecha z Luisą też zaraz tu będą. A swoją drogą nie wiedziałem, że życzysz mi bankructwa i chcesz zrobić ze mnie złodzieja, który w dodatku okrada własną rodzinę. Pewnie u was w Polsce tak się robi, nawet słyszałem co nieco o tym.
- Gówno słyszałeś Jorge! Tak się przejęłam tym, że zamykasz mój ulubiony bar, że w desperacji przyszły mi do głowy tylko te dwie rzeczy, więc schowaj to swoje urażone na pokaz hiszpańskie ego i naucz się lepiej chwytać szklanki, bo jak tak dalej pójdzie to faktycznie pójdziesz z torbami pierdoło!
Ledwo Jorge otworzył usta, żeby mi odpyskować, nadeszła Mecha, taszcząc ze sobą dwie turystyczne torby.
- Przecież umawialiśmy się, że do Hectora jedziemy, a ty na jakieś wycieczki się szykujesz?! - Jorge przetransportował całą złość na Mechę. I to był oczywiście błąd. Wielbłąd.
- Zamknij się idioto! W torbach mam jedzenie dla Hectora, bo wiem, jak smakuje szpitalne żarcie. Gołębie z parku już lepiej żrą! Pakuj nas do tego swojego "Pepino" i jedziemy. Musimy tylko wstąpić po Luisę na Malecon, bo to po drodze, a nie mogła się urwać z roboty, żeby tu przyjechać wcześniej.
Uznałam, że choć nie znam Hectora tak długo, jak pozostali, to nic nie stoi  na przeszkodzie, żebym go odwiedziła. Dziesięć minut później tłukliśmy się wszyscy starym volkswagenem sambą, należącym do Jorge, na drugi koniec miasta, gdzie znajdował się szpital. 

Kiedy Jorge kupił sambę zapytałam o koszt takiego "Pepino", czyli "Ogórka", ale popatrzył na mnie jak na niepełnosprawne umysłowo dziecko i wytłumaczył, że ogórek to takie warzywo. Już miałam nazwać go pieprzonym ignorantem, ale w ostatniej chwili przyszło mi do głowy, że być może tylko w Polce istnieje taka zabawna potoczna nazwa tego modelu auta. Podzieliłam się swoim odkryciem z Jorgem, któremu tak się to określenie spodobało, że dwa dni później przyjechał do pracy samochodem wymalowanym w ogórki. Na masce widniał napis "Pepino", wykaligrafowany farbą w kolorze tak żarówiastej zieleni, że nawet Ślepego Antona, brata Mechy rozbolałyby oczy od patrzenia. Jorge wielki tropiciel i wielbiciel oryginalności pod wszelkimi postaciami, dotąd bezskutecznie próbujący się wyróżnić w tłumie, od teraz miał być rozpoznawany w niemalże całym mieście. Podniecał się później tym faktem przez dwa tygodnie, a potem już jakoś przycichł, odkąd pewnego dnia zaparkował "Ogóra" pod supermarketem i jakaś staruszka, biorąc go za mobilnego sprzedawcę warzyw, podeszła do auta i poprosiła o kilogram kabaczków. Pewnie cała sytuacja nie wyszłaby na jaw, gdyby nie to, że akurat obok przechodziła Luisa, która oczywiście wszystko nam potem powtórzyła.

Tak więc siedziałyśmy sobie w tym "Pepinie", dupy nas bolały, bo "roztropny" Jorge wymontował siedzenia z tyłu, żeby mieć więcej przestrzeni na "niewiadomoco", ale grunt, że jest ooooryginalnie. Zajechaliśmy na szpitalny parking i po chwili błądzenia w labiryncie korytarzy stanęliśmy przed salą nr 34, w której. według informacji pielęgniarki, miał leżeć Hector. I faktycznie leżał, ale nie był nijak podobny do Hectora, którego znaliśmy. Blady, z tępym wzrokiem studiującym głębię sufitu, mechanicznie gładził dłonią pościel, jakby była płótnem, na którym miałby kiedyś powstać najcenniejszy obraz. Długie, siwe włosy oblepiały mu spocone czoło mimo panującego w sali przyjemnego chłodu. Stanęliśmy rzędem przy łóżku i głupio szuraliśmy nogami, bo nie wiedzieliśmy, co powiedzieć.
- Wyglądacie jakbyście mieli biegunkę. - Hector najwyraźniej wracał do siebie szybciej niż nam się zdawało.
- Uff, na szczęście możesz mówić, bo już myślałam, że będziesz jak wujek Santi, który po zawale bełkotał już do końca życia.
- Z tego, co pamiętam to twój wujek miał udar, co zresztą pasuje do objawów, Mecha. Sama mi przecież mówiłaś. - wtrącił Jorge.
- Chyba ja wiem lepiej, co miał gówniarzu!
- Jorge ma rację, po udarze często traci się mowę i trzeba uczyć się jej od nowa. - Hector zdusił nadchodzącą kłótnię w zarodku, a mi ulżyło, bo w drodze do szpitala musiałam znosić wrzaski Mechy, która obrzucała wyzwiskami Jorge, ponieważ ten kretyn wyskoczył do niej z pytaniem, czy nie uważa, że jej dzieci są w ogóle do siebie niepodobne, a już na pewno nie do jej męża. Rzeczywiście tak jest, ale kto by tam z Mechą zadzierał. Wiadomo, tylko kretyn.
Mecha, mimo protestów Hectora, wypchała jego szpitalną szafkę jedzeniem. Zapytałam, czy nikt mu tego nie ukradnie, na co Jorge odparował: "To nie Polska", czym doprowadził mnie do szału, ale stłumiłam złość w sobie, obiecując zemstę w stosownym czasie (co zresztą później mi się udało, bo w ramach przysługi, wyprowadzając na spacer psa koleżanki, celowo poszłam z nim wczesnym rankiem pod bar Jorge, gdzie pod samymi drzwiami piesek wyprodukował piękną, regularną kupę).

Hector miał wyjść ze szpitala za kilka dni, więc ustaliliśmy, że będziemy go odwiedzać na zmianę. O ile dla reszty te odwiedziny nie stanowiły żadnego problemu, o tyle powodowały we mnie skrępowanie. To zrozumiałe, że wynikało ono ze zbyt krótkiej znajomości z Hectorem, by móc się czuć swobodniej (szkoda, że w szpitalach nie mają automatów z mojito). Szybko jednak przekonałam się, że skrępowanie znika, kiedy pochłaniają mnie jego opowieści.
- Czekałem na ciebie wtedy w barze, ale zadzwonił klient w sprawie najdroższego obrazu w mojej galerii i wiedziony chęcią zysku pobiegłem się z nim spotkać. Owszem kupił obraz, ale w momencie, kiedy dostałem gotówkę do ręki, poczułem ostry, piekący ból w piersi i upadłem. To takie wymowne prawda? Pazerność omal mnie nie zabiła. A chciałem po prostu zdobyć trochę pieniędzy na remont galerii i mieszkania, bo zamieniają się w ruinę. Pewnie nie uwierzysz, ale bywało tak, że miałem w życiu dużo pieniędzy i jeśli np. spektakl w teatrze zachwycił mnie do tego stopnia, że nie chciałem sam dźwigać ciężaru tego zachwytu, to kupowałem czasem nawet dwadzieścia biletów dla znajomych i dla ich znajomych, żeby przyszli i się zachwycili, a właściwie, żebym ja mógł samolubnie zachwycić się ich zachwytem. Czasem nie mogłem przeboleć tego, że choć spektakl był wspaniały, to przyszło mało ludzi i strasznie żal mi było aktorów. Nie mogłem jednak kupić trzystu biletów, ale mogłem kupić aktorom kwiaty i anonimowo im je dostarczyć na scenę przez kogokolwiek, i byłem szczęśliwy ich zaskoczeniem, czyli wychodzi na to, że coś, co przez większość postrzegane jest jako szczodrość, może tak naprawdę być samolubną i skomplikowaną potrzebą dostarczenia sobie nieskomplikowanych emocji. - Hector wydawał się być rozbawiony swoimi rozważaniami, a ja z językiem  na brodzie, jak dziecko w przedszkolu, zapisywałam każde jego słowo w swoim czerwonym zeszycie.
- To zabawne wiesz... Właśnie uświadomiłem sobie, że nawet wtedy, gdy miałem mnóstwo pieniędzy i stać mnie było na kawior oraz prawdziwego szampana, to i tak zawsze wracałem ze sklepu z chlebem, masłem, serem i butelką taniego wina.
- Przyzwyczajenie biedaka?
- Nie sądzę. Raczej bezpieczeństwo rytuału. - Na twarzy Hectora znów pojawił się znajomy "lewostronny" uśmiech, który jeszcze niedawno podczas pierwszego spotkania z tym dziwnym człowiekiem, błędnie odczytałam jako echo udaru. Chyba miałam tę myśl wypisaną na twarzy, bo usłyszałam:
- Nie miałem udaru. Po prostu ten osobliwy sposób uśmiechania się został mi jeszcze z czasów dyktatury Franco, bo człowiek bał się wtedy nawet uśmiechać pełną gębą, więc na wszelki wypadek uśmiechaliśmy się tylko jedną jej stroną, uprzednio rozejrzawszy się dookoła dla bezpieczeństwa. Jedni się tego pozbyli, a inni - wśród nich ja - nie.
- To trochę jak u nas za komuny.
- Chyba tak. Niewiele docierało wtedy wieści ze wschodu, ale poznałem na Rastro kilku Polaków, którym udało się na początku lat 80. przyjechać do Hiszpanii i to od nich wiem, co nieco o ówczesnej sytuacji w Polsce. Jeden z nich był artystą-rzeźbiarzem, ale nie pamiętam jego nazwiska.
- Ja niewiele pamiętam z tamtego czasu. W zasadzie tylko to, że stałam z mamą w bardzo długich kolejkach po papier toaletowy i, że jedzenie było na kartki. Więcej wspomnień mam z okresu tuż po transformacji. Mniejsza z tym. Zazdroszczę ci tego życia wśród artystów. Musiało być kolorowe.
- I takie było. Kolorowe - to wszystko, co można o nim powiedzieć. Bywałem wśród artystów, ale już mi się bywać odechciało. Kiedyś bycie artystą wydawało mi się nobilitacją i zazdrościłem im dopóty, dopóki nie zobaczyłem dokąd to prowadzi. Widziałem wspaniałych ludzi, którzy stawali się potworami pożerającymi wszystko dookoła, a na końcu samych siebie. Ludzi z takimi umysłami i duszami, po których nie sposób nie płakać, że na takie zatracenie poszli na własne życzenie i ku własnej pustej uciesze. Patrzyłem na nich długi czas i pewnego dnia zobaczyłem bandę kabotynów, którzy próbują dowartościować się cudzym kosztem nie przebierając w słowach i środkach – ja też doświadczyłem tego na sobie – ale to właśnie ci sami ludzie kiedy zostają ze sobą sam na sam i nikt ich nie widzi, zwijają się w ciemnościach w kłębek na łóżku, wtykają kciuka do ust i łkają, bo sami nie mogą siebie znieść.
Zachwyca cię wizja jakiegoś reżysera, który zrobił piękny film, poruszający twoją wrażliwość do głębi i potem poznajesz tego reżysera na jakimś raucie, na który przyszedł z żoną, poznajesz go, rozmawiasz z nim obserwujesz go i widzisz, że ten sam facet, który powalił cię na kolana tą swoją filmową wizją traktuje kobietę, z którą przyszedł jak śmiecia, a kiedy ona wychodzi do toalety, on pluje jej do kieliszka przy swoich znajomych i śmiejąc się mówi, że ona i tak wszystko łyka. Aktor, który wydaje ci się wspaniałym człowiekiem, bo tak wspaniale gra każdą rolę i tak mądrze się potem wypowiada, okazuje się w relacjach z ludźmi bufonem i idiotą, jakiego świat nie znał, a jego mądre wypowiedzi były niczym innym, jak tylko wyuczoną na pamięć regułką. Nie wyciągam wniosków po jednym spotkaniu z kimś, to są wnioski które dojrzewały we mnie latami, ja latami obserwowałem tych ludzi, bawiłem się  z nimi i ich słuchałem. Oczywiście są wyjątki. Mówię tu o artystach, którzy nie skretynieli i nie wznosili samych siebie na cokoły, aby inni mogli ich podziwiać. Realizowali siebie po cichu, a mimo to odnieśli niebywałe sukcesy, nie tracąc niczego ze swego człowieczeństwa. I tylko z nimi utrzymuję jeszcze do dziś kontakt.
Wyobraź sobie, że marzyłem o poznaniu pewnego reżysera, twórcy eksperymentalnego teatru antropologicznego, którego siedziba znajdowała się na głębokiej prowincji, w jednej z malutkich wiosek, należącej dawno temu do jakiegoś arystokraty. W końcu nadarzyła się okazja, bo moja znajoma, krytyczka teatralna została zaproszona na premierę nowego spektaklu i zabrała mnie ze sobą, wiedząc, że bardzo chcę tam pojechać. Samo miejsce zrobiło na mnie wielkie wrażenie. W odrestaurowanych dzięki dofinansowaniom z hiszpańskiego Ministerstwa Kultury, zabudowaniach dworskich urządzono m.in. salę teatralną, mieszkania dla aktorów, sale warsztatowe, jadalnię i miejsca noclegowe dla przyjezdnych. Wszystko to, razem z barwną grupą aktorów wyglądało jak ekskluzywna wersja jakiejś komuny hipisowskiej.
Oczywiście przedstawiono mnie Mistrzowi - tak nazywali reżysera, rzecz jasna ku jego zadowoleniu, wszyscy aktorzy. Wydało mi się to strasznie sztuczne i trochę zabrudziło moje wyobrażenie jego osoby, ale postanowiłem dać mu szansę. Niestety to, co usłyszałem i zobaczyłem później bardzo mną wstrząsnęło, bowiem okazało się, że każdego przyjezdnego częstuje tym samym przeintelektualizowanym bełkotem, będącym wytworem jego delirycznych wizji. Okazało się, że jest alkoholikiem, który owszem stworzył teatr, ale potem zrobił z niego bagno, harem, do którego zaprasza młodych ludzi, którzy są tak w niego zapatrzeni, że wyzbywają się własnej godności. Ten spektakl, na który zaproszono mnie i moją znajomą, był czymś w rodzaju luźno ze sobą połączonych fragmentów kilku sztuk antycznych, które Wielki Mistrz okrasił pornograficznymi wstawkami. Nie mogło się to skończyć niczym innym jak tylko skandalem, bo podczas jednego z aktów na scenę wyskoczył nagi chłopiec, uosabiający jakiegoś greckiego bożka, któremu reszta aktorów na scenie miała oddawać cześć symulując seks oralny. Wobec takich pokus, chłopiec mimowolnie postawił swój "sprzęt" na baczność, publiczność zamarła, a mnie zrobiło się niedobrze. Okazało się, że na widowni siedziała pod opieką nauczyciela grupa uczniów z klasy aktorskiej jednego z madryckich liceów, więc możesz się domyślać co się działo potem. Cała sytuacja wydała się Mistrzowi zabawna, ale z tego, co wiem, to potem rozpił się jeszcze bardziej, aktorzy uciekli, a teatr przestał istnieć.
- Znam podobny teatr Polsce, ale jeszcze istnieje. Ciekawe jak długo, bo mówią, że jego twórca też spaceruje po równi pochyłej... Hector powiedz mi, czy ty jesteś szczęśliwy? - wypaliłam z grubej rury, sama nie wiedząc po co.

Odpowiedziała mi cisza. Chciałam coś jeszcze powiedzieć, ukryć swoje zmieszanie, ale zauważyłam, że jednostajny szum klimatyzatora zadziałał usypiająco, bo powieki ciążyły Hectorowi coraz bardziej i bardziej, aż w końcu je zamknął. Pewnie zmęczyło go to, całe opowiadanie, więc zgarnęłam swoje manele i skierowałam się do wyjścia.

- Zapytaj mnie kiedyś, czy jestem nieszczęśliwy. - usłyszałam łapiąc za klamkę.

P.S. Bywalcy Baru u Jorge powrócą jeszcze w niejednym poście.





Rupert Bathurst (untitled)