środa, 25 lutego 2015

Piąta trzydzieści dwie nad ranem

Obudziłam się nad ranem. To taka dziwna pora, bo przez zaspane rolety powiek, wydaje ci się, że to środek nocy i dopiero, gdy sprawdzasz, która jest godzina, to uświadamiasz sobie, że świta - taka noc złamana już przez dzień z wisienką mojego niepokoju na samym szczycie owego złamania. Kot niespokojny moim niepokojem i dezorientacją potraktowany, że jak to niby? "Tak wcześnie się budzi z wyra wyłazi, ale jeść jeszcze nie daje - chora może?" Nie chora, kocie, a wybudzona ze snu snem zapewne złym, co za ciężki był, żeby go nieść jeszcze przez kilka godzin i z potworami walczyć. Widać miecz mi się złamał i wylogować się musiałam do rzeczywistości. Wysiłkiem nadludzkim podchodzę do okna, łokcie opieram na parapecie i krzesiwem pozorowanej radości z porannego zmartwychwstania, rozpalam swoją podejrzaną miłość do świata. Hmm..,"dziwny jest ten świat" o piątej trzydzieści dwie nad ranem. Wszystko jakieś takie bardziej nieruchome niż zazwyczaj, a po tej "nieruchomości" sarny kręcą się jak diabeł w kościelnej ławce. Niskopienna mgła sięgająca sarnich kolan sprawia, że wyglądają jak na niedokończonym obrazie, na którym ktoś zapomniał domalować im nogi.



Krajówką na Lublin przemyka rower ze śpiącym rowerzystą w siodle. Pewnie jakiś piekarz do domu powraca po wypieku setek chlebów, które za chwilę zje na śniadanie połowa mieszkańców tego miasta, zanim odpali silniki swoich kredytoaut i pojedzie do mękoprac. Zjawia się kos i wydłubuje flaki z jabłka rzuconego dnia poprzedniego na pożarcie kosowi. W tej jednej chwili zrzekam się prawa do uniesień i niesie mnie nic. W domu naprzeciw mojego zapala się światło... Tabu firanek zbyt gęste, abym mogła zobaczyć cokolwiek, ale na pewno jest wrzątek, na pewno jest kawa i na pewno jest "kurwa" rzucona pod nosem na cześć dobrze rozpoczętego dnia, który przecież można dodatkowo poprawić później "kurwy" deklinacją z wołaczem wspartym na nieodłącznej lasce wykrzyknika. Stopy mi się w dywan zanurzają, więc czemu czuję, że pod nimi wyrzyna się mozolnie, jak pierwsze zęby, soczysta trawa? Nie duszę się, ale otwieram okno i nagłym przypływem trzeźwości pijana, tłukę kubek.

"Co się tak tłuczesz?!"- esemesem (esesmanem?) nadaje matka z dołu, a ja zamykam grzecznie okno i sprzątam zabawki. Szukam dziur w rzeczywistości, żeby lepiej smakowała, bo najlepiej smakuje przecież ser z dziurami. Zrywa się wiatr. Akacja przy oknie trzeszczy, rzęzi i w końcu wypluwa zbyt słabe gałązki. Każdy kąt pokoju ma dziewięćdziesiąt stopni, ale zimno jakoś tak w te stopy. Wracam więc do łóżka i rozbieram sufit na czynniki pierwsze, a potem...

...potem przypominam sobie, że śniło mi się jak demoluję quadem stoisko z alkoholem w  Lidlu, za to, że nie chcieli mi sprzedać tych pięknych drewnianych skrzynek, w których przechowują wino, po czym jakiś przedstawiciel opozycji wobec aktualnej władzy w moim mieście, składa na moje ręce podziękowania, bo swoim czynem przywróciłam wiarę w sens idei społeczeństwa obywatelskiego. Wręcza mi dyplom okolicznościowy, a na nim piękne złocone litery układają się w nowe motto mojego życia: "Gadaniem ryżu nie ugotujesz".




grafika: "Dreamcatcher" , źródło: Pinterest

poniedziałek, 16 lutego 2015

Stół.



Mam wreszcie swój stół. Jest okrągły, niedoskonały i stary. Jest historią. Czeka na swój pełny renesans, bo latem zostanie odświeżony. Póki co, obchodzimy się ze sobą ostrożnie. Ostatnie lata spędził w bibliotecznej piwnicy, a dzięki komuś kto, rozumie i podziela moje dziwactwa znalazł się u mnie. Dostawiłam do niego dwa krzesła, każde z innej bajki, ale ta bajka tutaj jest moja i mogę wszystko. Codziennie oglądam te jego niedoskonałości, dotykam ich i rozczulam się nad każdym defektem, wierząc, że wyleczę go z czasu. Siedzę teraz przy nim i pisząc, zerkam co chwilę za okno, na rozgwiazdy świateł majaczących w oddali i epileptyczne drgania gałęzi na wietrze. Jest idealnie.




Milcząca obecność kota i zbyt głośna nieobecność mnie, uzupełniają się idealnie - natura nie lubi próżni. Stół to planeta, ale ja Małym Księciem nie jestem, księżniczką na ziarnku grochu ani doktorem Frankensteinem - Białoszewskim, co poezją ożywia martwe przedmioty. Jestem tylko dziewczyną, krążącą po orbicie własnego stołu, z grubym kotem śpiącym pod nim, posiadaczką oczu w mokrym miejscu, ale tylko w te nieliczne poniedziałki roku, kiedy kuleję na obie nogi i rozum, kiedy tyle bym chciała, a nie mogę nic, kiedy daleko znaczy daleko, blisko znaczy jeszcze dalej, a "tu i teraz" jest najdalej.

Chciałabym na moim stole wszystko zmieścić: książki, które mnie nie psują, kubki z niedopitą kawą i herbatą, świeczki, buteleczki z na wpół wyschniętym lakierem do paznokci, sterty papierów, zapiski na skrawkach biletów i serwetek, nadgryzione ciastko, stare bilety do kina na film o rozczarowaniach, kolekcje zdjęć niepasujących do żadnego albumu, słoik z leśnym powietrzem w środku i pudełko z zapasem zachwytu nad życiem, w razie gdyby mi go zabrakło, butelki z winem, "otwarte karty" i bukiet ciętych ripost, "starty naskórek minionych wrażeń" i świeżą skórę przyszłych, obietnice nienapisanych listów, wierszy, tekstów i jeszcze na koniec, jak wisienkę na torcie, położyłabym tam spiralę swojego DNA, w razie gdybym zapomniała, że to wszystko jest moje. Wiem, to zbyt duży ciężar, ale stół ma cztery nogi, a ja tylko dwie. Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie.

Muzyka: "Stillness Of The Mind" Abel Korzeniowski
foto: pinterest