środa, 18 marca 2015

Bardzo wzniosłe sprawy

Ubrana w szaro-zieloną kurtkę idealnie wtapia się w krajobraz wiosny z chińskiego supermarketu, która może wiosną jest, ale jakoś tak bublem zalatuje, bo z falstartem zieloności już w lutym przylazła. Nie żebym się nie cieszyła - wprost przeciwnie. Jest wtorek, co oznacza, że przeżyłam poniedziałek i bezczelnie liczę na to, że przeżyję środę oraz jakieś 18262 następnych dni. Siedzę na ławce w małym wąwozie (wąwóz w mieście tylko u nas) między muzeum a farą i wystawiam twarz do słońca, które nie chce ode mnie 25 złotych za witaminę D, w przeciwieństwie do większości aptek. "Ta w szarej kurtce" chyba cieszy się mniej. Z góry zjeżdża na rowerach grupa elementu gimnazjalnego, opróżniając po drodze kieszenie z papierków i znacząc chodnik nadmiarem śliny. Spoglądam na "tą w szarej kurtce" - powieka jej ani drgnie. Schyla się, podnosi rzucone przed chwilą papierki i chowa do czarnego worka, tak, jak zrobiła to z tysiącem innych zebranych w wąwozie śmieci - wstydliwych skutków ubocznych jestestwa cywilizacyjnego, pewnie dziś przez duże "j" i  "c" pisanego - a jednak, jak widać - wciąż nieśmiało gównianego. Za dużo tego -ego? Zdecydowanie. 



Przystaje na chwilę, mruży oczy w słońcu i mogłabym przysiąc, że się uśmiecha, ale ze swojej wygodnej i czystej ławki mogę mieć życzenio-zwidy, zresztą bardziej dramatycznie i prawdziwie będzie, gdy przylepię jej dwukropek oczu i myślnik ust, które bolą nieznośną interpunkcją, no bo dlaczego miałaby się uśmiechać? Nici z dramatu. Widzę jednak, że uśmiecha się sama do siebie i podnosi pewnie zeszłoroczny, bo wyblakły papier po snickersie, który z plastikiem ma więcej wspólnego niż z papierem. Ciekawi mnie ten automatyzm w jej ruchach zdradzający nieobecność w "tu i teraz"i męczy mnie to, o czym ona sobie myśli, kiedy zbiera te śmieci i mam ochotę zagadnąć ją, ale nie wiem, czy pytanie: "przepraszam bardzo, chciałabym wiedzieć, o czym sobie pani myśli, gdy podnosi z ziemi to opakowanie po płaskich chipsach solonych za bardzo?", nie zabrzmiałoby nieco górnolotnie w ustach kogoś, kto w kwestiach społecznych raczej nisko lata. Siedzę więc cicho i dorabiam filozofię do zbierania śmieci. Ale tu nie ma poezji. Tu walają się skutki mamtowdupizmu i nieodgadnionej logiki, która mówi, że jak rzucę śmieci na ziemię, a nie do kosza, stojącego pięć metrów dalej, to daję pracę "tej w szarej kurtce", choć przecież, jeśli je tam wrzucę, to i tak na bezrobocie jej nie wyślę. Tu wiatr przenosi z miejsca na miejsce to, co odpada jak strup od naszego "czystego" życia i ubarwia krajobraz, jak źle pojęty street art.

Jest środa. Wczesne godziny poranne. Dla mnie tak ranne, że aż bolą. Wyciągam z garażu rower i rejestruję jednym trzeźwym okiem i jednym trzeźwym uchem jakieś ruchy i szum przy bramie. Na tle szaro-zielonej wciąż "chińskiej" wiosny, śmieciara wygląda jak neonowy statek kosmiczny. Wylądowała na mojej ziemi, a panowie w pomarańczowych kombinezonach uwijają się przy niej w skupieniu. Krzyczę, że dzień dobry i, że dziękuję. Zdziwieni własną nieprzezroczystością, jak echo powtarzają moje dzień dobry. Szkoda, że mam dla nich tylko śmieci.


"Śmieci"

Siedziałem w moim pokoju,
Pisząc wiersz o bardzo wzniosłych sprawach,
I spostrzegłem nagle przez okno,
Że do ogrodu wchodzi
Dwóch facetów, których wygląd
Wydał mi się podejrzany,
Byli brudni
I głowy mieli spuszczone.

Chciałem już otworzyć okno,
I krzyknąć na nich
Niezbyt przyjaźnie.

Ale wtedy zobaczyłem ich
Powracających,
Dźwigali skrzynię ze śmieciami,
Aby je wysypać
Na stojącą opodal ciężarówkę:
Wszystkie moje brudy
Z ostatnich dwóch tygodni.

Starszy z nich, dojrzawszy mnie w oknie
Uśmiechnął się.

Wtedy,
Nie bardzo wiedząc,
Czy jestem zawstydzony, czy tylko zakłopotany,
Wróciłem jednak
Do mego wiersza o bardzo wzniosłych sprawach.

(Witold Wirpsza, 1955)

P.S. "Ta w szarej kurtce" ma na imię Ania, 40 lat, licencjat z socjologii, zadbane dłonie i dwójkę dzieci. Było jej miło, że się odezwałam i powiedziałam "dzień dobry".