wtorek, 14 kwietnia 2015

Kobieta pracująca

Po dwóch latach mordowania się z dorywczymi zleceniówkami, zupełnie niespodziewanie wróciłam do mordowania się na etacie. Co prawda wiedziałam, że wracam, ale gdzieś w okolicach maja lub czerwca, jednak jeden telefon pozbawił mnie złudzeń, co do czasu, potrzebnego mi na psychofizyczne przestawienie się w kwestii "rannego" wstawania. Z tego względu zjawiłam się 1 kwietnia w rzeczonej pracy z oczami wyposażonymi w całkiem niezłe wory, w których spokojnie zmieściłyby się wszystkie wulgaryzmy świata. Odebrałam w kadrach stosowny papierek i pognałam do przychodni medycyny pracy, żeby po trzech godzinach testowania krzesła z jakiegoś gównianego polimeru, dostać pieczątkę od lekarza w następstwie wnikliwej i kładącej nacisk na szczegóły mojego stanu zdrowia konwersacji ("Chora na co?" - Nie panie doktorze! - W takim razie idzie do roboty. - Dziękuję panie doktorze (goń się, ty bezduszny pacanie!)." 




Z przychodni na powrót zjawiłam się w kadrach, a stamtąd znów mnie oddelegowano, tym razem na szkolenie BHP. Nie żebym nie wiedziała, co to jest szkolenie BHP, bo przecież już pracowałam w kilku firmach i wiem, że jak nie podepniesz sobie kroplówki z kawą to padniesz na pysk przed produkującym się behapowcem i masz przesrane u niego do końca swojej kariery w tejże pracy. W tym przypadku nie było tak źle, ale zawsze z rozrzewnieniem będę wspominać szkolenie w pewnej firmie, w której kiedyś pracowałam. Zamiast typowego wykładu, który zadziałałby jak gaz usypiający, szef powysyłał pracownikom do poczytania ciekawie zredagowane materiały i krótkie filmiki do obejrzenia, a potem zrobił test sprawdzający wiadomości. 

Tym, co zapamiętałam najbardziej (i pewnie nie tylko ja) były filmiki (m.in.ten i ten), po których do tej pory zdaje mi się, że kopiarka czyha na moje życie, dziurkacz sprawi, że wykrwawię się na śmierć, skaner wypali mi mózg, długopis wydłubie mi oko. a drzwi obrotowe przytrzasną mi głowę. Brawo dla mojego ex-szefa za kreatywne podejście do sprawy - niewątpliwie podrasował sobie tym wskaźniki ewaluacji (szkoda, że tylko to). No ale wróćmy do mnie. Po szkoleniu nastąpił proces wdrażania (nienawidziłam tego słowa jeszcze w życiu płodowym) mnie w zakres obowiązków wynikających z mojego stanowiska pracy i miłosiernie to pominę, cobyście nie poszli w ślady mojej klasy z liceum, z której połowa usnęła podczas wykładu w auli Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie, dokąd na wycieczkę zatargała nas pani od "niemca" - miłośniczka adrenaliny inaczej pojmowanej.

Nie wiem, jak to się stało, że ostatnie dwa tygodnie przeleciały mi przez palce jak kasa z osiemnastki. Owszem, nauczyłam się kilku nowych rzeczy, które niewątpliwie mi się przydadzą, ale jedno się nie zmieniło: mój stosunek do porannego wstawania. Niby wstaję odrobinę wcześniej, niż w czasie, gdy nie pracowałam na etacie, ale sam fakt, że muszę gdzieś wyjeżdżać z domu o 7.00 wywołuje we mnie stany destruktywno-socjopatyczne. 

Staram się radzić sobie z tym na różne sposoby, których wspólnym mianownikiem jest autoperswazja, przybierająca postać kilku różnych modeli wstawania:
- wojskowy, w którym jawię się sama sobie jako G.I. Jane, gotowa zgolić włosy, tarzać się w kurzu i pyle, pakować na siłce oraz jeść cały rok szczaw, a wszystko po to, by uświadamiać innych, że śpiąc dłużej niż ja, będą wiecznie tkwić na najniższym szczeblu drabiny rozwoju umysłowego;
- polski, w którym kluczową rolę odgrywa zdanie: "Co?! Ja k***a nie dam rady wstać?!"
- ekonomiczny, czyli nie idziesz do roboty = nie dostajesz kasy = nie jesz kawioru = nie wygrywasz życia;
- wyczynowy, w którym wmawiam sobie, że sturlanie się z łóżka, doczołganie się do szafy i założenie jednej skarpety da mi więcej niż "skalpel" Chodakowskiej.

Nie wiem ile to mówi o mojej dojrzałości, ale mam to w dupie. Postrzegam te wszystkie trudności, jako część jakiegoś misternego planu mojego samorozwoju, której jeszcze nie zgłębiłam, bo do niedawna byłam zajęta w tym czasie spaniem. Póki co, nie wiem, czy mogę powiedzieć, że lubię swoją pracę, ale zdecydowanie nie mogę powiedzieć, że jej nie lubię. Czas pokaże co będzie dalej. Cieszę się, że mam za sobą doświadczenia z różnych miejsc pracy, także te dotyczące współpracowników, bo to pozwoli mi uniknąć wielu kłopotliwych sytuacji. Warto mieć swój mały zbiór nierdzewnych pracowniczych zasad. Dzielę się swoim, może akurat się komuś przyda.

1. Jeśli osoba A przychodzi do osoby B i mówi, że coś jest nie tak z osobą C, to najpewniej coś nie tak jest z osobą A.
2. Jeśli zabierasz pracę do domu twój szef pomyśli, że:
a) nie wyrabiasz się w czasie przeznaczonym na pracę, więc jesteś kiepskim pracownikiem;
b) uzna, że skoro godzisz się brać pracę do domu, to zapewni ci w związku z tym dodatkowe atrakcje.
3. Nie przynoś pracy do domu. Ustal sobie granicę. Mogą nią być drzwi budynku, w którym pracujesz i na tyle na ile to możliwe, zostaw za nimi to, czym żyłeś przez ostatnie osiem godzin.
4. Nie daj sobie wejść na głowę. Jeśli pozwalasz na to, żeby inni wysługiwali się tobą jak robotem wielofunkcyjnym nikt nie będzie respektował twojego głównego zajęcia. Stać cię na bycie miłym i uczynnym, ale nie głupim.
5. Nie krytykuj współpracownika w obecności osób trzecich.
6. Chroń swoje prywatne życie.
7. Miej swoje słowo-klucz, którego używasz w sytuacjach kryzysowych (lepiej się nie będę przyznawać, jak brzmi moje).
8. Szukaj nowych wyzwań i mierz się z nimi dla siebie samego, nie dla udowodnienia innym czegokolwiek ("Bóg dał orzechy, ale ich nie rozgryza", co nie znaczy, że masz pokazywać wszystkim jak idealnie ty je rozgryzasz).
9. Nie kłóć się z księgową.
10. Nie pij na imprezach pracowniczych.

Nie zamierzam klepać na blogu regularnych donosów na temat pracy (patrz pkt 3), a jeśli już to pewnie w kontekście moich obserwacji socjologicznych, których mi ostatnio nie brakuje. Natenczas udaję się na odpoczynek z książką, tym samym dopisując do powyższej listy pkt 11. - Umiej odpoczywać.

Fot: Women at work on bomber, Douglas Aircraft Company, Long Beach, California (1942) (niestety nie wiem, kto jest autorem zdjęcia).