niedziela, 24 maja 2015

Let's talk about politics. No, thanks.

Z cze­go pow­stałeś za­leży od ge­nety­ki, w co się obrócisz, od polityki.
(Stanisław Jerzy Lec)

Nie wiem, jak innym, ale z wiekiem przybywa mi mądrości (w przeciwieństwie do skromności) i słowo mądrość nie pełni tutaj funkcji eufemizmu, mającego na celu ukrycie trzech nowych zmarszczek na pięcie, łamania w krzyżu i dyndającej skóry na przedramionach jeno faktycznie czuję się mądrzejsza niż na przykład rok temu. Niby od dawna o tym wiedziałam, że trzymając się z dala od polityki człowiek czuje się szczęśliwszy, ale zazwyczaj dawałam się sprowokować jakimś wielbicielom trwonienia mojego cennego czasu i wdawałam się w bezowocne dyskusje na tematy, których wyczerpanie na korzyść moją lub interlokutora nie zmieniało niczego w moim życiu.


Nie to, że mnie sprawy mojego kraju nie obchodzą - obchodzą i to bardzo, ale dawno zauważyłam (i pewnie nie ja jedna), że najszybciej na lepsze mogę zmienić to, co mam w zasięgu ręki, a nie to, czego nie mam nawet w zasięgu oka. Dzięki temu zmieniam się ja sama i to bardziej mi odpowiada, niż jałowe pitolenie o tym, czy prawy but jest ładniejszy od lewego, jakby ludzie zapominali, że w obu można wleźć w to samo gówno. Inną rzeczą jest to, że zabieram głos głownie wtedy, kiedy sprawy dotyczą bezpośrednio mnie lub moich bliskich oraz wtedy, gdy ktoś w wyjątkowo perfidny sposób zakłóca mój spokój, uzurpując sobie prawo do decydowania o tym, gdzie jest moje miejsce i narzuca mi wartości, którym do moich jest tak blisko, jak Hitlerowi do Pokojowego Nobla oraz uznaje, że wie czego potrzebuje moje ciało i dusza, posiłkując się przy tym doktrynami ze średniowiecza, które radośnie promowały szowinizm gatunkowy, a z humanizmem miały tyle wspólnego, co ja ze stonką ziemniaczaną. Ci, co lubią szuflady pewnie po tym wyznaniu już mnie gdzieś wrzucili. Szczerze? Mam to w d....

Obecnie zajmuje mnie pies, który żyje w okropnych warunkach i szukam mu domu. Zajmuje mnie to, że przy próbach ocalenia i wydobycia z ziemi pewnego zabytku napotykam wiele trudności, głównie ze strony ludzi, którzy powinni się tym zająć z racji pełnionych funkcji. Zajmuje mnie to, że w instytucjach w moim mieście, mających z założenia służyć ludziom, pracują ludzie z przypadku, którym zrobienie czegoś dobrego dla innych kojarzy się z prostytucją, a nawet jeszcze gorzej, bo z "robienia dobrze" w tym przypadku nie ma kasy. A najbardziej zajmuje mnie to, co jeszcze mogę zrobić, żeby kiedyś, gdy przyjdzie się pożegnać z tym światem, móc powiedzieć: "miałam życie takie, jakiego pragnęłam i zawdzięczam to sobie".

Doskonałą inspiracją do tego, aby uwolnić się od przeświadczenia, że polityczne dysputy i ludożerstwo z nimi związane, są sensem mojego istnienia, było to, co wrzucali niektórzy znajomi na swoje profile facebookowe. Rozumiem, że mają potrzebę uzewnętrzniania swoich poglądów i to ich ścianki, więc mogą wrzucać tam, co im się żywnie podoba, ale  na szczęście są  na tym portalu opcje, dzięki którym ja nie muszę tego oglądać. Mnie taka internetowa agitacja po prostu męczy - że się tak krajobrazowo wyrażę - do porzygu. Najgorsze jest to, że większość posiada tylko jakąś cząstkową wiedzę zdobytą na Uniwersytecie You Tuba albo łapaną wyrywkowo i postuje tym, z częstotliwością zapierającą dech w piersiach, jakby od tego zależały losy chrześcijańskich uchodźców z Syrii albo afrykańskich albinosów, na których poluje się jak na zwierzęta.

Na tyle dysponuję własnym rozumem, że już nie wdaję się w dyskusję z ludźmi, którzy próbują mnie sprowokować do rozmów o polityce, obojętnie, czy używają przy tym retoryki, szkolonego niczym północnokoreański żołnierz, mówcy motywacyjnego, czy mają potrzebę lania werbalnej żółci - dla mnie to ten sam kolor. Na moją niechęć reagują zazwyczaj płytkim wnioskiem: "Jasne, najłatwiej mieć w d....". Tylko przypadkiem, czy do tych rozmów o polityce nie są najbardziej skorzy ludzie, którzy, gdy nieśmiało wspominam o pomocy zwierzętom, to słyszę: "Dzieciom biednym byś pomogła, a nie psom i kotom", ale sami nigdy żadnemu biednemu dziecku nie pomogli, bo przecież dostaliby paraliżu ręki, gdyby wpisali do PITa numer rachunku bankowego jakiejś fundacji z przeznaczeniem na konkretne dziecko. Ciekawa jestem, czy któryś z nich podzieliłby się tym, co ma z biedną rodziną mieszkającą parę domów dalej, bezinteresownie łaziłby po urzędach w imieniu starszej kobiety, która właśnie straciła męża i nie ma nikogo bliskiego, kto mógłby jej w tej bezradności pomóc, zabierałby z domu dziecka jakiegoś brzdąca na weekendy i święta lub stworzył dla niego rodzinę zastępczą, przekonał znajomą kobietę do tego, że 20 lat okładania pięściami przez męża, trzy razy złamany nos i żebra, to niekoniecznie wola boża i może wreszcie powiedzieć "dość" albo, czy będąc na bezrobociu zapieprzałby codziennie rowerem na drugi koniec miasta z żarciem ze skromnego obiadu, żeby nakarmić jakieś bezdomne psy? Nie? To w takim razie, teraz możemy rozmawiać o losach tego kraju.




piątek, 15 maja 2015

Girls just want to have fun

Halina kocha wyprawy do ciucholandu, najlepiej tego w innym mieście, bo ciuchy fajniejsze i ceny lepsze. W piątki je głównie śledzie i lubi słowo "zajebiście" ("Zajebiście lubię chodzić do kościoła, ale tylko wtedy, kiedy nikogo w nim nie ma."). Była w Stanach kilka razy, pewnie zostałaby tam na stałe, ale wróciła, bo miała tu narzeczonego ("To nie byle jaki narzeczony: muzyki poważnej słuchał, prawdziwy patriota, bociany kochał."). Halina późno wyszła za mąż, bo postanowiła, że najpierw będzie się uczyć, potem zjeździ świat, a na końcu się ustatkuje. Z tego powodu od czasu do czasu zdarzało jej się usłyszeć od rodziny i ludzi z tej samej wsi, że postradała rozum. Cała wieś odetchnęła z ulgą, kiedy Halina wreszcie wychodzi za mąż (za poważnego narzeczonego od bocianów ma się rozumieć) i rodzi dwójkę dzieci, dziś w wieku licealno-gimnazjalnym. Na swój ślub makijaż robiła sobie sama, fryzurę robiła jej koleżanka ("Taka, co jej się raz przyśniło, że fryzjerką jest"). W czasie studiów pojechała do Hiszpanii jako au pair ("Człowieku, ja tych fiest do końca życia nie zapomnę."). Nie zrobi sobie już nigdy w życiu hybrydowych paznokci i trwałej ondulacji.



Danuta każdego dnia obcasami wystukuje swoje jestestwo, jednak ostatnio jeden złamał jej się na schodach, więc nie wiem, co będzie dalej. Nosi najczęściej czarne rajstopy i od 10 lat chodzi do tej samej fryzjerki. Mięso kupuje tylko u znajomego rzeźnika, a na weekendy jeździ na wieś. 15 lat temu pochowała męża, ale długo nie rozpaczała ("Dom porządnie wywietrzyłam i już nie było czuć zapachu wódki"). Nie ma dzieci, bo "nie każdy musi mieć", rozpromienia się na widok ciastek z kremem i przegapiła tylko trzy odcinki "M jak miłość". Nie umie lepić pierogów, ale nawet gdyby się nauczyła to nie przyznałaby się koleżankom, bo gdy się dziwią, że nie umie, Danuta czuje się w centrum zainteresowania, a lepsze takie centrum niż żadne. Siedząc w kościele, rzadko się modli, najczęściej rozmyśla o głupotach np. co kupi z kolejnej wypłaty. Ostatnio kupiła sobie bujany fotel ("Danka, druty se kup i będziesz jak te babki z filmów, bujać się i robić swetry."). Ma donośny głos i kiedy mówi przez sen, to sama się od tego gadania budzi. Chciałaby kiedyś umrzeć we śnie, "żeby nie musieć srać pod siebie na oczach obcych ludzi".

Teresa ma syna we Francji. Ożenił się z Francuzką, więc Teresa uczy się od dawna francuskiego. Po francusku potrafi powiedzieć wiele, ale najczęściej mówi: "C'est la vie" - z akcentem oczywiście. Odwiedza syna, ale ostatnio rzadziej, bo jeździ do Warszawy na badania co trzy miesiące, sprawdzać, czy rak nie wrócił. Była w zeszłym tygodniu - nie wrócił. Z synem skajpuje raz w tygodniu, gdy ma gorszy tydzień, to nawet trzy razy. Kiedy dowiedziała się, że ma raka pojechała z mężem w podróż po Prowansji, bo na okładce książki, którą czytała, były pola lawendy. Teresa kocha lawendę, więc pojechała, bo w Prowansji jest tych pól przecież od cholery. Spodobała się jednemu Włochowi, Marcello, który sprowadził się do Francji uprawiać lawendę. Obiecał jej kupić własne pole i wybudować na środku niego dom o białych ścianach, dom, w którym nie będzie raka. Nie wiadomo jakby się to wszystko skończyło, gdyby nie nadszedł mąż Teresy i nie powiedział; "Tereska, chodź no zobacz, arbuzy tu normalnie rosną przy drodze." Codziennie, tuż po przebudzeniu Tereska bezgłośnie wypowiada słowo "dziękuję" i leci parzyć kawę dla męża i siebie, a potem idą do pracy, ona do urzędu, on do firmy. W weekendy siedzą na działce, czytają książki i grzebią w ziemi ("Oswajamy się z ziemią, no wiesz, ja to już się oswoiłam dawno, ale potem mi przeszło i muszę od nowa.").

Siedzę przy stoliku obok, podparta na łokciu, od czasu do czasu biorę łyk herbaty, wodzę nieobecnym wzrokiem po tym, czego nie ma i udaję, że nic nie słyszę.

Zdjęcie: pinterest.