poniedziałek, 8 czerwca 2015

Wiocha

Gdzieś w okolicach czternastej wiosny, tuż po rozdaniu świadectw, Joanka miała sen. Nie byle jaki sen, ponieważ śniło jej się, że siostra ojca przyjeżdża i zabiera ją ze sobą do Ameryki, do Czikago konkretnie, gdzie Joanka zamieszkuje w amerykańskim domu ciotki i chodzi do amerykańskiego hajskula, na nogach ma bieluśkie najki, a na dupie nowiuśkie lewisy. Niestety, Joanka zbudzona ujadaniem psa, otwiera oczy nad ranem i ze zgrozą stwierdza, że znajduje się w swoim pokoju, oblepionym plakatami Guns'n'Roses i Kim Wilde, w domu rodziców - właścicieli 50 hektarowego gospodarstwa, znajdującego się pod adresem zdecydowanie nie amerykańskim.



Sen prześladował Joankę przez kolejny rok na tyle skutecznie, że po ukończeniu ósmej klasy szkoły podstawowej postanowiła zdawać do liceum w mieście oddalonym od wsi, w której mieszkała o 80 km. Joanka, jako jedyna w rodzinie zamierza zostać "kimś", a potem wyjechać do Ameryki. Przez cztery lata liceum mieszka w internacie i dba o to, żeby przypadkiem nie zechcieli jej odwiedzić rodzice (nie daj boże, ojciec przyjechałby jeszcze w tej samej koszuli, w której zasiada do stołu na Wigilie, Wielkanoce, wesela i pogrzeby). Niech siedzą se na tej swojej roli (Joanka woli nie pamiętać skąd się biorą pieniądze, które co tydzień śle jej ojciec). Po wzorowo zdanej maturze Joanka idzie na studia do jeszcze większego miasta, a że zamierza zostać już nie tylko "kimś," ale "kimś ważnym" wybiera administrację.

Oczyma wyobraźni widzi siebie zasiadającą w jakimś urzędzie, obsługującą ciemną hołotę, która od pługa się oderwała i do urzędu sprawy przyszła załatwiać, a od Joanki Wszechmocnej zależy, czy hołota coś dziś załatwi, czy może każe hołocie przyjść za tydzień. Studia opłacają Joance rodzice, ale w końcu to ich obowiązek, jeśli chcą mieć czym się pochwalić w rodzinie, bo przecież sami sobą nic nie reprezentują. Na trzecim roku studiów Joanka kupuje swoje pierwsze najki i lewisy. Są piękne jak ze snu. Na piątym roku, tuż przed obroną pracy magisterskiej Joanka poznaje miastowego chłopaka, Robercika - przystojnego studenta budownictwa, z którym po dwóch latach chodzenia za rękę (w tym pół roku regularnego obmacywania się i pół roku regularnego seksu) bierze ślub - niestety w wioskowym kościele, bo na katedrę rodzice byli za biedni, co Joanka przemilczała, roztoczywszy przed przyszłym małżonkiem i jego rodziną wizję modnego rustykalnego ślubu i wesela. Co prawda wioskowy dom weselny mógł służyć za filię muzeum kiczu, ale po oczepinach wszyscy mieli gdzieś to, że na jeden metr kwadratowy przypada pięć gołych aniołków z uroczymi siuraskami wzniesionymi ku górze na chwałę nieba. Robercik nazwał to egzotyką, więc Joanka poczuła się nieco lepiej, bo "egzotyka" brzmiało podobnie jak "Ameryka". Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że Joanka spodziewała się dostać w prezencie ślubnym od rodziców mieszkanie, a dostała tylko jedną czwartą wartości M-3, co najwyżej takiego w Pierdzikowie Dolnym. Resztę dołożyli rodzice Robercika i po kilku miesiącach poszukiwań nowożeńcy wreszcie wprowadzili się do trzypokojowego pudła w dziesięciopiętrowym kontenerze.

Joanka znalazła pracę w jednym z urzędów, a Robercik w koncernie budowlanym. Mieszkanie urządzili meblami z Ikei, kupili samochód (na kredyt, ale kto dziś nie ma kredytu? - złodziej chyba) i karnety na siłownię. Joanka odwiedzała rodziców raz do roku na Boże Narodzenie, bo jakoś tak w tych okolicach nawiedzało ją jednorazowe miłosierdzie. W pracy Joanka wykazywała się wzorową postawą urzędniczą. Waliła pieczątki gdzie popadnie, petentów odsyłała z kwitkiem, żeby im się czasem w dupach nie poprzewracało od szybkiego załatwiania spraw, przestawiała datownik na kolejne dni, które mijały bezpowrotnie i zlewały się w rwącą rzekę przepierdzianego w stołek czasu. Podczas przerw, w pokoju socjalnym Joanka snuła swoje coraz to śmielsze amerykańskie wizje. Po roku w kartonie Joanki i Robercika pojawił się Krystianek, a dwa lata później Dżesika (tak, Joanka wciąż miała sentyment do Ameryki). Dzieci rosły, kredyt wzięty na samochód został spłacony, stare meble z Ikei wylądowały na śmietniku, zastąpione przez te z najnowszej linii.

Pewnego dnia (wtorek to chyba był, a może środa?) układając w pracy segregatory z dokumentami podług kolorów ich okładek - Joanka poczuła, że coś jest nie tak. Z początku pomyślała, że może zaszkodziły jej opary z korektora, ale przecież nie miała żadnych fizycznych objawów. Kolejne dni nie przyniosły poprawy, więc po dwóch tygodniach poszła do lekarza. "Stres, zmęczenie" - usłyszała i od razu się uspokoiła. Nie na długo. Po tygodniu ten sam stan wrócił ze zdwojoną siłą, do tego stopnia, że Joanka wybiegła z pracy w środku dnia przekonana, że zaraz się udusi i znów wylądowała u lekarza. "Depresja" - usłyszała i od razu się uspokoiła. Nie na długo. Antydepresanty nie ułatwiały oddychania, więc Joanka spłukała je w kiblu, a następnie zdiagnozowała u siebie internetowo gruźlicę, odmę płucną, zapalenie wsierdzia i raka płuc. Robercik osiwiał na skroniach ze zmartwienia. Nosił żonę na rękach, dzieciom nakazał przemykać w powietrzu, a sam zasięgał po cichu rad specjalistów. "Zmień pan żonie otoczenie" - nakazał ten, co żonie otoczenia nie zmienił, więc ona zmieniła go na innego. Robercik kochał żonę miłością iście studencką, więc przystąpił do działania. W tajemnicy zwolnił się z firmy, powyciągał zaskórniaki ze skarpet i oznajmił rodzinie, że kupił działkę na Joankowym zadupiu i wyprowadzają się na wieś. Joanka usłyszawszy te słowa zamknęła się w łazience i groziła, że otruje się domestosem, Krystianek i Dżesika wreszcie mieli o czym pisać na fejsie, ale Robercik był nieugięty.

Dwa lata później...
Siedzi Joanka na drewnianej werandzie swojego domu, oddycha pełną piersią i czyta "Dom nad rozlewiskiem" albo coś innego o miłości do wsi oraz dżemów. Zaczęły się zbiory warzyw. Lawenda też zaczyna kwitnąć. Robercik jeszcze nie wrócił z pracy - jego firma dostała zlecenie na budowę kolejnego domu z balii, więc czasem musi doglądać interesu. Na 50 hektarach ojcowizny uwijają się kombajny. Letnicy snują się po ogrodzie, korzystając z uroków Joankowej agroturystyki. "Uff, jak to dobrze, że podjęłam decyzję o powrocie - myśli Joanka - zawsze mi się tu podobało".

A rodzice Joanki? Gówna doczekali.

Fot. Chris Niedenthal