piątek, 31 lipca 2015

Ławka

Siadam na pierwszej z brzegu ławce przy mocno uczęszczanym chodniku, w celu ustalenia współrzędnych pobytu portfela przebywającego na terenie zbyt dużej torby. Kotłuję rękami wśród klamotów i po piętnastu minutach, spocona i wkurwiona, znajduję to, czego szukałam. Dziesięć wdechów, dziesięć wydechów i zen już w normie. Przybieram pozycję najwygodniejszą z możliwych i postanawiam jeszcze przez chwilę cieszyć się tym „punktem, z którego mam za darmo rozległe widoki”. 


Po pięciu minutach zaczynam rejestrować, że coś jest nie tak. Buty raczej mam wygodne, osobowość też jakoś dziś specjalnie mnie nie swędzi, kota nakarmiłam, żelazko wyłączyłam, więc o co kaman? Siedzę i myślę o tym, może trochę zbyt entuzjastycznie, bom się ucieszyła, że zanosi się na egzystencjalne tête á tête z mózgiem własnym, a ostatnio nieczęsto się spotykamy, skutkiem czego albo gadam głupoty albo je robię. Radość bezbrzeżną z tego spotkania umila mi nadchodząca para dzierżąca zapiekanki i prowadząca dialog, z którego wyziera niczym robak z jabłka, głęboko skrywana troska: „Wytrzyj się, bo ojebałaś se brodę” - rzecze on, „Spierdalaj” - odpowiada grzecznie ona. "Życie, życie jest nowelą, ale błagam was idźcie nowelować gdzie indziej, bo ja tu ze swoim mózgiem na nowo przyjaźń zawieram" - desperacko ciskam im to zdanie bezgłośnie między oczy. Poszli, więc ulga. 

Zawzięcie przystępuję znów do odkręcania egzystencjalnych kurków i już czuję, że zaraz spłynie na mnie błogosławiona wiedza o tym, co jest nie tak, kiedy oto z piskiem opon przy sąsiedniej ławce hamuje wózkiem Najlepsza Matka Na Świecie. Z nieba wali żar piekielny, więc NMNŚ roznegliżowana jak na rozkładówkę „Playboya” z przejęciem debatuje z kimś przez ajfona, wściekle telepiąc wózkiem, w którym drze się niemożliwie rzecz jasna dziecko. A telepie tak, że mogę do wózka zajrzeć i zobaczyć na oko półroczne niemowlę, poubierane chyba w kaftany na pieprzonej watolinie robione i czapkę poliestrową pod brodą kurwa mać wiązaną. Nie będę kryła - trafia mnie szlag, ale kulturalnie zaczynam: „Chyba dzidziusiowi gorąco i dlatego tak płacze”. Playmate rzuca we mnie spojrzeniem tak nafaszerowanym pogardą, że biczuję się w myślach drutami kolczastymi za ten odruch współczucia dla małego człowieka. Wózkowa pognała z wrzeszczącym dzieckiem dalej, a ja zostałam na ławce z przekonaniem, że chyba za mało czytam wierszy i nie kontempluję malarstwa prerafaelickiego, bo się nudzę i do ludzi przypierdalam. Jako pokutę zadaję sobie jeszcze raz wrócić do Sienkiewicza i nie zasnąć przy pięćdziesięciostronnicowych opisach przyrody. 

Jeszcze dobrze nie ostygłam po spotkaniu z Najlepszą Matką Na Świecie, a już pędzi w moją stronę stado młodzieży rzadkim wąsem obsypanej, roześmianej, w airmaxy obutej i poziom high level odruchów ludzkich prezentującej. „Zatykać nosy!” - wołają na widok poczciwego menela, nadciągającego z naprzeciwka i smutnym wzrokiem torującego sobie ścieżkę pośród pachnącego gównem kwiatu młodzieży polskiej.
I oto, jak przysłowiowy grom z jasnego nieba, jak odkrycie Małgorzaty Rozenek, że papierowymi ręcznikami można przykrywać kanapki, żeby się nie zeschły, jak ulga po stoperanie, jak śmierć Kulczyka, jak przejaw miłosierdzia u baby z pekaesowej informacji telefonicznej albo jak odkrycie przez mojego kota, że nigdy nie będzie latał - przyszło do mnie OBJAWIENIE (dziękuję ci, mózgu).

„Ubywa” - z pewną taką nieśmiałością ten chłonny czasownik przykleił się do mojej głowy jak podpaska do majtek i już się nie odkleił. Czego ubywa, zapytacie? Ano, człowieka w człowieku ubywa. Ciurkiem się ten człowiek z człowieka wylewa, sączy niezauważenie przez słabe słowa i gesty, przez umiłowanie językowej i kulturowej nędzy, bezmyślne zadowolenie z bylejakości własnego „ja” i debilne przyzwolenie na obnoszenie się z byciem idiotą. Co miałam zrobić? Poleciałam do domu, bo się przestraszyłam, że mnie też ubędzie.