sobota, 10 października 2015

Ręce, stopy, usta i cała ta reszta...

"mam ręce stopy usta i całą tę resztę
balast który przez chwilę trzyma mnie w okolicy życia
poza tym jest nieskończoność
którą potrafię tylko nazwać..."
(H. Poświatowska)


Miał być post o wyprawie w Beskid Niski, ale nie będzie. Czasem tak się dzieje, że wydarza się coś nieprzewidzianego, taki bonusik od losu, który przypomina ci, że planować możesz co najwyżej zmianę majtek. Przypominasz sobie, że przyszedłeś na świat bez części zamiennych i że jesteś tylko paradoksem gatunkowym: twoją słabością jest jednocześnie to, co czyni cię mocnym - ciało. I dlatego, kiedy coś w nim zgrzyta, nagle bardzo wyraźnie dostrzegasz, że masz „ręce, stopy, usta i całą tę resztę…”, więc odstawiasz na bok wszystko i idziesz się naoliwić. Nie ma w tym miejsca na poezję, uniesienia i piękno. 


Zakładasz piżamę, wyremontowaną za unijną kasę windą wieziesz swoje ciało na oddział szpitalny, dostajesz łóżko, a twoje nazwisko zastępuje nazwa jednostki chorobowej. Nie jesteś w tym sam, bo jest ktoś, kto nie opuści cię ani na moment od chwili, kiedy zamkną się za tobą drzwi windy. Będzie siedział przy łóżku, trzymał cię za rękę, znał twoje myśli, pragnienia i potrzeby. Ma takie wielkie, piękne oczy. Pojawia się zawsze wtedy, gdy czujesz, że tracisz kontrolę (jakim cudem w ogóle ubzdurało ci się, że ją posiadasz?). Słowa mają ograniczoną pojemność i sprowadzenie czegoś nieograniczonego do granic wyznaczonych przez litery jest żałosne. To tak jakby ogrodzić hektar nieba płotem i teren ogrodzony nazwać niebem. Jakim więc cudem w słowie ‘strach’ masz zawrzeć wszystko to, czego doświadczasz? Ale nie ma innego, lepszego słowa, a przecież musimy nazywać wszystko, żeby… mniej się bać, prawda?

Po jakimś czasie ta przyjaźń ze strachem jest uciążliwa, męczy cię jego towarzystwo i zaczynasz z nim dyskutować. Na początku grzecznie, później stanowczo, a potem walicie się po mordach, bo to już nie walka o ciało jest, ale o duszę. W konsekwencji, gdy leżysz na stole operacyjnym, a anestezjolog mówi ci, że zaraz będzie sweet dreams i strach szepcze do uszka: „a jeśli się nie obudzisz albo obudzisz się w trakcie?”, to nie masz już czasu, żeby pomyśleć o czymś przyjemnym. Ostatnie, co słyszysz to swoje „spierdalaj”, wypowiadane na głos, ale na szczęście brzmiące jak „lalalaj”, bo zniekształcone jakimś neuroleptykiem wlewającym się w twoje żyły, po którym jest ci tak dobrze, że myślisz, (o ile w ogóle wtedy myślisz), że na ch.. ci to ciało, że weźcie sobie te ręce, nogi, śledzionę, czy co tam chcecie, że w dupie mam swoją dupę nawet. Nie zdążysz policzyć do dziesięciu, a twoje ciało jest już zdane samo na siebie i na ręce tych, którzy ponoć znają je trochę lepiej, niż ty.

Dwie godziny później…
Przez wąziutką szparkę między dolną a górną powieką, wlewa się do oka światło. Zapraszasz do tej zabawy drugie oko i bawicie się tak przez dobrą godzinę, a towarzyszy wam dochodzący skądś głos, wciąż powtarzający: „nie spać, nie spać, nie spać…” Jesteś wściekły, że cię obudzili, jednak nie bardzo wiesz, dlaczego wszystko cię śmieszy. Twój śmiech wypełnia tą dziwną żółtą salę, w której leżysz, śmieszą cię panie w tych komicznych uniformach i pan w czepku, śmieszy cię bzyczenie jarzeniówek na suficie, kiedy wiozą cię korytarzem do sali pooperacyjnej. Na widok urządzeń, do których cię podłączają rżysz już jak koń, a gdy te same panie przynoszą w darze jakieś buteleczki z giętkimi rurkami, które przypinają ci do ręki, pojawia się ryzyko, że zarechoczesz się na śmierć. I wtedy przychodzi on. Nie, nie strach, bo już po wszystkim jest ci głupio, że się bałeś. Proszę państwa, a teraz zapraszamy na scenę ból.

Na razie doświadczasz go jeszcze jakby przez szybę - niby jest, ale jeszcze coś cię od niego dzieli. I dzielić będzie przez najbliższą dobę. Zawdzięczasz to morfinie, a raczej siarczanowi morfiny, jeśli mamy być precyzyjni. Na dwadzieścia cztery godziny stajesz się pępkiem świata, twoje łóżko - celem pielgrzymek lekarzy i pielęgniarek, które gotowe w każdej chwili pyknąć ci w ramię jeszcze odrobinę morfinki, żeby nie bolało. Gęba ci się cieszy, pewnie fiknąłbyś nogami ze szczęścia gdyby nie ten cewnik, no, ale w końcu nie można mieć od razu wszystkiego. Zadowalasz się mentalnym pląsaniem po kwiecistej łące i przeżywaniem morfinowych odlotów, podczas których obdzwaniasz bliskich z przekonaniem, że w słuchawce twój głos brzmi zupełnie normalnie, nawet jeśli skrzypisz, jak stare drzwi, bo masz gardło otarte przez rurkę intubacyjną. Potem przysypiasz, a kiedy się budzisz, sen zlewa ci się z jawą i coś majaczysz pod nosem. Od tej pory zasypianie i budzenie się będzie twoim jedynym zajęciem prócz napełniania cewnikowego worka (chodź, porozmawiajmy teraz o poezji i uniesieniach). Dobre ma to do siebie, że szybko się kończy, więc gdy ta pełna podrabianej radości doba dobiega końca i znika „jakby szyba”, to zaczynasz czuć ten PRAWDZIWY ból. O tak, teraz k…a czujesz, że żyjesz!

Odpinają kable, wyłączają monitory, ściągają operacyjne kaftany, myją cię i mówią: „wstań i idź”. A ty, mimo tego, co podpowiada ci działająca już na pełnych obrotach świadomość, że najpewniej runiesz na pysk i że Łazarzem raczej nie jesteś, ty (tak, właśnie ty), dotykasz stopami zimnej posadzki, wstajesz i idziesz. Co prawda tylko do sąsiedniej sali, ale kiedy robisz tych kilka kroków, tak naprawdę jesteś gotowy iść o wiele dalej. I co z tego, że boli? Przestanie. Cieszysz się jak dziecko, tak prawdziwie, bez udziału prochów. Za oknem jeszcze ciemno, ale zaraz na niebo wtoczy się świt. Mógłbyś przysiądz, że piękniejszego nie widziałeś. Wiesz już, że właśnie dla tego świtu warto raz po raz wstawać z łóżka, aby w końcu przejść korytarz, za co później nagradzasz siebie w myślach deszczem kwiatów i oklaskami tłumów. Odkrywasz w sobie istnienie takiej mocy, o jakiej ci się nie śniło. Masz ochotę otworzyć okno i pofrunąć z radości, ale całe szczęście w oknach nie ma klamek. 

„Niestety”, z twoim powrotem do pionu wiąże się coraz mniejsze zainteresowanie lekarzy, ale nie masz się co dziwić, przecież w końcu o to chodziło, żeby cię naoliwili, abyś mógł wrócić już do swoich „bardzo ważnych spraw”. Oni wykonali przecież swoją robotę i dziś naoliwiają już kogoś innego. Ty sam musisz teraz podokręcać jeszcze śruby. Nie skarżysz się, bo nie ma w sumie na co. W życiu chleb z masłem nie smakował ci tak, jak dzisiaj. Pielęgniarki miłe, troskliwe i współczujące, jak nie w Polsce. Nawet, gdy podczas ścielenia łóżka znajdujesz w nim ośmiocentymetrową igłę, to wiesz przecież, że takie rzeczy się zdarzają. Jesteśmy tylko ludźmi, prawda?

Masz jeszcze kilka dni, żeby bezkarnie wylegiwać się w łóżku zanim szpital puści cię samopas. Nadrabiasz zaległości w czytaniu, a między wersami dziwisz się, że wystarczy pójść do szpitala, żeby słowo ‘marzenie’ sprowadzało się do zjedzenia ulubionego posiłku lub jazdy rowerem bez trzymanki, ze słuchawkami na uszach. Przeraża cię własna kruchość. Niby jesteś tego świadomy, bo już dawno temu poinformowało cię o niej twoje czoło, kiedy pierwszy raz zderzyło się z nogą stołową, zaraz po tym, gdy wiedziony rodzicielskim dopingiem postawiłeś pierwsze kroki. Problem w tym, że w zdrowym ciele kiepska pamięć. Na szczęście takie sytuacje, jak ta, w której się znalazłeś nie pozwolą ci zapomnieć o tym, kim i z czego ulepiony jesteś.
Na oddziale rytm życia ustalają rytuały, głównie medyczne. Pobudka, pomiar temperatury, ciśnienia, kroplówa, wizyta, śniadanie, prochy, obiad, kolacja, wizyta, kroplówa, prochy, lulu, repeat... Poddajesz się temu bez słowa sprzeciwu, bo daje ci to poczucie bezpieczeństwa i zapewni przetrwanie na „obcej” ziemi. 

I wreszcie nadchodzi dzień, kiedy dają ci bilet powrotny do świata, który znasz  (serio, myślisz, że znasz?). Pakujesz szpitalne manele, żegnasz się z pielęgniarkami, (nie-do zobaczenia i nie-do widzenia paniom) i lekarzem. Wsiadasz do tej samej windy, którą przyjechałeś i ze sztuczną łezką w oku opuszczasz czwarte piętro. W trakcie jazdy obiecujesz sobie nigdy nie zapomnieć pani Ogórkowej, której małżonek umarł na rękach, a córka w sobotę wychodzi za mąż, zdziwienia pielęgniarki, na oczach której ktoś rzucił się pod pośpieszny Warszawa-Przemyśl i rozprysł na torach jak balon z krwią, pani salowej, która znała takie wulgaryzmy, o jakich się filologom nie śniło i miała włosy jak „ta, kurwa, no wiecie, Ałła Pugaczowa”, własnych morfinistycznych doznań, młodej dziewczyny, której sopranowy płacz kołysał wszystkich do snu, pielęgniarki handlującej majtkami oraz tych małych i dużych dramatów, którymi wypełnione były oddziałowe sale. Nie chcesz też zapomnieć rozmowy z chirurgiem i twojej prośby o to, żeby powiedział ci coś zabawnego przed operacją, a on mówi, że z chirurgii był najgorszy na roku hahahahaah, ale w sumie to tylko żart hahahah taki na rozładowanie emocji hahahaha. Postanawiasz nie zapomnieć również siebie w tym wszystkim. 

Z zamyślenia wyrywa cię dźwięk rozsuwanych drzwi windy i podmuch powietrza - zapach środków dezynfekujących, narodzin, frytek, śmierci i kawy z automatu. Do głowy przychodzi ci głupia myśl, że fajnie jest być pomiędzy smutkiem, a radością, pomiędzy „tak” i „nie”, pomiędzy „chcę” a „nie chcę”. Nie musisz się szczypać, wiesz, że ci się to nie śni, bo przecież masz ze sobą swój mały ból, z którym i tak za niedługo będziesz musiał się rozstać. Powoli, krok za krokiem zmierzasz w stronę wyjścia, popychasz drzwi, łapiesz haust świeżego powietrza i już wiesz, że nie jesteś tym, kim byłeś, gdy tu przyszedłeś, ale twoje demony zawsze będę te same.




Fot. Mark Harless