środa, 2 grudnia 2015

Zegar z kukułką

Dla pierwszego lepszego przechodnia Bernard Cichoń mógł wyglądać tak, jakby patrzył przez okno swego gabinetu na lewe skrzydło trójkolorowego budynku szpitala psychiatrycznego, w którym pracował od dziewięciu lat, ale tylko wnikliwy obserwator mógł zauważyć, że psycholog tak naprawdę gmerał wzrokiem w sobie. Jasne, nikt przy zdrowych zmysłach nie katowałby się świadomym podziwianiem wściekle jaskrawych kolorów szpitalnej fasady, na widok których nawet katatonicy okazywali zniesmaczenie. Cichoń lubił pracę psychologa, bo od zawsze chciał pomagać ludziom, ale po jakimś czasie przekonał się, że wybrał ten zawód także po to, żeby każdego dnia dowiadywać się jak najwięcej o sobie. Czuł się spełniony również w życiu osobistym. Właściwie nie byłoby nadużyciem, gdyby powiedział, że jest szczęśliwy, wszak rzadko odczuwał jakikolwiek życiowy dyskomfort. No, może z wyjątkiem tych chwil, kiedy bywał w gościach, bowiem tak się składało, że przyciskała go wówczas potrzeba załatwienia „grubszej sprawy”, więc wizytował toaletę gospodarzy domu i poniewczasie odkrywał, że właśnie skończył się papier toaletowy. Miał do wyboru albo wezwać wsparcie, albo unieść się honorem z wiadomej pozycji i pogrzebać w podręcznych szafkach, w poszukiwaniu zapasów klopapieru. Gorzej, gdy w toalecie nie było niczego poza sedesem, ale to Bernard wolałby przemilczeć.



Miał swoich ulubionych pacjentów, a kiedy ktoś zawitał do gabinetu po raz pierwszy, Cichoń potrafił ze sposobu, w jaki ci ludzie opowiadali o swoich problemach, mniej więcej ocenić, czy to jednorazowa przybłęda, czy przyszły stały bywalec. Zdecydowanie częściej na wygodnym fotelu po drugiej stronie jego biurka ze sklejki zasiadały kobiety, bo i częściej, zdaniem psychologa, miały odwagę przyznać, że skoro coś w ich życiu nie układa się tak, jak powinno, to nie ma co się siłować, tylko trzeba wziąć większy młotek. No i przychodziły po ten „większy młotek” do niego. Opowiadały o swoich problemach, przeplatając opowieści płaczem, śmiechem i złością. Wychodziły lżejsze. Za tydzień zazwyczaj wracały, znowu wlokąc za sobą nogi, jakby były z ołowiu. 

Trwało to czas jakiś, aż przychodził przełom - w końcu coś w nich pękało i nie wychodziły z gabinetu a wylatywały jak na skrzydłach. Bernard wiedział dlaczego tak się dzieje, przecież był wcale niezłym psychologiem, prawda? Po prostu w pewnym momencie uświadamiały sobie, że większy młotek od zawsze miały przy sobie, ale bały się go użyć. Opowiadając o swoich piekiełkach, wypowiadały na głos to, co będąc wcześniej niewypowiedziane, wydawało się wielkie, straszne i nie do przełknięcia, a okazywało się małe jak musze gówno. I nagle dla jednych, ukochany lecz patologicznie zdradzający mąż stawał się zakompleksionym i żałosnym mężczyzną, niewyobrażalnie głupim, bo tłumaczącym swoje zdrady genetycznym spadkiem po ojcu, a „przecież to nie jego (męża) wina, że miał takiego ojca i w ogóle jest mu bardzo ciężko z tym, że musi tak zdradzać i zdradzać, i sam się w tym już gubi, ale cieszy się, że ma taką wspaniałą i wyrozumiałą żonę”. Dla innych, toksyczna, despotyczna i nadopiekuńcza matka stawała się balastem, który odcinały jednym precyzyjnym cięciem, jak starą pępowinę-pasożyta, która miast dawać - zabierała tlen. Te samotne zwalniały się ze znienawidzonej pracy, wyjeżdżały w świat przeżywać przygodę życia, z dala od obleśnych szefów, wygodnych kapci i debilnych seriali. Były też takie, które mówiły, że nie wiedzą po co tu przyszły, bo w zasadzie są zadowolone z życia i w szczęśliwych związkach, ale po długiej chwili milczenia przyznawały, że odczuwają swędzenie w okolicy godności, w chwili, gdy milkną, kiedy ich partnerzy marszczą czoła na wieść o tym, że chciały same lub z koleżankami gdzieś wyjść, pojechać, czy zrobić coś tylko dla siebie („A co z dziećmi?” „Od bycia matką nie ma urlopu, wiesz przecież.” „Chyba odbiło ci z tym wyjazdem, co ja powiem mojej matce?” „Jak to sama? Masz kogoś?”). Te odważniejsze chwaliły się paletami wyzwisk, jakich użyli partnerzy do namalowania ich „patologicznych” portretów cicho- i dupodajek (zdziwione, ale szczęśliwe, że w ogóle mężowie jeszcze o ich dupach myślą). Barwy szczęścia nieco różniły się od tych na paletach, ale nikt przecież nie mówił, że miłość jest wolna od czerni. Nakładały więcej pudru na zapuchnięte od płaczu oczy i brylowały w otoczeniu, jako te pewne siebie, świadome i silne przedstawicielki swojej płci. A w nocy, kiedy cały dom spał, wstawały cichutko, wyciągały z przewodu kominowego kryzysową butelkę metaxy i jednym haustem zapraszały do siebie ukojenie, wspierane groźbami cedzonymi przez zaciśnięte usta oraz solą łez - zadowolone, że udało im się zrobić coś bez pozwolenia i widoku czyjegoś zmarszczonego czoła.

Po takich wizytach, wracając spacerkiem do domu, myślał sobie Cichoń o swojej żonie, czy aby na pewno jest z nim szczęśliwa i na wszelki wypadek, tuż po przekroczeniu domowego progu, podsuwał jej pomysł na wypad z koleżankami, oferował opiekę nad ich czteroletnim synem i deklarował nieodpartą chęć odwiedzenia jej rodziny w Krościenku Wyżnym. Ale Bernard, jak na każdego z Cichoniów przystało, miał mądrą żonę (była anglistką w pobliskim gimnazjum i specjalistką od demaskowania prób wciskania jej kitu), która po Bernardowym wtręcie o jej rodzinie, nabierała podejrzeń, bowiem wiedziała, że choćby nie wiadomo jak rozbuchana była rodzinna miłość Cichonia, to jednak do Krościenka Wyżnego nie doleci. A wszystko przez pewnego krościenkowego amanta, który smalił cholewy do niej i którego uwielbiała krościenkowa rodzina, zaś ona - Cichoniowa żona (zanim jeszcze nią została), nie dość, że ośmieliła się amanta nie wybrać, choć miał magistra z marketingu i działkę pod budowę, to jeszcze wybrała nieśmiałego studenta psychologii, z którym po skończeniu studiów na UMCS-owskiej anglistyce wróciła w jego rodzinne strony, czyli do małego miasteczka na południu Polski, słynącego ze sporej liczby emerytów, rencistów i z browaru produkującego liche obecnie piwo (ten ostatni fakt upodobał sobie ojciec Cichoniowej żony, bo za każdym razem, kiedy spotykali się podczas rodzinnych uroczystości, nie omieszkał tego Bernardowi przypomnieć). Mieli oboje szczęście, bo akurat były to jeszcze czasy, kiedy w piętnastotysięcznym mieście po rzetelnym oraz stałym molestowaniu potencjalnych pracodawców i przy cudownym zbiegu okoliczności można było po roku wychodzić sobie etat, i to nawet w zawodzie. Po zdarciu dwóch par butów Bernard zamelinował się w końcu jako psycholog w poradni zdrowia psychicznego i szpitalu psychiatrycznym, a jego żona we wspomnianym już gimnazjum. 

Mądra Cichoniowa żona, po małżonkowej deklaracji odwiedzenia krościenkowej rodziny, domyślała się o co chodzi i mawiała: „Cichoń się wyluzuje, żona jego jest z nim szczęśliwa i jeśli będzie chciała gdzieś pojechać sama, to go niezwłocznie powiadomi.” Po takim wyznaniu Bernardowi znacznie poprawiał się humor. „Fajna ta moja żona - myślał sobie - zawsze mam z nią o czym rozmawiać, zagra ze mną od czasu do czasu w Tekkena, podsuwa mi najlepsze książki do czytania  i w dodatku wcale nieźle mnie zna, a dobrze jest mieć kogoś, kto cię zna, zwłaszcza w momentach, kiedy już nie wiesz, kim jesteś.

Tego dnia miał pięciu pacjentów, z których troje straciło kogoś bliskiego. Dwójka przychodziła do Cichonia od kilku miesięcy, zaś ten trzeci to nowy pacjent. Trzy tygodnie temu, po krótkiej chorobie zmarła mu żona. Małżeństwem byli od dziesięciu lat. „Tyle samo, co my” - pomyślał Cichoń, patrząc na tego skulonego i zmęczonego mężczyznę, który siedział przed nim od pół godziny i za każdym razem, kiedy chciał wymówić imię żony, chował twarz w dłoniach i szlochał. Wyznał, że przyszedł tu, bo musi się zająć siedmioletnią córką, a czuje, że z każdym dniem ma na to coraz mniej siły. Codziennie bierze do ręki rzeczy żony i dokładnie je ogląda, wciąż zdziwiony, że są tak samo zimne, jak jej dłonie, które z dłońmi obecnie już nic wspólnego nie mają. Bernard zrobił to, co mógł zrobić jako psycholog - zamienił się w gigantyczne ucho, podsunął mężczyźnie chusteczki i autentycznie się zatroskał, bo tak się składa, że trzydzieści pięć lat temu przyszedł na świat z nadmiarem empatii. Pozwolił mu mówić, od czasu do czasu zadając z pozoru nic nieznaczące pytania. Wiedział, że upłynie kilka miesięcy, zanim mężczyzna wróci do względnie znośnego życia, ale w końcu tak się stanie. Musi. 

„A co jeśli nie?” - tego i tym podobnych pytań zadawanych samemu sobie bał się najbardziej, bo ich pojawienie wnosiło w Cichoniowe myśli zwątpienie w sens wykonywanej pracy i własne umiejętności. Na szczęście owo zwątpienie było chwilowe, bo miał dar samoopierdalania się w momentach, kiedy czuł, że za dużo się robi Cichonia w psychologu. Używał potem wszystkich swoich mocy, aby pomóc pacjentowi i tym razem zamierzał zrobić to samo. Zapytał mężczyznę, czy zgodzi się, aby wyznaczyć mu małe zadania na każdy dzień tygodnia, aż do następnego spotkania. Wiedział, że usłyszy odpowiedź twierdzącą, ale wolał użyć pytania, a nie polecenia, bo chciał, żeby jego pacjenci wiedzieli, że zawsze mają jakikolwiek wybór. Mężczyzna co prawda wyszedł z gabinetu ciągnąc wzrok po podłodze, ale za to odrobinę spokojniejszy. „To strasznie niehumanitarna teoria, ale większość ludzi naprawdę da się wytresować, nawet do radzenia sobie ze stratą” - zamonologował sobie wewnętrznie Cichoń i naskrobał to spostrzeżenie w notatniku, po czym ubrał płaszcz, owinął się ciasno szalikiem, pożegnał panie w rejestracji i wyruszył jak zwykle piechotą do domu. 

Owszem, posiadał samochód, ale dla zdrowotności własnej duszy wolał po pracy dotleniać się i robić użytek z nóg. Koniec listopada był wyjątkowo wietrzny, ale Bernard akurat lubił wiatr. Kojarzył mu się z dobrymi zmianami i niosącą sens dynamiką. Przenosił z miejsca na miejsce suche liście, zmuszał drzewa do ruchu, targał gałęziami i sumieniami, bo przenikliwie wciskał się pod płaszcze, powodując u ludzi chwilowe wybudzenie z letargu, w jaki powpadali między zapaleniem jednego a drugiego znicza w okolicach Zaduszek. Cichoń lubił te momenty, kiedy drepcząc krok za krokiem, zostawał sam na sam ze swoimi myślami. Minął klasztor, który zamajaczył mu gdzieś z oddali wieżą zegarową, przeciął skrzyżowanie i maszerował ulicą Mickiewicza (w każdym mieście jest jakaś ulica Mickiewicza), którą zawładnęły stare kasztanowce i lipy. Co jakiś czas przystawał i wsłuchiwał się w ich skrzypienie. Czuł od tego dźwięku ciarki na całym ciele, ale nie umiał sobie wytłumaczyć dlaczego. Być może za każdym razem, gdy go słyszał zdradzał syndrom psa Pawłowa i podniecał się, bo wiedział, że zaraz dotrze do domu, napije się z żoną gorącej herbaty, pobawi się z synem, poczyta coś i pójdzie na strych porządkować rzeczy po babce, po której odziedziczył w spadku kamienicę. 

Babka zastrzegła w testamencie, że kamienicę dostaje „Beniuś”, ale musi co trzy miesiące odwiedzać jej grobowiec i czyścić tak, żeby się świecił, jak łysina burmistrza Pazura. Boże broń ludwikiem, bo smugi zostają, a nie po to babka waliła w mogiłę-willę piętnaście tysięcy polskich złotych, żeby byle czym ją szorować. W razie niedotrzymania obietnicy zobowiązała się straszyć Cichonia po śmierci w sobie tylko znany sposób. Bernard wolał nie prowokować babki po śmierci, bo i tak za życia wszyscy się jej bali, toteż sumiennie odwiedzał jej grób i polerował go płynem do lastryko za trzydzieści złotych. Teraz jednak Cichoń kroczy ulicą Mickiewicza i przez niewidzialną słomkę sączy melancholijnego drinka z pływającą w nim cytrynką rzeczywistości. 

Przechodził akurat obok supermarketu i postanowił wstąpić po jakieś „przegryzacze” na seans filmowy, bo był piątek, a zazwyczaj w piątki, kiedy mały nocował u Cichoniowej matki, robili sobie z żoną maraton filmowy, podczas którego pili wino i jedli chipsy, a potem robili sobie razowe kanapki z odtłuszczonym serem camembert i kiełkami brokułu, żeby nie mieć wyrzutów sumienia po tych chipsach. Po winie nigdy nie mieli. Przeciskał się z koszykiem między stękającymi ludźmi, pchającymi wózki wypakowane po brzegi jedzeniem i miał wrażenie, że co chwilę ktoś chucha mu kwaśnym oddechem w kark. Ani myślał przekonywać się, czy mieszka w nim ludobójca, więc szybkim truchtem przemieścił się w stronę kasy, chwyciwszy w biegu dwie paczki chipsów i butelkę jakiegoś macedońskiego sikacza. Opuścił supermarket przestraszony, bo poszedł tylko po chipsy, a wyszedł jakby wracał z Wietnamu. Parę głębszych wdechów i Cichoniowy kortyzol był już w normie. Postał chwilę w celach terapeutycznych pod skrzypiącą lipą, a potem podreptał w stronę kolejnego skrzyżowania. 

Wpatrywał się w czerwone światło sygnalizatora na przejściu dla pieszych i cierpliwe czekał, w przeciwieństwie do niespokojnie kręcącego się nastolatka czekającego po drugiej stronie. Bernard sam nie wie, jak to się stało, że mimo zmiany światła na zielone nadal stał w miejscu. Stał i widział, jak w przechodzącego przez pasy chłopaka wjeżdża granatowe kombi. Patrzył jak zahipnotyzowany na ciało upadające tuż przy krawężniku, krew ściekającą do studzienki kanalizacyjnej, nienaturalnie powyginane nogi, jakby każda chciała pójść już w inną stronę. Widział starszego, nieprzytomnego człowieka za kierownicą kombi, którego bezwładnie zwieszona głowa zwiastowała dożywotnie poczucie winy. To dziwne, ale nie słyszał nic. Ani wycia syren, ani krzyku przechodniów, ani wiatru. Jakby chwilowo doznał czegoś w rodzaju deprywacji sensorycznej słuchu. Osunął się na chodnik i usiadł w kałuży czerwonego wina, które wylało się ze stłuczonej butelki. I siedział tak w towarzystwie śmierci, własnej niemocy i cudzych spojrzeń, dopóki ktoś nim nie potrząsnął. To sanitariusz oferował mu coś na uspokojenie. - Ale ja jestem spokojny. - powiedział Cichoń i zaskoczył się własnym głosem, bo jakoś nie bardzo go poznawał. Podniósł się z chodnika i poczuł, że musi coś zrobić. Właściwie to chciał musieć coś zrobić i czekał, aż mu to chcenie przyjdzie. Na próżno. Pamiętał tylko, że rozmawiał z policjantami, ale co mówił? Tego już nie mógł sobie przypomnieć. Po godzinie, która zdawała się Bernardowi wiecznością, było już po wszystkim. Przechodnie poszli dalej, ciało nastolatka zabrano do kostnicy, a kierowcę do szpitala. Jutro pewnie deszcz zmyje zaschnięte strugi krwi i ślad po winie…

Cichoń wracał do domu na drewnianych nogach i po raz kolejny tego dnia się zaskoczył, bo nie przychodziła mu do głowy żadna z tych rzeczy, które zazwyczaj przychodzą, gdy śmierć gładzi nas po policzku. Wcale nie wyobrażał sobie, że od teraz będzie pracował nad poprawą jakości swego życia, nie zapragnął nagle skoczyć ze spadochronem nad kanionem Colorado i nie zobaczył siebie w czerwonym ferrari. Zamiast tego przypomniał sobie, że będąc w liceum, pałał platoniczną miłością do Kaśki Nosowskiej i chciał do niej zadzwonić, ale zrezygnował, bo stwierdził, że chyba nie znajdzie jej numeru w książce telefonicznej. Zawstydził się trywialnością tego wspomnienia i zrugał siebie w myślach, ale nic to nie dało, bo oto następne głupie wspomnienia pchały mu się przed oczy: Bernard piszący przy świeczce buntowniczy wiersz, którego pisanie skończył wtedy, kiedy skończył się jego bunt, czyli mniej więcej po dwóch wersach, których awangardowe przesłanie: Siedzę na kiblu przeznaczenia / I robię kupę przypadków, obudziło w nastoletnim Cichoniu nadzieję na poetycką karierę; Bernard siedzący na ławce w parku i czekający na dziewczynę, z którą się umówił i która nie przyszła; ośmioletni Bernard składający ręce do modlitwy w komunijnym uniesieniu na mszy i podnoszący je do nosa, aby móc swobodnie w nim podłubać (co nie uchodzi uwadze księdza Barczaka); Bernard-magister na rozdaniu dyplomów, rzucający z radości biretem tak niefortunnie, że obrywa nim sam rektor; Bernard mdlejący przy pobieraniu krwi; Bernard wymiotujący oranżadą na osiemnastce kuzyna; Bernard stojący nad trumną babki i - ku zgorszeniu rodziny - głupkowato się uśmiechający, choć zaklinał się na wszystkie świętości, że to z bólu po jej stracie nie panował nad mimiką... 

- Kurwa! - wyrwało się wściekłemu Cichoniowi i musiał przyspieszyć kroku, bo jakaś starsza kobieta właśnie otwierała usta, aby uderzyć go w twarz reprymendą. Jak to możliwe, że w takim momencie przychodzą mi do głowy takie bzdury? - pytał sam siebie. Oparł się zmęczony o drzwi mieszkania i gmerał w kieszeniach w poszukiwaniu klucza. Po przekroczeniu progu stwierdził, że nie ma nikogo w domu. Przypomniał sobie, że żona wspominała wczoraj coś o wizycie z małym u znajomych, więc poczuł ulgę, bo nie chciał dziś z nikim rozmawiać o tym, co widział. Odgrzał wczorajszą zupę, ale jej nie tknął. Wisiał z łyżką nad parującym talerzem i lustrował pływające w zupie plasterki marchewki. W końcu dał za wygraną, odszukał w apteczce butelkę z hydroksyzyną, wypił dwie łyżki i schował się pod kołdrą. Czuł coraz większy ciężar powiek i uwalniał się od natręctwa myśli, które sprowadzało się do tego, że nie mógł sobie uzmysłowić, co jest w jego życiu najcenniejsze. Wreszcie zasnął. 

Śniło mu się, że razem z żoną huśtają się na wskazówkach gigantycznego zegara, przestawiając je według własnego widzimisię. Zegar był z kukułką, ale zamiast kukułki zza malutkich, niebieskich drzwiczek, znajdujących się pod tarczą, wyskoczyła babka. - Babciu, gdzie Ty się podziewasz?! - ucieszył się Bernard. - Umarłam, więc gdzie do kurwy nędzy Twoim zdaniem mam się podziewać?! - błysnęła w swoim stylu babka. Bernard poczuł zakłopotanie, jak zawsze wtedy, gdy babka okazywała się bystrzejsza od wszystkich. - W niebie? - strzelał niepewnie Cichoń. - Rozum ci chyba odjęło w tej pracy z wariatami! - zrugała go babka - przecież widzisz, że w zegarze mieszkam. - Ale jak to? - dziwił się wnuczek. - Srak to! - ucięła babka. - Siedzę tu i handluję godzinami, jak jakaś stara lampucera cebulą na targu. Wszystko przez to, że miałam zmysł do interesów, ale za mało czasu na inne rzeczy… dla ludzi… - Znaczy się, że siedzisz tu, bo musisz? - Tak jakby, chociaż co innego jest moją karą. - A co takiego? - zaciekawił się Cichoń. - Bezczas. - Babka posmutniała i omiotła wzrokiem czubki swoich butów. - Ale kto cię tak ukarał? - dociekał Bernard. - Ja sama, niemoto sakramencka….

Cichoń otworzył oczy. Było już ciemno. I cicho. I ciepło. W uszach dźwięczała mu jeszcze obelga babki, ale szybko strzepnął resztki niedorzecznego snu na podłogę. Zadeptał je na wszelki wypadek kapciami i powlókł się do kuchni zaparzyć herbatę. Zaświecił światło, zobaczył talerz z zimną zupą i zmięte opakowanie chipsów. Zrobiło mu się niedobrze. Powypadkowe obrazy nękały go bezlitosnymi falami, ale o dziwo czuł się już znacznie lepiej na duchu. Sprawdził, która godzina i zaśmiał się po cichu, bo wyobraził sobie, że babka mieszka w jego cyfrowym zegarze i jakimś cudem posiadła zdolności operowania nowoczesnymi technologiami. Miał jeszcze trochę czasu zanim wróci żona z synem, więc postanowił przejrzeć pudełko ze zdjęciami, które przyniósł wczoraj ze strychu. Uniósł sfatygowane wieczko i wziął do ręki pierwsze z brzegu zdjęcie, a na nim oparta o drewnianą komodę stała babka i... głupkowato się uśmiechała. Tuż nad jej prawym ramieniem wisiał na ścianie zegar z kukułką.



Grafika: Niel Quisaba