sobota, 6 sierpnia 2016

Momenty

Moment, kiedy jest już ciemno, a ja wracam boso po rozgrzanym chodniku do domu i oglądam się przez ramię - nie ze strachu, ale dlatego, że czuję, jak za moimi plecami wieczór pęcznieje w zachwycie nad samym sobą i lada chwila wypchnie mnie poza nawias wszystkiego, czego się boję.

Moment, kiedy jest mi tak smutno, że własne dowcipy mnie nie śmieszą i płynę w tym smutku do ogrodu, targana zmyślonym wiatrem, a w nozdrza wdziera mi się dobrze znany zapach z pobliskiego browaru, dopływam do krzaków malin, znajduję taką wielkości śliwki i przez te 30 sekund czuję radość i zadziwienie, zupełnie tak, jak wtedy, gdy powiedzieli mi, że gumę Donald można kupić już w kiosku, a nie w pewexie.



Moment, kiedy trzyletnia Marysia opowiada mi o tym, jak „rzygała  po frytkach z macdonalda”, że ma „medyczne nogi”, kocha mnie „na całym ciociowym świecie” i pyta o to, „co to są borączki”, gdy mówię, żeby nie dotykała ściany, bo rączki są brudne, a sześcioletnia Marta, zasypiając, mówi mi: „ciociu jestem twoją fanką”.

Moment, kiedy widzę przejechanego przez samochód psa i dławiąc się łzami, jeszcze ciepłego ściągam z ulicy, aby nie umierał sto razy po własnej śmierci.

Moment, kiedy po ciężkim dniu w pracy, w trzydziestostopniowym upale wracam do domu, a potem opieram spocone czoło o zimne kafle w łazience.

Moment, kiedy w letnie, leniwe popołudnie huśtam się na huśtawce pod rozłożystym orzechem, odchylam głowę do tyłu, widzę nad sobą wyzierające spomiędzy liści ruchome plamy kobaltowego nieba i cieszę się, że umiem się jeszcze zachwycać.

Moment, kiedy jadąc rowerem bez trzymania kierownicy mam w uszach ukochaną muzykę, rozkładam szeroko ramiona, a świat dookoła to mój własny teledysk.

Moment, kiedy spotykam w lesie jelenia i przez całe 20 sekund cieszę się, że jestem człowiekiem, który celuje do niego wzrokiem, a nie bronią.

Moment, kiedy słyszę i widzę, że jacyś obcokrajowcy niechcący stłukli przy kasie kilka butelek piwa, a inni klienci patrzą na nich z drwiącymi uśmieszkami.

Moment, kiedy czytam, że ilunga, to „uznane w 2004 roku za najtrudniejsze do przetłumaczenia słowo na świecie, w dużym uproszczeniu oznacza: "Pierwszy raz przebaczasz, drugi raz tolerujesz, ale trzeciego razu już nie ma" - i myślę, że fajnie by było mieć takie imię.

Moment, kiedy patrząc na swoją akację, porośniętą bluszczem, wyobrażam sobie, jak wyglądałby świat bez drzew.

Moment, kiedy robię kolejne zdjęcie swoich stóp i uświadamiam sobie, że posiadam dziwactwo fotografowania ich w różnych miejscach, a potem biegnę oglądać swoją kolekcję: stopy na ścieżce w Bartnem, stopy na schodach kościoła, stopy na leśnej ściółce, stopy na chodniku - i tylko ja jedna wiem, gdzie te stopy były.

Moment, kiedy uświadamiam sobie, że do szczęścia brakuje mi starej przyczepy kempingowej, po odremontowaniu, której pojadę z bliską osobą na wszystkie kempingi świata, a budzić nas będzie i tak polskie disco polo.

Moment, kiedy gasną światła, a we mnie się wszystko rozjaśnia.

A Ty? Czy też masz swoje momenty?

grafika: pullingmetowardsmyself.tumblr.com

sobota, 9 lipca 2016

Uniesienia

Nie wiem, do czego mogę porównać ostatnie dwa miesiące. Może do zaciśniętej pięści, którą zaciska się już tak długo, że w końcu człowiek zapomina, czy zaciska ją ze złości, czy dlatego, że chce w niej coś ukryć przed światem. Jeśli ze złości, to co mnie zezłościło? Czyżby problemy ze zdrowiem i niemożność nadążania za nimi? 40 godzin tygodniowo wydzieranych z mordy czasu i wymienionych na złotówki w lichwiarskim kantorze o nazwie „Praca”? Przypływy dojmującego uczucia, że tak bardzo by się chciało, a tak bardzo się nie chce, ale nie wiadomo, co by się chciało, a czego nie chce? A może jednak bardziej to, że za często słyszałam: „Koniecznie powinnaś…”, „Musisz…”, „O! Cześć, dawno cię nie widziałam/łem! Masz męża, dziecko, dom, samochód?”, „Gdzie pracujesz?”, „Ile zarabiasz?”


A jeśli ta pięść, to nie ze złości zaciśnięta, ale jednak z chęci ukrycia czegoś przed światem? Tylko czego? Resztek godności, kiedy w sennych majakach nawiedza mnie wizja ponownego zaprzyjaźnienia się z cewnikiem i grania w scrabble z anestezjologiem? Może wywrotowego światopoglądu, bo w małym mieście manifestowanie mentalnej inności to jawna pornografia? Choć w sumie może się co odmieni, bo Doda dziś do Leżajska przybywa na Dni Miasta (świętowane u nas przez jeden dzień - to taka nasza tutejsza logika). A może swojego nowego „ja”, które spodobało mi się tak bardzo, że na myśl o jego utracie rozdwajają mi się włosy i prędzej zostanę twarzą kampanii społecznej pod hasłem „Rozmnażaj się licznie, siedź w domu i nie narzekaj” niż pozwolę to „ja” sobie odebrać?

Tak oto rozmyślając, siedziałam sobie na ławce w małym miejskim parku (wielkości warszawskiego klombu na jakimś równie warszawskim rondzie) i patrzyłam na te swoje pięści, ale po chwili rozprostowałam palce. Nie, jednak nie złoszczę się, bo co to da? Nie, niczego nie muszę ukrywać, bo umiem już obronić to, co dla mnie najcenniejsze.

Nieopodal ławki, dzieci eksploatowały plac zabaw. A raczej próbowały, bo utrudniali im to roztrzęsieni rodzice, roztaczając nad nimi parasole z ubezwłasnowolniających ramion i takichże samych okrzyków: „Nie wchodź tam, bo spadniesz!”, „Nie ściągaj butów!”, „Nie dotykaj tego, bo się wybrudzisz!” To takie zabawne, kiedy się na to patrzy, bo założę się, że ci sami rodzice będąc w wieku swoich pociech, jedli piasek z piaskownicy, tarzali się w obsikanej przez wszelaką zwierzynę trawie, łazili na bosaka, zrywali truskawki z krzaka i wsadzali sobie prosto do buzi oraz lecieli z trzepaków na spotkanie z ziemią, czasem łamiąc to i owo. Że nie wspomnę o konstelacjach niespieralnych plam na każdym ubraniu - nawet tym „kościołowym”.

K***a - myślę sobie po polsku - jakie to wszystko sterylne. Świat wygotowany we wrzątku piętnaście razy i na wszelki wypadek spryskany strachem. Obmacuję go wzrokiem podniesionym z ziemi i brudzę zdecydowanie niesterylnym potem z czoła, które pracowicie tyrało przez ostatnią godzinę w kamieniołomach myślenia o tym, że chyba czas się nie zgadzać. No więc na początek nie zgadzam się na sterylność i zjadam m&m’sa, którego przed chwilą niechcący panierowałam w piasku.

A gdzie byłam, gdy mnie tu nie było?

- Szukałam uniesień - komunikuję Panu B.
- I co?
- Myślę, że najlepiej będzie, jeśli sama siebie poniosę.

niedziela, 8 maja 2016

Wszystko w normie

Wszystko u mnie w normie. Plany na majówkę ambitne miałam. Chciałam się zaczytać na śmierć, ale rzeczywistość mnie reanimowała. Nic nie szkodzi. Zabiję się czytaniem kiedy indziej. Dużo ostatnio siedzę w Sobie. To taka knajpa, której nie ma, ale sporo się w niej dzieje, więc dobrze się tam siedzi i gdy urwie mi się film, to przynajmniej nikt mnie z niej nie wyrzuci. Z kalendarza robię użytek: na każdej stronie chcę równoważnikami zdań streszczać zwykłe życie i nie wiem, dlaczego tak się dzieje, że zdania wychodzą niezrównoważone, ale życie, choć niestreszczone, to jednak zwykłe.

Potem czytam ten mój kalendarz, a tam czarno na białym napisane, że to był całkiem żyzno-nieurodzajny dzień, że umiem ugotować trzy zupy, więc moje akcje na giełdzie matrymonialnych papierów wartościowych podskoczyły o jedną zupę, że lubię tę dziwną ciszę w biurze, gdy jestestwo siedzącej przy biurkach czwórki ludzi sprowadza się do ich oczu wpatrzonych w ekrany komputerów, że ekspres do kawy brzmi zupełnie jak kombajn z tłumikiem, koszący zboże, z którego potem wypieką chleb, a ja go zjem lub nie, że kot po mnie łazi w nocy i przez to śni mi się czarna Chinka robiąca mi masaż grzebieniem zrobionym z klocków Lego, że w przewodnikach o moim mieście nie ma nigdzie wzmianki o tej budzie z najlepszymi zapiekankami stojącej na Rynku, że chmury wyglądały jak wyspy, że lubię wąchać drewno ołówka, że jedząc seler naciowy, hałasuję codziennie na całe biuro, że biernie się wkurzam a chciałabym aktywnie i że mogłabym czasem tylko siedzieć i łuskać fasolę z Myśliwskim, ale jak na złość fasola już wyłuskana, w markecie w polimerowych workach leży, a Myśliwski na Ursynowie w Warszawie - w sumie też polimerowej - przy biurku siedzi i co najwyżej wyłuskuje litery z alfabetu na zupę ze słów.

Chodzę spać wcześniej. Ponoć to dla zdrowia i urody dobre, ale kolano mi trzeszczy i nie wypiękniałam - chyba bardziej już się nie da. Nie mam kur i nie wiem, czy chodzimy spać o jednej porze, ale o 22.00 wywracają mi się oczy do góry białkami i nogami, i te nogi mi się wywracają do góry palcami. Sny mam jak każdy - w normie. Na przykład dziś śniło mi się, że wracam do domu nocą i widzę psy tańczące w białym świetle latarni, a na płocie wisi transparent z napisem „Święto Psów”. Niosę dwa lewe sandały i patrzę zdziwiona na swoje nogi, a tam też dwie lewe stopy, na jednej napis offline, na drugiej online i jest mi wstyd, bo co sobie o mnie sprzedawczyni pomyślała w sklepie obuwniczym, gdy to zobaczyła.

No więc łażę w tym śnie i skręcam w zamyśleniu stopą online oczywiście w lewo i widzę mur wysoki, ale z tektury, a na nim cegły namalowane, wyciągam zapalniczkę i podpalam go. Za murem chór dzieci z dziurami w głowach z tutejszego gimnazjum śpiewa We don’t need no education…, a mnie paraliżuje strach, bo nie mogę sobie przypomnieć, czy zdałam maturę. Budzę się o czwartej nad ranem zlana potem i lecę szukać w papierach starych świadectw. Uff, zdałam. Gaszę lampkę, ale zasnąć nie mogę, bo podskórny niepokój mnie swędzi, że może jednak maturę mam niezdaną, a świadectwo podrobiłam. Postanawiam smsa napisać do kogoś i się upewnić, ale myślę sobie, że pewnie zajęty o czwartej nad ranem będzie i nie odpisze, a ja dalej z tym niepokojem leżeć będę w jednym łóżku, więc rezygnuję. Wychodzę do toalety, a gdy wracam na górę, widzę, że kot żuje to moje świadectwo maturalne i autografy na nim pazurami składa. Prawdziwe musi być, podróby by nie jadł - konkluduję zadowolona i idę spać.

Kolejny sen też w normie. Śni mi się, że kot podpowiada mi na maturze. Wszystko idzie dobrze, ale ostatecznie nas wyrzucają, bo ktoś zadzwonił z jakiegoś urzędu z informacją, że mój sąsiad ma dach z azbestu, przez co ja mogłam zostać napromieniowana wiedzą o treści zadań maturalnych. Nie pomagają moje tłumaczenia, że gdybym znała pytania wcześniej, to nie brałabym kota jako ściągi. Wracam do domu, ale po drodze spotykam listonosza, który wręcza mi list. Mówi, że otworzył go i przeczytał, bo w jego życiu nic się nie dzieje. Chcę go opierdolić, ale jednocześnie rzucam okiem na treść listu, a tam jest napisane, że adoptowano mnie z Brazylii, więc odpuszczam listonoszowi. Czuję nieznaczną ulgę, bo przynajmniej wyjaśnia się, dlaczego tak nienawidzę zimy.

Okna w domu zasłonięte biało-czerwonymi roletami. Słyszę „Jeszcze Polska nie zginęła…”, ale sama chcę zginąć, bo to wykonanie Edyty Górniak. Co robi Górniaczka w moim śnie? - dziwię się i nadal pozostając w ogólnym zadziwieniu brnę przez korytarze domu i podświadomości. Następnie wchodzę do pokoju. Przy półkach z książkami stoi Pan. B. i pakuje niektóre z nich do torby. - Co pan robi do licha i kurwy nędzy?! - drę się jak stare prześcieradło. - Konfiskuję niehigieniczne dla pani umysłu książki - z jakąś taką demoniczną dezynwolturą oznajmia Pan B., a ja patrzę jak w jego torbie znikają Dzieci z Bullerbyn i Idiomy hiszpańskie. To się nie dzieje naprawdę - myślę sobie szeptem, bo boję się, że Pan B. decybele myśli wychwytuje nawet, uszczypnie mnie i wszystko okaże się prawdą. Już chcę go zatłuc Słownikiem symboli Kopalińskiego, ale moją uwagę odwraca znajomy dźwięk, który wwierca mi się w mózg, jak południowokoreańskie techno. Skąd ja znam ten dźwięk? Już czuję, że mam odpowiedź na końcu języka, ale otwieram oczy i słyszę budzika pikpikanie.

Radość niewysłowiona ogarnia mnie, że to tylko sny nie bardzo strawne, bo może za dużo tego selera jem jednak. Do łazienki lecę, chlustam w twarz wodą lodowatą. Trzeźwieję z resztek snu, kac jawy nie boli, ale czuję jakiś ferment. Mimo wszystko cieszę się, że jednak czuję. 



poniedziałek, 18 kwietnia 2016

Balans

Jednostajny warkot kosiarek wycina brzydkie dziury w idealnej materii ciszy sobotniego przedpołudnia. Kwietniowe słońce, z gatunku tych zdecydowanie nieimpresjonistycznych, grzeje czoła eksploatujących kosiarki i odkłada się na ich twarzach w postaci trudnych do identyfikacji grymasów - coś jakby obecna nieobecność albo inny tandetny oksymoron.

Być może te kilka godzin, to jedyny czas, w którym mogą sobie pozwolić na swobodny przepływ myśli, bezeceństwo nieposiadania problemów i urlop od rzeczywistości, którą w tej oto właśnie chwili koszą do pięciu centymetrów ponad ziemię. Dookoła pęcznieje wiosna - lada chwila wybuchnie nieproszona, niczym życiowa gorycz w zbyt długich kolejkach do kasy, bo węgiel do grilla już w promocji.

Ziemia po wczorajszym deszczu oddycha pełną piersią - spróbuj lekko zmrużyć oczy, a zobaczysz to delikatne, leniwe falowanie. Wciągnij jej zapach odgrzybionymi z zimy płucami. Czujesz tę śmieszną euforię, prawda? Skądś przyplątał się wiatr, białe płatki kwiatów wirują pod drzewami i kończą swoje nieme występy w trawie. Owacji na stojąco nie będzie. Wszyscyśmy widzieli ten spektakl wiele lat z rzędu, zawsze o tej samej porze. Klaskaniem nam obrzękły prawice.

O 13.00 ruch w mieście płynnie przechodzi z pośpiesznego na nieśpieszny. Wypakowane po brzegi wózki w marketach, pchane przez cierpiących na bezsenność pacjentów tutejszych psychiatrów, przetaczają się sennie między regałami po raz setny. „Kupić tę lampkę ogrodową, czy nie kupić? Oto jest pytanie." - Szekspir w przekładzie dla konsumpcyjnego człowieka.

Parkingi pustoszeją. Dywany się trzepią. Domestosy się leją. Ciasta się pieką. Domy i mieszkania się wietrzą, a w każdym tym domu i mieszkaniu mniejsza lub większa kolekcja pozorów honorowe miejsce na meblościance zajmuje. Płynący czas zakłada na miasto coraz to ciemniejsze filtry. Za chwilę zapadnie zmrok.

Jest już całkiem cicho i ciemno, kiedy zamykają się za mną drzwi pływalni miejskiej. Drepcząco przemieszczam się w stronę swojego nieposprzątanego domu. Buty nowe nienawidzą moich pięt. Wstydu nie mam, więc klapki basenowe z odsieczą przychodzą. Klapię zatem przez ten ciepły, kwietniowy wieczór, czując się trochę niczym derywat samej siebie z wczoraj, myśli kłębią się w głowie jak bezdomni pod jadłodajnią, ale jakoś tak dobrze mi jest w tym klapaniu.

-  To balans jest, proszę pana, złoty środek pomiędzy „j” i „a” - oznajmiam zadowolona Panu B. 
Pan B. wygląda jakby znał definicję słowa 'balans'.

Grafika: pinterest

środa, 6 kwietnia 2016

Ad libitum*

We wtorkowy wieczór o 20.24 Natalia bierze głowę w swoje ręce i zadziwia się (nieustannie się zresztą zadziwia) skąd się tyle w niej mieści. I dlaczego głowa Natalii taka odporna się robi, gdy czołem ma bić w jedno wielkie NIE dane jej od świata i ludzi. Ale to tylko trzy litery, z paździerza zrobione w dodatku, więc boli mniej. Natalia pisze w trzeciej osobie liczby pojedynczej, idzie na łatwiznę, bo póki co, nie ma się czym od świata odgrodzić, jak tylko zaimkiem. Poza tym pójście na łatwiznę jest modne, zwłaszcza w pewnych kręgach, bo niby dokąd miałoby się pójść? Czasem do toalety i Żabki. W głowie Natalii, oprócz zadziwienia, mieści się zastanawianie, więc się zastanawia czasem na głos, czy spadanie też liczy się jako latanie?

- Tak, proszę pani - podpowiada Pan B. - jak najbardziej. - Ale gdy na pysk spadnę, a może już spadłam tylko nie czuję, bo umarłam, to też się liczy jako latanie? - docieka ona. - Kiedy na pysk pani spadnie to też się liczy - wtedy dopiero jest prawdziwy odlot - ekscytuje się Pan B.  - Dokąd? - nie odpuszcza Natalia. - A dokąd pani chce? - Do Chile. - Dlaczego akurat tam? - Pan B. zaciekawiony podnosi brew. - Bo tam mnie nie ma.

Natalia również zgadza się z Panem B., że ma nieustanną skłonność do dygresji, ponieważ już wtedy, kiedy była dzieckiem, często rysowała żyłę główną dolną i jej dopływy wraz z deltą, a potem zapominała po co. Ale, że wynikają z tego dobre rzeczy - nie wiedziała.  Sosny za oknem, proste jak życie, kołyszą się w takt wietrznej muzyki. - Świat jest szary. - wyznaje tajemniczo Pan B. - Jak to szary? - pyta Natalia i patrzy na zielone sosny, proste jak życie. - A widzi pani, żeby był czarno-biały? - No w sumie nie.

 - Niech się pani nie dziwi, że ludzie nie lubią, gdy się dzieli po równo i chce się mieć głos w swojej własnej sprawie. To pozostałości po ustroju monarchicznym - niektórym się przyśniło, że nadal mogą czymś lub kimś rozporządzać. - Jakże to?! Królową swojego życia nie mogę być? - Natalia nieco przygasa. - Ależ pani jest! I to nawet carycą Katarzyną. - ekscytuje się Pan. B. - Ale ona rozebrała Polskę, nawet trzy razy i była zepsutą nimfomanką! - oburza się Natalia.  - A to pardon, aż tak dobry z historii nie jestem.

- Wie pan czego chciałabym dla siebie? - dygresyjnie zmienia temat Natalia - Najpierw pokoju na świecie, bo wiem, że to nierealne, ale dzięki temu nie przestanę chcieć czegoś dla siebie i sumienie będę miała spokojne, że dla innych przy okazji też. - A w dalszej kolejności, czego by pani chciała? - Pan B. wytęża uszy. - Na przykład owczarka niemieckiego, bo do lasu z kotem nie pójdę. A tak z innej beczki: śniły mi się liczby importowane. - Co to takiego? - No właśnie nie wiem, dlatego cierpię. W ogóle cierpienie to takie ciekawe słowo, nie uważa pan? Człowiek już w momencie, kiedy je wypowiada cierpi z powodu tego „r”. - Tak, lepiej bym tego nie ujął, czuję się wręcz dźgnięty tym „r”, od razu mnie wszystko boli, nawet to, czego nie mam. 

- Niech pan sobie wyobrazi, że cierpienie to miejsce i pomyśli ile razy częściej niż do toalety, ludzie tam chadzają? - Faktycznie! Ale nie wiem dlaczego, gdy powiedziała pani, abym sobie wyobraził je jako miejsce, to stanęła mi przed oczami dziadkowa wiata na tytoń, w której musiałem co sezon siedzieć. - Hmm… jestem w stanie zrozumieć ten mechanizm, bo kiedy słyszę słowo cierpienie, pierwsze, co staje mi przed oczami, to niezbyt dojrzały ananas, po zjedzeniu którego miałam bąble na języku, a przecież w moim życiu zaistniały dużo bardziej spektakularne obrazy mnie cierpiącej. - Godna uwagi ta pani obserwacja. - Pan B. zamyśla się i nawiązuje kontakt wzrokowy z czubkami własnych butów. 

- Czy coś się da odprzeżyć? - udaje, że nie zna odpowiedzi Natalia. 
- Nie. - udaje, że ją zna Pan B.

O godzinie 20.56, to, co nie mieści się w głowie, Natalia umieszcza gdzie indziej. 


*Ad libitum (łac. według upodobania) – termin podawany w partyturze utworu muzycznego. Dopuszcza całkowitą swobodę w wykonaniu rytmu (rzadziej melodii) danego fragmentu.

grafika: pinterest

niedziela, 3 kwietnia 2016

Przeprowadzka

Witam Was pod nowym adresem, który postanowiłam uspójnić z nazwą bloga, bo stary znienawidziłam, a poza tym gdzieś wyczytałam, że spece od SEO radzą upraszczać to i owo, więc można rzec, że polazłam za postępem. Layout zmajstrowałam przy pomocy świetnego programu do podstawowej (czyt. na poziomie przedszkolnym) obróbki zdjęć i tworzenia różnego rodzaju projektów PicMonkey, który jest dostępny za darmo online. Autorką grafiki (tej w kółku), jest Yelena Bryksenkova, rosyjska ilustratorka, mieszkająca i tworząca w Anglii, zaś autorką zdjęcia w zakładce O mnie - moja utalentowana kuzynka, Magda Nowicka, grająca na keybordzie, gitarze, ukulele, pisząca teksty do własnej muzyki, szydełkująca, jeżdżąca skuterem, mieszkająca w bloku i tworząca w pidżamie.

Pod nowy adres przywędrowały ze mną wcześniejsze posty tak, aby Ci z Was, którzy trafią do mnie po raz pierwszy, mieli szansę je przeczytać, ponieważ za jakiś czas planuję usunąć stary adres. Niestety, nie zaimportowały się niektóre Wasze komentarze oraz moje odpowiedzi na nie, za co przepraszam tych, którzy nie doszukają się swoich opinii we wcześniejszych postach. Jeszcze nie wpadłam na to, co może być tego przyczyną, ale mam nadzieję, że ta wiedza objawi mi się w całej swej istocie, gdy się w końcu wyśpię, niestety póki co musi tak zostać (plus parę innych niedociągnięć, ale powoli będę wszystko dopracowywać). Zmieni się nieco koncepcja bloga, co mam nadzieję będzie sprzyjać większej częstotliwości publikowania postów, choć to d
opiero wyjdzie w praniu. Mam nadzieję, że starzy znajomi będą mi towarzyszyć nadal w moich zmaganiach z klawiaturą, a nowi - gdy zajrzą, to zostaną. Po trzech latach pisania gorszych lub lepszych tekstów, stwierdzam, że jeszcze mi się nie znudziło - wręcz odwrotnie. Pisanie stało się moją tratwą - zobaczymy, dokąd mnie prądy poniosą. W stronę tych, którzy czytają moje posty, generuję wielgachne DZIĘKI za motywację i werbalny doping, który pojawia się akurat wtedy, kiedy mam ochotę rzucić to pisanie w diabły. Czas ruszyć z produkcją kolejnych parapetowych opowieści. Peace and love
.




zdjęcie: Alfred Eisenstaedt

niedziela, 13 marca 2016

Kryminalne zagadki made in Poland cz.2

Po namiętnym romansie z kryminałami Miłoszewskiego cierpiałam na brak dobrych książek w tym gatunku, bo ilekroć jakaś wpadła mi w ręce, zazwyczaj miała kwaśny posmak nieudanej randki, po której wypijasz dla znieczulenia traumy pół butelki merlota, kitranego na czarną godzinę za szafą. Jak już gdzieś tam wspomniałam, traktuję kryminały, jako odmóżdżacze między „cięższymi” lekturami, co nie znaczy, że mam aplikować sobie gnioty. Niestety, jeśli ktoś czytał Miłoszewskiego wie, że niełatwo po nim znaleźć coś dobrego, zwłaszcza wśród rodzimych autorów. Nazwisko Katarzyny Bondy napotykałam dość często, buszując na stronach z recenzjami, ale dopiero wzmianka o tym, że autor „Ziarna prawdy” nazwał ją królową polskiego kryminału, przekonała mnie do sięgnięcia po trylogię o Hubercie Meyerze, policyjnym profilerze z katowickiej komendy. Nie wiem, co miał na myśli Miłoszewski tytułując ją królową, ale wydaje mi się, że aby zasłużyć sobie na takie miano powinno się zaoferować czytelnikom coś więcej niż kryminalną brazilianę upstrzoną mocno średniawymi dialogami.



Trylogię rozpoczyna „Sprawa Niny Frank”. Niczym nieostrożny piroman podjarałam się notą wydawcy i zabrałam się do czytania. Hubert Meyer, policyjny psycholog (lub profiler jak kto woli) zostaje wysłany na Podlasie, do pewnej zapadłej mieściny, w której doszło do zabójstwa znanej aktorki, Niny Frank. Meyer na podstawie oględzin miejsca zbrodni, zebranych dowodów i rozmów z osobami mającymi związek ze sprawą, musi sporządzić portret psychologiczny sprawcy i tym samym ułatwić pracę innym śledczym. Po jakichś pięćdziesięciu stronach minę miałam taką, jakbym nagle zapragnęła coś zjeść, a w lodówce zastała tylko światło. Po dwustu dałam głośny upust swej irytacji, czego nie omieszkała zarejestrować matka (mieszkam nad jej pokojem), bo posłała mi smsa o treści: „Melisę sobie zaparz i się nie drzyj.” Mimo to, czytałam dalej, bo przekonałam siebie, że muszę przebrnąć przez wszystkie tomy w imię wyższej konieczności, a mianowicie, żeby móc się uczciwie wypowiedzieć. Ok, jeśli mam być naprawdę uczciwa to historia wciąga, ale człowiek non stop się wkurza przez te fabularne płycizny, kiepskie dialogi, a przede wszystkim brak autentyzmu (który gliniarz w wieku przedemerytalnym mówi do żony per „duszko”?). I to wszystko przeplatane pornoekscesami ofiary, o których ona sama opowiada w pewnym sensie już zza grobu. Dodać do tego jeszcze problemy osobiste Meyera (niekochana i jęcząca żona, zraniona kochanka), a braziliana jak w mordę strzelił.

Z drugim tomem, „Tylko martwi nie kłamią” jest już lepiej. I nawet byłby całkiem niezły, gdyby autorka ponownie nie pokusiła się o nadprodukcję wątków obyczajowych. Znów zabrakło mi też mięsa (nie mam tu na myśli wulgaryzmów) i autentyzmu w dialogach, zwłaszcza między policjantami z katowickiej komendy (miałam wrażenie jakby rozmawiały ze sobą kukły wypchane słomą) choć było już ciut lepiej. Ale to nic w porównaniu z momentem, kiedy natrafiacie na zdanie brzmiące mniej więcej tak: „Jeszcze nie widział, że to ona, ale poznał ją po długich nogach i zgrabnych pęcinach.” Matkobosko. Co to są te pęciny? Zawstydzona swoją ignorancją pognałam na klawiaturze do Wikipedii i wyposażyłam się w wiedzę, iż pęciny to „część nogi konia, która razem ze znajdującym się nad nią stawem pęcinowym łączy kopyto końskie z dalszą częścią nogi.” Zgłupiałam jeszcze bardziej, ale Miejski Słownik Slangu podpowiedział mi, że wyrazu tego używa się w odniesieniu do zgrabnych i długich nóg kobiecych. Do mojej wyobraźni chyba to nie przemówiło, bo ilekroć spotykałam się z tym wyrazem w tekście (chyba autorka lubi słowo „pęciny”), to przed oczyma stawała mi jakaś dorodna klacz albo Kasztanka Piłsudskiego. Książkę ratuje (a jednak są jakieś pozytywy) ciekawie podana historia Katowic, zwłaszcza ta dotycząca ulicy Stawowej. Mam słabość do Katowic, więc te fragmenty czytałam z wypiekami na twarzy.

„Florystka”, czyli trzeci i ostatni tom z Meyerem w roli głównej jest zdecydowanie najlepszy. Niezwykle sugestywny obraz białostockich „mrocznych miejsc”, ulic i blokowisk i konsekwencji nieprzeżytej żałoby po stracie dziecka (inspirowany prawdziwą historią). Dialogi wreszcie tętniące życiem a nie słomą, bardzo dobry pomysł wprowadzenia drugiego profilera w postaci kobiety (tylko po cholerę znów ten denny wątek romansowy), która daje nam całkiem wiarygodne wyobrażenie, jak to jest być kobietą w policji i chcieć czegoś więcej niż „sekretarkowanie” komendantowi. Fabuła mocno nieprzewidywalna - tak naprawdę ja się do tej pory zastanawiam, kto u licha zabił. Trochę ciężko się czytało z racji tego, że ofiarami zbrodni były dzieci, ale jakichś makabrycznych passusów ze szczegółami morderstw tam nie znajdziecie.

Konkludując, pomysł na uczynienie bohaterem kryminałów policyjnego psychologa - bardzo dobry, bo profesja ta zadebiutowała na kartach książek właśnie dzięki Bondzie. Jeśli cokolwiek z nich wyniosłam, to właśnie zainteresowanie pracą profilera, która jest popularna i doceniana w wielu krajach. Niestety, nie w Polsce, ale jak to mawiają u mnie na wiosce: może się co odmieni.

Autorka, parająca się wcześniej dziennikarstwem kryminalnym, trafiła przy okazji pracy nad jednym z artykułów, do katowickiej komendy, w której pracował nadkomisarz Bogdan Lach, wówczas chyba jedyny psycholog policyjny z ambicjami profilerskimi i prekursor tego zagadnienia w Polsce. Widać współpraca układała się dość owocnie, bo postanowili wydać razem książkę, w której, opierając się na autentycznych sprawach, próbują odpowiedzieć na pytanie: „czy istnieje zbrodnia doskonała?” („Zbrodnia niedoskonała” wyd. Muza). Mam ją na liście lektur, więc pewnie kiedyś przeczytam, bo z recenzji, na jakie trafiłam wynika, że naprawdę warto. Postać bohatera trylogii Bondy, Huberta Meyera, inspirowana jest właśnie osobą Bogdana Lacha, jednak jedynym podobieństwem, jakie łączy obu panów jest tylko profesja profilera. I całe szczęście.

Meyer poza byciem profilerem, jest przede wszystkim szowinistą, a raczej próbuje nim być, ale o ile szowinizm prokuratora Szackiego w Miłoszewskich kryminałach jest wiarygodny, o tyle u Bondy szowinizm Meyera jest naciągany i czuć, że autorka na siłę przylepiła mu tę łatkę. W jednym z wywiadów Katarzyna Bonda zapytana o to, dlaczego zdecydowała się uczynić bohaterem swoich książek faceta odpowiedziała: Tak naprawdę trochę ze strachu. Gdyby główna bohaterka była kobietą, utożsamiano by ją ze mną. A ja pewnie nie powstrzymałabym się przed daniem jej jakichś swoich cech. Częściej jednak pewnie bym się cenzurowała. Kochanek - nie, bałagan w domu - w żadnym razie, brudne gacie - wykluczone. Przy mężczyźnie nie mam tych oporów. A on, ze wszystkimi tymi wadami, jest lubiany. Kobieta, która prowadziłaby się tak jak on, nie wzbudziłaby sympatii, choćby nie wiem jak świetna byłaby w pracy.

I tu się, Katarzyno, bardzo pani pomyliła, bo ja z chęcią widziałabym na miejscu Meyera - Meyerową, w dodatku niezbyt dobrze się prowadzącą bałaganiarę, która robi pranie raz na dwa tygodnie, a zamiast przecinków używa wulgaryzmów, bo założę się, że jej postać byłaby dużo bardziej wiarygodna w warstwie psychologicznej niż postać Meyera, spoza pleców którego wyzierało odautorskie podlizywanie się męskiej części czytelników (komentarze niektórych bohaterów dotyczące kobiecego ciała lub ubioru były po prostu żałośnie brazylijskie albo pachniały „Greyem” ), co dało efekt irytującej sztuczności. Być może i Bonda wyciągnęła takie wnioski, bo bohaterem kolejnej serii kryminałów jest profilerka Sasza Załuska. Póki co, na razie sobie od pani Bondy odpocznę. A królowa kryminałów jest i będzie tylko jedna. Mam tu na myśli oczywiście Agathę Christie.

Czy warto sięgnąć po kryminały Bondy? Myślę, że tak, mimo że po tym, co napisałam powyżej można odnieść inne wrażenie. Warto głównie po to, aby przekonać się na własne oczy, jak ewoluował warsztat autorki od pierwszego do trzeciego tomu i wzbogacić swój potoczny wokabularz o niezwykle targający wyobraźnią wyraz „pęciny”. Patataj, patataj.

P.S. Z tego, co udało mi się znaleźć w sieci wynika, że Bogdan Lach walczy obecnie o przywrócenie etatu profilera, bo po reorganizacji i cięciu kosztów, zawodowo zjechał do pozycji zwykłego psychologa policyjnego. A szkoda, bo jego umiejętności profilerskie odegrały kluczową rolę w zatrzymaniu sprawców kilku morderstw, o których swego czasu było dość głośno w mediach. Mam nadzieję, że uda mu się wywalczyć należne jego profesji miejsce i jego praca zostanie wreszcie doceniona, a zawód profilera zyska status oficjalny, a nie fanaberyjny. 





poniedziałek, 15 lutego 2016

Historia jednej miłości

Żaneta i Jarek poznali się na studiach. Jarkowych, bo dwadzieścia parę lat temu kosmetologia, którą umiłowała Żaneta, kierunkiem do studiowania jeszcze nie była, a wychowanie fizyczne tak. Jakoś specjalnie nie przeszkadzało jej, że po ogólniaku zrobiła tylko technika kosmetologii plus kilka różnych kursów i szkoleń, bo wiedziała, że jest dobra w tym, co robi, ale rodzina męża, co jakiś czas przypominała jej, że Jarek ma wyższe wykształcenie, zdobyte w pocie czoła, kosztem wielu wyrzeczeń, a ona obstawia tyły. Żaneta nie chcąc ranić serca teściowej, zatrzymała dla siebie niewygodny fakt, że Jarek był królem imprez w akademiku, preferował gościnne występy na zajęciach, a pracę magisterską pomagała mu pisać ona, ślęcząc po bibliotekach i edukując się w przyśpieszonym tempie w dziedzinie wychowania fizycznego i zdrowotnego. Pochodzili z jednego miasta. Ot, dziura z kwadratowym ryneczkiem pośrodku, dwoma kościołami i lasem blokowisk emanujących wybitnie niestrawną pastelozą, powodującą odruch wymiotny oczu.
Żaneta odbywała staż w najlepszym gabinecie kosmetycznym w mieście wojewódzkim, tym samym, w którym Jarek tak walecznie zdobywał tytuł magistra. Choć skończyła liceum z całkiem niezłymi wynikami i mogła śmiało iść na studia, postanowiła zostać kosmetyczką. Ale nie jakąś tam kosmetyczką, z papierami kupionymi na bazarze w Przemyślu, tylko taką z prawdziwego zdarzenia, z certyfikatami i po kursach u najlepszych wizażystek w kraju. Rodzina Żanety obraziła się na nią śmiertelnie, bo zniweczyła plany ojca i nie poszła kształcić się na księgową. Wsparcie znalazła Żaneta w babce ze strony matki. Babka pochowała przedwcześnie trzech mężów, malowała usta krwistoczerwoną szminką i lubiła sobie w południe golnąć kieliszeczek koniaku. No dobra, literatkę koniaku. Ona jedna powtarzała Żanecie, żeby robiła to, co lubi, byle jej to jakiś pieniądz przyniosło i nie musiała kitrać po kredensach tego, co udałoby się jej rąbnąć ewentualnemu małżonkowi, jak to niegdyś czyniła babka.

Żaneta była uparta i miała talent, więc szybko doceniono jej młodzieńczy zapał i kreatywność. Szła jak burza przez kolejne etapy doskonalenia zawodowego. Po drodze spotkała oczywiście Jarka i zakochała się na zabój. Bo i było w czym. Smagły brunet o niebieskich oczach, obsypujący kwiatami, prezentami, komplementami, niepalący, nieśmierdzący, a maniery miał jak doktor Lubicz - trup jeno by się nie zakochał w takim cudzie. Potem Jarkowi trochę znudziły się komplementy, kwiaty, prezenty i maniery, ale uroda została, więc Żaneta machnęła ręką na te drobne niedogodności. Tuż po studiach Jarkowi przywidziało się, że dorósł, więc powiódł Żanetę do ołtarza. Ślub brali w jednym z dwóch kościołów w swoim mieście. Ksiądz udzielający im tegoż ślubu wygłosił tak piękne kazanie, że wszystkie ciotki płakały, ale Żaneta nie bardzo rozumiała co chciał powiedzieć przez to, że George Sand wykończyła Chopina, bo była samolubna i nie wiedziała co to poświęcenie oraz otaczanie troską swojego mężczyzny. Głupi jakiś ten ksiądz - pomyślała Żaneta - po co on o tym Chopinie mówi? Ale zaraz potem zganiła się w myślach za tę uwagę, bo dopiero co wyspowiadała się z wszystkich, to znaczy sześciu grzechów i chciała ślubować miłość, wierność i uczciwość małżeńską z duszą czyściutką jak posadzka na zakrystii. 

Jarek dostał posadę wuefisty w miejscowym liceum, a Żaneta z finansową pomocą babki otworzyła swój własny gabinet kosmetyczny. Niecały rok po ślubie, czyli przepisowo jak w mordę strzelił, urodził się Jakubek. Po jego urodzeniu Żaneta chciała szybko wrócić do pracy, bo bardzo za nią tęskniła, ale gdy tylko o tym wspomniała, matka z teściową dały jej do zrozumienia, że jest pozbawioną serca zdzirą, która pluje na święte oblicze macierzyństwa, bo chce porzucić własne dziecko na rzecz klepania tapet obcym babom.

Zawiesiła więc Żaneta swoją działalność gospodarczą i siedziała w domu z Jakubkiem przez trzy lata, w trakcie których codziennie gotowała, prała, sprzątała, chodziła po zakupy, płaciła rachunki, jeździła z Jakubkiem po lekarzach, bo jakiś taki chorowity był i wstawała do niego co trzy godziny w nocy, bo sen nie bardzo go interesował. Nadprogramowymi kilogramami po ciąży Żaneta przejmować się nie musiała, bo po pół roku wyglądała jak w ósmej klasie podstawówki. Pewnie by się tym ucieszyła, gdyby miała siłę, ale o  21.00 padała na łóżko, zasypiając jeszcze w locie.

Jarek nieustannie się dziwił po czym ona taka zmęczona skoro siedzi w domu. Jarek to dopiero był zmęczony. Po 6 godzinach w pracy, w której męczyły mu się najbardziej oczy od patrzenia na kuso odziane licealistki, rozpierał się na kanapie i leżał tak do czwartej, bo potem leciał na siłkę. Wracał wieczorem, szedł całować syna w czoło i zadowolony z wypełniania swoich ojcowskich obowiązków obierał kierunek: kanapa. Jak ty wyglądasz? - od czasu do czasu zapytywał Jarek Żanetę, ale Żaneta nie wiedziała o co mu chodzi, bo przecież po ciąży schudła. Może o te dresy, w których biega po domu, bo tak wygodniej i dziecko co chwilę rzuca albo pluje jedzeniem, więc nie ma sensu się ubierać w satynę, może o te wory pod oczami z niewyspania, może o te kilka rozstępów albo zmarszczek jej przybyło?

Leżała w ciemności i rozmyślała, ale na głębsze drążenie tematu nie miała czasu, bo właśnie obudził się Jakubek, a Jarek musiał się wyspać do pracy na 11.00, więc wspomagając się ścianą, człapała do pokoju syna i utuliwszy go, zasypiała na dywanie. Czasem prosiła o pomoc Jarka, ale potem czuła się nieswojo, bo pytał, jak to możliwe, że inne matki z trójką dzieci dają sobie radę, a ona z jednym nie. Zwracała się Żaneta więc o pomoc do matki, która owszem pomagała, ale też jakaś taka zdziwiona, że córka sobie poradzić nie może.

Gdy tylko Jakubek podrósł, Żaneta z niecierpliwością oczekiwała powrotu do pracy. Załatwiła przedszkole, wznowiła działalność gabinetu, ale okazało się, że znów jest w ciąży, choć nie wiedziała jak to się stało, bo przecież pilnowała, żeby się zabezpieczać, choć Jarkowi było z tym nie po drodze i „niemiło”. Smutno się Żanecie zrobiło, ale przełknęła tę wiadomość i starała się nią cieszyć - co to za matka, która się dzieckiem nie cieszy? Niestety powrót do pracy musiała odłożyć. Oszczędności się skończyły i na domowe wydatki oraz wszelkie zachcianki (podpaski, odżywka do włosów, buty, bo stare się zniszczyły) musiała brać pieniądze od Jarka, który owszem dawał, ale przynajmniej trzy razy w tygodniu wypomnieć nie omieszkał, że dzięki niemu rodzina ma co jeść.

Kiedy przyszła na świat Wioletka, Żaneta postanowiła, że wbrew matkowo-teściowym wizjom JEJ macierzyństwa, wróci do pracy wcześniej. I tak też się stało. Po półtora roku od narodzin córki, Żaneta otworzyła podwoje gabinetu. Wstawała codziennie przed szóstą, szykowała śniadanie dla Jakubka, no i oczywiście dla Jarka, bo gdy wstanie to przecież musi mieć. Następnie karmiła córkę, a na końcu karmiła siebie, przytrzymując Wioletkę nogami, jedną ręką próbując złapać uciekającego Jakubka, a drugą wepchać sobie kawałek buły do ust. Pakowała dzieci do samochodu i zawoziła do przedszkola oraz żłobka (za ten żłobek dziękowała w myślach po stokroć), a potem pędziła do gabinetu. Na pomoc matki i teściowej nie miała co liczyć, bo się na nią obraziły, że dziecko do żłobka dała. W czasie, kiedy Żaneta była zawodowo off line, pojawiło się sporo konkurencyjnych gabinetów i musiała się teraz skupić na ponownym wypromowaniu swoich usług, bo dawne klientki przeniosły się gdzie indziej. Owszem, udało jej się znów rozkręcić biznes, ale musiała się nieźle nagimnastykować, co przypłaciła anemią. Po pewnym czasie zatrudniła do pomocy pracownicę. Pozwoliło jej to urywać się z gabinetu przed piętnastą i jechać po dzieci. Jarek nie mógł. Był zmęczony po pracy w LO i musiał nabrać sił przed pójściem na tenisa z kolegami.

Żaneta wiozła dzieci do domu, gdzie czekała na nie opiekunka, która zajmowała się nimi do 19.00, bo wtedy Żaneta wracała do domu. Po powrocie gotowała obiad na kolejny dzień, bawiła się z dziećmi, kąpała i kładła je spać, ślęczała nad rachunkami, a później sama zasypiała w wannie. Mimo zmęczenia czuła się szczęśliwa, że mogła wreszcie wrócić do pracy. Mijały lata, dzieci rosły szybciej niż bicepsy Jarka. Żaneta zasuwała w gabinecie na okrągło, nie zawracając sobie głowy urlopami, tym bardziej na wakacjach, bo Jarek przecież musiał jeździć na obozy: w lecie - pływackie, w zimie - narciarskie. Dzięki jej ponownie zgromadzonym oszczędnościom udało się wyremontować domek po dziadkach Jarka, znajdujący się w przyjemniej części miasta.

Po przeprowadzce Żaneta odkryła, że umie cieszyć się małymi rzeczami. W każdą niedzielę (bowiem tylko tego dnia mogła pozwolić sobie na takie fanaberie jak odpoczynek) siadała na małej werandzie w wiklinowym fotelu i czytała książki. O tak, Żaneta bardzo lubiła czytać, ale nie jakieś tam paździerzowe romanse, tylko klasykę. Najbardziej lubiła "Annę Kareninę" Tołstoja. Jarek śmiał się z niej, bo na co hahahaha kosmetyczce książki? Wtedy po raz pierwszy Żanetę coś zaswędziało w okolicy własnego ego i rzuciła przez ramię, że dzieci są już prawie dorosłe, więc może pójdzie sobie na studia zaoczne, bo kosmetologia już na uniwersytetach jest. Ale Jarek oznajmił, że zamierza się doktoryzować i ktoś musi się domem zająć, bo on przecież nie może. Jakbyś się w ogóle kiedykolwiek nim zajmował - oho! zbuntowała się Żaneta w myślach i wróciła do „Zmartwychwstania” Tołstoja.

Doktorat Jarka jakoś się na horyzoncie nie pojawiał, więc po pewnym czasie znów przypomniała się z tymi swoimi studiami, ale nagle Jarek ponownie wyraził chęć doktoryzowania się. Po mniej więcej piątym napomknięciu o studiach, Żaneta przestała poruszać temat, bo może faktycznie Jarek będzie się doktoryzował i ktoś musi być w domu bardziej dyspozycyjny. Ale Jarkowi odechciało się edukacji. Właściwie to nigdy nie zamierzał pisać żadnego doktoratu, ale się przestraszył, że Żaneta z magistrem będzie podskakiwać, więc musiał zadbać o domowy mir i ukrócić Żanetowe ambicje w zarodku.

Kiedy Jakubek był już na studiach, a Wioletka pilnie uczyła się w liceum, Żaneta zwolniła obroty i postanowiła kończyć pracę o tej godzinie, o której planowała piętnaście lat temu. Punkt 17.00 zamykała gabinet, robiła zakupy i gnała do domu, bo czekała na nią upragniona cisza (Jarek na siłce albo na squashu - wiadomo) i relaks z książką. Początkowo nie zwróciła uwagi na kręcącą się pod domem dziewczynę, ale gdy natknęła się na nią po raz trzeci w ciągu tygodnia - nie wytrzymała. Dlaczego się tu tak kręcisz dziewczyno? - zapytała. Czy tu mieszka pan Jarosław Takiataki? - upewniło się dziewczątko. Tak, to mój mąż, a o co chodzi? - dociekała Żaneta. Wolałabym nie rozmawiać na ulicy - odparowała tamta.

Zaprosiła więc Żaneta dziewczynę do domu, a raczej przyszłą młodocianą matkę dziecka jej męża (braziliana w każdym domu), bo się okazało, że Jarek po godzinach uczył dziewczę owe nadprogramowej gimnastyki. Po krótkiej rozmowie pożegnała się biedna dziewczynina i poszła, zostawiając Żanetę w stanie kompletnego osłupienia. No dobrze, nie oszukujmy się, wcale nie takiego kompletnego, bo przecież co jakiś czas docierały do uszu Żanety plotki, że Jarek obmacywał licealistki w knajpie, gdzie świętowano zakończenie roku szkolnego i że na obozach zbyt gorliwie roztaczał opiekę nad grupami żeńskimi. Poskarżyła się odrobinę teściowej i matce, ale opierdoliły ją, że głupotami sobie głowę zawraca, a teściowa to jej nawet wtedy zasugerowała, że może Jarek ma swoje potrzeby, których ona, jako żona nie spełnia i niech się nie dziwi, że szuka gdzie indziej zaspokojenia. Wściekła się wtedy Żaneta (pierwszy raz w życiu!) i postanowiła, że wygarnie Jarkowi wszystko, czego się dowiedziała. No i wygarnęła (choć po cichu, ale jednak!), tyle że Jarek po godzinie zaprzeczania rozpłakał się i powiedział, że ma jakiś kryzys, że jest przemęczony, a najbardziej rozpaczał nad tym, że nie może realizować swoich marzeń o byciu instruktorem żeglarstwa, bo ma przecież życie rodzinne. Wruszyło się wrażliwe serce Żanety i szkoda jej się męża zrobiło. Już dobrze, już dobrze - powiedziała i obiecała sfinansować Jarkowi w połowie kurs na instruktora żeglarstwa, na który Jarek tuż po zakończeniu roku szkolnego niezwłocznie pojechał, zostawiając ją na dwa miesiące samą z remontem domu.

Ale to było wtedy, a dziś? Czas stał się w tym momencie dla Żanety pojęciem względnym. Siedziała w kuchni przy stole i patrzyła bezmyślnie przez okno. Po godzinie wstała, jednym haustem pociągnęła z butelki koniak od babki i powlokła się do łóżka. Do domu wróciła Wioletka, ale tego już Żaneta nie zarejestrowała. Odpłynęła  w swój pierwszy od bardzo dawna pijacki sen. Jarka na szczęście nie było, bo pojechał z kolegami na tygodniowy rajd po Gujanie Francuskiej. Rano obudził Żanetę kac-morderca. Zdobyła się tylko na prysznic i wlanie w siebie soku pomidorowego. Kiedy wycierała mokre włosy i patrzyła na siebie w lustrze, przypomniało jej się dlaczego się upiła, ale nijak nie mogła się rozpłakać. Przestraszyła się tym faktem, ale wpakowała strach do torebki i pojechała do pracy. Potem pomyślę co dalej - obiecała sobie.

W gabinecie ruch jak w ulu, bo sobota, więc makijaże na wesela idą w hurtowych ilościach. Żaneta z miną bardziej profesjonalną niż zawartość profesjonalizmu w profesjonalizmie zgrabnie operuje rękami nad twarzami kolejnych klientek. Zbliża się południe. Żaneta, skupiona właśnie nad doczepianiem jedwabnych rzęs przyszłej pannie młodej doznaje objawienia. Kurwa mać! - daje werbalny upust swej epifanii i czuje jak drętwieją jej ręce. Dziewczyna od rzęs patrzy na Żanetę, Żaneta na siebie w lustrze, a lustro zapłakało. Rozkleiła się Żaneta jak pięcioletnie kozaki, pożegnała przestraszoną klientkę, zawołała pracownicę i zanosząc się od płaczu, zamknęła w toalecie. Raz po raz spłukiwała wodę w sedesie, patrząc jak cieplutkie i bezpieczne złudzenia, którymi wytapetowała swoje życie, wyruszały w swoją pierwszą i ostatnią drogę ku miejskiej oczyszczalni ścieków.

No przecież się z nim nie rozwiodę, dzieci muszą mieć ojca, dom mamy wspólny, piękne wspomnienia, drugi samochód jeszcze niespłacony, wybaczę mu, tamto dziecko niech się urodzi, jakoś to przełknę, pewnie na weekendy będzie do nas przyjeżdżać - taki oto kłąb myśli snuł się teraz po Żanetowej głowie. Co ty pierdolisz Żaneta? - usłyszała samą siebie. Jakie piękne wspomnienia? No chyba że pięknym wspomnieniem można nazwać to, że Jarek na dziesiątą rocznicę ślubu zabrał ją na walkę bokserską do Gdańska albo to, że przekopał jej ogródek, bo chciała zasadzić róże, które dostała od babki albo że się nie wkurzył jak zazwyczaj, kiedy bez konsultacji z nim kupiła nową deskę sedesową. Siedziała Żaneta na łazienkowej posadzce i łzami uczciwie zmywała ze swojego życia niepasujący do niego tandetny makijaż. Miała żal do wszystkich, do kobiet w rodzinie i koleżanek, które zamiast wspierać i pomagać, ciągnęły ją w dół, krytykując, dając nieproszone rady, potępiając jej chęć wcześniejszego powrotu do pracy i utwierdzając w przekonaniu, że wszystkie kobiety muszą tolerować wyskoki mężów, bo tak jest świat urządzony, ale najbardziej miała żal do siebie samej, bo objawienie, którego doznała, odkryło przed nią straszną prawdę: Żaneta zapomniała kochać siebie.

A że lepiej późno niż wcale postanowiła to naprawić i rozwiodła się w walentynki roku pańskiego 2014. Ma się dobrze, a nawet lepiej niż kiedykolwiek, wciąż prowadzi swój gabinet kosmetyczny, a teraz jeszcze studiuje. Może pije trochę za dużo koniaku w soboty wieczorem, ale kto jej zabroni? A Jarek? Jarek popycha wózek z bliźniakami, bo młodociana matka jego dzieci poszła studiować anglistykę. Dziennie.



Dedykowane wszystkim Żanetom, które jeszcze się nie rozwiodły, ale chciałyby. Jeśli oczywiście mają ku temu powód, bo nie zawsze niespuszczona deska sedesowa jest tragedią.


Grafika: pinterest

poniedziałek, 25 stycznia 2016

Wszedł z rewolwerem, wyszedł z pistoletem, czyli o tym, dlaczego dobry tłumacz jest na wagę złota

Nie robię noworocznych postanowień, bo uważam to za kompletnie bezowocne przedsięwzięcie, generujące głównie frustracje, więc postanowiłam niczego nie postanawiać i natenczas czuję się królową życia. Ale, ale… Jeszcze przed świętami zrobiłam sobie małą retrospekcję przeczytanych w 2015 r. książek i ze zdziwieniem stwierdziłam, że króluje tam sama beletrystyka, która prawdę mówiąc, nieco mnie już zmęczyła. Zerknęłam zatem na swoją listę książek do kupienia w 2016 r., niebezpiecznie się powiększającą i postanowiłam skupić się na tych, które beletrystyką nie są. Tym oto sposobem trafiło do mnie Przejęzyczenie. Rozmowy o przekładzie Zofii Zaleskiej. Co tu dużo mówić - ten zakup to był strzał w dziesiątkę. Jeśli ktoś poza czytaniem literatury, dodatkowo interesuje się nią od kuchni (ale niekoniecznie), to Przejęzyczenie… jest dla niego lekturą obowiązkową. Nie przypominam sobie, aby ostatnio jakakolwiek książka w takim stopniu odświeżyła mój aparat mózgowy.



Przyznam szczerze, że jeszcze do niedawna, czytając literaturę zagraniczną, myśl o tym, że abym mogła ją czytać, to ktoś musiał ją najpierw przetłumaczyć, znajdowała się gdzieś na peryferiach mojego umysłu, a nawet w jego slumsach. Być może działo się tak, bo - jak to słusznie zauważyła jedna z rozmówczyń Zaleskiej - my, Polacy lubimy myśleć, że wszystko zostało napisane po polsku. Zapewniam, że nie ma w tym żarcie przesady, bo ilu z was zwraca uwagę na to, kto tłumaczył książkę, do której się właśnie zabieracie? Zaryzykuję stwierdzenie, że niewielu. Zauważcie, że po skończonej lekturze poddajecie ewentualnej krytyce język autora, a przecież tak naprawdę macie do czynienia z językiem tłumacza, który często jest w tej materii wirtuozem lepszym, niż ten, kto dane dzieło popełnił (jak to w przypadku tłumaczeń np. Boya-Żeleńskiego bywało). Każda rozmowa, którą przeprowadziła Zaleska w swojej książce, wniosła w moją recepcję literatury wiele dobrego i wiele rzeczy zweryfikowała.

Pewnie niezbyt dobrze to o mnie świadczy, ale - z okazji ekshibicjonistycznego usposobienia o tej przedsennej porze, w której to piszę - zaszaleję i wyznam, że zdarzało mi się rzucać książką i kląć szpetnie, bo po nazwisku uznanego autora, widniejącym na okładce, oczekiwałam czegoś więcej, niż licealne metafory, burleskowa stylistyka i podawanie wszystkiego na tacy. A przecież mogła to być wina tłumacza, którego jakieś wydawnictwo zatrudniło do zrobienia przekładu na cito, bo akurat zbliżała się premiera ekranizacji jeszcze niewydanej w Polsce książki, wydawca już pocierał piętkami na myśl o zyskach i, excusez le mot, w dupie umieścił to, że ma do czynienia z tłumaczem z rodzaju tych, którzy po półrocznym dukaniu na Erasmusie w UK, zjeżdżają do Polski i za grosze rzucają się tłumaczyć Becketta translatorem z Googla. Niestety, takie sytuacje są obecnie na porządku dziennym. Jedyna pociecha w tym, że przekładanie dzieł uznanych autorów, wielu przytomnych wydawców powierza wybitnym tłumaczom, o czym przekonacie się z lektury Przejęzyczenia…

Książka zawiera mnóstwo ciekawostek (niektóre są dla mnie wręcz sensacyjne, jak choćby ta związana z Rękopisem znalezionym w Saragossie Jana Potockiego), anegdot (momentami rżałam jak koń) i jest przede wszystkim świetną literaturą o literaturze, a co najważniejsze - w całości zrozumiałą (no może poza jednym wyjątkiem w postaci rozmowy z Piotrem Sommerem, którego wypowiedzi były na mój gust nieco zbyt akademickie, a może ja gópiam i nie wszystko było dla mnie zrozumiałe) także dla osób, dla których jedynym teoretycznoliterackim rozważaniem w życiu było to, czy kupić Harry Pottera w miękkiej, czy twardej oprawie. Idealnie będzie, jeśli zapewnicie sobie spokój, który pozwoli wam całkowicie skupić się na lekturze, bo nie jest to książka, którą się „kartkuje”, więc czytanie jej w kolejce do gastrologa z automatu zrobi z was czytelniczego profana. Wiem, co mówię, bo choć nie czytałam jej w przychodniach, to i tak musiałam sporo się natrudzić, żeby znaleźć upragniony spokój. Ilekroć zabierałam się do lektury, mój kot przeżywał akurat chwile „burzy i naporu” i gdy zagłębiałam się w kolejne fascynujące rozważania nad materią słowa, to ta gruba zakała wbijała mi znienacka pazury gdzie popadnie, więc wpieniałam się jak Kondrat w Dniu świra, kiedy nie mógł wpłynąć na suchego przestwór oceanu, bo non stop coś mu przeszkadzało. Na szczęście udało mi się wycisnąć z książki to, co najlepsze, choć w nieco dłuższym czasie niż planowałam (kocie, ty zakało!).

Wszyscy rozmówcy Zaleskiej to persony pośrednio lub bezpośrednio związane z prestiżowym miesięcznikiem „Literatura na świecie”, wyposażone w godną pozazdroszczenia erudycję, wszechstronne zainteresowania (moi ulubieńcy to Carlos Marrodán Casas, Ireneusz Kania, Ryszard Engelking i Jan Gondowicz) oraz bezbrzeżny i zdecydowanie zaraźliwy dla czytelnika Przejęzyczenia…zachwyt nad możliwościami języka. Dowiecie się m.in. o tym, co dla każdej z nich znaczy dobre tłumaczenie i że często dany przekład był wypadkową czytelniczych fascynacji tłumacza lub jego translatorskim marzeniem, powiedzą, z jakimi trudnościami się borykają (niezwykle gorzkie i słuszne zresztą refleksje nad rynkiem wydawniczym), co kryje się dla tłumacza pod hasłem "fałszywi przyjaciele" i co sprawiło, że zostali tłumaczami (o dziwo, niektórzy zupełnie z przypadku). Jeśli szukacie intelektualnej uczty, to w przypadku tej książki z całą pewnością napełnicie swoje mentalne brzuchy.

Po lekturzePrzejęzyczenia… moje czytanie literatury zagranicznej będzie już nieco inne, bo jej tłumaczom należy się takie samo uznanie, jak autorom, zwłaszcza że mamy w Polsce wybitnych specjalistów od przekładu. Z podziwu dla ich umiejętności językowych, wiedzy o polszczyźnie i translatorskich pasji będę zwracała uwagę na nazwiska, które zazwyczaj wypisuje się drobnym, ledwo widocznym drukiem pod nazwiskiem autora. Żeby was nie zemdliło od tej egzaltacji dodam tylko, że niektórzy tłumacze opowiadali w tak zajmujący sposób o tłumaczonych przez siebie pozycjach, że nabrałam wielkiej ochoty, aby je przeczytać (np. wszystko co wyszło spod pióra Sandora Maraia, czy Roberta Walsera).

Czytając książkę Zaleskiej, non stop podkreślałam coś ołówkiem i robiłam jakieś swoje zapiski na kartkach-samoprzylepkach, bo niemalże na każdej stronie znajdywałam coś, co albo było warte zapamiętania albo było bodźcem do moich własnych olśnień i rozważań nad literaturą. To zakreślanie i notowanie traktuję jako echo, ale echo szczególne, bo wywołane przez takie książki, których zawartość jest zbyt głośna, aby przepadły gdzieś pośród setek innych.

A na dodatkową zachętę: garść cytatów.

Kobiety są bardziej zdyscyplinowane, nie wstaną, dopóki nie skończą pracy. Myślę, że poza talentem oczywiście, osiągają tak wiele na tym polu właśnie dzięki swemu zdyscyplinowaniu. Wniosek z tego, że Boy-Żeleński był kobietą, bo inaczej nie wiem, jak on to wszystko zdążył przetłumaczyć.
Carlos Marrodan Casas

Nie ma kultur samowystarczalnych, tak samo jak nie ma języków samowystarczalnych i wolnych od zapożyczeń.
Ireneusz Kania

Jedną z niewielu zmian na korzyść jest rosnące poczucie humoru językowego. Nie wykluczam, że przysłużył się temu komputerowy ortograf, potocznie zwany (niestety także przeze mnie) spelczekerem. Jeśli raz po raz niechcący popełniamy takie tworki jak „niepodległowsiowy” zamiast „niepodległościowy”, prędzej czy później zaczynamy świadomie się nimi bawić.

Czasami lepiej pójść na spacer i zapomnieć, że się w ogóle cokolwiek w życiu tłumaczyło.

Zawsze interesowałem się rozmaitymi slangami. Otarłem się o środowisko muzyków folkowo-bluesowych. Ich sposób mówienia wydawał mi się niebywale ożywczy w porównaniu ze zwykłym, poprawnym językiem. Przecież aż się prosi, żeby struny nylonowe do gitary akustycznej nazywać „pończochami”, a publiczność „ludożerą”.
Michał Kłobukowski

Pomijać to, co wnosi do kultury tłumacz, to tak jakby wygaszać świadomość, że istnieją inne języki. Świat robi się od tego uboższy.
Małgorzata Łukasiewicz

Poza tym polszczyźnie brak gramatycznie wyodrębnionych czasów, których najspokojniej w świecie używamy na co dzień. Są to czas przeszły wątpliwy, czas przyszły życzeniowy i czas teraźniejszy ironiczny. Wypada mieć na podorędziu katalog ich tworzenia.

- Wie pani, co próbuję właśnie wcisnąć wydawcy?
- Co takiego?
- The Dictionary of Imaginary Places Alberta Manguela i Gianniego Guadalupiego, słownik miejsc urojonych, a opisanych w literaturze i niektórych filmach. Świat szaleje na jego punkcie od dwudziestu lat, Węgrzy wydali go w 2005 roku, Ukraińcy w 2007, ale Polska jest zadupiem wszechświata i oprócz Carlosa Marrodána nikt o nim nie słyszał.

Jan Gondowicz

niedziela, 3 stycznia 2016

Wigilia

Jadwiga, jak co roku, już pod koniec listopada planowała kolację wigilijną. Nie to, żeby lubiła święta, wręcz przeciwnie, ale wolała zasiadać do stołu spokojna, że poza teoretycznymi plamami z barszczu na obrusie, nic nie zakłóci świątecznej atmosfery, którą tradycyjnie kupowała w sprayu na targu, żeby tuż przed przyjściem gości rozpylić szybko po całym domu. Jako stała klientka dostawała w gratisie dwa sztuczne uśmiechy dla siebie i męża, które przyklejali do ust zawsze wtedy, kiedy pojawiały się niewygodne pytania zadawane przy stole. Wigilię Jadwiga urządzała zawsze u siebie, naciskana przez resztę rodziny argumentującą ten wybór tym, że jako jedyna dysponowała metrażem, umożliwiającym pomieszczenie całej rodziny za jednym stołem, czego oczywiście wszyscy jej zazdrościli, nie wiedząc o tym, że od dwudziestu lat Jadwiga z mężem dzielnie spłacają za swoją wymarzoną hacjendę diabelski kredyt. We frankach oczywiście.


Grudzień upłynął Jadwidze na powolnej i nudnawej realizacji wigilijnych planów. Oczywiście, że podzieliła się pracą nad przygotowaniem posiłków z innymi kobietami w rodzinie, ale to, co najważniejsze wzięła na siebie. Barszcz, uszka, pierogi z kapustą, gołąbki, karpia, groch z kapustą, kutię i kompot z suszu wolała gotować sama, bo miała odwieczne przeczucie, że nikt nie zrobi tego lepiej od niej. Co prawda w wigilię Wigilii, ze zmęczenia orała już nosem po sosnowych panelach, ale kto to wszystko zrobi, jeśli ona nie zrobi? Niechby tylko spróbowała się zbuntować - nie gotować, zamówić gotowce z restauracji. Mąż zdechłby pewnie z głodu, bo obcego jedzenia by nie jadł, a może przed zdechnięciem uratowałaby go wyprowadzka z domu do matki, która wyposażona w reumatyzm, depresję, sztuczne biodro, tajnego raka wszystkiego (bo po co martwić rodzinę) i po trzech operacjach kręgosłupa, od 50 lat dzień w dzień stoi przy garach, bo jak ona nie ugotuje to, kto Jadwigowemu teściowi ugotuje? Świat się wtedy skończy.

Mąż Jadwigi proponował wielokrotnie pomoc, ale Jadwiga uznała, że woli, aby jej nogi z dupy wypadły od latania po kuchni, niż pozwolić na to, żeby ulepione przez męża koślawe uszka i pierogi zaburzyły idealną geometrię reszty potraw. Na córkę Jadwiga nie mogła liczyć, bo ta zjawiała się ze swoim cudzoziemskim mężem na kilka godzin przed Wigilią. Przybywała prosto z lotniska i już w drzwiach zadawała wciąż to samo pytanie: „Mamo czy nie lepiej sobie odpuścić, choć raz spróbować zamówić wszystko w restauracji?” Jadwiga przewracała oczami i gnała do kuchni, bo bała się, że gdy tylko zacznie rozważać tę opcję, to poczuje zapach siarki i wizja zbawienia zniknie w czeluściach piekielnych. Odpuścić i odpocząć? Niech inni robią? Tfu! Jadwiga prędzej padnie trupem w fartuchu nad stolnicą niż na to pozwoli. A wypadające z dupy nogi jakoś się butaprenem przyklei.

Dopieszczając przyprawami barszcz rozmyślała Jadwiga o tym, w kogo to się wdała ta jej córka niepożyteczna. Jaka z niej gospodyni, skoro zawsze o pomoc w przygotowaniu obiadu prosi męża i nie przeszkadza jej to, że on przerabia ziemniaki na sześciany (choć Jadwiga przyznaje, że zrobił postępy, bo przybrały w zeszłe wakacje kształt obły) i sam wszystko przyprawia. Mało tego - on chętnie pomaga, ale może dlatego, że obcokrajowiec. Jak nic w ojca się wdała ta córka nieporadna. W rodzinnym domu Jadwigi podział ról był jasny. Świątek, piątek czy niedziela, mężczyźni zasiadali za stołem, rozprawiali o Bardzo Ważnych Sprawach, a Jadwiga, jej siostry i matka uwijały się dookoła nich. Jedną ręką kroić chleb, drugą zagniatać ciasto, lewą nogą mieszać zupę, a prawą ścierać podłogę nauczyła się Jadwiga właśnie od matki, która zawsze jej powtarzała, że jak nie będzie dobrą gospodynią to żaden prawdziwy mężczyzna jej nie zechce. Przestraszyła się Jadwiga nie na żarty i w razie czego nauczyła się jeszcze spać 6 godzin na dobę, żeby przyszły mąż był w pełni ukontentowany. A męża znalazła Jadwiga całkiem pożytecznego. Pracowity, nieawanturujący się, ale nie pantoflarz, bo Jadwiga nie zniosłaby tego, gdyby nie mogła od czasu do czasu się z nim pokłócić i potrzaskać drzwiami.

Czasem tylko wydawał jej się dziwny jakiś taki. Pomagać chciał, ale to chcenie pewnie podstępne było, żeby ją sprawdzić, czy sama sobie ze wszystkim poradzi, a gdy nie poradzi to on pójdzie w tango. O nie, Jadwiga taka głupia nie jest, żeby się na to nabrać. Natenczas wypędza męża do pokoju, daje mu pilota do ręki, układa poduszkę pod głową, kota w nogi,  żeby go grzał i co chwila donosi a to herbatkę, a to ciasteczko, pyta czy mu się wygodnie leży i w razie gdyby czegoś potrzebował niechaj woła albo niech kota po nią pośle - ona się stawi na każde wezwanie.

Wigilia. Pierwsi goście zjawiają się o 16.30, bo kolację Jadwiga zarządziła na 17.00. Po chwili schodzą się kolejni. Punkt 17.00 Jadwigowy mąż odczytuje stosowny fragment z Pisma Św., w tle nienachalnie brzęczą kolędy, kot dokonuje toalety intymnej, Jadwiga modli się do kręgosłupa, żeby jeszcze wytrzymał, a pierwsza gwiazdka bladym światłem, jak z baterii za złotówkę, obwieszcza że już, że można, że jedzta i pijta. Następnie w ruch idzie opłatek. Życzenia co roku te same i jak najkrótsze, bo każdy czeka tylko, żeby wreszcie się najeść, ponieważ cały rok nic nie jedli, wiadomo. I oto nadeszła ta chwila wyczekana, upragniona i pożądana, kiedy to pierwsze siorbnięcie barszczu wdarło się pod dach Jadwigi i jej męża. Gdy wszyscy najedli się do syta przyszedł czas na bezpieczne odgrzewanie tych samych rodzinnych wspomnień i przyjemne pitolenie o niczym. Przynajmniej tego spodziewała się Jadwiga i już wtedy luzowała poślady, bo kolacja przebiegała dokładnie tak, jak to przewidziała i za mniej więcej trzy godziny będzie mogła paść półtrupem na łóżko, zasypiając w locie nim dotknie poduszki. Niestety, Jadwiga nie mogła przewidzieć wszystkiego.

- Czy aby na pewno ten karp jest polski? - tym niewinnym pytaniem Jadwigowy szwagier rozpętał piekło, o jakim się nawet Lucyferowi nie śniło. Podczas wigilijnej kolacji Jadwiga dowiedziała się, że: po spożyciu unijnego karpia szwagier na pewno by się zrzygał, córka jest kosmopolityczną lewacką pipą (powiedziała, że jej szef jest gejem i głosowała zza granicy na Partię Razem), bratanek - nacjonalistycznym, tępym czopem (powiedział, że lubi patriotyczne pieśni i głosował na Kukiza), ciocia Wisia - starą moherówą, której spod pach śmierdzi naftaliną i oddającą emeryturę na sygnety Rydzyka (bo powiedziała, że lubi sobie posiedzieć w kościele i głosowała na PiS), kuzyn Wiesiek - syjonistycznym konfidentem (powiedział, że chciałby pojechać na wycieczkę do Izraela i głosował na PO), syn siostry - zaprogramowanym przez poprzedni rząd, niezdolnym do myślenia o ojczyźnie cymbałem (powiedział, że nie wierzy w sprawiedliwość społeczną, chciałby mieszkać w USA i głosował na PO), stryj Józek - parszywym komuchem (powiedział, że głosował na SLD, bo miał kiedyś narzeczoną podobną do Magdaleny Ogórek), mąż Jadwigi - kolaborującym z Niemcami zdrajcą (powiedział, że jego firma organizuje darmowe kursy niemieckiego i głosował na PO), syn siostry - mizoginem po amputacji jąder na usługach Putina (powiedział, że po ostatnim związku chce się trzymać z dala od kobiet i głosował na Korwina), mąż córki - utajnionym islamistą gwałcącym wszystko co się rusza (nic nie powiedział, bo jest w połowie Holendrem w połowie Hindusem, ale zapuścił brodę, więc wiadomo), a ona sama, czyli Jadwiga - nieuświadomioną ofiarą patriarchalnego spisku, mającego swoje korzenie jeszcze w paleolicie i gorszego sortu obywatelką, lejącą biernym sikiem na ojczyznę (Jadwiga powiedziała, że woli sama latać po kuchni i nie głosowała na nikogo).

Zdumiała się Jadwiga i zawstydziła, bo nie wiedziała, że ma w rodzinie samych specjalistów od polityki, którzy jakimś dziwnym trafem, na nic nie mając czasu, porobili fakultety politologiczno-socjologiczne (zaocznie w internecie), a ona głupia ma tylko technika farmacji. Atmosfera zrobiła się gęsta jak po wizycie teścia w toalecie i nie wiedzieć czemu, w ciągu dziesięciu minut wszyscy się ulotnili, żegnając ozięble. Do późnych godzin nocnych fale zdumienia nadal podtapiały Jadwigowe myśli, bo nijak nie mogła zrozumieć, dlaczego poglądy polityczne są ważniejsze niż historie o tym, jak wujek Józek za komuny pędził bimber w piwnicy, ciotka Wisia przemycała w staniku złoto z Ukrainy, bratanek jako dziecko podpalił drewutnię, a szwagier podpijał wino mszalne, gdy był ministrantem. Usnęła Jadwiga znieczulona tym zdumieniem i łyżką hydroksyzyny, a śniło jej się, że rodzina odmówiła przyjścia na kolejną Wigilję, tłumacząc się tym, że Jadwiga ma Polskę w dupie i oni siadać z nią (Jadwigą ma się rozumieć) do stołu nie zamierzają. Targana miłością do rodziny, rzucała się niespokojnie w łóżku aż w końcu wypłynęła na jakieś nieznane wody, dobiła do zmyślonej wyspy, gdzie nie było Wigilii i gdzie nie musiała być Jadwigą. Nareszcie spokój zapanował w jej śnie.

Jadwigowy dom szczelnie wypełniła cisza. Lampki choinkowe z Lidla (Jadwiga jeszcze nie wie, że jutro postanowi przemilczeć ten fakt, bo a nuż ktoś oskarży ją o kolaborację z Niemcami) wesoło mrugają na pachnącej jodełce, pod  którą leżą zapomniane i nierozpakowane prezenty. Bim, bam, bim, bam - ohoho!, toż to zegar wybija północ, pewnie zaraz zwierzęta przemówią ludzkim głosem.

- Ja pierdolę - rzecze Jadwigowy kot, patrząc w rozpościerający się za oknem mrok, który niczym nowiuśki kocyk z akrylu zakrywa stary i brzydki tapczan.


Grafika: pinterest