poniedziałek, 25 stycznia 2016

Wszedł z rewolwerem, wyszedł z pistoletem, czyli o tym, dlaczego dobry tłumacz jest na wagę złota

Nie robię noworocznych postanowień, bo uważam to za kompletnie bezowocne przedsięwzięcie, generujące głównie frustracje, więc postanowiłam niczego nie postanawiać i natenczas czuję się królową życia. Ale, ale… Jeszcze przed świętami zrobiłam sobie małą retrospekcję przeczytanych w 2015 r. książek i ze zdziwieniem stwierdziłam, że króluje tam sama beletrystyka, która prawdę mówiąc, nieco mnie już zmęczyła. Zerknęłam zatem na swoją listę książek do kupienia w 2016 r., niebezpiecznie się powiększającą i postanowiłam skupić się na tych, które beletrystyką nie są. Tym oto sposobem trafiło do mnie Przejęzyczenie. Rozmowy o przekładzie Zofii Zaleskiej. Co tu dużo mówić - ten zakup to był strzał w dziesiątkę. Jeśli ktoś poza czytaniem literatury, dodatkowo interesuje się nią od kuchni (ale niekoniecznie), to Przejęzyczenie… jest dla niego lekturą obowiązkową. Nie przypominam sobie, aby ostatnio jakakolwiek książka w takim stopniu odświeżyła mój aparat mózgowy.



Przyznam szczerze, że jeszcze do niedawna, czytając literaturę zagraniczną, myśl o tym, że abym mogła ją czytać, to ktoś musiał ją najpierw przetłumaczyć, znajdowała się gdzieś na peryferiach mojego umysłu, a nawet w jego slumsach. Być może działo się tak, bo - jak to słusznie zauważyła jedna z rozmówczyń Zaleskiej - my, Polacy lubimy myśleć, że wszystko zostało napisane po polsku. Zapewniam, że nie ma w tym żarcie przesady, bo ilu z was zwraca uwagę na to, kto tłumaczył książkę, do której się właśnie zabieracie? Zaryzykuję stwierdzenie, że niewielu. Zauważcie, że po skończonej lekturze poddajecie ewentualnej krytyce język autora, a przecież tak naprawdę macie do czynienia z językiem tłumacza, który często jest w tej materii wirtuozem lepszym, niż ten, kto dane dzieło popełnił (jak to w przypadku tłumaczeń np. Boya-Żeleńskiego bywało). Każda rozmowa, którą przeprowadziła Zaleska w swojej książce, wniosła w moją recepcję literatury wiele dobrego i wiele rzeczy zweryfikowała.

Pewnie niezbyt dobrze to o mnie świadczy, ale - z okazji ekshibicjonistycznego usposobienia o tej przedsennej porze, w której to piszę - zaszaleję i wyznam, że zdarzało mi się rzucać książką i kląć szpetnie, bo po nazwisku uznanego autora, widniejącym na okładce, oczekiwałam czegoś więcej, niż licealne metafory, burleskowa stylistyka i podawanie wszystkiego na tacy. A przecież mogła to być wina tłumacza, którego jakieś wydawnictwo zatrudniło do zrobienia przekładu na cito, bo akurat zbliżała się premiera ekranizacji jeszcze niewydanej w Polsce książki, wydawca już pocierał piętkami na myśl o zyskach i, excusez le mot, w dupie umieścił to, że ma do czynienia z tłumaczem z rodzaju tych, którzy po półrocznym dukaniu na Erasmusie w UK, zjeżdżają do Polski i za grosze rzucają się tłumaczyć Becketta translatorem z Googla. Niestety, takie sytuacje są obecnie na porządku dziennym. Jedyna pociecha w tym, że przekładanie dzieł uznanych autorów, wielu przytomnych wydawców powierza wybitnym tłumaczom, o czym przekonacie się z lektury Przejęzyczenia…

Książka zawiera mnóstwo ciekawostek (niektóre są dla mnie wręcz sensacyjne, jak choćby ta związana z Rękopisem znalezionym w Saragossie Jana Potockiego), anegdot (momentami rżałam jak koń) i jest przede wszystkim świetną literaturą o literaturze, a co najważniejsze - w całości zrozumiałą (no może poza jednym wyjątkiem w postaci rozmowy z Piotrem Sommerem, którego wypowiedzi były na mój gust nieco zbyt akademickie, a może ja gópiam i nie wszystko było dla mnie zrozumiałe) także dla osób, dla których jedynym teoretycznoliterackim rozważaniem w życiu było to, czy kupić Harry Pottera w miękkiej, czy twardej oprawie. Idealnie będzie, jeśli zapewnicie sobie spokój, który pozwoli wam całkowicie skupić się na lekturze, bo nie jest to książka, którą się „kartkuje”, więc czytanie jej w kolejce do gastrologa z automatu zrobi z was czytelniczego profana. Wiem, co mówię, bo choć nie czytałam jej w przychodniach, to i tak musiałam sporo się natrudzić, żeby znaleźć upragniony spokój. Ilekroć zabierałam się do lektury, mój kot przeżywał akurat chwile „burzy i naporu” i gdy zagłębiałam się w kolejne fascynujące rozważania nad materią słowa, to ta gruba zakała wbijała mi znienacka pazury gdzie popadnie, więc wpieniałam się jak Kondrat w Dniu świra, kiedy nie mógł wpłynąć na suchego przestwór oceanu, bo non stop coś mu przeszkadzało. Na szczęście udało mi się wycisnąć z książki to, co najlepsze, choć w nieco dłuższym czasie niż planowałam (kocie, ty zakało!).

Wszyscy rozmówcy Zaleskiej to persony pośrednio lub bezpośrednio związane z prestiżowym miesięcznikiem „Literatura na świecie”, wyposażone w godną pozazdroszczenia erudycję, wszechstronne zainteresowania (moi ulubieńcy to Carlos Marrodán Casas, Ireneusz Kania, Ryszard Engelking i Jan Gondowicz) oraz bezbrzeżny i zdecydowanie zaraźliwy dla czytelnika Przejęzyczenia…zachwyt nad możliwościami języka. Dowiecie się m.in. o tym, co dla każdej z nich znaczy dobre tłumaczenie i że często dany przekład był wypadkową czytelniczych fascynacji tłumacza lub jego translatorskim marzeniem, powiedzą, z jakimi trudnościami się borykają (niezwykle gorzkie i słuszne zresztą refleksje nad rynkiem wydawniczym), co kryje się dla tłumacza pod hasłem "fałszywi przyjaciele" i co sprawiło, że zostali tłumaczami (o dziwo, niektórzy zupełnie z przypadku). Jeśli szukacie intelektualnej uczty, to w przypadku tej książki z całą pewnością napełnicie swoje mentalne brzuchy.

Po lekturzePrzejęzyczenia… moje czytanie literatury zagranicznej będzie już nieco inne, bo jej tłumaczom należy się takie samo uznanie, jak autorom, zwłaszcza że mamy w Polsce wybitnych specjalistów od przekładu. Z podziwu dla ich umiejętności językowych, wiedzy o polszczyźnie i translatorskich pasji będę zwracała uwagę na nazwiska, które zazwyczaj wypisuje się drobnym, ledwo widocznym drukiem pod nazwiskiem autora. Żeby was nie zemdliło od tej egzaltacji dodam tylko, że niektórzy tłumacze opowiadali w tak zajmujący sposób o tłumaczonych przez siebie pozycjach, że nabrałam wielkiej ochoty, aby je przeczytać (np. wszystko co wyszło spod pióra Sandora Maraia, czy Roberta Walsera).

Czytając książkę Zaleskiej, non stop podkreślałam coś ołówkiem i robiłam jakieś swoje zapiski na kartkach-samoprzylepkach, bo niemalże na każdej stronie znajdywałam coś, co albo było warte zapamiętania albo było bodźcem do moich własnych olśnień i rozważań nad literaturą. To zakreślanie i notowanie traktuję jako echo, ale echo szczególne, bo wywołane przez takie książki, których zawartość jest zbyt głośna, aby przepadły gdzieś pośród setek innych.

A na dodatkową zachętę: garść cytatów.

Kobiety są bardziej zdyscyplinowane, nie wstaną, dopóki nie skończą pracy. Myślę, że poza talentem oczywiście, osiągają tak wiele na tym polu właśnie dzięki swemu zdyscyplinowaniu. Wniosek z tego, że Boy-Żeleński był kobietą, bo inaczej nie wiem, jak on to wszystko zdążył przetłumaczyć.
Carlos Marrodan Casas

Nie ma kultur samowystarczalnych, tak samo jak nie ma języków samowystarczalnych i wolnych od zapożyczeń.
Ireneusz Kania

Jedną z niewielu zmian na korzyść jest rosnące poczucie humoru językowego. Nie wykluczam, że przysłużył się temu komputerowy ortograf, potocznie zwany (niestety także przeze mnie) spelczekerem. Jeśli raz po raz niechcący popełniamy takie tworki jak „niepodległowsiowy” zamiast „niepodległościowy”, prędzej czy później zaczynamy świadomie się nimi bawić.

Czasami lepiej pójść na spacer i zapomnieć, że się w ogóle cokolwiek w życiu tłumaczyło.

Zawsze interesowałem się rozmaitymi slangami. Otarłem się o środowisko muzyków folkowo-bluesowych. Ich sposób mówienia wydawał mi się niebywale ożywczy w porównaniu ze zwykłym, poprawnym językiem. Przecież aż się prosi, żeby struny nylonowe do gitary akustycznej nazywać „pończochami”, a publiczność „ludożerą”.
Michał Kłobukowski

Pomijać to, co wnosi do kultury tłumacz, to tak jakby wygaszać świadomość, że istnieją inne języki. Świat robi się od tego uboższy.
Małgorzata Łukasiewicz

Poza tym polszczyźnie brak gramatycznie wyodrębnionych czasów, których najspokojniej w świecie używamy na co dzień. Są to czas przeszły wątpliwy, czas przyszły życzeniowy i czas teraźniejszy ironiczny. Wypada mieć na podorędziu katalog ich tworzenia.

- Wie pani, co próbuję właśnie wcisnąć wydawcy?
- Co takiego?
- The Dictionary of Imaginary Places Alberta Manguela i Gianniego Guadalupiego, słownik miejsc urojonych, a opisanych w literaturze i niektórych filmach. Świat szaleje na jego punkcie od dwudziestu lat, Węgrzy wydali go w 2005 roku, Ukraińcy w 2007, ale Polska jest zadupiem wszechświata i oprócz Carlosa Marrodána nikt o nim nie słyszał.

Jan Gondowicz

niedziela, 3 stycznia 2016

Wigilia

Jadwiga, jak co roku, już pod koniec listopada planowała kolację wigilijną. Nie to, żeby lubiła święta, wręcz przeciwnie, ale wolała zasiadać do stołu spokojna, że poza teoretycznymi plamami z barszczu na obrusie, nic nie zakłóci świątecznej atmosfery, którą tradycyjnie kupowała w sprayu na targu, żeby tuż przed przyjściem gości rozpylić szybko po całym domu. Jako stała klientka dostawała w gratisie dwa sztuczne uśmiechy dla siebie i męża, które przyklejali do ust zawsze wtedy, kiedy pojawiały się niewygodne pytania zadawane przy stole. Wigilię Jadwiga urządzała zawsze u siebie, naciskana przez resztę rodziny argumentującą ten wybór tym, że jako jedyna dysponowała metrażem, umożliwiającym pomieszczenie całej rodziny za jednym stołem, czego oczywiście wszyscy jej zazdrościli, nie wiedząc o tym, że od dwudziestu lat Jadwiga z mężem dzielnie spłacają za swoją wymarzoną hacjendę diabelski kredyt. We frankach oczywiście.


Grudzień upłynął Jadwidze na powolnej i nudnawej realizacji wigilijnych planów. Oczywiście, że podzieliła się pracą nad przygotowaniem posiłków z innymi kobietami w rodzinie, ale to, co najważniejsze wzięła na siebie. Barszcz, uszka, pierogi z kapustą, gołąbki, karpia, groch z kapustą, kutię i kompot z suszu wolała gotować sama, bo miała odwieczne przeczucie, że nikt nie zrobi tego lepiej od niej. Co prawda w wigilię Wigilii, ze zmęczenia orała już nosem po sosnowych panelach, ale kto to wszystko zrobi, jeśli ona nie zrobi? Niechby tylko spróbowała się zbuntować - nie gotować, zamówić gotowce z restauracji. Mąż zdechłby pewnie z głodu, bo obcego jedzenia by nie jadł, a może przed zdechnięciem uratowałaby go wyprowadzka z domu do matki, która wyposażona w reumatyzm, depresję, sztuczne biodro, tajnego raka wszystkiego (bo po co martwić rodzinę) i po trzech operacjach kręgosłupa, od 50 lat dzień w dzień stoi przy garach, bo jak ona nie ugotuje to, kto Jadwigowemu teściowi ugotuje? Świat się wtedy skończy.

Mąż Jadwigi proponował wielokrotnie pomoc, ale Jadwiga uznała, że woli, aby jej nogi z dupy wypadły od latania po kuchni, niż pozwolić na to, żeby ulepione przez męża koślawe uszka i pierogi zaburzyły idealną geometrię reszty potraw. Na córkę Jadwiga nie mogła liczyć, bo ta zjawiała się ze swoim cudzoziemskim mężem na kilka godzin przed Wigilią. Przybywała prosto z lotniska i już w drzwiach zadawała wciąż to samo pytanie: „Mamo czy nie lepiej sobie odpuścić, choć raz spróbować zamówić wszystko w restauracji?” Jadwiga przewracała oczami i gnała do kuchni, bo bała się, że gdy tylko zacznie rozważać tę opcję, to poczuje zapach siarki i wizja zbawienia zniknie w czeluściach piekielnych. Odpuścić i odpocząć? Niech inni robią? Tfu! Jadwiga prędzej padnie trupem w fartuchu nad stolnicą niż na to pozwoli. A wypadające z dupy nogi jakoś się butaprenem przyklei.

Dopieszczając przyprawami barszcz rozmyślała Jadwiga o tym, w kogo to się wdała ta jej córka niepożyteczna. Jaka z niej gospodyni, skoro zawsze o pomoc w przygotowaniu obiadu prosi męża i nie przeszkadza jej to, że on przerabia ziemniaki na sześciany (choć Jadwiga przyznaje, że zrobił postępy, bo przybrały w zeszłe wakacje kształt obły) i sam wszystko przyprawia. Mało tego - on chętnie pomaga, ale może dlatego, że obcokrajowiec. Jak nic w ojca się wdała ta córka nieporadna. W rodzinnym domu Jadwigi podział ról był jasny. Świątek, piątek czy niedziela, mężczyźni zasiadali za stołem, rozprawiali o Bardzo Ważnych Sprawach, a Jadwiga, jej siostry i matka uwijały się dookoła nich. Jedną ręką kroić chleb, drugą zagniatać ciasto, lewą nogą mieszać zupę, a prawą ścierać podłogę nauczyła się Jadwiga właśnie od matki, która zawsze jej powtarzała, że jak nie będzie dobrą gospodynią to żaden prawdziwy mężczyzna jej nie zechce. Przestraszyła się Jadwiga nie na żarty i w razie czego nauczyła się jeszcze spać 6 godzin na dobę, żeby przyszły mąż był w pełni ukontentowany. A męża znalazła Jadwiga całkiem pożytecznego. Pracowity, nieawanturujący się, ale nie pantoflarz, bo Jadwiga nie zniosłaby tego, gdyby nie mogła od czasu do czasu się z nim pokłócić i potrzaskać drzwiami.

Czasem tylko wydawał jej się dziwny jakiś taki. Pomagać chciał, ale to chcenie pewnie podstępne było, żeby ją sprawdzić, czy sama sobie ze wszystkim poradzi, a gdy nie poradzi to on pójdzie w tango. O nie, Jadwiga taka głupia nie jest, żeby się na to nabrać. Natenczas wypędza męża do pokoju, daje mu pilota do ręki, układa poduszkę pod głową, kota w nogi,  żeby go grzał i co chwila donosi a to herbatkę, a to ciasteczko, pyta czy mu się wygodnie leży i w razie gdyby czegoś potrzebował niechaj woła albo niech kota po nią pośle - ona się stawi na każde wezwanie.

Wigilia. Pierwsi goście zjawiają się o 16.30, bo kolację Jadwiga zarządziła na 17.00. Po chwili schodzą się kolejni. Punkt 17.00 Jadwigowy mąż odczytuje stosowny fragment z Pisma Św., w tle nienachalnie brzęczą kolędy, kot dokonuje toalety intymnej, Jadwiga modli się do kręgosłupa, żeby jeszcze wytrzymał, a pierwsza gwiazdka bladym światłem, jak z baterii za złotówkę, obwieszcza że już, że można, że jedzta i pijta. Następnie w ruch idzie opłatek. Życzenia co roku te same i jak najkrótsze, bo każdy czeka tylko, żeby wreszcie się najeść, ponieważ cały rok nic nie jedli, wiadomo. I oto nadeszła ta chwila wyczekana, upragniona i pożądana, kiedy to pierwsze siorbnięcie barszczu wdarło się pod dach Jadwigi i jej męża. Gdy wszyscy najedli się do syta przyszedł czas na bezpieczne odgrzewanie tych samych rodzinnych wspomnień i przyjemne pitolenie o niczym. Przynajmniej tego spodziewała się Jadwiga i już wtedy luzowała poślady, bo kolacja przebiegała dokładnie tak, jak to przewidziała i za mniej więcej trzy godziny będzie mogła paść półtrupem na łóżko, zasypiając w locie nim dotknie poduszki. Niestety, Jadwiga nie mogła przewidzieć wszystkiego.

- Czy aby na pewno ten karp jest polski? - tym niewinnym pytaniem Jadwigowy szwagier rozpętał piekło, o jakim się nawet Lucyferowi nie śniło. Podczas wigilijnej kolacji Jadwiga dowiedziała się, że: po spożyciu unijnego karpia szwagier na pewno by się zrzygał, córka jest kosmopolityczną lewacką pipą (powiedziała, że jej szef jest gejem i głosowała zza granicy na Partię Razem), bratanek - nacjonalistycznym, tępym czopem (powiedział, że lubi patriotyczne pieśni i głosował na Kukiza), ciocia Wisia - starą moherówą, której spod pach śmierdzi naftaliną i oddającą emeryturę na sygnety Rydzyka (bo powiedziała, że lubi sobie posiedzieć w kościele i głosowała na PiS), kuzyn Wiesiek - syjonistycznym konfidentem (powiedział, że chciałby pojechać na wycieczkę do Izraela i głosował na PO), syn siostry - zaprogramowanym przez poprzedni rząd, niezdolnym do myślenia o ojczyźnie cymbałem (powiedział, że nie wierzy w sprawiedliwość społeczną, chciałby mieszkać w USA i głosował na PO), stryj Józek - parszywym komuchem (powiedział, że głosował na SLD, bo miał kiedyś narzeczoną podobną do Magdaleny Ogórek), mąż Jadwigi - kolaborującym z Niemcami zdrajcą (powiedział, że jego firma organizuje darmowe kursy niemieckiego i głosował na PO), syn siostry - mizoginem po amputacji jąder na usługach Putina (powiedział, że po ostatnim związku chce się trzymać z dala od kobiet i głosował na Korwina), mąż córki - utajnionym islamistą gwałcącym wszystko co się rusza (nic nie powiedział, bo jest w połowie Holendrem w połowie Hindusem, ale zapuścił brodę, więc wiadomo), a ona sama, czyli Jadwiga - nieuświadomioną ofiarą patriarchalnego spisku, mającego swoje korzenie jeszcze w paleolicie i gorszego sortu obywatelką, lejącą biernym sikiem na ojczyznę (Jadwiga powiedziała, że woli sama latać po kuchni i nie głosowała na nikogo).

Zdumiała się Jadwiga i zawstydziła, bo nie wiedziała, że ma w rodzinie samych specjalistów od polityki, którzy jakimś dziwnym trafem, na nic nie mając czasu, porobili fakultety politologiczno-socjologiczne (zaocznie w internecie), a ona głupia ma tylko technika farmacji. Atmosfera zrobiła się gęsta jak po wizycie teścia w toalecie i nie wiedzieć czemu, w ciągu dziesięciu minut wszyscy się ulotnili, żegnając ozięble. Do późnych godzin nocnych fale zdumienia nadal podtapiały Jadwigowe myśli, bo nijak nie mogła zrozumieć, dlaczego poglądy polityczne są ważniejsze niż historie o tym, jak wujek Józek za komuny pędził bimber w piwnicy, ciotka Wisia przemycała w staniku złoto z Ukrainy, bratanek jako dziecko podpalił drewutnię, a szwagier podpijał wino mszalne, gdy był ministrantem. Usnęła Jadwiga znieczulona tym zdumieniem i łyżką hydroksyzyny, a śniło jej się, że rodzina odmówiła przyjścia na kolejną Wigilję, tłumacząc się tym, że Jadwiga ma Polskę w dupie i oni siadać z nią (Jadwigą ma się rozumieć) do stołu nie zamierzają. Targana miłością do rodziny, rzucała się niespokojnie w łóżku aż w końcu wypłynęła na jakieś nieznane wody, dobiła do zmyślonej wyspy, gdzie nie było Wigilii i gdzie nie musiała być Jadwigą. Nareszcie spokój zapanował w jej śnie.

Jadwigowy dom szczelnie wypełniła cisza. Lampki choinkowe z Lidla (Jadwiga jeszcze nie wie, że jutro postanowi przemilczeć ten fakt, bo a nuż ktoś oskarży ją o kolaborację z Niemcami) wesoło mrugają na pachnącej jodełce, pod  którą leżą zapomniane i nierozpakowane prezenty. Bim, bam, bim, bam - ohoho!, toż to zegar wybija północ, pewnie zaraz zwierzęta przemówią ludzkim głosem.

- Ja pierdolę - rzecze Jadwigowy kot, patrząc w rozpościerający się za oknem mrok, który niczym nowiuśki kocyk z akrylu zakrywa stary i brzydki tapczan.


Grafika: pinterest