poniedziałek, 15 lutego 2016

Historia jednej miłości

Żaneta i Jarek poznali się na studiach. Jarkowych, bo dwadzieścia parę lat temu kosmetologia, którą umiłowała Żaneta, kierunkiem do studiowania jeszcze nie była, a wychowanie fizyczne tak. Jakoś specjalnie nie przeszkadzało jej, że po ogólniaku zrobiła tylko technika kosmetologii plus kilka różnych kursów i szkoleń, bo wiedziała, że jest dobra w tym, co robi, ale rodzina męża, co jakiś czas przypominała jej, że Jarek ma wyższe wykształcenie, zdobyte w pocie czoła, kosztem wielu wyrzeczeń, a ona obstawia tyły. Żaneta nie chcąc ranić serca teściowej, zatrzymała dla siebie niewygodny fakt, że Jarek był królem imprez w akademiku, preferował gościnne występy na zajęciach, a pracę magisterską pomagała mu pisać ona, ślęcząc po bibliotekach i edukując się w przyśpieszonym tempie w dziedzinie wychowania fizycznego i zdrowotnego. Pochodzili z jednego miasta. Ot, dziura z kwadratowym ryneczkiem pośrodku, dwoma kościołami i lasem blokowisk emanujących wybitnie niestrawną pastelozą, powodującą odruch wymiotny oczu.
Żaneta odbywała staż w najlepszym gabinecie kosmetycznym w mieście wojewódzkim, tym samym, w którym Jarek tak walecznie zdobywał tytuł magistra. Choć skończyła liceum z całkiem niezłymi wynikami i mogła śmiało iść na studia, postanowiła zostać kosmetyczką. Ale nie jakąś tam kosmetyczką, z papierami kupionymi na bazarze w Przemyślu, tylko taką z prawdziwego zdarzenia, z certyfikatami i po kursach u najlepszych wizażystek w kraju. Rodzina Żanety obraziła się na nią śmiertelnie, bo zniweczyła plany ojca i nie poszła kształcić się na księgową. Wsparcie znalazła Żaneta w babce ze strony matki. Babka pochowała przedwcześnie trzech mężów, malowała usta krwistoczerwoną szminką i lubiła sobie w południe golnąć kieliszeczek koniaku. No dobra, literatkę koniaku. Ona jedna powtarzała Żanecie, żeby robiła to, co lubi, byle jej to jakiś pieniądz przyniosło i nie musiała kitrać po kredensach tego, co udałoby się jej rąbnąć ewentualnemu małżonkowi, jak to niegdyś czyniła babka.

Żaneta była uparta i miała talent, więc szybko doceniono jej młodzieńczy zapał i kreatywność. Szła jak burza przez kolejne etapy doskonalenia zawodowego. Po drodze spotkała oczywiście Jarka i zakochała się na zabój. Bo i było w czym. Smagły brunet o niebieskich oczach, obsypujący kwiatami, prezentami, komplementami, niepalący, nieśmierdzący, a maniery miał jak doktor Lubicz - trup jeno by się nie zakochał w takim cudzie. Potem Jarkowi trochę znudziły się komplementy, kwiaty, prezenty i maniery, ale uroda została, więc Żaneta machnęła ręką na te drobne niedogodności. Tuż po studiach Jarkowi przywidziało się, że dorósł, więc powiódł Żanetę do ołtarza. Ślub brali w jednym z dwóch kościołów w swoim mieście. Ksiądz udzielający im tegoż ślubu wygłosił tak piękne kazanie, że wszystkie ciotki płakały, ale Żaneta nie bardzo rozumiała co chciał powiedzieć przez to, że George Sand wykończyła Chopina, bo była samolubna i nie wiedziała co to poświęcenie oraz otaczanie troską swojego mężczyzny. Głupi jakiś ten ksiądz - pomyślała Żaneta - po co on o tym Chopinie mówi? Ale zaraz potem zganiła się w myślach za tę uwagę, bo dopiero co wyspowiadała się z wszystkich, to znaczy sześciu grzechów i chciała ślubować miłość, wierność i uczciwość małżeńską z duszą czyściutką jak posadzka na zakrystii. 

Jarek dostał posadę wuefisty w miejscowym liceum, a Żaneta z finansową pomocą babki otworzyła swój własny gabinet kosmetyczny. Niecały rok po ślubie, czyli przepisowo jak w mordę strzelił, urodził się Jakubek. Po jego urodzeniu Żaneta chciała szybko wrócić do pracy, bo bardzo za nią tęskniła, ale gdy tylko o tym wspomniała, matka z teściową dały jej do zrozumienia, że jest pozbawioną serca zdzirą, która pluje na święte oblicze macierzyństwa, bo chce porzucić własne dziecko na rzecz klepania tapet obcym babom.

Zawiesiła więc Żaneta swoją działalność gospodarczą i siedziała w domu z Jakubkiem przez trzy lata, w trakcie których codziennie gotowała, prała, sprzątała, chodziła po zakupy, płaciła rachunki, jeździła z Jakubkiem po lekarzach, bo jakiś taki chorowity był i wstawała do niego co trzy godziny w nocy, bo sen nie bardzo go interesował. Nadprogramowymi kilogramami po ciąży Żaneta przejmować się nie musiała, bo po pół roku wyglądała jak w ósmej klasie podstawówki. Pewnie by się tym ucieszyła, gdyby miała siłę, ale o  21.00 padała na łóżko, zasypiając jeszcze w locie.

Jarek nieustannie się dziwił po czym ona taka zmęczona skoro siedzi w domu. Jarek to dopiero był zmęczony. Po 6 godzinach w pracy, w której męczyły mu się najbardziej oczy od patrzenia na kuso odziane licealistki, rozpierał się na kanapie i leżał tak do czwartej, bo potem leciał na siłkę. Wracał wieczorem, szedł całować syna w czoło i zadowolony z wypełniania swoich ojcowskich obowiązków obierał kierunek: kanapa. Jak ty wyglądasz? - od czasu do czasu zapytywał Jarek Żanetę, ale Żaneta nie wiedziała o co mu chodzi, bo przecież po ciąży schudła. Może o te dresy, w których biega po domu, bo tak wygodniej i dziecko co chwilę rzuca albo pluje jedzeniem, więc nie ma sensu się ubierać w satynę, może o te wory pod oczami z niewyspania, może o te kilka rozstępów albo zmarszczek jej przybyło?

Leżała w ciemności i rozmyślała, ale na głębsze drążenie tematu nie miała czasu, bo właśnie obudził się Jakubek, a Jarek musiał się wyspać do pracy na 11.00, więc wspomagając się ścianą, człapała do pokoju syna i utuliwszy go, zasypiała na dywanie. Czasem prosiła o pomoc Jarka, ale potem czuła się nieswojo, bo pytał, jak to możliwe, że inne matki z trójką dzieci dają sobie radę, a ona z jednym nie. Zwracała się Żaneta więc o pomoc do matki, która owszem pomagała, ale też jakaś taka zdziwiona, że córka sobie poradzić nie może.

Gdy tylko Jakubek podrósł, Żaneta z niecierpliwością oczekiwała powrotu do pracy. Załatwiła przedszkole, wznowiła działalność gabinetu, ale okazało się, że znów jest w ciąży, choć nie wiedziała jak to się stało, bo przecież pilnowała, żeby się zabezpieczać, choć Jarkowi było z tym nie po drodze i „niemiło”. Smutno się Żanecie zrobiło, ale przełknęła tę wiadomość i starała się nią cieszyć - co to za matka, która się dzieckiem nie cieszy? Niestety powrót do pracy musiała odłożyć. Oszczędności się skończyły i na domowe wydatki oraz wszelkie zachcianki (podpaski, odżywka do włosów, buty, bo stare się zniszczyły) musiała brać pieniądze od Jarka, który owszem dawał, ale przynajmniej trzy razy w tygodniu wypomnieć nie omieszkał, że dzięki niemu rodzina ma co jeść.

Kiedy przyszła na świat Wioletka, Żaneta postanowiła, że wbrew matkowo-teściowym wizjom JEJ macierzyństwa, wróci do pracy wcześniej. I tak też się stało. Po półtora roku od narodzin córki, Żaneta otworzyła podwoje gabinetu. Wstawała codziennie przed szóstą, szykowała śniadanie dla Jakubka, no i oczywiście dla Jarka, bo gdy wstanie to przecież musi mieć. Następnie karmiła córkę, a na końcu karmiła siebie, przytrzymując Wioletkę nogami, jedną ręką próbując złapać uciekającego Jakubka, a drugą wepchać sobie kawałek buły do ust. Pakowała dzieci do samochodu i zawoziła do przedszkola oraz żłobka (za ten żłobek dziękowała w myślach po stokroć), a potem pędziła do gabinetu. Na pomoc matki i teściowej nie miała co liczyć, bo się na nią obraziły, że dziecko do żłobka dała. W czasie, kiedy Żaneta była zawodowo off line, pojawiło się sporo konkurencyjnych gabinetów i musiała się teraz skupić na ponownym wypromowaniu swoich usług, bo dawne klientki przeniosły się gdzie indziej. Owszem, udało jej się znów rozkręcić biznes, ale musiała się nieźle nagimnastykować, co przypłaciła anemią. Po pewnym czasie zatrudniła do pomocy pracownicę. Pozwoliło jej to urywać się z gabinetu przed piętnastą i jechać po dzieci. Jarek nie mógł. Był zmęczony po pracy w LO i musiał nabrać sił przed pójściem na tenisa z kolegami.

Żaneta wiozła dzieci do domu, gdzie czekała na nie opiekunka, która zajmowała się nimi do 19.00, bo wtedy Żaneta wracała do domu. Po powrocie gotowała obiad na kolejny dzień, bawiła się z dziećmi, kąpała i kładła je spać, ślęczała nad rachunkami, a później sama zasypiała w wannie. Mimo zmęczenia czuła się szczęśliwa, że mogła wreszcie wrócić do pracy. Mijały lata, dzieci rosły szybciej niż bicepsy Jarka. Żaneta zasuwała w gabinecie na okrągło, nie zawracając sobie głowy urlopami, tym bardziej na wakacjach, bo Jarek przecież musiał jeździć na obozy: w lecie - pływackie, w zimie - narciarskie. Dzięki jej ponownie zgromadzonym oszczędnościom udało się wyremontować domek po dziadkach Jarka, znajdujący się w przyjemniej części miasta.

Po przeprowadzce Żaneta odkryła, że umie cieszyć się małymi rzeczami. W każdą niedzielę (bowiem tylko tego dnia mogła pozwolić sobie na takie fanaberie jak odpoczynek) siadała na małej werandzie w wiklinowym fotelu i czytała książki. O tak, Żaneta bardzo lubiła czytać, ale nie jakieś tam paździerzowe romanse, tylko klasykę. Najbardziej lubiła "Annę Kareninę" Tołstoja. Jarek śmiał się z niej, bo na co hahahaha kosmetyczce książki? Wtedy po raz pierwszy Żanetę coś zaswędziało w okolicy własnego ego i rzuciła przez ramię, że dzieci są już prawie dorosłe, więc może pójdzie sobie na studia zaoczne, bo kosmetologia już na uniwersytetach jest. Ale Jarek oznajmił, że zamierza się doktoryzować i ktoś musi się domem zająć, bo on przecież nie może. Jakbyś się w ogóle kiedykolwiek nim zajmował - oho! zbuntowała się Żaneta w myślach i wróciła do „Zmartwychwstania” Tołstoja.

Doktorat Jarka jakoś się na horyzoncie nie pojawiał, więc po pewnym czasie znów przypomniała się z tymi swoimi studiami, ale nagle Jarek ponownie wyraził chęć doktoryzowania się. Po mniej więcej piątym napomknięciu o studiach, Żaneta przestała poruszać temat, bo może faktycznie Jarek będzie się doktoryzował i ktoś musi być w domu bardziej dyspozycyjny. Ale Jarkowi odechciało się edukacji. Właściwie to nigdy nie zamierzał pisać żadnego doktoratu, ale się przestraszył, że Żaneta z magistrem będzie podskakiwać, więc musiał zadbać o domowy mir i ukrócić Żanetowe ambicje w zarodku.

Kiedy Jakubek był już na studiach, a Wioletka pilnie uczyła się w liceum, Żaneta zwolniła obroty i postanowiła kończyć pracę o tej godzinie, o której planowała piętnaście lat temu. Punkt 17.00 zamykała gabinet, robiła zakupy i gnała do domu, bo czekała na nią upragniona cisza (Jarek na siłce albo na squashu - wiadomo) i relaks z książką. Początkowo nie zwróciła uwagi na kręcącą się pod domem dziewczynę, ale gdy natknęła się na nią po raz trzeci w ciągu tygodnia - nie wytrzymała. Dlaczego się tu tak kręcisz dziewczyno? - zapytała. Czy tu mieszka pan Jarosław Takiataki? - upewniło się dziewczątko. Tak, to mój mąż, a o co chodzi? - dociekała Żaneta. Wolałabym nie rozmawiać na ulicy - odparowała tamta.

Zaprosiła więc Żaneta dziewczynę do domu, a raczej przyszłą młodocianą matkę dziecka jej męża (braziliana w każdym domu), bo się okazało, że Jarek po godzinach uczył dziewczę owe nadprogramowej gimnastyki. Po krótkiej rozmowie pożegnała się biedna dziewczynina i poszła, zostawiając Żanetę w stanie kompletnego osłupienia. No dobrze, nie oszukujmy się, wcale nie takiego kompletnego, bo przecież co jakiś czas docierały do uszu Żanety plotki, że Jarek obmacywał licealistki w knajpie, gdzie świętowano zakończenie roku szkolnego i że na obozach zbyt gorliwie roztaczał opiekę nad grupami żeńskimi. Poskarżyła się odrobinę teściowej i matce, ale opierdoliły ją, że głupotami sobie głowę zawraca, a teściowa to jej nawet wtedy zasugerowała, że może Jarek ma swoje potrzeby, których ona, jako żona nie spełnia i niech się nie dziwi, że szuka gdzie indziej zaspokojenia. Wściekła się wtedy Żaneta (pierwszy raz w życiu!) i postanowiła, że wygarnie Jarkowi wszystko, czego się dowiedziała. No i wygarnęła (choć po cichu, ale jednak!), tyle że Jarek po godzinie zaprzeczania rozpłakał się i powiedział, że ma jakiś kryzys, że jest przemęczony, a najbardziej rozpaczał nad tym, że nie może realizować swoich marzeń o byciu instruktorem żeglarstwa, bo ma przecież życie rodzinne. Wruszyło się wrażliwe serce Żanety i szkoda jej się męża zrobiło. Już dobrze, już dobrze - powiedziała i obiecała sfinansować Jarkowi w połowie kurs na instruktora żeglarstwa, na który Jarek tuż po zakończeniu roku szkolnego niezwłocznie pojechał, zostawiając ją na dwa miesiące samą z remontem domu.

Ale to było wtedy, a dziś? Czas stał się w tym momencie dla Żanety pojęciem względnym. Siedziała w kuchni przy stole i patrzyła bezmyślnie przez okno. Po godzinie wstała, jednym haustem pociągnęła z butelki koniak od babki i powlokła się do łóżka. Do domu wróciła Wioletka, ale tego już Żaneta nie zarejestrowała. Odpłynęła  w swój pierwszy od bardzo dawna pijacki sen. Jarka na szczęście nie było, bo pojechał z kolegami na tygodniowy rajd po Gujanie Francuskiej. Rano obudził Żanetę kac-morderca. Zdobyła się tylko na prysznic i wlanie w siebie soku pomidorowego. Kiedy wycierała mokre włosy i patrzyła na siebie w lustrze, przypomniało jej się dlaczego się upiła, ale nijak nie mogła się rozpłakać. Przestraszyła się tym faktem, ale wpakowała strach do torebki i pojechała do pracy. Potem pomyślę co dalej - obiecała sobie.

W gabinecie ruch jak w ulu, bo sobota, więc makijaże na wesela idą w hurtowych ilościach. Żaneta z miną bardziej profesjonalną niż zawartość profesjonalizmu w profesjonalizmie zgrabnie operuje rękami nad twarzami kolejnych klientek. Zbliża się południe. Żaneta, skupiona właśnie nad doczepianiem jedwabnych rzęs przyszłej pannie młodej doznaje objawienia. Kurwa mać! - daje werbalny upust swej epifanii i czuje jak drętwieją jej ręce. Dziewczyna od rzęs patrzy na Żanetę, Żaneta na siebie w lustrze, a lustro zapłakało. Rozkleiła się Żaneta jak pięcioletnie kozaki, pożegnała przestraszoną klientkę, zawołała pracownicę i zanosząc się od płaczu, zamknęła w toalecie. Raz po raz spłukiwała wodę w sedesie, patrząc jak cieplutkie i bezpieczne złudzenia, którymi wytapetowała swoje życie, wyruszały w swoją pierwszą i ostatnią drogę ku miejskiej oczyszczalni ścieków.

No przecież się z nim nie rozwiodę, dzieci muszą mieć ojca, dom mamy wspólny, piękne wspomnienia, drugi samochód jeszcze niespłacony, wybaczę mu, tamto dziecko niech się urodzi, jakoś to przełknę, pewnie na weekendy będzie do nas przyjeżdżać - taki oto kłąb myśli snuł się teraz po Żanetowej głowie. Co ty pierdolisz Żaneta? - usłyszała samą siebie. Jakie piękne wspomnienia? No chyba że pięknym wspomnieniem można nazwać to, że Jarek na dziesiątą rocznicę ślubu zabrał ją na walkę bokserską do Gdańska albo to, że przekopał jej ogródek, bo chciała zasadzić róże, które dostała od babki albo że się nie wkurzył jak zazwyczaj, kiedy bez konsultacji z nim kupiła nową deskę sedesową. Siedziała Żaneta na łazienkowej posadzce i łzami uczciwie zmywała ze swojego życia niepasujący do niego tandetny makijaż. Miała żal do wszystkich, do kobiet w rodzinie i koleżanek, które zamiast wspierać i pomagać, ciągnęły ją w dół, krytykując, dając nieproszone rady, potępiając jej chęć wcześniejszego powrotu do pracy i utwierdzając w przekonaniu, że wszystkie kobiety muszą tolerować wyskoki mężów, bo tak jest świat urządzony, ale najbardziej miała żal do siebie samej, bo objawienie, którego doznała, odkryło przed nią straszną prawdę: Żaneta zapomniała kochać siebie.

A że lepiej późno niż wcale postanowiła to naprawić i rozwiodła się w walentynki roku pańskiego 2014. Ma się dobrze, a nawet lepiej niż kiedykolwiek, wciąż prowadzi swój gabinet kosmetyczny, a teraz jeszcze studiuje. Może pije trochę za dużo koniaku w soboty wieczorem, ale kto jej zabroni? A Jarek? Jarek popycha wózek z bliźniakami, bo młodociana matka jego dzieci poszła studiować anglistykę. Dziennie.



Dedykowane wszystkim Żanetom, które jeszcze się nie rozwiodły, ale chciałyby. Jeśli oczywiście mają ku temu powód, bo nie zawsze niespuszczona deska sedesowa jest tragedią.


Grafika: pinterest