niedziela, 13 marca 2016

Kryminalne zagadki made in Poland cz.2

Po namiętnym romansie z kryminałami Miłoszewskiego cierpiałam na brak dobrych książek w tym gatunku, bo ilekroć jakaś wpadła mi w ręce, zazwyczaj miała kwaśny posmak nieudanej randki, po której wypijasz dla znieczulenia traumy pół butelki merlota, kitranego na czarną godzinę za szafą. Jak już gdzieś tam wspomniałam, traktuję kryminały, jako odmóżdżacze między „cięższymi” lekturami, co nie znaczy, że mam aplikować sobie gnioty. Niestety, jeśli ktoś czytał Miłoszewskiego wie, że niełatwo po nim znaleźć coś dobrego, zwłaszcza wśród rodzimych autorów. Nazwisko Katarzyny Bondy napotykałam dość często, buszując na stronach z recenzjami, ale dopiero wzmianka o tym, że autor „Ziarna prawdy” nazwał ją królową polskiego kryminału, przekonała mnie do sięgnięcia po trylogię o Hubercie Meyerze, policyjnym profilerze z katowickiej komendy. Nie wiem, co miał na myśli Miłoszewski tytułując ją królową, ale wydaje mi się, że aby zasłużyć sobie na takie miano powinno się zaoferować czytelnikom coś więcej niż kryminalną brazilianę upstrzoną mocno średniawymi dialogami.



Trylogię rozpoczyna „Sprawa Niny Frank”. Niczym nieostrożny piroman podjarałam się notą wydawcy i zabrałam się do czytania. Hubert Meyer, policyjny psycholog (lub profiler jak kto woli) zostaje wysłany na Podlasie, do pewnej zapadłej mieściny, w której doszło do zabójstwa znanej aktorki, Niny Frank. Meyer na podstawie oględzin miejsca zbrodni, zebranych dowodów i rozmów z osobami mającymi związek ze sprawą, musi sporządzić portret psychologiczny sprawcy i tym samym ułatwić pracę innym śledczym. Po jakichś pięćdziesięciu stronach minę miałam taką, jakbym nagle zapragnęła coś zjeść, a w lodówce zastała tylko światło. Po dwustu dałam głośny upust swej irytacji, czego nie omieszkała zarejestrować matka (mieszkam nad jej pokojem), bo posłała mi smsa o treści: „Melisę sobie zaparz i się nie drzyj.” Mimo to, czytałam dalej, bo przekonałam siebie, że muszę przebrnąć przez wszystkie tomy w imię wyższej konieczności, a mianowicie, żeby móc się uczciwie wypowiedzieć. Ok, jeśli mam być naprawdę uczciwa to historia wciąga, ale człowiek non stop się wkurza przez te fabularne płycizny, kiepskie dialogi, a przede wszystkim brak autentyzmu (który gliniarz w wieku przedemerytalnym mówi do żony per „duszko”?). I to wszystko przeplatane pornoekscesami ofiary, o których ona sama opowiada w pewnym sensie już zza grobu. Dodać do tego jeszcze problemy osobiste Meyera (niekochana i jęcząca żona, zraniona kochanka), a braziliana jak w mordę strzelił.

Z drugim tomem, „Tylko martwi nie kłamią” jest już lepiej. I nawet byłby całkiem niezły, gdyby autorka ponownie nie pokusiła się o nadprodukcję wątków obyczajowych. Znów zabrakło mi też mięsa (nie mam tu na myśli wulgaryzmów) i autentyzmu w dialogach, zwłaszcza między policjantami z katowickiej komendy (miałam wrażenie jakby rozmawiały ze sobą kukły wypchane słomą) choć było już ciut lepiej. Ale to nic w porównaniu z momentem, kiedy natrafiacie na zdanie brzmiące mniej więcej tak: „Jeszcze nie widział, że to ona, ale poznał ją po długich nogach i zgrabnych pęcinach.” Matkobosko. Co to są te pęciny? Zawstydzona swoją ignorancją pognałam na klawiaturze do Wikipedii i wyposażyłam się w wiedzę, iż pęciny to „część nogi konia, która razem ze znajdującym się nad nią stawem pęcinowym łączy kopyto końskie z dalszą częścią nogi.” Zgłupiałam jeszcze bardziej, ale Miejski Słownik Slangu podpowiedział mi, że wyrazu tego używa się w odniesieniu do zgrabnych i długich nóg kobiecych. Do mojej wyobraźni chyba to nie przemówiło, bo ilekroć spotykałam się z tym wyrazem w tekście (chyba autorka lubi słowo „pęciny”), to przed oczyma stawała mi jakaś dorodna klacz albo Kasztanka Piłsudskiego. Książkę ratuje (a jednak są jakieś pozytywy) ciekawie podana historia Katowic, zwłaszcza ta dotycząca ulicy Stawowej. Mam słabość do Katowic, więc te fragmenty czytałam z wypiekami na twarzy.

„Florystka”, czyli trzeci i ostatni tom z Meyerem w roli głównej jest zdecydowanie najlepszy. Niezwykle sugestywny obraz białostockich „mrocznych miejsc”, ulic i blokowisk i konsekwencji nieprzeżytej żałoby po stracie dziecka (inspirowany prawdziwą historią). Dialogi wreszcie tętniące życiem a nie słomą, bardzo dobry pomysł wprowadzenia drugiego profilera w postaci kobiety (tylko po cholerę znów ten denny wątek romansowy), która daje nam całkiem wiarygodne wyobrażenie, jak to jest być kobietą w policji i chcieć czegoś więcej niż „sekretarkowanie” komendantowi. Fabuła mocno nieprzewidywalna - tak naprawdę ja się do tej pory zastanawiam, kto u licha zabił. Trochę ciężko się czytało z racji tego, że ofiarami zbrodni były dzieci, ale jakichś makabrycznych passusów ze szczegółami morderstw tam nie znajdziecie.

Konkludując, pomysł na uczynienie bohaterem kryminałów policyjnego psychologa - bardzo dobry, bo profesja ta zadebiutowała na kartach książek właśnie dzięki Bondzie. Jeśli cokolwiek z nich wyniosłam, to właśnie zainteresowanie pracą profilera, która jest popularna i doceniana w wielu krajach. Niestety, nie w Polsce, ale jak to mawiają u mnie na wiosce: może się co odmieni.

Autorka, parająca się wcześniej dziennikarstwem kryminalnym, trafiła przy okazji pracy nad jednym z artykułów, do katowickiej komendy, w której pracował nadkomisarz Bogdan Lach, wówczas chyba jedyny psycholog policyjny z ambicjami profilerskimi i prekursor tego zagadnienia w Polsce. Widać współpraca układała się dość owocnie, bo postanowili wydać razem książkę, w której, opierając się na autentycznych sprawach, próbują odpowiedzieć na pytanie: „czy istnieje zbrodnia doskonała?” („Zbrodnia niedoskonała” wyd. Muza). Mam ją na liście lektur, więc pewnie kiedyś przeczytam, bo z recenzji, na jakie trafiłam wynika, że naprawdę warto. Postać bohatera trylogii Bondy, Huberta Meyera, inspirowana jest właśnie osobą Bogdana Lacha, jednak jedynym podobieństwem, jakie łączy obu panów jest tylko profesja profilera. I całe szczęście.

Meyer poza byciem profilerem, jest przede wszystkim szowinistą, a raczej próbuje nim być, ale o ile szowinizm prokuratora Szackiego w Miłoszewskich kryminałach jest wiarygodny, o tyle u Bondy szowinizm Meyera jest naciągany i czuć, że autorka na siłę przylepiła mu tę łatkę. W jednym z wywiadów Katarzyna Bonda zapytana o to, dlaczego zdecydowała się uczynić bohaterem swoich książek faceta odpowiedziała: Tak naprawdę trochę ze strachu. Gdyby główna bohaterka była kobietą, utożsamiano by ją ze mną. A ja pewnie nie powstrzymałabym się przed daniem jej jakichś swoich cech. Częściej jednak pewnie bym się cenzurowała. Kochanek - nie, bałagan w domu - w żadnym razie, brudne gacie - wykluczone. Przy mężczyźnie nie mam tych oporów. A on, ze wszystkimi tymi wadami, jest lubiany. Kobieta, która prowadziłaby się tak jak on, nie wzbudziłaby sympatii, choćby nie wiem jak świetna byłaby w pracy.

I tu się, Katarzyno, bardzo pani pomyliła, bo ja z chęcią widziałabym na miejscu Meyera - Meyerową, w dodatku niezbyt dobrze się prowadzącą bałaganiarę, która robi pranie raz na dwa tygodnie, a zamiast przecinków używa wulgaryzmów, bo założę się, że jej postać byłaby dużo bardziej wiarygodna w warstwie psychologicznej niż postać Meyera, spoza pleców którego wyzierało odautorskie podlizywanie się męskiej części czytelników (komentarze niektórych bohaterów dotyczące kobiecego ciała lub ubioru były po prostu żałośnie brazylijskie albo pachniały „Greyem” ), co dało efekt irytującej sztuczności. Być może i Bonda wyciągnęła takie wnioski, bo bohaterem kolejnej serii kryminałów jest profilerka Sasza Załuska. Póki co, na razie sobie od pani Bondy odpocznę. A królowa kryminałów jest i będzie tylko jedna. Mam tu na myśli oczywiście Agathę Christie.

Czy warto sięgnąć po kryminały Bondy? Myślę, że tak, mimo że po tym, co napisałam powyżej można odnieść inne wrażenie. Warto głównie po to, aby przekonać się na własne oczy, jak ewoluował warsztat autorki od pierwszego do trzeciego tomu i wzbogacić swój potoczny wokabularz o niezwykle targający wyobraźnią wyraz „pęciny”. Patataj, patataj.

P.S. Z tego, co udało mi się znaleźć w sieci wynika, że Bogdan Lach walczy obecnie o przywrócenie etatu profilera, bo po reorganizacji i cięciu kosztów, zawodowo zjechał do pozycji zwykłego psychologa policyjnego. A szkoda, bo jego umiejętności profilerskie odegrały kluczową rolę w zatrzymaniu sprawców kilku morderstw, o których swego czasu było dość głośno w mediach. Mam nadzieję, że uda mu się wywalczyć należne jego profesji miejsce i jego praca zostanie wreszcie doceniona, a zawód profilera zyska status oficjalny, a nie fanaberyjny.