poniedziałek, 18 kwietnia 2016

Balans

Jednostajny warkot kosiarek wycina brzydkie dziury w idealnej materii ciszy sobotniego przedpołudnia. Kwietniowe słońce, z gatunku tych zdecydowanie nieimpresjonistycznych, grzeje czoła eksploatujących kosiarki i odkłada się na ich twarzach w postaci trudnych do identyfikacji grymasów - coś jakby obecna nieobecność albo inny tandetny oksymoron.

Być może te kilka godzin, to jedyny czas, w którym mogą sobie pozwolić na swobodny przepływ myśli, bezeceństwo nieposiadania problemów i urlop od rzeczywistości, którą w tej oto właśnie chwili koszą do pięciu centymetrów ponad ziemię. Dookoła pęcznieje wiosna - lada chwila wybuchnie nieproszona, niczym życiowa gorycz w zbyt długich kolejkach do kasy, bo węgiel do grilla już w promocji.

Ziemia po wczorajszym deszczu oddycha pełną piersią - spróbuj lekko zmrużyć oczy, a zobaczysz to delikatne, leniwe falowanie. Wciągnij jej zapach odgrzybionymi z zimy płucami. Czujesz tę śmieszną euforię, prawda? Skądś przyplątał się wiatr, białe płatki kwiatów wirują pod drzewami i kończą swoje nieme występy w trawie. Owacji na stojąco nie będzie. Wszyscyśmy widzieli ten spektakl wiele lat z rzędu, zawsze o tej samej porze. Klaskaniem nam obrzękły prawice.

O 13.00 ruch w mieście płynnie przechodzi z pośpiesznego na nieśpieszny. Wypakowane po brzegi wózki w marketach, pchane przez cierpiących na bezsenność pacjentów tutejszych psychiatrów, przetaczają się sennie między regałami po raz setny. „Kupić tę lampkę ogrodową, czy nie kupić? Oto jest pytanie." - Szekspir w przekładzie dla konsumpcyjnego człowieka.

Parkingi pustoszeją. Dywany się trzepią. Domestosy się leją. Ciasta się pieką. Domy i mieszkania się wietrzą, a w każdym tym domu i mieszkaniu mniejsza lub większa kolekcja pozorów honorowe miejsce na meblościance zajmuje. Płynący czas zakłada na miasto coraz to ciemniejsze filtry. Za chwilę zapadnie zmrok.

Jest już całkiem cicho i ciemno, kiedy zamykają się za mną drzwi pływalni miejskiej. Drepcząco przemieszczam się w stronę swojego nieposprzątanego domu. Buty nowe nienawidzą moich pięt. Wstydu nie mam, więc klapki basenowe z odsieczą przychodzą. Klapię zatem przez ten ciepły, kwietniowy wieczór, czując się trochę niczym derywat samej siebie z wczoraj, myśli kłębią się w głowie jak bezdomni pod jadłodajnią, ale jakoś tak dobrze mi jest w tym klapaniu.

-  To balans jest, proszę pana, złoty środek pomiędzy „j” i „a” - oznajmiam zadowolona Panu B. 
Pan B. wygląda jakby znał definicję słowa 'balans'.

Grafika: pinterest

9 komentarzy:

  1. Na chwile zapomnialam ze jade do pracy. Dziekuje :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że miałam w tym swój udział i również dziękuję:) Tous mes vœux :)

      Usuń
  2. Niesamowite. Wśród Twojego balansu ja znajduję swój czytając Twoje przemyślenia....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo to taki balans do zarażenia się jest:) Serdeczności:)

      Usuń
  3. Niesamowite. Wśród Twojego balansu ja znajduję swój czytając Twoje przemyślenia....

    OdpowiedzUsuń
  4. Czasami, gdy Cię czytam, zaczynam się niepokoić, że opisujesz moją rzeczywistość;).
    Domestos leję, ale tylko ten kamień i rdza, buty mnie obcierają jeśli zapomnę o skarpecie...

    Jesteś poetką przyziemności:))

    Ślę całusy:*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Poetka przyziemności - dobreeee:D Mnie ostatnio każde nowe buty obcierają i nie wiem, czy to już ten wiek, że deformacja stóp zachodzi niepostrzeżenie, czy buty na złość mi produkują niedobre. U mnie też kamień i rdza tyle że Cilit, bo w promocji był - wiadomo. Ty się niepokoisz, że tak jakby opisuję Twoją rzeczywistość, a ja się niepokoję, bo się zastanawiam, czy to jeszcze moja rzeczywistość, ale tak czy siak, możemy się poniepokoić razem - w kupie raźniej :D Uściskuję i pozdrawiam znad tiramisu o 23.18

      Usuń
  5. spokojny przepływ myśli to czas idealny. to taki międzyczas nawet. taka przerwa między "j" i "a".
    ewentualnie między "T" i "y".
    widok Ciebie w basenowych klapkach oczami wyobraźni napawa mnie szczerym śmiechem :))
    takie kuboty o numer za duże na wypucowanych arielem (bo chyba nie domestosem!) panelach.
    a skoro tak przy oksymoronach jesteśmy, to ogień krzepnie, blask ciemniejeeee ;)
    dobrze się dzieje, dobrze się dzieje.
    no i oby obuw się do stopy wielkopańskiej dostosował, bo w tych klapkach w miasto to ja nie wiem.

    OdpowiedzUsuń
  6. Jeszcze żebym w tych klapkach po swoim kwadracie klapała, to pół biedy, ale cisnęłam w nich dwa km do domu chodniczkiem i ludzie mieli miny, jakbym była "po spożyciu". Pocieszeniem była jeno owa ciemność dookoła, że się tak w oczy nachalnie nie rzucam. Niemniej jednak cieszę się, żem radochy ci trochę tym przydała:) O tak, kocham ten stan przedziwnego spokoju - rozwieszam hamaki gdzie się da, czyli głównie miedzy "j" i "a" - no i bujam się z rozmachem. Obuw skapitulował i się dostosował - strupy już odpadły, więc w miasto chadzam przyzwoicie obuwiona. Nieprzyzwoitość rezerwuję dla słów. Serdeczności Moniko:)

    OdpowiedzUsuń