sobota, 9 lipca 2016

Uniesienia

Nie wiem, do czego mogę porównać ostatnie dwa miesiące. Może do zaciśniętej pięści, którą zaciska się już tak długo, że w końcu człowiek zapomina, czy zaciska ją ze złości, czy dlatego, że chce w niej coś ukryć przed światem. Jeśli ze złości, to co mnie zezłościło? Czyżby problemy ze zdrowiem i niemożność nadążania za nimi? 40 godzin tygodniowo wydzieranych z mordy czasu i wymienionych na złotówki w lichwiarskim kantorze o nazwie „Praca”? Przypływy dojmującego uczucia, że tak bardzo by się chciało, a tak bardzo się nie chce, ale nie wiadomo, co by się chciało, a czego nie chce? A może jednak bardziej to, że za często słyszałam: „Koniecznie powinnaś…”, „Musisz…”, „O! Cześć, dawno cię nie widziałam/łem! Masz męża, dziecko, dom, samochód?”, „Gdzie pracujesz?”, „Ile zarabiasz?”


A jeśli ta pięść, to nie ze złości zaciśnięta, ale jednak z chęci ukrycia czegoś przed światem? Tylko czego? Resztek godności, kiedy w sennych majakach nawiedza mnie wizja ponownego zaprzyjaźnienia się z cewnikiem i grania w scrabble z anestezjologiem? Może wywrotowego światopoglądu, bo w małym mieście manifestowanie mentalnej inności to jawna pornografia? Choć w sumie może się co odmieni, bo Doda dziś do Leżajska przybywa na Dni Miasta (świętowane u nas przez jeden dzień - to taka nasza tutejsza logika). A może swojego nowego „ja”, które spodobało mi się tak bardzo, że na myśl o jego utracie rozdwajają mi się włosy i prędzej zostanę twarzą kampanii społecznej pod hasłem „Rozmnażaj się licznie, siedź w domu i nie narzekaj” niż pozwolę to „ja” sobie odebrać?

Tak oto rozmyślając, siedziałam sobie na ławce w małym miejskim parku (wielkości warszawskiego klombu na jakimś równie warszawskim rondzie) i patrzyłam na te swoje pięści, ale po chwili rozprostowałam palce. Nie, jednak nie złoszczę się, bo co to da? Nie, niczego nie muszę ukrywać, bo umiem już obronić to, co dla mnie najcenniejsze.

Nieopodal ławki, dzieci eksploatowały plac zabaw. A raczej próbowały, bo utrudniali im to roztrzęsieni rodzice, roztaczając nad nimi parasole z ubezwłasnowolniających ramion i takichże samych okrzyków: „Nie wchodź tam, bo spadniesz!”, „Nie ściągaj butów!”, „Nie dotykaj tego, bo się wybrudzisz!” To takie zabawne, kiedy się na to patrzy, bo założę się, że ci sami rodzice będąc w wieku swoich pociech, jedli piasek z piaskownicy, tarzali się w obsikanej przez wszelaką zwierzynę trawie, łazili na bosaka, zrywali truskawki z krzaka i wsadzali sobie prosto do buzi oraz lecieli z trzepaków na spotkanie z ziemią, czasem łamiąc to i owo. Że nie wspomnę o konstelacjach niespieralnych plam na każdym ubraniu - nawet tym „kościołowym”.

K***a - myślę sobie po polsku - jakie to wszystko sterylne. Świat wygotowany we wrzątku piętnaście razy i na wszelki wypadek spryskany strachem. Obmacuję go wzrokiem podniesionym z ziemi i brudzę zdecydowanie niesterylnym potem z czoła, które pracowicie tyrało przez ostatnią godzinę w kamieniołomach myślenia o tym, że chyba czas się nie zgadzać. No więc na początek nie zgadzam się na sterylność i zjadam m&m’sa, którego przed chwilą niechcący panierowałam w piasku.

A gdzie byłam, gdy mnie tu nie było?

- Szukałam uniesień - komunikuję Panu B.
- I co?
- Myślę, że najlepiej będzie, jeśli sama siebie poniosę.

3 komentarze:

  1. Jak zdrowie?
    Bardzo lubię Cię czytać.
    Ściskam serdecznie Twoje nowe ja:*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Magdo:)Zdrowie o dziwo lepiej i niechaj tak zostanie, bo się wpienię, jeśli będzie inaczej. Nowe "ja" cieszy się z zakwaterowania w mojej głowie i wręczyłam mu nawet ostatnio honorowe obywatelstwo Nataliolandu, więc ogólnie jest w dechę:):*

      Usuń
  2. No to się cieszę z Tobą :)

    OdpowiedzUsuń