sobota, 6 sierpnia 2016

Momenty

Moment, kiedy jest już ciemno, a ja wracam boso po rozgrzanym chodniku do domu i oglądam się przez ramię - nie ze strachu, ale dlatego, że czuję, jak za moimi plecami wieczór pęcznieje w zachwycie nad samym sobą i lada chwila wypchnie mnie poza nawias wszystkiego, czego się boję.

Moment, kiedy jest mi tak smutno, że własne dowcipy mnie nie śmieszą i płynę w tym smutku do ogrodu, targana zmyślonym wiatrem, a w nozdrza wdziera mi się dobrze znany zapach z pobliskiego browaru, dopływam do krzaków malin, znajduję taką wielkości śliwki i przez te 30 sekund czuję radość i zadziwienie, zupełnie tak, jak wtedy, gdy powiedzieli mi, że gumę Donald można kupić już w kiosku, a nie w pewexie.



Moment, kiedy trzyletnia Marysia opowiada mi o tym, jak „rzygała  po frytkach z macdonalda”, że ma „medyczne nogi”, kocha mnie „na całym ciociowym świecie” i pyta o to, „co to są borączki”, gdy mówię, żeby nie dotykała ściany, bo rączki są brudne, a sześcioletnia Marta, zasypiając, mówi mi: „ciociu jestem twoją fanką”.

Moment, kiedy widzę przejechanego przez samochód psa i dławiąc się łzami, jeszcze ciepłego ściągam z ulicy, aby nie umierał sto razy po własnej śmierci.

Moment, kiedy po ciężkim dniu w pracy, w trzydziestostopniowym upale wracam do domu, a potem opieram spocone czoło o zimne kafle w łazience.

Moment, kiedy w letnie, leniwe popołudnie huśtam się na huśtawce pod rozłożystym orzechem, odchylam głowę do tyłu, widzę nad sobą wyzierające spomiędzy liści ruchome plamy kobaltowego nieba i cieszę się, że umiem się jeszcze zachwycać.

Moment, kiedy jadąc rowerem bez trzymania kierownicy mam w uszach ukochaną muzykę, rozkładam szeroko ramiona, a świat dookoła to mój własny teledysk.

Moment, kiedy spotykam w lesie jelenia i przez całe 20 sekund cieszę się, że jestem człowiekiem, który celuje do niego wzrokiem, a nie bronią.

Moment, kiedy słyszę i widzę, że jacyś obcokrajowcy niechcący stłukli przy kasie kilka butelek piwa, a inni klienci patrzą na nich z drwiącymi uśmieszkami.

Moment, kiedy czytam, że ilunga, to „uznane w 2004 roku za najtrudniejsze do przetłumaczenia słowo na świecie, w dużym uproszczeniu oznacza: "Pierwszy raz przebaczasz, drugi raz tolerujesz, ale trzeciego razu już nie ma" - i myślę, że fajnie by było mieć takie imię.

Moment, kiedy patrząc na swoją akację, porośniętą bluszczem, wyobrażam sobie, jak wyglądałby świat bez drzew.

Moment, kiedy robię kolejne zdjęcie swoich stóp i uświadamiam sobie, że posiadam dziwactwo fotografowania ich w różnych miejscach, a potem biegnę oglądać swoją kolekcję: stopy na ścieżce w Bartnem, stopy na schodach kościoła, stopy na leśnej ściółce, stopy na chodniku - i tylko ja jedna wiem, gdzie te stopy były.

Moment, kiedy uświadamiam sobie, że do szczęścia brakuje mi starej przyczepy kempingowej, po odremontowaniu, której pojadę z bliską osobą na wszystkie kempingi świata, a budzić nas będzie i tak polskie disco polo.

Moment, kiedy gasną światła, a we mnie się wszystko rozjaśnia.

A Ty? Czy też masz swoje momenty?

grafika: pullingmetowardsmyself.tumblr.com

5 komentarzy:

  1. Odpowiedzi
    1. Pozwolę sobie postrzegać to jako komplement, więc dzięki wielkie:)

      Usuń
  2. Beata Pawlikowska napisała, że zawsze usuwa martwe zwierzęta z drogi - piękny gest.
    Stopy Twoje pamiętam ze zdjęcia;).

    Moje momenty to gdy patrzę w niebo, przytulam psa, piję kawę, słucham płyty "Scarlett" Lemona, ptaków i nie mogę zapłakać.

    I gdy czytam fajne blogi - wiem, lizus ze mnie ;)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Żaden lizus, tylko znawczyni:D Zaskoczyłaś mnie tą Beatą Pawlikowską, bo o tym nie słyszałam, więc zaplusowała u mnie jeszcze bardziej. Dla mnie to objaw totalnej obojętności, jeśli ludzie widząc na jezdni martwe zwierzę nic z nim nie robią, to brak szacunku do życia tej istoty, zwłaszcza że zginęła przez człowieka. Robię to też ze względu na to, że dwa lata temu ściągałam z jedni to, co zostało z mojego kota i straciłam wówczas, nie tylko kota, ale przyjaciela i członka rodziny, więc sobie myślę, że ten leżący na jezdni pies, czy kot, też mógł być czyimś przyjacielem. Też czuł, tęsknił, cieszył się, więc odczuwał. Po prostu żył.

      Jestem ciekawa Magdowych momentów, więc kolekcjonuj ile wlezie:), oby jak najwięcej tych najpiękniejszych. Pewna dobra dusza powiedziała mi ostatnio, że kiedyś nie rejestrowała momentów, bo do momentów trzeba dojrzeć. Nic dodać, nic ująć. Momenty zaczynają być ważne, gdy nagle odkrywamy, że skóra na dłoniach jakaś taka bardziej pomarszczona się zrobiła, a w kącikach oczu małe pęknięcia - szczeliny, przez które sączy się upływający czas. Odmierzajmy go więc momentami, a nie zegarami, być może to sprawi, że nie utracimy swojego człowieczeństwa.:*

      Usuń
  3. Kochana, ja poproszę o jakieś namiary na Ciebie, e-mail najlepiej, bo chcę epistołę posłać :)
    pozdrawiam sierpniowo jeszcze :)

    OdpowiedzUsuń